Bezpilotowy aparat latający MQ-9B Guardian – odpowiedź na potrzeby rozpoznania radioelektronicznego?

×
Ułatwienia dostępu
Rozmiar czcionki +-RESET
Kontrast / Kolory Ciemny Jasny MonoKontrast RESET

Bezpilotowy aparat MQ-9B Guardian, czyli odmiana MQ-9A Reaper, która została zaprojektowana z myślą o uzyskaniu cywilnego certyfikatu europejskiego, jest produkowany w morskiej wersji patrolowej SeaGuardian, i w lądowej wersji rozpoznawczej SkyGuardian. Obie odmiany mogą być atrakcyjne dla Polski.

Aparat MQ-9A Reaper, produkowany w wielu różnych odmianach, jest dobrze znany, choć właściwie wymaga też oddzielnego opisu. Na jego bazie powstała jego ulepszona odmiana, która poprzez dostosowanie do odpowiednich przepisów miała otrzymać (i otrzymała) certyfikat europejski pozwalający tym aparatom na operowanie w cywilnych przestrzeniach powietrznych jak zwykły samolot. Początkowo aparat ten nosił nazwę Certifiable Predator B, czyli certyfikowalny Predator B, która to nazwa z kolei dotyczyła turbośmigłowej wersji MQ-1 Predator. Aparat został opracowany i wykonany w amerykańskiej firmie General Atomics Aeronautical Systems z Poway w Kalifornii, przy czym w maksymalnym stopniu wykorzystano płatowiec, silnik i systemy Reapera.

Brytyjski aparat Protector RG1 ląduje w Waddington, koniec 2023 r.

Prace nad nowym systemem prowadzono od 2012 r., ponieważ zmiany objęły nie tylko spełnienie wymagań przepisów o ruchu w kontrolowanej przestrzeni powietrznej, ale także od razu poprawę własności lotnych i parametrów przestrzennych aparatu, takich jak zasięg, długotrwałość lotu i taktyczny promień działania, ale też możliwości w zakresie prowadzenia obserwacji i rozpoznania. Pierwszy lot aparatu miał miejsce 28 listopada 2018 r., zaś pierwszym zamawiającym była Wielka Brytania. Po próbach Królewskie Siły Powietrzne RAF otrzymają 16 systemów tego typu oznaczonych w Wielkiej Brytanii Protector RG Mark 1 (RG1). Pierwsze aparaty przekazano użytkownikowi w bazie Addington w październiku 2023 r., sformowano na nich ponownie słynny 31. Dywizjon, który swego czasu latał na samolotach Tornado GR do 2019 r.
Aparaty oznaczone w USA SkyGuardian są też oferowane innym użytkownikom. Mają one rozpiętość skrzydeł powiększoną do 24 m z dodatkowymi wingletami na końcach, co zapewnia im długotrwałość lotu 40 godzin na wysokości ok. 15 000 m. Aparat przenosi nowy elektrooptyczny system w obrotowej głowicy pod przednią częścią kadłuba, która w pełni odpowiada wymogom High Definition jakości dostarczanego obrazu zarówno z kolorowej kamery telewizyjnej, jak i termowizyjnej. Aparat wyposażono też w system do automatycznego startu i lądowania oraz układ TCAS II zapobiegający kolizjom w kontrolowanych przestrzeniach powietrznych.

Prototyp morskiej odmiany MQ-9B SeaGuardian w czasie lotów próbnych, 2024 r. Widać wyrzutniki radiowych boi hydroakustycznych pod skrzydłami przy kadłubie.

Najważniejsze z naszego punktu widzenia jest to, że nowy aparat może zabierać aparaturę rozpoznania radioelektronicznego lub aparaturę zakłóceń elektronicznych. Może to być aparatura wybrana przez użytkownika, zintegrowana przez producenta.
Oferowana jest też wersja SeaGuardian, czyli odmiana tego aparatu zoptymalizowana do wykonywania lotów nad obszarami morskimi, by poszukiwać i śledzić okręty nawodne oraz wykrywać okręty podwodne dzięki specjalnemu zestawowi zrzucanych radiowych boi hydroakustycznych wykrywających zanurzone okręty podwodne. Aparat ma przenosić lekkie torpedy do zwalczania okrętów podwodnych, co jest ewenementem, ale wersja SeaGuardian, wyposażona w radar Leonardo Seaspray 7500E V2, jest dopiero w fazie rozwoju.

Prototypowy MQ-9B SkuGuardian w czasie samodzielnego lotu do Wielkiej Brytanii na próby.

Niemniej jednak zakup obu wersji, lądowego SkyGuardiana do prowadzenia efektywnego rozpoznania radioelektronicznego z powietrza oraz ewentualnie do stawiania skutecznych zakłóceń radioelektronicznych, oraz morskiego SeaGuardiana, do prowadzenia rozpoznania akwenów morskich, uzupełniając nasze samoloty M28 Bryza 1R z Siemirowic, byłaby dla Polski niezwykle korzystna. Co prawda brytyjskie Protectory mają prowadzić też rozpoznanie obrazowe pola walki oraz atakować cele naziemne przy pomocy 18 przenoszonych rakiet kierowanych Brimstone. Jednak brytyjska konfiguracja jest efektem doświadczeń z wojen w Iraku i Afganistanie, a Polska musi raczej patrzeć na doświadczenia z wojny w Ukrainie, jako podstawę naszej koncepcji użycia bezpilotowych aparatów latających.
Z całą pewnością wykorzystanie 4-8 Skuguardianów i podobnej liczby SeaGuardianów z mocno zunifikowanym wsparciem logistycznym dałoby nam nowe, unikalne możliwości, których dziś nie posiadamy, w tym monitorowania działalności potencjalnego przeciwnika na jego własnym terytorium już w czasie pokoju, by dać nam możliwości w zakresie ostrzegania przed atakiem. Nie od rzeczy byłoby też pomyśleć o radarze SAR do obserwacji celów naziemnych jako alternatywne wyposażenie lądowych aparatów.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Fajerwerki odchodzą w przeszłość. Przyszłość spektakularnych pokazów plenerowych to drone show, czyli pokazy świetlne dronów.

Już 30 sierpnia odbędzie się wyjątkowe wydarzenie, które zapisze się w historii polskich pokazów plenerowych. Firma Astranate przygotowuje spektakularny pokaz świetlny z udziałem aż 615 dronów – będzie to największy tego typu pokaz w Polsce, bijąc dotychczasowy rekord 260 dronów, oraz jeden z największych w całej Europie.

Pokaz, który odbędzie się w Warszawie, upamiętni 80. rocznicę Powstania Warszawskiego. Astranate, lider w organizacji innowacyjnych widowisk z użyciem dronów, zapowiada niezapomniane doświadczenie dla wszystkich widzów. Widowisko ma być hołdem dla bohaterów Powstania, a jednocześnie demonstracją możliwości, jakie niesie nowoczesna technologia.

Motywem przewodnim spektaklu jest litera „W”:
W jak Wolność,
W jak Warszawa,
W jak pamiętna „godzina W”.

Podczas pokazu widzowie będą mieli okazję podziwiać trójwymiarowe formacje oraz zapierające dech efekty świetlne, które stworzą na nocnym niebie niesamowite obrazy i animacje. Synchronizacja 615 dronów pozwoli na przedstawienie skomplikowanych i precyzyjnych sekwencji, które nie tylko zachwycą wizualnie, ale również będą miały głębokie znaczenie symboliczne.

