No. 42 Flying Wing – baza Murid w Pakistanie

×
Ułatwienia dostępu
Rozmiar czcionki +-RESET
Kontrast / Kolory Ciemny Jasny MonoKontrast RESET

Główną jednostką bezpilotowych aparatów latających Pakistanu jest należące do Sił Powietrznych No. 42 Flying Wing, 42. Skrzydło Lotnicze w bazie Murid w Pakistanie, w prowincji Pendżab. 

Jeszcze z początkiem XXI wieku baza ta była utrzymywana wyłącznie jako zapasowa, z jednostką logistyczną, ale bez latającej. Wcześniej stacjonowały tu samoloty F-86F Sabre z 15. Dywizjonu oraz naddźwiękowe Shenyang F-6, ale później bazę przekształcono w lotnisku wysunięte, gdzie samoloty jedynie się tankowały i uzbrajały w razie potrzeby wykonania misji w tym rejonhie. Szybko rozwój bezpilotowych aparatów latających w Pakistanie sprawił jednak, że sformowano tu kilka dywizjonów różnych systemów bezpilotowych. Łącznie tworzą one 42. Skrzydło Lotnicze, które powstało w 2007 r., wraz z wprowadzeniem do uzbrojenia aparatów bezpilotowych najróżniejszych typów.

 

Uroczystość przyjęcia do uzbrojenia 42. Skrzydła Lotniczego nowych apratów latających. Pierwsze trzy z charakterystycznym usterzeniem to aparaty Bayraktar TB2, dalej z tyłu widać dwusilnikowego Akıncı

Scentralizowane użycie aparatów bezpilotowych na poziomie operacyjnym i operacyjno-taktycznym służy temu, by ułatwić ich wsparcie logistyczne tak ze strony wojska jak i państwowych (głównie) producentów utrzymujących w bazie swoje sekcje serwisowe, a także by ujednolicić taktykę działania oraz procedury operacyjne w jednostkach różnych typów. We współczesnych czasach dystrybucja informacji uzyskanych z poszczególnych aparatów nie stanowi problemy, bowiem mamy sieciocentryczne systemy łączności i dowodzenia, pozwalające na składanie zamówień na rozpoznanie lub działania bojowe nadchodzące z różnych jednostek w czasie rzeczywistym, a już w trakcie realizacji zadań – na wgląd wszystkich zainteresowanych mających odpowiedni autoryzowany dostęp, w dane rozpoznawcze i obrazy przekazywane przez aparaty bezpilotowe.

Dlatego w ramach 42. Skrzydła Lotniczego funkcjonuje sześć dywizjonów bezpilotowych aparatów latających:
No. 60 Strategic Squadron sformowany w 2007 r. jest wyposażony w aparaty GIDS Shahpar Ipakistańskiej produkcji, ich masa startowa to 480 kg, rozpiętość skrzydeł – 6 m, udźwig uzbrojenia – 50 kg, długotrwałość lotu – 7 godzin.
No. 61 Strategic Squadron sformowany w tym samym roku ma aparaty NESCOM Burraq o masie startowej 1000 kg, rozpiętości skrzydeł 9 m, udźwigu uzbrojenia 110 kg, długotrwałość lotu 6-7 godzin. Niedawno wyposażenie dywizjonu uzupełniono aparatami Shahpar I.
No. 62 Strategic Squadron sformowany już w 2003 r. jako samodzielny (później włączony do 42. Skrzydła) jest wyposażony we włoskie bezpilotowe aparaty latające Selex Falco, zakupione przed wprowadzeniem do użycia aparatów własnej konstrukcji. Aparaty tego typu służą wyłącznie do rozpoznania, nie mają uzbrojenia. Ich masa startowa to 750 kg, a rozpiętość skrzydeł 7,2 m. Długotrwałość lotu to 14 godzin.
No. 63 Strategic Squadron – sformowany w 2021 r. jest wyposażony w chińskie aparaty Chengdu GJ-2 znane też jako Wing Loong 2. Są to duże turbośmigłowe aparaty o masie 4200 kg przenoszące 480 kg uzbrojenia, o rozpiętości skrzydeł 20,5 m, mające długotrwałość lotu 32 godziny.
No. 64 Strategic Squadron – sformowany w 2022 r. jest wyposażony w tureckie aparaty Bayraktar TB2. Ich masa startowa to 700 kg, udźwig uzbrojenia – 150 kg, rozpiętość skrzydeł 12 m, a długotrwałość lotu to 27 godzin.
No. 65 Strategic Squadron – sformowany w 2023 r. jest wyposażony w kilka tureckich aparatów Bayraktar Akıncı. Są to największe bezpilotowce w służbie Pakistanu i służą głównie do prowadzenia rozpoznania radioelektronicznego z dużych wysokości oraz obserwacji radarowej pogranicza pakistańsko-indyjskiego. Aparat ma masę startową zbliżoną do 6000 kg, rozpiętość skrzydeł ponad 20 m, długotrwałość lotu to 24 godziny, a pułap lotu sięga 13 500 m. W razie potrzeby może zabrać nawet do 900 kg uzbrojenia kierowanego. Jego napęd stanowią dwa silniki turbośmigłowe.
42. Skrzydło Lotnicze wykonuje głównie zadania monitorowania sytuacji na granicy z Indiami, a także zwalcza wewnętrzną opozycję, bowiem Pakistan zmaga się z Talibami i innymi ekstremistami którzy prowadzą działania nieregularne (partyzanckie) w środkowej i północnej części kraju. Stąd taka gama operacyjno-strategicznych i operacyjno-taktycznych aparatów, dostosowanych do różnych zadań wykonywanych w ramach dwóch wyżej przedstawionych grup. W trzeciej kolejności mogą wykonywać rekonesanse w ramach usuwania skutków klęsk żywiołowych.

 

 

 

Nie ma obecnie zbyt wielu zdjęć z bazy Murid, skrzydło nie jest jednostką chętnie pokazywaną. Na zdjęciu włoski aparat Falco w służbie lotnictwa Pakistanu, aparat nie nosi żadnych oznaczeń.

 

Pakistański taktyczny aparat latający GIDS Shahpar I używany w 60. Dywizjonie Sił Powietrznych Pakistanu

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że Pakistan używa kilku całkiem udanych bezpilotowych aparatów latających własnej konstrukcji i produkcji. Jednym z podstawowych i szeroko produkowanych jest NESCOM Burraq.