Upamiętnienie rocznicy Powstania Warszawskiego w tak nowoczesny sposób to wyjątkowy hołd oddany historii Polski. Dzięki zaawansowanej technologii i kreatywności zespołu Astranate, przeszłość i przyszłość połączą się w jednym spektakularnym widowisku, które z pewnością na długo pozostanie w pamięci uczestników.

Wydarzenie to pokazuje, że technologia może być nie tylko narzędziem rozrywki, ale także środkiem do upamiętniania ważnych wydarzeń i wartości.

https://projekty.um.warszawa.pl/Drony44/

Wykorzystana grafika jest własnością organizatora wydarzenia.

Właśnie ogłoszono, że w Ukrainie produkuje się mniej więcej milion tanich prostych dronów rocznie, dwa razy tyle, ile w Stanach Zjednoczonych. Za pomocą tych aparatów, z których większość stanowią tzw. drony-kamikaze, czyli amunicja krążąca, niszczona jest niewiarygodnie duża ilość ciężkiego sprzętu. Nikt tego nie przewidział.

Właściwie określenie „produkuje się” jest nieco mylące. Właściwie to składa się z wielu gotowych importowanych części, takich jak: silniki, baterie, śmigła, systemy stabilizacji, sterowania, łączności i nawigacji, kamery obserwacyjne, a także innych elementów które relatywnie łatwo kupić komercyjnie. Chiny produkują tych elementów mnóstwo, ale gonią je Indie, Stany Zjednoczone, Japonia i niektóre kraje europejskie. Teraz wystarczy taki aparat zaprojektować, wykonać dla niego niektóre, te prostsze części, złożyć całość i po wprowadzeniu odpowiedniego oprogramowania do systemów (często jest to odpowiednia modyfikacja oprogramowania komercyjnego) można taki dron oblatać. Modyfikacje oprogramowania polegają głównie na poprawkach, które utrudniają namierzenie operatora. Operator systemu bezpilotowego jest bowiem na wagę złota ze względu na swoje umiejętności i doświadczenie, które pozwalają mu dokonywać niemalże cudów. Na przykład potrafi wlecieć do wnętrza pojazdu pancernego przez otwarty właz. Rosyjski żołnierz i niedbale pozostawiony otwarty właz w stojącym czołgu czy pojeździe pancernym to już właściwie synonimy. Zdarza się to nagminnie, mimo że równie nagminnie wykorzystują to doświadczeni ukraińscy operatorzy dronów.
Koszty takiej amunicji są niewielkie. Jeden dron w formie gotowej kosztuje od 2000 do 5000 dolarów, ale taki montowany z części może kosztować nawet 500 dolarów, a z robocizną – jakieś 700-800, w zależności od tego jak wycenimy pracę monterów-techników. Jest ona relatywnie skuteczna na polu walki. Co prawda do zniszczenia czołgu trzeba średnio użyć dziesięciu sztuk, ale i tak są to koszty cztery razy mniejsze od kosztów dobrego pocisku przeciwpancernego odpalanego z czołgu, a przecież nawet przy 100 % skuteczności jednym pociskiem można zniszczyć jeden czołg.

Nowy typ amunicji krążącej Warmate 2 firmy WB Electronics na wyrzutni samobieżnej

Pozostaje kwestia zasięgu działania. Współczesna obrona przeciwlotnicza stała się niezwykle skuteczna, bardzo ograniczając możliwości swobodnego operowania w strefach przyfrontowych oraz nad terytorium przeciwnika. Doświadczenia ukraińskie pokazują, że śmigłowce szturmowe mogą skutecznie działać jedynie z użyciem kierowanej amunicji lotniczej o zasięgu wynoszącym co najmniej 10 km, aby nie musiały zbliżać się do pozycji przeciwnika na odległość mniejszą niż około 4 km (typowy zasięg przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych do zwalczania wolno poruszających się celów). Jednocześnie amunicja krążąca ma możliwość atakowania obiektów pola walki na odległość do 30 km i mówimy tu o prostych, improwizowanych dronach wytwarzanych z gotowych elementów kupowanych na rynku komercyjnym za niewielkie pieniądze, zaś do 70-80 km – profesjonalna lekka amunicja krążąca, nieco droższa bo produkowana specjalnie na zamówienie wojska i klasyfikowana jako „military grade”. Wciąż jednak są to koszty nieporównywalne z kosztami śmigłowców bojowych. Najważniejsze jest jednak to, że wykorzystanie amunicji krążącej zmniejsza bezpośrednie ryzyko dla żołnierzy na polu bitwy, ponieważ system jest bezpilotowy. Teoretycznie nie naraża ich wcale, ale w rzeczywistości – jak pokazują doświadczenia wojny w Ukrainie – pojawia się inne zagrożenie, polegające na polowaniu na operatorów tych systemów. Na miejsce wykrycia sygnałów kierujących drony przez środki rozpoznania radioelektronicznego natychmiast jest kierowany ogień artylerii, a ponadto snajperzy specjalnie wypatrują żołnierzy z wyposażeniem świadczącym o obsłudze bezpilotowych aparatów latających. Zdarzają się też ataki z wykorzystaniem własnych dronów na operatorów systemów bezpilotowych wroga.
Rosjanie stracili już co najmniej 61 śmigłowców szturmowych Ka-52 z ok. 120 posiadanych. Co najmniej, bowiem te 61 to tylko te, których zniszczenie potwierdzono materiałem fotograficznym lub ogłoszeniami o pogrzebach załóg. W istocie mogło już spaść około 80 śmigłowców tego typu, co pozostawia Rosji ledwie trzecią część pierwotnej floty śmigłowców Ka-52 Aligator. Nieco lepiej jest w przypadku śmigłowców Mi-28N, które są jednak używane o wiele mniej intensywnie.
Można jednak odnieść wrażenie, że masowe wprowadzanie coraz doskonalszej, bezpilotowej amunicji krążącej ostatecznie wyeliminuje śmigłowce szturmowe z użycia na polu walki.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Firma Biuro Konstrukcyjne „OKO” powstała zaledwie w 2022 r. W Rosji powstało kilka takich firm, które produkują małe bezpilotowe aparaty latające własnej konstrukcji, ale w oparciu o kupowane komponenty (silniki, śmigła, baterie, układy sterowania, układy łączności, kamery telewizyjne czy termowizyjne, itd.).

Start aparatu Priwiet 82 z prostej składanej wyrzutni

 

Sama firma napisała o sobie, że produkuje różne proste systemy bezpilotowe przeznaczone dla batalionów ochotniczych oraz prywatnych firm militarnych (CzWK). Zakładano od początku, że rosyjskie wojska mają swoje źródła zaopatrzenia w bezpilotowe aparaty latające i są to aparaty tzw. military grade, czyli dopuszczone do użycia w wojsku spełniające surowe wymagania wojskowe określone w odpowiednich normach standaryzacyjnych. Jednak latem 2022 r., kiedy tzw. Specjalna Operacja Wojskowa w Ukrainie nie szła najlepiej, a z różnych względów prezydent Rosji Władimir Putin nie chciał ogłaszać mobilizacji (przede wszystkim w sytuacji oficjalnego braku wojny zabrania to rosyjska konstytucja), a zatem zobowiązał szefów jednostek administracji terenowej do wystawiania własnych batalionów ochotniczych. Było to dość kuriozalne posunięcie, bowiem kompletnie sprzeczne z konstytucją, która mówi że siły zbrojne Rosji wystawia wyłącznie Ministerstwo Obrony FR. Mimo to powstało kilkadziesiąt takich ochotniczych batalionów, które z czasem zostały włączone oficjalnie w skład wojsk Rosji, jednak początkowo ochotnikom płaciły podmioty lokalne (republiki, obwody, kraje, itp.), pozyskując też całe dla nich wyposażenie, w tym mundury, wyposażenie osobiste, broń, itd. Właśnie dla takich batalionów sprzęt różnych typów sprzedawały różne firmy typu BK „OKO” z Sankt Petersburga, w tym drony obserwacyjne i bojowe. Te ostatnie, które oficjalnie powinniśmy nazwać amunicją krążącą, to komercyjne drony typu FPV (First Person View).
Jednak te ochotnicze bataliony nie były jedynym odbiorcą sprzętu firmy z Sankt Petersburga. Drugą ważną grupą klientów były prywatne firmy militarne, takie jak niesławna CzWK „Wagner”, ale też i CzWK „Fakieł” i „Patriot”. Co ciekawe, wspomniane firmy są również oficjalnie nielegalne w Rosji, ale rosyjskie MO podpisuje z nimi kontrakty, kilka z nich walczy w Ukrainie. CzWK „Wagner” swego czasu miała blisko 50 tys. najemników na ukraińskim froncie.
Obecnie, poza wspomnianymi klientami, wiele bezpilotowych aparatów latających dla zwykłych, regularnych jednostek wojskowych jest kupowanych ze zbiórek społecznych czy z funduszy samych jednostek, z pominięciem oficjalnego wojskowego systemu zakupów. W ten sposób firma KB „OKO” ma ciągle zbyt na swoje produkty.

Zdjęcie aparatu Priwiet 82 na wyrzutni wraz z retlanslatorem, tzw. pszczoła-matka na klasycznym quadrocopterze.

Ostatnio furorę robi aparat Priwiet 82 przeznaczony do wykonywania ataków na sprzęt przeciwnika. Jest to amunicja krążąca typu FPV, mająca masę 10 kg, zdolna do przenoszenia ładunku bojowego o masie do 5 kg. Ma on układ samolotowy z niewielkimi skrzydłami i bardzo prymitywnym kadłubem wykonanym ze sklejki, z modelarskim silnikiem spalinowym (lub z silnikiem elektrycznym, są różne wykonania) w tyle kadłuba, napędzającym skrzydło pchające. Belki ogonowe wykonano w postaci drewnianych listew, a usterzenie ze sklejki łączące belki ogonowe ma postać odwróconej litery „V” (odwrócone usterzenie motylkowe). Aparat może latać pół godziny. Odmiana Priwiet 82M1 może być kierowana przez operatora siedzącego w ukryciu za pomocą retlanslatora na klasycznym quadrocopterze (tzw. pszczoła-matka) latającym nad własnym terytorium. Zasięg operowania Priwieta wzrósł z 5 km do 30 km dzięki retlanslacji. Natomiast wersja Priwiet 82M2 wykonuje pierwszą krótką część lotu autonomicznie, bez łączności z operatorem, w ten sposób nie zdradzając jego położenia (jeśli transmisja z donna jest wykrywana od startu, to łatwo określić miejsce, skąd operator aparat wypuścił).
Aparaty Priwiet 82 w różnych odmianach niestety dają się we znaki ukraińskim wojskom, choć skala użycia taniej prostej amunicji krążącej w Ukrainie jest nieporównywalnie większa niż po stronie rosyjskiej.

Aparat Priwiet 82 niesiony przez dwóch żołnierzy, widać jego wielkość.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

W czasie II wojny światowej zaczęły się już rozpowszechniać pierwsze bezpilotowe, najczęściej sterowane radiem aparaty. Nic więc dziwnego, że w 1948 r. ogłoszono konkurs na opracowanie zdalnie sterowanego odrzutowego celu latającego, który miał służyć do strzelań przeciwlotniczych.

Kontrakt na jego opracowanie pod oznaczeniem XQ-2 Firebee wygrała zapomniana już dziś firma lotnicza Ryan Aeronautical Company z San Diego. Firma ta powstała w latach 30. została w 1969 r. wykupiona przez inną, Teledyne, 1999 r.  odkupiona z kolei – przez Northrop-Grumman.
Aparat zbudowano w układzie ze skrzydłem skośnym oraz usterzeniem poziomym, na końcach którego umieszczono stateczniki dodatkowe pionowe, bok pojedynczego na kadłubie. Silnik Continental J69-T-19B o ciągu 4,7 kN umieszczono z przodu z wylotem pod kadłubem i z przednim chwytem powietrza.
Po oblataniu z początkiem 1951 r. odmiany Firebee jako cel latający, USAF zamówiło najpierw odmianę Q-2A, a następnie Q-2B, którą używano do ćwiczebnych strzelań pociskami rakietowymi „powietrze-powietrze”, które wyprodukowano w relatywnie dużej liczbie, głównie Q-2A. Identyczne cele zamówiła też Marynarka Wojenna pod oznaczeniem KDA-1, ale z innym silnikiem – Fairchild J44-R-20B o ciągu 4,4 kN. Później zamówiono prototypy XKDA-2 i XKDA-3, by do produkcji w końcu weszła wersja KDA-4, dostarczona w największej liczbie, nie tylko dla US Navy, ale także kanadyjskim Siłom Powietrznym oraz US Army jako M21 (w niedużych ilościach), do strzelań z artylerii przeciwlotniczej.

Pierwsza wersja celu latającego Q-2A podwieszona pod samolot-nosiciel Douglas JD-1 Invader, lata 50.

Pod koniec 1958 r. oblatano poprawioną wersję celu latającego Q-2C dla USAF ze skrzydłami o większym skosie i z napędem w postaci silnika Continental J69-T-29A o ciągu zwiększonym do 6,7 kN. W 1962 r. oznaczenie tych poprawionych aparatów Firebee zmieniono na BQM-34A, podczas gdy starsze morskie KDA-1 i KDA-4 wciąż w użyciu przemianowano na AQM-34B i AQM-34C. Pojawiła się też „lądowa” odmiana US Army startująca z wyrzutni naziemnej MQM-34D z powiększonymi skrzydłami. Pozostałe odmiany startowały z pokładu samolotu DC-130 Hercules, łącznie na tę wersję przebudowano 16 Herculesów (8 C-130A, 7 C-130E i 1 C-130H). Każdy z samolotów wynosił w powietrze po cztery cele latające na zaczepach podskrzydłowych. Wykonywały one loty na rzecz tak USAF, jak Marynarki Wojennej. Samolotów tych używano do końca 2003 r., wycofano je wraz z ostatnimi celami latającymi Firebee, które uległy stopniowemu zużyciu, wiele z nich bowiem zestrzelono w trakcie ćwiczebnych strzelań. Zmodyfikowane aparaty BQM-134A i MQM-134D miały klasyczne usterzenie z pojedynczym statecznikiem pionowym. Te odmiany były najpopularniejsze w użyciu. Jeśli dron nie został trafiony lub był tylko lekko uszkodzony otwierał spadochron i opadał na nim w zaprogramowanym miejscu. Zwykle jednak nie pozwalano mu opaść na ziemię, „przechwytywał” go w powietrzu śmigłowiec SH-3 Sea King, zabierając aparat na specjalnej linie z uchwytem.

 

Cel latający Ryan BQM-34A Firebee na wózku transportowym.