Aparat ten powstał w oparciu o państwowe i wojskowe ośrodki tak badawcze, inżynierskie, jak i produkcyjne. NESCOM to skrót od National Engineering & Scientific Commission, wielkiej organizacji zatrudniającej ok. 16 000 ludzi, podobnej nieco do polskiego PEGAZa, czyli również w skład tego kompleksu wchodzą różne zespoły konstrukcyjne i różne zakłady produkcyjne. Jeden z zespołów w Islamabadzie projektuje bezpilotowe aparaty latające, które są następnie produkowane w zakładzie Satuma w dzielnicy Sihala po wschodniej stronie Rawalpindi. Stolica Pakistanu Islamabda i większe od niej miasto Rawalpindi przylegają do siebie, granica między nimi jest dość sztuczna.
Zespół konstruktorów NESCOM pracował nad własnym aparatem taktycznym od ok. 2005 r. Impulsem do jego opracowania było amerykańskie użycie uzbrojonych MQ-1 Predator w Afganistanie i w samym Pakistanie przeciwko rebeliantom i bojówkom Talibów. Oceniono, że tanie w zakupie i eksploatacji niewielkie taktyczne bezpilotowe aparat latające będą wykonywały te same zadania na rzecz władz Pakistanu zdecydowanie lepiej, a już na pewno taniej niż naddźwiękowe samoloty bojowe. Zakładano dolot z prędkością ok. 200 km w czasie 2 godzin na odległość do 400 km i powrót oraz minimum kolejne dwie godziny patrolowania w wybranym rejonie, co zapewniałoby rozpoznanie, obserwację i atakowanie obiektów naziemnych w razie wykrycia odpowiedniego celu.

Aparat zbudowano wzorując się nieco na podobnej konstrukcji chińskiej CH-3. A zatem został zbudowany w układzie „kaczka” – z przednim usterzeniem na kadłubie, ze skrzydłami umieszczonymi z tyłu. Skrzydła mają podwójny skos krawędzi natarcia, duży w części przykadłubowej i mniejszy w zewnętrznej, przy mniej więcej stałym skosie na krawędzi spływu. W tylnej części kadłuba znajduje się silnik tłokowy napędzający trójłopatowe śmigło pchające. Usterzenie pionowe umieszczono w formie płyt na końcach skrzydeł. Silnik ma moc mniejszą od 100 KM, co zapewnia aparatowi prędkość maksymalną 215 km/h i przelotową 180 km/h. Rozpiętość skrzydeł wynosi ok. 9 m, długość kadłuba ok. 6 m, zaś wysokość 2 m. Aparat ma stałe trójkołowe podwozie, na którym startuje i ląduje, ma automatyczny zakres startu i lądowania oraz może wykonać lot po trasie autonomicznie lub może być sterowany zdalnie. Zasięg łączności wynosi do 250 km pod warunkiem lotu w pobliżu pułapu, który wynosi 7000 m lub z wykorzystaniem lecącego w pobliżu miejsca bazowania retranslatora. Zasięg jest określany na 1000 km, ale spotkaliśmy się też z podaną długotrwałością lotu – 7 godzin, co by mniej więcej się zgadzało, choć w tym układzie faktyczny zasięg wynosi ok. 1200 km. Masa własna aparatu wynosi ok. 500 kg, zaś maksymalna masa startowa to ok. 1000 kg, przy czym 115 kg z tego to uzbrojenie podwieszane, zaś niecałe 400 kg to zapas paliwa na aparacie.

Pod kadłubem aparat ma głowicę elektrooptyczną, która też jest wyprodukowana w Pakistanie, podobnie jak pokładowy system nawigacyjny oparty o bezwładnościowy układ nawigacyjny, korygowany odbiornikiem GPS.
Uzbrojenie aparatu składa się z dwóch pocisków NESCOM Barq o masie po ok. 55 kg. Są to bomby kierowane laserowo, półaktywnie, przy czym podświetlenie celów jest realizowane z głowicy elektrooptycznej aparatu.
Liczbę wyprodukowanych aparatów typu Burraq ocenia się na 36 sztuk i większość z nich służy w bazie Murid gdzie znajduje się skrzydło bezpilotowych aparatów latających Pakistanu. Na aparatch Burraq lata No. 61 Unmanned Aerial Vehicle Squadron czyli 61 (UAV)sq – 61. Dywizjon Bezpilotowych Aparatów Latających.

Pierwszy prototyp aparatu Burraq oblatano 9 maja 2009 r. W okresie 2013-2015 przeszedł on próby wojskowe i od tego momentu jest używany w Pakistanie w linii. Od razu, od września 2015 r., jest on używany do walki z rebeliantami i Talibami oraz innymi ugrupowaniami ekstremistycznymi na terenie Pakistanu, atakując obiekty naziemne swoimi bombami kierowanymi laserowo.

 

Artystyczna wizja aparatu NESCOM Burraq, która doskonale pokazuje konfiguracje aerodynamiczną bezpilotowca

 

Pokaz aparatu bezpilotowego Burraq na defiladzie w Pakistanie

 

Grupa bezpilotowych aparatów latających Burraq w macierzystej bazie Murid w pakistańskim Pendżabie

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Pierwszym amerykańskim bezpilotowym aparatem latającym używanym do rozpoznania był Ryan Model 147B, którego opracowanie zaczęło się w lutym 1962 r. Pierwszy lot bojowy aparat ten wykonał nad Chinami 20 sierpnia 1964 r., a później był używany pomyślnie w Wietnamie w czasie wojny. Było to pionierskie zastosowanie bezpilotowych aparatów latających przez USA, które warto przypomnieć.

Pierwszy amerykański bezpilotowy aparat rozpoznawczy Ryan Model 147B w czasie testów.

We wrześniu 1959 r. szef oddziału rozpoznania USAF, płk Hal Wood, ostrzegł przełożonych, że loty samolotów U-2 nad ZSRR (o których wiedziało wąskie grono osób) są coraz bardziej ryzykowne ze względu na możliwość zestrzelenia samolotu za pomocą przeciwlotniczych zestawów rakietowych. Poproszono więc firmę Ryan Aeronautical, by przedstawiła możliwości dostosowania do rozpoznania swoich celów latających typu Firebee. Firma przedstawiła informacje USAF w końcu kwietnia 1960 r., a 1 maja 1960 r. został zestrzelony nad Swierdłowskiem U-2A pilotowany przez Francissa G. Powersa, zatrudnionego w CIA. Jeszcze w połowie lipca 1960 r. Ryan Aeronautical otrzymał kontrakt na opracowanie od podstaw bezpilotowego aparatu latającego Red Wagon, w firmie oznaczonego Model 136.

Jednakże dobre wyniki z operacji rozpoznawczych sztucznych satelitów Corona pracujących na rzecz CIA oraz prace nad szybkim A-12 Oxcart (późniejszy SR-71 Blackbird) sprawiły, że program Red Wagon zamknięto w styczniu 1962 r. jako zbędny.

Aparat bezpilotowy Ryan Model 147B podwieszony pod samolot nosiciel DC-130A.