Ponieważ w latach 80. pozostało jeszcze bardzo wiele BQM-34A w użyciu, część z nich przejęła Marynarka Wojenna i mocno zmodernizowała swoje cele latające nazywając je BQM-34S. Otrzymały one silnik o jeszcze większej mocy, Continental J69-T-41A o ciągu 8,6 kN, ale także zmodyfikowany układ nawigacyjny, czyli nowocześniejszą platformę bezwładnościową do zliczenia przebytej drogi. Także i na zamówienie USAF produkowano BQM-34A w podobnie zmodyfikowanej postaci do 1982 r., a w 1986 r. produkcję ponownie wznowiono, ale w jeszcze bardziej zmodyfikowanej postaci BQM-34S (wersje „S” dla USAF i US Navy różniły się od siebie). A dodatkowo w latach 90. na aparatach zamontowano odbiorniki GPS dla zwiększenia dokładności nawigacji. W tych nowych BQM-34S napęd stanowił silnik General Electric J85-GE-100 o ciągu 10,9 kN (z samolotu F-5A).
Jedyne bojowe użycie celów latających BQM-34 przypadło na rok ich wycofania z eksploatacji. W momencie inwazji na Irak odpalono cztery cele BQM-34S z samolotu DC-130H z załogą z US Navy (cele pochodziły z zapasów USAF). Cele te wykonały lot do Bagdadu, rozrzucając po drodze chmury dipoli, maskując atak pocisków skrzydlatych BGM-109 Tomahawk, który przeprowadzono zaraz potem. W ten sposób rozproszono uwagę obrony powietrznej i wszystkie pociski Tomahawk dotarły do swoich celów.

Aparaty – cele latające BQM-34A Firebee podwieszone pod samolotem DC-130 przed odpaleniem.

Na bazie celu latającego BQM-34 powstała odmiana bezpilotowego rozpoznawczego aparatu latającego Ryan Model 147. Był to jeden z pierwszych amerykańskich bezpilotowych aparatów latających przeznaczonych do rozpoznania i był on masowo stosowany w czasie wojny w Wietnamie. Ale o nim – w następnym tekście.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Od stycznia 2024 r. ukraińskie drony dalekiego zasięgu pojawiają się nad Rosją niemal codziennie. W początkowym okresie roku ich głównym celem stały się rosyjskie rafinerie ropy naftowej. Atakowane są też inne cele, a tym składy paliw, powodując poważne trudności w Rosji.

Owych bezpilotowych aparatów latających pojawia się coraz więcej. Głównym ich producentem jest firma UkrJet z Kijowa, która ma jednak zakłady (czy może raczej warsztaty) produkcyjne w utajnionych miejscach. Swoje drony oznacza ona skrótem UJ, stąd w użyciu są UJ-22 Airborne, UJ-25 Skyline i UJ-26 Beaver. Dwa z nich są napędzane silnikami tłokowymi o relatywnie niewielkiej mocy, za to oszczędnymi Pierwszy z nich, UJ-22, przy rozpiętości 4,2 m ma zasięg 800 km, ale przenosi tylko 20 kg głowicę bojową. UJ-25 z kolei ma napęd odrzutowy, bowiem jest odmianą celu latającego do ćwiczeń przeciwlotniczych UJ-23 Trapez. Na jego temat niewiele wiadomo. Zapewne jest używany do ataków na obiekty silniej bronione, bo jest droższy i trudniejszy w produkcji. Natomiast niezwykle populatny UJ-26 Beaver (Bober czyli bóbr), wykonany w układzie „kaczka” z przednim usterzeniem i skrzydłami z tyłu, ma on silnik z tyłu ze śmigłem pchającym. Zasięg tego aparatu sięga 1000 km, a masa głowicy bojowej to 20 do 30 kg, w większości materiału wybuchowego. Najczęściej aparaty te atakują takie cele, w których wywołują pożary bądź wybuchy, dlatego te głowice są w zupełności wystarczające. Jest to w zasadzie ekwiwalent pocisku artyleryjskiego kal. 155 mm. Nie ma tym możliwości zniszczenia mostu, ale skład paliw na przykład, to idealny cel.
Od niedawna używany jest nowy aparat dalekiego zasięgu o nazwie AQ 400 Scythe. Tradycyjnie, podobnie jak dla wielu innych aparatów, lokalizacja producenta jest utajniona, oficjalnie firma przyjęła nazwę Terminal Autonomy. Celowo używa się angielsko-języcznych nazw, by nie identyfikować aparatów ze znanymi ukraińskimi przedsiębiorstwami. AQ 400 ma zasięg 750 km przy głowicy bojowej 32 kg lub 900 km przy 20 kg głowicy. Można też zwiększyć masę głowicy bojowej do 50 kg, ale zasięg trzeba wówczas zmniejszyć, bo redukcji ulega zapas paliwa. Ogólnie aparat ma niewielkie rozmiary dzięki czemu łatwo przenika przez system obrony powietrznej.

Bezpilotowy aparat latający dalekiego zasięgu AQ 400 Scythe.

Od samego początku roku rozpoczęła się kampania atakowania tymi dronami różnych rosyjskich rafinerii w promieniu do 800 km od granic Ukrainy, choć pojedyncze ataki były realizowane i na większą odległość, maksymalnie nieco ponad 1200 km. Za każdym razem celowano w kolumnę rektyfikacyjną, najważniejsze urządzenie w rafinerii, które jest kosztowne i trudne do zastąpienia. Zniszczenie takiej kolumny, a pożar był niemal pewny, owocowało zatrzymaniem produkcji na danej linii produkcyjnej na kilka lub nawet kilkanaście tygodni. Produkcja paliw w Rosji spadała, benzyna stała się towarem deficytowym, od początku wojny jej cena w Rosji wzrosła o 44 %.
W tym momencie do akcji wkroczyli Amerykanie, którzy zaczęli nalegać na zaprzestanie tych ataków. Argumentowali oni tym, że może to spowodować wzrost cen ropy naftowej na światowych rynkach i kryzys gospodarczy na świecie. Argument był „irracjonalny”, jako że rafinerie pracowały na rynek wewnętrzny, zaś eksport ropy z Rosji nie miał z tym nic wspólnego. Rzeczywistym powodem amerykańskiej interwencji wydaje się jednak strach USA przed „dociskaniem” Rosji do ściany, z obawy użycia przez Moskwę broni jądrowej. Strach przed bronią jądrową bardzo mocno paraliżuje działania USA, choć jest to raczej strach dość irracjonalny. Rosja nie potrzebuje broni jądrowej do realizacji swoich celów, a już na pewno nie zrealizowaliby ich po jej użyciu.

Bezpilotowy aparat latający dalekiego zasięgu UJ-26 Bober (Beaver, bóbr).

Ukraina zaprzestała ataków na rafinerie dopiero po uchwaleniu przez USA pakietu pomocy wojskowej i finansowej, ale zamiast tego podjęto ataki na składy paliw, które zdecydowanie były przeznaczone na użytek wewnętrzny. Wywołało to ponownie trudności z zaopatrzeniem transportu i wojska w paliwa, ale tym razem USA już nie protestowała. Jednocześnie jednak atakowano też bazy lotnicze na terenie Rosji, w Millerowie na przykład zniszczono skład paliw oraz hangar eskadry technicznej. Ataki ukraińskich aparatów dalekiego zasięgu stały się już wręcz normą i są prowadzone praktycznie codziennie, celem są też podstacje elektryczne (transformatory olejowe również się doskonale palą), co wywołuje trudności z zaopatrzeniem w prąd w niektórych obwodach Rosji.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Właśnie zaprezentowano perspektywiczny bezpilotowy aparat latający XRQ-73, który ma zostać oblatany jeszcze w końcu tego roku. Największą zagadką tego systemu jest perspektywiczny napęd, określany jako hybrydowo-elektryczny.
 