Jednak niemal natychmiast, bo już 2 lutego 1962 r., uruchomiono tańszą wersję programu. Po prostu, zamiast budowanego od podstaw aparatu latającego do zadań rozpoznawczych, miały zostać zaadoptowane używane już cele powietrzne Firebee. Jako wyposażenie rozpoznawcze miał zostać zamontowany aparat fotograficzny Hycon 233A, powstały jako nieco zmniejszona wersja aparatu Hycon 73B pochodzącego z samolotu U-2 (miał trzy aparaty tego typu). W odmianie dla bezpilotowca zmniejszono ogniskową jego obiektywu z 914 mm do 610 mm ze względu na brak miejsca w kadłubie. Hycon 233A robił zdjęcia na filmie o wymiarze klatki 229 x 229 mm. Zakładano, że zasięg aparatu będzie nie mniejszy niż 1900 km, a pułap praktyczny – 17 000 m. Model 147A, oblatany w kwietniu 1962 r., miał więc nieco wydłużony kadłub w stosunku do Firebee (z 6,71 m do 7,85 m), by umieścić aparat oraz dodatkowy zbiornik paliwa. Aparat miał prosty system nawigacyjny, złożony z dokładnego żyrokompasu oraz automatu utrzymującego zadaną prędkość i kurs, a także urządzenia zegarowego nakazującego zmianę kursu po przeleceniu ściśle określonego czasu z daną prędkością przy danym kursie; do tego był radiowysokościomierz. Nad terenem nieprzyjaciela do dyszy silnika odrzutowego Teledyne J69-T-29A o ciągu 7,6 kN wtryskiwano kwas chlorosiarkowy, powodujący, że silnik nie dymił; jego gazy wylotowe były przezroczyste.

Próby pierwszego Modelu 147A były na tyle pomyślne, że szybko USAF zamówiły w firmie Ryan wersję wysokościową Model 147B. Podobnie jak poprzednie, startowały one zrzucane przez samolot DC-130 Hercules, dostosowany do przenoszenia celów latających Firebee. Lądowanie zaś odbywało się na spadochronie, po uprzednim zrzucie we wskazanym miejscu kasety z filmem na spadochronie, wraz z rożkiem umożliwiającym śledzenie opadającej kasety na radarze, by łatwiej było ją odzyskać. W wersji 147B zwiększono rozpiętość skrzydła z 4,0 m do 8,2 m, co pozwoliło na zwiększenie pułapu bezpilotowca z 17 000 m do 19 200 m. Zakładano, że utrudni to jego zestrzelenie przez sowieckie przeciwlotnicze systemy rakietowe, a wówczas do uzbrojenia wszedł S-75 Dwina, którego górna granica strefy rażenia była co prawda wyższa, ale na dużej wysokości malał zasięg zestawu, zwiększając szanse na „przeżycie” aparatu na polu walki.

Firma Ryan została wykupiona przez Teledyne w 1969 r. i powstała Teledyne Ryan. Firmowy obrazek z lat 70. przedstawia opracowaną w firmie rodzinę aparatów bezpilotowych.

Ponieważ Model 147A występował w postaci kilku prototypów, to jego krótkoseryjna wersja, zamówiona w ilości zaledwie siedmiu przez USAF, nosiła oznaczenie Model 147C, była ona przeznaczona do szkolenia i nie miała instalacji wtrysku kwasu do dyszy. W seryjnych aparatach zwiększono rozpiętość do 4,6 m i bardzo nieznacznie wydłużono kadłub. Trzy z nich zmodyfikowano na aparaty do rozpoznania radioelektronicznego Model 147D, o których w kolejnym odcinku.

Pierwsze Model 147B dostarczono wiosną 1964 r. Były one używane operacyjnie do grudnia 1965 r.; zbudowano ich łącznie 37 sztuk. O użyciu bojowym i kolejnych wersjach – w następnym odcinku.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
 

Firma ZALA AERO Group Bezpiłotnyje Sistiemy z Iżewska, producent amunicji krążącej rodziny Lancet, wytwarza także bezpilotowe aparaty latające przeznaczone do rozpoznania. Dwa typy w kilku różnych odmianach są używane w konflikcie w Ukrainie, ale firma oferuje ich znacznie więcej, więc przypuszczalnie na ukraińskim froncie pojawią się kolejne, przybliżymy je pokrótce w dwóch kolejnych tekstach.

Aparat ZALA 421-08 na wystawie Armia 2017.

Najmniejszy z wymienionych aparatów, który został wprowadzony do użycia wojsk rosyjskich jeszcze w 2014 r., to mały bezpilotowy aparat taktyczny który może być przenoszony przez żołnierzy w zestawie o łącznej wadze 9-11 kg, nazywany w firmie Z-08, zaś po przyjęciu do uzbrojenia nazwano go w wojsku Zala 421-08. W skład zestawu wchodzi pojemnik do przenoszenia, dwa aparaty o masie (w zależności od wersji i serii produkcyjnej) od 1,7 kg do 2,5 kg, laptop do sterowania i zestaw do ładowania baterii oraz kilka części zamiennych. Zestaw może być przenoszony przez żołnierzy sił specjalnych w plecaku lub może być transportowany dowolnym samochodem terenowym, by dalej już ręcznie przenieść go na miejsce skąd zostanie użyty. Aparaty znalazły zastosowanie w Wojskach Powietrzno-Desantowych i w Specnazie, łącznie do wybuchu wojny zakupiono 400 zestawów. Po wybuchu wojny zapewne kupowano je nadal, choć dane są oczywiście utajnione.

ZALA 421-16 używany w tzw. Strefie Specjalnej Operacji Wojskowej, jak Rosjanie nazywają swoją agresję na Ukrainę, na zdjęciu w rękach separatystów ukraińskich.

Zala 421-08 ma układ latającego skrzydła o obrysie trapezowym, rozpiętość wynosi 810 mm. Stateczniki pionowe umieszczono na końcach skrzydeł. Ponieważ kamera znajduje się w owiewce pod lewym skrzydłem, to kadłub dla utrzymania środka ciężkości w środku parcia aerodynamicznego jest nieznacznie przesunięty w prawo. Napęd stanowi silnik elektryczny ze śmigłem pchającym. Prędkość aparatu 65-120 km/h, pułap do 3600 m, długotrwałość lotu 80 minut, a zasięg łączności to 15 km z przekazywaniem obrazu na żywo lub do 25 km z rejestracją obrazu i transmisją po zbliżeniu się na odległość poniżej 15 km od operatora. Nawigacja jest oparta o elektronicznego autopilota z odbiornikiem GPS/Glonass. Aparat startuje z ręki i ląduje metodą głębokiego przeciągnięcia (na małej prędkości postępowej i opadania), najlepiej na trawie, co amortyzuje zetknięcie się z ziemią.
Bardzo popularnym aparatem jest większy, również używany na poziomie taktycznym ale w Ukrainie wykorzystywały go jedynie jednostki Rosgwardii (Rosyjskiej Gwardii Narodowej) oraz prywatne firmy militarne takie jak niesławna CzWK „Wagner”. Zestawy w odmianie ZALA 421-16E o zwiększonej długotrwałości lotu i uodpornione na zakłócenia otrzymały jednostki separatystów ukraińskich, tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych, które w 2024 r. zintegrowano z wojskami rosyjskimi, i tak pewna ilość tych aparatów trafiła do użycia w Armii Rosyjskiej, choć tylko w rękach ukraińskich separatystów z Doniecka i Ługańska. Aparat znajduje też szerokie zastosowanie w zadaniach związanych z bezpieczeństwem wewnętrznym, w tym do patrolowania gazociągów (wykorzystuje go firma GAZPROM), a z kolei Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych używa ich do lokalizacji pożarów w rozległych obszarach leśnych.

Pokazana na wystawie wersja o zwiększonej długotrwałości lotu, ZALA 421-16EM.

ZALA 421-16 ma rozpiętość skrzydeł 2,81 m i długość 1,02 m. Masa startowa aparatu to ok. 10 km, może się ona różnić nieznacznie w zależności od odmiany. Prędkość maksymalna to 110 km/h, a pułap praktyczny do 3500 m. Taktyczny promień działania z retranslacją łączności sięga 45 km, długotrwałość lotu to 3-4 godziny, ale w wersji „E” może być zwiększona do 6-7 godzin, przez zastosowanie wydajniejszej baterii i innych zmian aerodynamicznych (przypuszczalnie sprawniejsze śmigło). Standardowo dron przenosi cyfrową lustrzankę o rozdzielczości co najmniej 18 megapikseli i wysokiej jakości kamerę wideo z 20-krotnym powiększeniem, stabilizowaną żyroskopowo. Nawigacja za pomocą odbiornika Gloass/GPS, ale w wersji EM dodano też procesor do zliczania przebytej drogi KRW-7, co pozwala na autonomiczne nawigowania i powrót w miejsce startu nawet przy zakłóceniu sygnałów GPS. Start odbywa się z pneumatycznej katapulty, którą się rozkłada do startu, a sprężone powietrze podaje mały spalinowy kompresor, lądowanie na spadochronie, z poduszką powietrzną do amortyzacji upadku.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Amunicja krążąca firmy ZALA AERO Group „Bezpiłotnyje Sistiemy” z Iżewska w Rosji jest dość powszechnie używana w wojnie w Ukrainie i faktycznie odnosi pewne sukcesy, porównywalne z sukcesami podobnych aparatów używanych przez Ukrainę, choć skala użycia systemów rosyjskich jest wyraźnie mniejsza, na szczęście.

 

Pierwsza wersja Lancet-1, czyli Izdielie 51.

Firma ZALA AERO Group Bezpiłotnyje Sistiemy powstała w 2003 r. i stanowi część koncernu zbrojeniowego „Kałasznikow”, który też ma swoją główną siedzibę w Iżewsku, gdzie znajdują się też i jego główne zakłady PAO Iżewskij Mechaniczewskij Zawod, znany z produkcji broni strzeleckiej już od ponad wieku. Co ciekawe, w czasach ZSRR produkowano tu też słynne motocykle pod marką „Iż”, a nawet samochody osobowe o tej nazwie. ZALA AERO to nowy dodatek, mający swoje biura konstrukcyjne w Moskwie i Iżewsku, gdzie znajduje się też zakład produkujący bezpilotowe systemy latające o różnym przeznaczeniu.
Rodzina amunicji krążącej nosi fabryczne, zakładowe oznaczenie „Izielie 5x” (wyrób 5x), czyli pierwszą wersją Lanceta był ZALA Izdielie 51 nazywany Lancet 1. Wyróżniał go charakterystyczny schemat aerodynamiczny z czterema skrzydłami w układzie krzyżowym (są wokół kadłuba co 90 stopni) oraz identycznie położonymi czterema mniejszymi statecznikami. Aparat napędzany silnikiem elektrycznym umieszczonym z tyłu miał masę 5 kg i długotrwałość lotu do 30 minut. Zasięg łączności z retranslacją za pomocą tzw. „pszczoły matki” (aparat do przekazywania łączności latający nad własnym terytorium, zwiększający zasięg działania bezpilotowców taktycznych do ok. 70-80 km, kiedy łączność bezpośrednia line-of-sight nie powala na więcej niż 15-30 km w zależności od wysokości lotu aparatu) wynosi ok. 40 km. Prędkość lotu pierwszych Lancetów była zbyt mała, nie przekraczała 85 km/h. Bardzo często zdarzało się, że te pierwsze Lancety wplątywały się w siatki maskujące nad atakowanym sprzętem nie wybuchając, sprzyjały temu mała prędkość i duża rozpiętość skrzydeł krzyżowych. Dlatego w kolejnej wersji znanej w firmie jako Izdielie 52, zaś w wojsku nazywanej Zala-3 zastosowano skrzydła i stateczniki o równej wielkości.

Oryginalny schemat wraz z danymi Lancet-3 z folderu producenta.

Dzięki temu można było przenieść wytwarzania części siły nośnej ze skrzydeł na stateczniki. Stateczniki w obu odmianach są typu płytowego, czyli obracają się w całości. Lancet-3 waży 12 kg i ma głowicę bojową zwiększoną z kilograma do trzech, stąd system nazw (Lancet 1 i Lancet 3, notabene podobny jak w przypadku Warmate, ale jest to jedyne podobieństwo). Dzięki większej masie możliwe było zwiększenie mocy elektrycznego silnika i pojemność cięższej teraz baterii, co przełożyło się na prędkość 110 km/h, zasięg do 40-50 km i długotrwałość lotu 40 minut. Ponadto wprowadzono zakres ataku  lotu nurkowego z rozpędzeniem do 300 km/h w nurkowaniu, co ułatwia przebijanie siatek maskujących. Właściwie ta odmiana była dopiero w pełni dopracowana i jest stosowana dość masowo w Ukrainie z różnym powodzeniem.