Prace są prowadzone we współpracy z DARPA czyli Obronną Agencją ds. Zawansowanych Projektów Badawczych (Defence Advanced Research Projects Agency) w ramach programu Serii Demonstracji Aparatów z Napędem Hybrydowo-Elektrycznym (Series Hybrid Electric Propulsion AiRcraft Demonstration – SHEPARD).
Aparat wykonano w klasie MALE, czyli do latania maksymalnie na średnich wysokościach, ale o dużej długotrwałości lotu. Nowy XRQ-73 mieści się w dolnym segmencie aparatów MALE, niemal na pograniczu z klasą TUAV (taktyczne bezpilotowe aparaty latające przeznaczone dla wojsk do działania na szczeblu taktycznym (brygada, dywizja). Aparaty MALE z reguły służą w siłach powietrznych, a zatem zakłada się ich wykorzystanie z lotnisk, dlatego właśnie XRQ-73 są wyposażone w trójkołowe podwozie chowane w locie, które wskazuje na ich użycie z lotnisk w sposób klasyczny – start i lądowanie, nawet jeśli są prowadzone w trybie automatycznym, to jednak w konwencjonalny samolotowy sposób. Aparat powstał w układzie latającego skrzydłą bez usterzenia pionowego co ułatwia wykonanie go w technice stealth, czyli o utrudnionej wykrywalności, tak by mógł swobodnie penetrować nieprzyjacielską przestrzeń powietrzną. Masa startowa aparatu ma wynosić ok. 570 kg, pułap ma sięgać do 5500 m, zaś prędkość maksymalna – od 150 do 400 km/h. Głównym jego przeznaczeniem ma być prowadzenie rozpoznania i przesyłania danych z rozpoznania w czasie rzeczywistym, specjalnie dla wyposażenia rozpoznawczego pod kadłubem umieszczono gondolę o kształtach spełniających wymogi stealth.

Pokazany prototyp aparatu Northrop-Grumman XRQ-73, który ma być oblatany do końca 2024 r.

Chociaż Northrop-Grumman, firma mająca obecnie doświadczenie w integracji systemów, w opracowaniu systemów elektronicznych oraz w budowie bezpilotowych aparatów latających (w przeszłości zgromadzono też wiedzę i doświadczenie w zakresie budowy samolotów pilotowanych), to jednak w programie uczestniczy wiele innych podwykonawców, w tym Scaled Composites (spółka córka Northrop-Grummana – odpowiada za materiały kompozytowe i inne do konstrukcji lotniczych), Cornerstone Research Group (badania nad gromadzeniem i konwersją energii), Brayton Energy (opracowanie i badania w zakresie sprężarek, turbin i wentylatorów), PC Krause and Associates (oprogramowania, modelowanie i symulacje) i EaglePicher Technologies (producent akumulatorów i instalacji elektrycznych).
Oczywiście najciekawszy w samym aparacie jest jego napęd, nigdy dotąd w lotnictwie nie stosowany. Ma to być napęd elektryczny, ale wytwarzany z energii chemicznej spalania paliwa, która to energia jest też gromadzona, by wykonywać lot na silnikach elektrycznych w momencie, kiedy paliwo nie jest spalane (przetwarzane chemicznie) w celu wytworzenia energii elektrycznej. Jest to technologia stosowana w napędach nowoczesnych okrętów podwodnych korzystających z ogniw paliwowych i silników chemicznych w ramach programów AIP (Air Independent Propulsion – napęd niezależny od dostępu powietrza). Chodzi o to, że tą metodą można wytworzyć bardzo duży zapas energii elektrycznej, pozwalający na zasilanie silników elektrycznych przez bardzo długi czas. Silniki elektryczne pracują niezwykle cicho, a przy odpowiednim chłodzeniu nie wytwarzają wielkiego śladu termicznego w podczerwieni. Rzecz w tym, że silniki elektryczne muszą napędzać jakąś formę śmigła lub wentylatora by wytworzyć ciąg niezbędny do lotu. Tymczasem na pokazanym modelu XRQ-73 aparat ma chwyty powietrza i wyloty jak w przypadku silników odrzutowych, żadne śmigła nie są widoczne na zewnątrz. Logicznym wydaje się wyjaśnienie, iż we wnętrzu tuneli znajdują się wentylatory wymuszające przepływ powietrza i wytwarzające ciąg. Wybrano takie mniej ekonomiczne rozwiązanie, bowiem wentylatory można osłonić przed dostępem fal radarowych przeciwnika, by odbiciami dopplerowskimi nie „psuły” one charakterystyk utrudnionej wykrywalności.
Będziemy obserwować dalsze losy XRQ-73 i nie omieszkamy podać więcej szczegółów, jak będą one już znane.

Artystyczna wizja aparatu bezpilotowego Northrop-Grumman XRQ-73 w locie.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

To, w jaki sposób małe tanie bezpilotowce zmieniły obraz pola walki, nie śniło się nikomu w najśmielszych prognozach na przyszłość. Wśród nich są cztery kategorie aparatów: komercyjne dostosowane do rozpoznania i obserwacji pola walki, komercyjne typu FPV przebudowane na improwizowaną amunicję krążącą, profesjonalne (military grade) bezpilotowe aparaty latające klasy „taktyczne” i „małe taktyczne” oraz profesjonalna (military grade) amunicja krążąca. Ich zwalczanie jest poważnym problemem.

Prawdziwym problemem z punktu widzenia obrony przed dronami jest ich masowe użycie, które z kolei wynika z faktu, że są one wyjątkowo tanie. Łatwo można je więc zakupić w niewyobrażalnie dużych ilościach. Bardzo wiele z nich jest traconych z powodu zakłóceń radioelektronicznych i zerwania łączności pomiędzy aparatem a operatorem. Większość komercyjnych dronów ma zakres automatycznego powrotu na miejsce startu, ale powszechną praktyką jest wyłączanie tego zakresu, tak by nie udało się oddziałom walki radioelektronicznej przeciwnika ustalić miejsca znajdowania się operatora. Operatorzy dronów w obu walczących armiach są na wagę złota, ci doskonale wyszkoleni i doświadczeni potrafią osiągnąć bardzo wiele, w tym prowadzić efektywną obserwację pola walki, atakować cele naziemne w taki sposób, by niszczyć nawet czołgi dronami FPV, a także potrafią zrzucać ładunki bojowe w postaci granatów ręcznych, moździerzowych czy pocisków do ręcznych granatników przeciwpancernych. Niektórzy doszli do tak niesamowitej wprawy, że potrafią wlecieć dronami FPV do wnętrza budynków, do środka pojazdów pancernych przez otwarte włazy lub pod specjalne osłony przeciwko dronom.
Ostatnio w Ukrainie pojawiły się dwa sposoby na walkę z dronami. Po pierwsze, przechwytywanie wrogich aparatów przez własne typu FPV, które są w takich „samobójczych” atakach najczęściej tracone. Są jednak na tyle sprawni operatorzy, że potrafią wytrącić wrogi aparat z równowagi wychylając te w układzie quadrocoptera poza przechylenia dopuszczalne, bez utraty kontroli nad własnym aparatem. Te wytrącone z położenia, przy którym są w stanie wyrównać lot, spadają i ulegają zniszczeniu lub są przejmowane przez wojska ukraińskie.

Bezpilotowy aparat latający Wogan 9SP przeznaczony do zwalczania innych dronów w powietrzu.