Do uzbrojenia wchodzi też odmiana Izdielie 53, o której bardzo niewiele wiadomo. Ma inny system rozkładania skrzydeł po starcie. W Lancecie-3 (Izdielie 52) są one składane wzdłuż kadłuba, do przodu, ale pozostają pod kątem prostym do niego, choć swoją szerokością (cięciwą), a nie rozpiętością, przy starcie pod wpływem bezwładności rozkładają się do tyłu przez obrót o 90 stopni. W Izdielie 53 skrzydła umieszczono na bokach prostokątnego kadłuba w taki sposób, że po obrocie ich o 90 do składania przylegają one płasko do powierzchni kadłuba. Pozwala to na wystrzeliwanie amunicji ze skrzynkowych pojemników, w których mogą one być transportowane na pojeździe po cztery lub na mniejszych pojazdach pojedynczo. W ten sposób wyrzutnia zajmuje pozycje, odpala aparaty i od razu odjeżdża, a w bezpieczniejszym miejscu ponownie ładuje się je aparatami, by ponownie podjechać na stanowisko startowe na krótką chwilę. Parametry Izdielie 53 nie są znane, ale niewykluczone, że mają zasięg do ok. 100 km.

Tak wygląda wersja Lanceta znana jako Izdielie 53. Widać charakterystyczne mocowanie skrzydeł, które po obrocie o 90 stopni przylegają do kadłuba.

 

Wyrzutnie dla amunicji krążącej Izdielie 53.

Kolejny aparat ma zupełnie nowy układ aerodynamiczny. Izdielie 54 jest odmianą w układzie latającego skrzydła z krótkim kadłubem po środku i ze śmigłem ciągnącym umieszczonym z przodu kadłuba. Napęd stanowi dwucylindrowy silnik spalinowy. Skrzydło ma obrys trójkątny w części wewnętrznej i proste w części zewnętrznej i ze statecznikami pionowymi na końcach skrzydeł. Zasięg Izdielie 54 wynosi wg producenta do 200 km, ale nie wiadomo, czy ma atakować cele stałe o zaprogramowanych prze lotem współrzędnych, czy cel można wybrać w locie (raczej nie, bo nie widać na aparacie żadnej kamery). I nie wiadomo, czy Izdielie 54 w ogóle wejdzie do uzbrojenia.

Widać wyraźnie, że aparat (amunicja krążąca) Izdielie 54 ma zupełnie inny układ aerodynamiczny.

 

W styczniu 2024 r. firma zapowiedziała rozwój następnego typu amunicji krążącej znanej jako Izdielie 55. Ogólnie aparat jest podobny do używanych już Lancetów, ale jest większy, a jego napęd stanowią aż cztery silniki elektryczne umieszczone w małych gondolach na statecznikach, ze śmigłami ciągnącymi. Przypuszczalnie nowy aparat firmy ZALA ma też większy zasięg od dotychczasowych Lancetów, które atakowały cele (Lancet-3) oddalone do 70 km od linii frontu. Czas pokażę i będziemy o nich informować na bieżąco.

Jedyny relatywnie wiarygodny wizerunek Izdielie 55 w opracowaniu pochodzi od producenta. Jaka będzie ostateczna postać aparatu, to się okaże.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Na targach Kielce pokazano makietę opracowywanego właśnie przez Grupę WB Electronics z Ożarowa pod Warszawą nowego systemu amunicji krążącej Warmate 50 o zasięgu do 1000 km. Oprócz tego zapowiedziano opracowanie mniejszych nieco odmian Warmate 5 i Warmate 20, w każdym przypadku liczba oznacza masę głowicy bojowej.

Dlaczego analog? Nie jest to oczywiście żaden „analog”, to całkowicie polskie opracowanie wpisujące się w najnowsze trendy koncepcyjne i rozwojowe widoczne w czasie działań w Ukrainie. Oczywiście Rosjanie stwierdzili, że to „analog systemu, który analogów nie ma”. Chodzi o ich własną amunicję krążącą ZALA Lancet, która jest budowana w różnych odmianach o różnej wielkości, masie głowicy bojowej i zasięgu. W działaniach wojennych w Ukrainie sprawdza się ona przyzwoicie, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle tego, co używa Ukraina. Za to całkiem dobrze spisuje się protoplasta rodziny Warmate 1, który wbrew nazwie ma 300 gramową głowicę bojową, bo jest to w założeniu lekki taktyczny bezpilotowy aparat latający budowany w klasie amunicji krążącej, przeznaczony do tego, by był przenoszony przez żołnierzy i używany bez większych trudności z wykorzystaniem minimalnej ilości sprzętu naziemnego (rozkładana wyrzutnia-katapulta, laptop do kierowania i kontroli działania aparatu). Jest też oferowana odmiana rozpoznawcza Warmate R wyposażona w trzy niewielkie kamery cyfrowe, transmitująca dane w czasie rzeczywistym.

Pokazana na targach MSPO Kielce we wrześniu 2024 r. makieta aparatu – amunicji krążącej typu Warmate 50 firmy WB Electronics z Ożarowa.

Warmate 50 oczywiście nie ma wiele wspólnego z Warmate 1, bowiem powstał według zupełnie innej koncepcji. Nie wiadomo, czy poza może materiałami konstrukcyjnymi i może autopilotem cokolwiek można wykorzystać z oryginalnego Warmate. W odróżnieniu od elektrycznego Warmate 1, „strategiczny” Warmate 50 jest już napędzany silnikiem spalinowym o mocy dobranej tak, by rozwinął on rozsądną prędkość, zapewne 200-250 km/h na co wskazuje jego układ aerodynamiczny, a jednocześnie by zużycie paliwa utrzymywać na niewielkim poziomie. Obecnie na rynku są dostępne takie oszczędne silniki przeznaczone dla dronów. Układ aerodynamiczny Warmate 50 przypomina nieco irańskiego Shaheda 136, czyli samolot ze skrzydłem trójkątnym bez usterzenia poziomego oraz z pojedynczym statecznikiem pionowym, oraz z silnikiem umieszczonym z tyłu, napędzającym śmigło pchające. Na tym jednak podobieństwa się kończą, bowiem w odróżnieniu o kadłuba Shaheda o przekroju okrągłym i układzie średniopłata, Warmate 50 ma mieć kadłub o przekroju prostokątnym z nieznacznie zaokrąglonymi krawędziami oraz układ górnopłata. W kadłubie umieszczono oczywiście stałą, niewymienną (dla zmniejszenia kosztów) głowicę bojową oraz zbiorniki paliwa, a także aparaturę sterującą. Oczywiście aparat nie ma podwozia, bo nie potrzebuje, zapewne ma startować z wyrzutni-katapulty umieszczonej na pojeździe. Producent WB Electronics nie ujawnia jeszcze wielu informacji o tym aparacie, co zrozumiałe, wiele jego parametrów będzie nadal utajnionych także po ewentualnym (w co wierzymy) wprowadzeniu aparatu do eksploatacji. Dlatego niewiadomą jest jak ten aparat będzie nawigował do celu i czy będzie z nim łączność pozwalająca na potwierdzenie celu przed atakiem. Ukraińskie drony dalekiego zasięgu mają proste bezwładnościowe układy nawigacyjne wspomagane odbiornikiem GPS, ale czasem mają też rosyjskie karty SIM pozyskiwane w różny sposób, łączą się przez internet i za pomocą komunikatorów społecznościowych wysyłają widziane obrazy lub odbierają komendy sterowania, wykorzystują też internetową opcję łączenia się z systemem nawigacji satelitarnej tak jak robi to współczesny telefon komórkowy, na wypadek włączenia zakłóceń wojskowych zakresów GPS. Zakładamy jednak, że Warmate 50 ma jednak bardziej tradycyjny system nawigacji „military grade” w postaci układu bezwładnościowego korygowanego GPS.
Najważniejszą zaletą Warmate 50 jest to, że pozwala on na atakowanie celów strategicznych bez żadnych ograniczeń, podczas gdy – jak pokazują ukraińskie doświadczenia – użycie importowanej amunicji może być ograniczone zgodami dostawcy co do obszaru użycia i rodzaju celów. Może to mieć miejsce w przypadku dostarczonych z USA lotniczych pocisków manewrujących AGM-158 JASSM-ER, ale Warmate 50 nie będą dotyczyć żadne ograniczenia.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Największe zainteresowanie wzbudza ukraiński aparat Palianica, po raz pierwszy użyty bojowo 24 sierpnia 2024 r. Jest to aparat dalekiego zasięgu, ale napędzany silniki turboodrzutowym, a tym samym szybszy i trudniejszy do zestrzelenia.

Pierwsze bojowe użycie aparatu Palianica, nazwanego tak na cześć ukraińskiego chleba pieczonego na wsiach, było dość spektakularne. 24 sierpnia, w Święto Niepodległości Ukrainy zaatakowano skład amunicji w miejscowości Ostrogożsk w Obwodzie Woroneskim, co tradycyjnie już wywołało pożar i serię eksplozji amunicji. Zniszczono znaczne ilości cennej dla Rosjan amunicji, bowiem pożar trwał ponad dobę, a pożarowi towarzyszyła cała seria silnych wybuchów.
Wcześniej, 14 sierpnia, inne ukraińskie drony dalekiego zasięgu trafiły bazę lotniczą Sawasjelka na południowy-zachód od Niżnego Nowogrodu, kompletnie niszcząc jej skład amunicji. Jest to bardzo ważna baza, mieści się tu filia 4. Państwowego Centrum Zastosowania Bojowego i Szkolenia, które odpowiada za opracowanie nowych zasad użycia lotnictwa, taktyki użycia i wypracowuje techniki użycia bojowego samolotów i uzbrojenia nowych typów. Stacjonują tu na przykład myśliwce MiG-31K uzbrojone w pociski Ch-47M2 Kindżał, systematycznie atakujące Ukrainę. Tego samego dnia inna fala aparatów dalekiego zasięgu zaatakowała też skład amunicji na lotnisku Borisoglebsk w Obwodzie Woroneskim. Normalnie stacjonuje tu szkoła lotnicza używająca samolotów Jak-130 i Su-25, ale obecnie bazy używają też jednostki bojowe.

Niewiele jest zdjęć Palianica. Właściwie wszystkie dostępne to kadry z oficjalnie pokazanego filmu. Oto jeden z nich.

Z kolei 18 sierpnia ukraińskie bezpilotowe aparaty latające dalekiego zasięgu uderzyły na wielki skład paliw w Proletarsku, ok. 160 km na wschód od Krasnodaru. To był prawdziwy strzał w dziesiątkę, skład był olbrzymi, miał 70 wielkich zbiorników na paliwo i płonął przez dziesięć kolejnych dni. W czasie jego gaszenia zginęło 43 strażaków, a straty ocenia się na pół miliarda dolarów.
22 sierpnia ponownie doszło do ataku na bazę lotniczą, tym razem na Marinowkę pod Wołgogradem. Poza zniszczeniem składu amunicji trafiono też stoisko samolotów, zniszczeniu uległy kolejne dwa taktyczne bombowce Su-34 oraz jeden MiG-31K.
26 sierpnia natomiast podjęto próbę ataku na bazę lotniczą Engels pod Saratowem, gdzie stacjonują bombowce strategiczne. Jeden z aparatów trafił jednak w 36-piętrowy wieżowiec w samym mieście. Nie wiadomo, czy był to efekt zakłóceń, ale atak wyglądał raczej jak działanie celowe, co się jednak Ukraińcom nie zdarza – nie atakują celów cywilnych. Wybuch wybił sporą dziurę wyrywając kilka mieszkań w połowie wysokości wieżowca, ale czy będzie konieczna jego rozbiórka – raczej tak, bo jak naprawić takie uszkodzenie? Po co ukraiński dron celował w blok mieszkalny tego nikt nie powiedział, bo jak dotąd Ukraina nie atakowała obiektów cywilnych w sposób zamierzony. Nieoficjalne informacje głoszą, że w bloku tym mieściło się mieszkanie dowódcy pułku lotniczego, ale nie wiadomo, czy chodzi o 184. Ciężki Pułk Lotnictwa Bombowego na bombowcach Tu-95MS, czy o 121. Sewastopolski Ciężki Pułk Lotnictwa Bombowego Gwardii na bombowcach Tu-160, oba stacjonują na lotnisku Engels wraz z dowództwem 22. Donbaskiej Ciężkiej Dywizji Lotnictwa Bombowego Gwardii. Generalnie to wszystko jedno który, ale czyżby Ukraińcy chcieli trafić w jego mieszkanie czy tylko tak wstrząsnąć wieżowcem, by mu wszystkie butelki w barku potłuc? Czy wytłuczenie alkoholu w barku dowódcy pułku bombowców było warte ataku na cel cywilny? Czy to była tylko dzika zemsta ze złości za ataki na Ukrainę?

Montaż odrzutowego aparatu Palianica. To kadr z tego samego filmu.

O wiele efektywniejsza jest ukraińska kampania „paliwowa” przynosząca Rosji bardzo wymierne straty i sprawiająca trudności w zaopatrywaniu wojsk. W istocie bowiem pociągi do okupowanej części Ukrainy nie docierają i wszystko wozi się tysiącami zaangażowanych w to ciężarówek, taka rosyjska wersja amerykańskiego „Red Ball Express”, jak nazywano wysiłek wojsk transportowo-samochodowych w zaopatrywaniu wojsk jesienią 1944 r. we Francji i Belgii.
Jeśli chodzi o sam dron Palianica, to niewiele o nim wiadomo. Ma on silnik odrzutowy, przypuszczalnie jest to ważący ledwie 4 kg silnik JetCat P400 o ciągu 0,042 kN (około 45 kG) produkcji niemieckiej. Nie jest to jednak informacja pewna. Sam aparat jest relatywnie niewielki, ma rozpiętość ok. 3 m i układ z usterzeniem przednim i prostymi skrzydłami z tyłu. Startuje na odrzucanym po starcie podwoziu w postaci wózka. Jakie ma osiągi z tym niewielkim silniczkiem, to trudno powiedzieć, ale jest nieco szybszy od aparatów wyposażonych w silniki tłokowe. Dzięki oszczędnemu silnikowi osiąga zasięg nawet 800 km, a jego układ kierowania to bezwładnościowy system nawigacyjny, wspomagany odbiornikiem nawigacji satelitarnej, który może współpracować zarówno z amerykańskim systemem GPS, jak i rosyjskim Glonass.