Właśnie się dowiedzieliśmy, że Rosjanie wprowadzają do uzbrojenia nowy myśliwski aparat Wogan 9SP. Po wykryciu wrogiego aparatu przez specjalny radar naziemny pracujący na wysokich częstotliwościach, a zatem mający możliwość wykrywania małych obiektów, cel jest podświetlany przez stację laserową współpracującą z radarem, a Wogan 9SP wystrzeliwany pod kątem 45 stopni ściga cel z prędkością 200 km/h uderzając w niego swoją twardą nosową częścią. Aparat jest napędzany silnikiem elektrycznym, ale cztery śmigła są umieszczone na końcach skrzydełek z tyłu kadłuba. W ten sposób śmigła nie ulegają uszkodzeniom przy zderzeniach ze zwalczanym dronem. Wogan 9SP może latać jak samolot ze skrzydłami, kiedy śmigła służą do jego napędu, ale może też latać jak quadrocopter po odwróceniu do pozycji pionowej (choć ma trzy śmigła). Przypuszczalnie tak wraca na miejsce startu, po wytraceniu prędkości w wyniku zderzenia z celem, choć sam producent traktuje go jako jednorazowy, nie wierząc w możliwość powrotu po zderzeniu z celem. Na ile nowy aparat sprawdzi się w realnych działaniach to się dopiero przekonamy.
Na razie my do czynienia jedynie z doraźnymi atakami na drony w wykonaniu głównie ukraińskich operatorów. Zapewne Rosjanie też podejmują takie próby, ale się tym nie chwalą. Obiektami ataków są głównie wrogie aparaty bojowe, tzw. amunicja krążąca, głównie typów Zala i Lancet, co oczywiście chroni własne wojska przed startami ze strony tych tzw. dronów-kamikaze.
W Ukrainie wykorzystuje się też kilka sportowych samolotów do przechwytywania i niszczenia większych aparatów taktycznych, ale o tym przy innej okazji. Na razie natomiast czekamy na bojowy debiut Wogana 9SP i zobaczymy, czy przyjęte założenia znajdą potwierdzenie w praktyce.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Niedawno bezpilotowy aparat latający UHV 170 zbudowany w układzie jednowirnikowego śmigłowca zademonstrował możliwość autonomicznego wykonania lotu dostarczenia materiałów medycznych na odległość 35 km. Masa materiałów – 10 kg.

Warto zwrócić uwagę na producenta śmigłowców, firmę UAVOS. To niedawno utworzony start-up, zatrudniający zaledwie ok. 90 osób, ale mający dwa oddziały w Stanach Zjednoczonych, jeden w Hongkongu i jeden w Szwajcarii. Jest to firma, która próbuje się wyspecjalizować w cywilnym rynku bezpilotowych aparatów latających, choć produkuje też układy automatycznego sterowania do bezpilotowych aparatów latających innych firm. Obecnie firma ma w ofercie trzy śmigłowce bezpilotowe, dwa lekkie – UHV 170 o masie startowej do 45 kg i UHV-25EL o masie startowej 25 kg oraz ciężki UHV 500 powstały na bazie lekkiego sportowego śmigłowca Heli-Sport CH7 produkcji włoskiej (jest on sprzedawany w postaci elementów do samodzielnego składania). Firma ta wytwarza też aparaty w układzie samolotowym. Wszystkie charakteryzują się niską ceną, co jest zapewne motorem rozwojowym UAVOS.
Obecnie duży sukces odniósł dron UHV 170 pomyślnie przechodząc próby na terenie Stanów Zjednoczonych w transporcie materiałów medycznych. Drony to nowe rozwiązanie na tym polu, bowiem mogą startować i lądować z miejsc, gdzie nie ma lądowisk dla śmigłowców (UHV 170 dla bezpieczeństwa wymaga płaszczyzny 15 na 15 m). Z reguły jednak lądowiska dla śmigłowców są większe, zwłaszcza, że jeśli mówimy o lotach nad miastem, a szpitale i laboratoria medyczne są przecież w miastach, to amerykańskie przepisy FAR-29 wymagają latania śmigłowcem dwusilnikowym, czyli większym niż małe konstrukcje typu Robinson 44. Jednocześnie wykorzystanie dronów jest zdecydowanie tańsze niż użycie śmigłowca i można takich lotów wykonać nawet kilka czy kilkanaście dziennie. Jeśli są to próbki medyczne wymagające pilnego dostarczenia do laboratorium, to dron robi to w ciągu kilkudziesięciu minut. Prędkość przelotowa UHV 170 z podwieszonym ładunkiem to 60 km/h, a w miejskich korkach przejazd karetki może trwać godzinę na drugi koniec miasta na odległość 15 km, dron tę odległość pokona w 15 minut.
UHV 170 dysponuje prędkością maksymalną bez ładunku 120 km/h, ma zasięg bez ładunku 350 km, z ładunkiem nieco mniej. Maksymalny ładunek to 15 kg. Długość śmigłowca wynosi 3285 mm, a rozpiętość wirnika 2600 mm. Maksymalna możliwa wysokość lotu to 5000 m. Najciekawsze jest to, że śmigłowiec ma bardzo dobry system nawigacyjny. Jest on oparty nie tylko na odbiorniku GPS, ale także na możliwości wizualnej korelacji terenu pod śmigłowcem z obrazem ziemi, który pochodzi z oprogramowania podobnego do Google Maps. Zapewnia to uniknięcie błędu wynikającego z niepoprawnej pracy systemu nawigacji satelitarnej czy zakłócenia sygnału. Lot może być wykonany w pełni autonomicznie, ale operator w czasie lotu może zaingerować, zmieniając parametry lotu z laptopa służącego do zarządzania misją. Jednocześnie aparat posiada nie tylko funkcję automatycznego startu i lądowania, ale także ma możliwość wykonania automatycznej autorotacji w przypadku zgaśnięcia silnika (napędzany jest benzynowym silnikiem spalinowym o mocy 10 KM). W takiej sytuacji operator może zmienić decyzję o autorotacji (lub system elektrooptyczny systemu stwierdzi, ze pod aparatem nie ma płaszczyzny do lądowania) na decyzję o wypuszczeniu spadochronu ratowniczego.
Aparat nie musi lądować w miejscu odebrania lub zdania materiałów medycznych jeśli nie ma miejsca. Może zawisnąć na wysokości 20 m i za pomocą niewielkiej wyciągarki opuścić podwieszony ładunek (kontener do załadunku) na ziemię. Pozwala to na operowanie w miejscach, gdzie ma nawet 15 metrowej płaszczyzny do lądowania.
Oczywiście transport medyczny nie musi być koniecznie związany z próbkami do laboratorium, równie dobrze może transportować medykamenty. Mówi się też o transporcie organów dla przeszczepu, dlatego w opracowaniu jest specjalny kontener  w którym można utrzymać niezbędne warunki (głównie temperaturę).
Warto w tym miejscu wspomnieć, że w Polsce już używano dronów do transportu medycznego próbek w okresie epidemii COVID 19. 24 lutego 2022 r. firma LabAir będąca częścią Farada Group uzyskała zgodę na regularne transporty dronowe próbek medycznych dla ALAB laboratoria. Dron Farada G1 pierwszy historyczny start do 60-kilometrowego lotu wykonał chwilę przed 12:00 pod nadzorem inspektorów z Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Około 12:30 dron wylądował w Sochaczewie na przyszpitalnym lądowisku. Był to nieco inny aparat, bo miał układ hybrydowy – samolotowy ze skrzydłami, ale z czterema wirnikami umożliwiający pionowy start i lądowanie.

Bezpilotowy aparat latający UAVOS UVH-170

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

 

W branży lotniczej rozwój technologii i kompetencji zawodowych odgrywa kluczową rolę. W odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na specjalistów w dziedzinie eksploatacji portów i terminali lotniczych, powstało Branżowe Centrum Umiejętności SkyPort. Ta nowatorska placówka, jedyna na Śląsku, oferuje kompleksowe szkolenia, kształcenie i egzaminowanie, skierowane do szerokiego grona odbiorców.

Czym jest BCU SkyPort?

BCU SkyPort to nowoczesne centrum szkoleniowe, które powstało z inicjatywy trzech kluczowych partnerów:

– Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Katowicach – lidera projektu

– Śląskiego Klastra Lotniczego – partnera branżowego

– Politechniki Śląskiej, Wydziału Transportu i Inżynierii Lotniczej – partnera naukowego

Wspólnym celem jest umożliwienie uczniom, studentom, nauczycielom oraz osobom dorosłym pragnącym się przekwalifikować zdobycie nowej wiedzy i umiejętności, a także zawodowych kwalifikacji w zakresie eksploatacji portów i terminali lotniczych.

 

Wśród proponowanych kursów znajdą się m.in.:

– Szkolenie z przewozu materiałów niebezpiecznych DGR

– Szkolenie z pierwszej pomocy

– Szkolenie operatora dronów NSTS

– Modelowanie, symulacja i optymalizacja systemów w branży lotniczej

– Programowanie robotów – poziom podstawowy

– Wprowadzenie do teledetekcji

– Zarządzanie kryzysowe na lotnisku w oparciu o wirtualną rzeczywistość

– Cyberbezpieczeństwo w lotnictwie

– Obsługa lotniskowa pasażera ze specjalnymi potrzebami

– Sytuacje awaryjne na lotnisku

– Koordynacja pracy służb operacyjnych lotnisk

– Szkolenie z technik lotniskowych służb operacyjnych

– Kierowca operatora wózka widłowego w strefie CARGO i na lotnisku

 

Szczegółowe informacje na temat terminów szkoleń oraz możliwość zapisów są dostępne na stronie internetowej BCU Sky Port https://bcuskyport.katowice.pl oraz w mediach społecznościowych:

Facebook https://www.facebook.com/BCUSkyPort/

Instagram https://www.instagram.com/bcuskyport/

LinkedIn https://www.linkedin.com/company/bcuskyport/?viewAsMember=true

https://x.com/BCUSkyPort

 

Zapisów można również dokonać stacjonarnie w siedzibie BCU SkyPort w Katowicach, przy ulicy Krasińskiego 2.

Ostatnio bezpilotowe aparaty latające działające w Ukrainie znalazły nowe zastosowanie. Nikt nie spodziewał się, że te zdalnie sterowane latające roboty mogą robić jeszcze to.

To, że Ukraina stała się wojną bezpilotowców, to wiemy nie od dziś. Początkowo triumfy święciły tureckie Bayraktary TB2, które nie tylko zdołały rozpoznać ruchy rosyjskich wojsk, ale też skutecznie je atakowały unieruchomione rosyjskie kolumny pancerne pod Kijowem. Unieruchomione, bo szwankowała rosyjska logistyka i nie nadążała z dowozem paliwa dla wojsk.
Później jednak Rosjanie zreorganizowali swoją obronę przeciwlotniczą wojsk i stała się ona o wiele bardziej skuteczna. Teraz Bayraktary obserwowały pole walki z daleka, tak by nie wchodzić w zasięg wrogiej obrony przeciwlotniczej. W międzyczasie jednak Ukraińcy odkryli tanie chińskie drony. Tanie, bo na chińskich portalach można je kupić za dwa tysiące dolarów, co jak na sprzęt mający zastosowanie wojskowe to naprawdę niewiele.
Początkowo te bojowe drony zrzucały lekkie pociski, granaty moździerzowe małego kalibru lub pociski do popularnego granatnika przeciwpancernego RPG. Jednak już jesienią 2022 r. odkryto, że najlepiej do tego celu nadają się tzw. drony FPV, używane przez amatorów wyścigów dronów. Są to aparaty, które dzięki specjalnym okularom zapewniają widok jakby bezpośrednio z drona. Dzięki temu da się nimi sterować niezwykle precyzyjnie. Drony FPV były przebudowywane na bojowe przez uzbrajanie je w głowice bojowe i stosuje się je jako jednorazową amunicję krążącą do atakowania czołgów, transporterów opancerzonych i dział. Począwszy od wiosny 2024 r. odpowiadają one za największą liczbę rosyjskich strat sprzętowych, są stosowane dosłownie setkami tysięcy i nie ma w tym przesady.  Rosja może sobie pozwolić na straty osobowe, bo ma spory zasób mobilizacyjny, ale nie może sobie pozwolić na tak wielkie straty w ciężkim sprzęcie bojowym. Jego produkcja bowiem pokrywa co najwyżej miesięczne straty. Obecnie Rosja sięga do przepastnych magazynów mobilizacyjnych, ale to źródło może się skończyć za 1,5 roku do 2,5 lat, według różnych wyliczeń. Wówczas Rosja będzie musiała zamrozić konflikt do czasu wyprodukowania odpowiedniej ilości sprzętu.
Właśnie drony bojowe przyniosły taką rewolucję. Ale Ukraińcy wykorzystują bezpilotowe aparaty latające nie tylko do rozpoznania i zadań bojowych, ale także do innych zadań. Część aparatów wspomaga służby medyczne, dostarczając rannym na polu walki pakiety opatrunkowe i inne środki medyczne, nim dotrze do nich grupa ewakuacji medycznej. Podobne drony są też wykorzystywane do zaopatrywania w amunicję wysunięte posterunki na pierwszej linii, choć oczywiście udźwig zaopatrzenia nie jest duży.
Co ciekawe, w mniejszym stopniu wykorzystuje się bezpilotowe aparaty latające do prowadzenia rozpoznania radioelektronicznego i do stawiania zakłóceń aktywnych. Jeśli chodzi o to pierwsze zadanie, to oczywiście jest ono dość szeroko wykonywane przez państwa nie biorące udziału w konflikcie. Systematyczne rozpoznanie radioelektroniczne z użuciem aparatów MQ-9 Reaper i RQ-4 Global Hawk prowadzą Amerykanie znad Morza Czarnego, zapewne część opracowanych danych jest przekazywana Ukrainie. Rosjanie do podobnych celów używają bezpilotowych aparatów latających typu Forpost.
Ostatnio pojawiło się jeszcze jedno zastosowanie, dzięki wielkim aparatom komercyjnym, które są w Ukrainie nazywane Baba Jaga. Są to duże, przeważnie seksto- lub oktokoptery z sześcioma-ośmioma wirnikami nośnymi, o udźwigu rzędu 50 kg. Są one sprzedawane jako aparaty dla rolnictwa, do oprysków czy nawożenia, kosztują nawet do 20 000 dolarów.  W Ukrainie dostosowano je do roli bojowych. Albo zrzucają one po 4-6 pocisków moździerzowych przebudowanych na bomby lotnicze, albo przenoszą na większą odległość małe drony FPV, które same stają się indywidualną amunicją krążącą, sterowaną dzięki retransmisji z Baby Jagi.
Właśnie pojawiło się jednak doniesienie, że Ukraińcy użyli dronów Baba Jaga do jeszcze jednego zastosowania. Aparaty tego typu latają nocą nad rosyjskie tyły i upuszczają na ziemię miny przeciwpancerne lub rozrzucają miny przeciwpiechotne. Powoduje to, że na z pozoru bezpiecznych drogach i wokół rosyjskich obozów wojskowych niespodziewanie pojawiają się miny. Znacznie ogranicza to poruszanie się rosyjskich wojsk i zaopatrzenia, trzeba bowiem uważać na pojawiające się nie wiadomo skąd miny. Użycie dronów do minowania to absolutna nowość, ale jak widać, pomysłowość ludzka nie zna granic.