Dwa aparaty E-300 Enterprise, są to bezpilotowce uderzeniowe o największym zasięgu w arsenale Ukrainy.

Ukraińcy wprowadzili też do użycia ciekawy aparat E-300 Enterprise, który przenosi, aż 300 kg głowicę bojową na odległość przekraczającą 1000 km. Przy zredukowanym do 100 kg ładunku wybuchowym aparat może dolecieć nawet na odległość 3100 km. Ma podobny układ sterowania i jest podobny do małego samolotu sportowego, zbudowany w układzie górnopłata o rozpiętości skrzydeł 5,72 m. Startuje na własnym, stałym podwoziu i leci z prędkością 150 km/h. To właśnie takie aparaty dokonywały ataków na największą odległość, w Obwodzie Murmańskim, a 2 kwietnia 2024 r. przeprowadziły atak na wytwórnię dronów Gerań 2 (licencyjnych irańskich Shahed 136) w miasteczku Jałabuga w Tatarstanie, niecałe 1400 km od terytorium kontrolowanego przez Ukrainę.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Bezpilotowy aparat MQ-9B Guardian, czyli odmiana MQ-9A Reaper, która została zaprojektowana z myślą o uzyskaniu cywilnego certyfikatu europejskiego, jest produkowany w morskiej wersji patrolowej SeaGuardian, i w lądowej wersji rozpoznawczej SkyGuardian. Obie odmiany mogą być atrakcyjne dla Polski.

Aparat MQ-9A Reaper, produkowany w wielu różnych odmianach, jest dobrze znany, choć właściwie wymaga też oddzielnego opisu. Na jego bazie powstała jego ulepszona odmiana, która poprzez dostosowanie do odpowiednich przepisów miała otrzymać (i otrzymała) certyfikat europejski pozwalający tym aparatom na operowanie w cywilnych przestrzeniach powietrznych jak zwykły samolot. Początkowo aparat ten nosił nazwę Certifiable Predator B, czyli certyfikowalny Predator B, która to nazwa z kolei dotyczyła turbośmigłowej wersji MQ-1 Predator. Aparat został opracowany i wykonany w amerykańskiej firmie General Atomics Aeronautical Systems z Poway w Kalifornii, przy czym w maksymalnym stopniu wykorzystano płatowiec, silnik i systemy Reapera.

Brytyjski aparat Protector RG1 ląduje w Waddington, koniec 2023 r.

Prace nad nowym systemem prowadzono od 2012 r., ponieważ zmiany objęły nie tylko spełnienie wymagań przepisów o ruchu w kontrolowanej przestrzeni powietrznej, ale także od razu poprawę własności lotnych i parametrów przestrzennych aparatu, takich jak zasięg, długotrwałość lotu i taktyczny promień działania, ale też możliwości w zakresie prowadzenia obserwacji i rozpoznania. Pierwszy lot aparatu miał miejsce 28 listopada 2018 r., zaś pierwszym zamawiającym była Wielka Brytania. Po próbach Królewskie Siły Powietrzne RAF otrzymają 16 systemów tego typu oznaczonych w Wielkiej Brytanii Protector RG Mark 1 (RG1). Pierwsze aparaty przekazano użytkownikowi w bazie Addington w październiku 2023 r., sformowano na nich ponownie słynny 31. Dywizjon, który swego czasu latał na samolotach Tornado GR do 2019 r.
Aparaty oznaczone w USA SkyGuardian są też oferowane innym użytkownikom. Mają one rozpiętość skrzydeł powiększoną do 24 m z dodatkowymi wingletami na końcach, co zapewnia im długotrwałość lotu 40 godzin na wysokości ok. 15 000 m. Aparat przenosi nowy elektrooptyczny system w obrotowej głowicy pod przednią częścią kadłuba, która w pełni odpowiada wymogom High Definition jakości dostarczanego obrazu zarówno z kolorowej kamery telewizyjnej, jak i termowizyjnej. Aparat wyposażono też w system do automatycznego startu i lądowania oraz układ TCAS II zapobiegający kolizjom w kontrolowanych przestrzeniach powietrznych.

Prototyp morskiej odmiany MQ-9B SeaGuardian w czasie lotów próbnych, 2024 r. Widać wyrzutniki radiowych boi hydroakustycznych pod skrzydłami przy kadłubie.

Najważniejsze z naszego punktu widzenia jest to, że nowy aparat może zabierać aparaturę rozpoznania radioelektronicznego lub aparaturę zakłóceń elektronicznych. Może to być aparatura wybrana przez użytkownika, zintegrowana przez producenta.
Oferowana jest też wersja SeaGuardian, czyli odmiana tego aparatu zoptymalizowana do wykonywania lotów nad obszarami morskimi, by poszukiwać i śledzić okręty nawodne oraz wykrywać okręty podwodne dzięki specjalnemu zestawowi zrzucanych radiowych boi hydroakustycznych wykrywających zanurzone okręty podwodne. Aparat ma przenosić lekkie torpedy do zwalczania okrętów podwodnych, co jest ewenementem, ale wersja SeaGuardian, wyposażona w radar Leonardo Seaspray 7500E V2, jest dopiero w fazie rozwoju.

Prototypowy MQ-9B SkuGuardian w czasie samodzielnego lotu do Wielkiej Brytanii na próby.