Dron typu Baba Jaga w służbie wojsk Ukrainy
Aparat typu Baba Jaga przenoszony przez obsługę w stanie częściowo złożonym.
Nocny lot aparatu Baba Jaga widoczny w podczerwieni, zdjęcie z innego drona. Właśnie w nocy są one używane do minowania rosyjskich tyłów.

 

 

Michał Fiszer

Jest to pierwszy w Polsce tego rodzaju system bezpilotowy zapewniający kompleksowe poszukiwanie i zwalczanie celów przy pomocy dwóch różnych typów aparatów, rozpoznawczych i uderzeniowych. Właśnie wszedł do uzbrojenia Wojska Polskiego.

Cały system powstał w dość doświadczonej już na polu bezpilotowców firmie WB Electronics Group z Ożarowa pod Warszawą. Tu właśnie powstała koncepcja ciekawego systemu który łączy funkcję rozpoznawcze i poszukiwania celów z funkcjami uderzeniowymi, w związku z czym używa dwóch różnych typów aparatów.

Rozpoznawczy aparat bezpilotowy FT-5 – element systemu rozpoznawczo-uderzeniowego Gladius.

Pierwszy typ to rozpoznawcze FT-5, które prowadzą obserwację i poszukiwanie celów, dostarczając o nich informacje w czasie rzeczywistym. Aparat, nazywany początkowo Łoś, został po raz pierwszy zaprezentowany na targach MSPO w Kielcach we wrześniu 2016 r. Wówczas aparat ten startował bez powodzenia w programie „Orlik”, pozyskania aparatu rozpoznawczego małego zasięgu dla brygad wojsk lądowych. Sam aparat powstał w firmie Flytronic S.A. z Gliwic, która należy do Grupy WB Electronics. Konstruktorem aparatu był Wojciech Szumiński.

Aparat FT-5 prezentowany na wystawie MSPO Kielce.

Aparat oblatany po raz pierwszy w 2017 r. ma masę własną 55 kg i maksymalną masę startową 85 kg. Jest to stosunkowo mało jak na rozpiętość skrzydeł 6,4 m i długość kadłuba 3,1 m. Uzyskano to wykorzystując do jego budowy lekkie, wytrzymałe materiały, przede wszystkim laminaty i kompozyty epoksydowe. Aparat zbudowano w klasycznym układzie z pojedynczym kadłubem, prostym skrzydłem i klasycznym usterzeniem w tylnej części kadłuba, ze statecznikiem poziomym w układzie litery „T”. Aparat nie posiada podwozia, ale dzięki niewielkiej prędkości lądowania w locie szybującym i systemowi stabilizującemu położenie samolotu, nie ma ryzyka uszkodzenia konstrukcji podczas lądowania, które wykonuje się z wykorzystaniem zjawiska kontrolowanego przeciągnięcia.

Zestaw aparatów używanych w systemie rozpoznawczo-uderzeniowym Gladius, rozpoznawcze FT-5 i uderzeniowe BSP-U.

Napęd aparatu stanowią dwa silniki spalinowe umieszczone w skrzydłowych gondolach, ale możliwe jest też zastosowanie silników elektrycznych. Dla systemu Gladius, na wniosek odbiorcy wojskowego, w aparatach FT-5 zastosowano napęd hybrydowy w postaci silnika spalinowego umieszczonego w kadłubie napędzającego prądnicę oraz dwóch silników elektrycznych napędzających śmigła. Ponieważ silnik spalinowy może być wyłączany, a silniki elektryczne przez pewien czas korzystają z baterii akumulatorowej, uzyskano wysoką długotrwałość lotu sięgającą nawet 12 godzin. System rozpoznawczy umieszczono w sterowanej, stabilizowanej w głowicy (kamera światła dziennego oraz termowizyjna), pozwalając na prowadzenie obserwacji w dzień i w nocy. System łączności pozwala na transmisje danych na odległość do 100 km przy wysokości lotu aparatu ok. 5000 m. Wraz ze spadkiem wysokości zasięg łączności i transmisji danych maleje. Aparat startuje z wyrzutni automatycznie i ląduje we wskazanym miejscu też automatycznie. Może wykonać autonomiczny lot po ustalonej trasie, możliwość zmiany trasy w trakcie lotu. Może też być sterowany ręcznie przez operatora, a ponadto można mu wskazać rejon do prowadzenia obserwacji lub może on podążać za śledzonym głowicą optyczną celem.

Pojazd Waran z wyrzutnią i z aparatem FT-5 na niej.

FT-5 transmituje dane z rozpoznania w czasie rzeczywistym na pojazd Waran, który jest jednocześnie stanowiskiem operatora startu (w kabinie kierowcy) i ma zamontowaną wyrzutnię do startu FT-5 lub bojowego modułu systemu Gladius.

Ten ostatni, to amunicja krążąca typu BSP-U, także zaprojektowana w firmie Flytronic S.A. Ma on również zasięg do 100 km i został zbudowany w układzie klasycznym, z prostym skrzydłem, pojedynczym kadłubem, usterzeniem w układzie litery „T” oraz z silnikiem elektrycznym umieszczonym z tyłu, który napędza śmigło pchające. W przedniej części aparatu umieszczono kamerę służącą operatorowi do celowania. Oba aparaty korzystają też z uodpornionego na zakłócenia elektroniczne odbiornika GPS, stanowiącego podstawę nawigacji. BSP-U ma rozpiętość skrzydeł 2,5 m i przenosi odpowiednią głowicę bojową. Istnieje też szkolna, nieuzbrojona odmiana aparatu znana jako BSP-UT, na którym to aparacie można ćwiczyć realne ataki.

Start aparatu bojowego BSP-U z wyrzutni na pojeździe Waran.

Pojazdy Waran poza wyrzutnią i systemem łączności na maszcie są wyposażone w terminal systemu kierowania ogniem artylerii Topaz, dzięki czemu można podłączyć system do systemu dowodzenia dywizjonu artylerii polowej.

Jeden moduł bateryjny systemu Gladius składa się z pięciu samochodów-wyrzutni, dwóch naziemnych stacji kierowania z których można sterować lotem FT-5 oraz atakami amunicji krążącej BSP-U, pięciu aparatów rozpoznawczych FT-5 oraz nieokreślonej liczby aparatów BSP-U na trzech wozach amunicyjnych przeznaczonych do ich transportu. Na podstawie kontraktu podpisanego w maju 2022 r. Wojsko Polskie kupuje cztery bateryjne moduły systemu Gladius, po jednym dla każdego z pułków artylerii, poczynając od tych, które są rozmieszczone we wschodniej Polsce. Jako pierwsza gotowość bojową osiągnęła bateria Gladius w 18. Pułku Artylerii im. płk. Witolda Sztarka w Nowej Dębie, należący do 18. Dywizji Zmechanizowanej im. gen. broni Tadeusza Buka. Gotowość bojową jednostka osiągnęła w 2023 r.

Wyrzutnia systemu na wystawie MSPO Kielce, na wyrzutni rozpoznawczy FT-5, a obok stoi bojowy BSP-U.

 

Michał Fiszer

Już teraz zapisz się
do naszego newslettera

Bądź na bieżąco z nowościami