Niemniej jednak zakup obu wersji, lądowego SkyGuardiana do prowadzenia efektywnego rozpoznania radioelektronicznego z powietrza oraz ewentualnie do stawiania skutecznych zakłóceń radioelektronicznych, oraz morskiego SeaGuardiana, do prowadzenia rozpoznania akwenów morskich, uzupełniając nasze samoloty M28 Bryza 1R z Siemirowic, byłaby dla Polski niezwykle korzystna. Co prawda brytyjskie Protectory mają prowadzić też rozpoznanie obrazowe pola walki oraz atakować cele naziemne przy pomocy 18 przenoszonych rakiet kierowanych Brimstone. Jednak brytyjska konfiguracja jest efektem doświadczeń z wojen w Iraku i Afganistanie, a Polska musi raczej patrzeć na doświadczenia z wojny w Ukrainie, jako podstawę naszej koncepcji użycia bezpilotowych aparatów latających.
Z całą pewnością wykorzystanie 4-8 Skuguardianów i podobnej liczby SeaGuardianów z mocno zunifikowanym wsparciem logistycznym dałoby nam nowe, unikalne możliwości, których dziś nie posiadamy, w tym monitorowania działalności potencjalnego przeciwnika na jego własnym terytorium już w czasie pokoju, by dać nam możliwości w zakresie ostrzegania przed atakiem. Nie od rzeczy byłoby też pomyśleć o radarze SAR do obserwacji celów naziemnych jako alternatywne wyposażenie lądowych aparatów.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Fajerwerki odchodzą w przeszłość. Przyszłość spektakularnych pokazów plenerowych to drone show, czyli pokazy świetlne dronów.

Już 30 sierpnia odbędzie się wyjątkowe wydarzenie, które zapisze się w historii polskich pokazów plenerowych. Firma Astranate przygotowuje spektakularny pokaz świetlny z udziałem aż 615 dronów – będzie to największy tego typu pokaz w Polsce, bijąc dotychczasowy rekord 260 dronów, oraz jeden z największych w całej Europie.

Pokaz, który odbędzie się w Warszawie, upamiętni 80. rocznicę Powstania Warszawskiego. Astranate, lider w organizacji innowacyjnych widowisk z użyciem dronów, zapowiada niezapomniane doświadczenie dla wszystkich widzów. Widowisko ma być hołdem dla bohaterów Powstania, a jednocześnie demonstracją możliwości, jakie niesie nowoczesna technologia.

Motywem przewodnim spektaklu jest litera „W”:
W jak Wolność,
W jak Warszawa,
W jak pamiętna „godzina W”.

Podczas pokazu widzowie będą mieli okazję podziwiać trójwymiarowe formacje oraz zapierające dech efekty świetlne, które stworzą na nocnym niebie niesamowite obrazy i animacje. Synchronizacja 615 dronów pozwoli na przedstawienie skomplikowanych i precyzyjnych sekwencji, które nie tylko zachwycą wizualnie, ale również będą miały głębokie znaczenie symboliczne.

Upamiętnienie rocznicy Powstania Warszawskiego w tak nowoczesny sposób to wyjątkowy hołd oddany historii Polski. Dzięki zaawansowanej technologii i kreatywności zespołu Astranate, przeszłość i przyszłość połączą się w jednym spektakularnym widowisku, które z pewnością na długo pozostanie w pamięci uczestników.

Wydarzenie to pokazuje, że technologia może być nie tylko narzędziem rozrywki, ale także środkiem do upamiętniania ważnych wydarzeń i wartości.

https://projekty.um.warszawa.pl/Drony44/

Wykorzystana grafika jest własnością organizatora wydarzenia.

Właśnie ogłoszono, że w Ukrainie produkuje się mniej więcej milion tanich prostych dronów rocznie, dwa razy tyle, ile w Stanach Zjednoczonych. Za pomocą tych aparatów, z których większość stanowią tzw. drony-kamikaze, czyli amunicja krążąca, niszczona jest niewiarygodnie duża ilość ciężkiego sprzętu. Nikt tego nie przewidział.

Właściwie określenie „produkuje się” jest nieco mylące. Właściwie to składa się z wielu gotowych importowanych części, takich jak: silniki, baterie, śmigła, systemy stabilizacji, sterowania, łączności i nawigacji, kamery obserwacyjne, a także innych elementów które relatywnie łatwo kupić komercyjnie. Chiny produkują tych elementów mnóstwo, ale gonią je Indie, Stany Zjednoczone, Japonia i niektóre kraje europejskie. Teraz wystarczy taki aparat zaprojektować, wykonać dla niego niektóre, te prostsze części, złożyć całość i po wprowadzeniu odpowiedniego oprogramowania do systemów (często jest to odpowiednia modyfikacja oprogramowania komercyjnego) można taki dron oblatać. Modyfikacje oprogramowania polegają głównie na poprawkach, które utrudniają namierzenie operatora. Operator systemu bezpilotowego jest bowiem na wagę złota ze względu na swoje umiejętności i doświadczenie, które pozwalają mu dokonywać niemalże cudów. Na przykład potrafi wlecieć do wnętrza pojazdu pancernego przez otwarty właz. Rosyjski żołnierz i niedbale pozostawiony otwarty właz w stojącym czołgu czy pojeździe pancernym to już właściwie synonimy. Zdarza się to nagminnie, mimo że równie nagminnie wykorzystują to doświadczeni ukraińscy operatorzy dronów.
Koszty takiej amunicji są niewielkie. Jeden dron w formie gotowej kosztuje od 2000 do 5000 dolarów, ale taki montowany z części może kosztować nawet 500 dolarów, a z robocizną – jakieś 700-800, w zależności od tego jak wycenimy pracę monterów-techników. Jest ona relatywnie skuteczna na polu walki. Co prawda do zniszczenia czołgu trzeba średnio użyć dziesięciu sztuk, ale i tak są to koszty cztery razy mniejsze od kosztów dobrego pocisku przeciwpancernego odpalanego z czołgu, a przecież nawet przy 100 % skuteczności jednym pociskiem można zniszczyć jeden czołg.

Nowy typ amunicji krążącej Warmate 2 firmy WB Electronics na wyrzutni samobieżnej

Pozostaje kwestia zasięgu działania. Współczesna obrona przeciwlotnicza stała się niezwykle skuteczna, bardzo ograniczając możliwości swobodnego operowania w strefach przyfrontowych oraz nad terytorium przeciwnika. Doświadczenia ukraińskie pokazują, że śmigłowce szturmowe mogą skutecznie działać jedynie z użyciem kierowanej amunicji lotniczej o zasięgu wynoszącym co najmniej 10 km, aby nie musiały zbliżać się do pozycji przeciwnika na odległość mniejszą niż około 4 km (typowy zasięg przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych do zwalczania wolno poruszających się celów). Jednocześnie amunicja krążąca ma możliwość atakowania obiektów pola walki na odległość do 30 km i mówimy tu o prostych, improwizowanych dronach wytwarzanych z gotowych elementów kupowanych na rynku komercyjnym za niewielkie pieniądze, zaś do 70-80 km – profesjonalna lekka amunicja krążąca, nieco droższa bo produkowana specjalnie na zamówienie wojska i klasyfikowana jako „military grade”. Wciąż jednak są to koszty nieporównywalne z kosztami śmigłowców bojowych. Najważniejsze jest jednak to, że wykorzystanie amunicji krążącej zmniejsza bezpośrednie ryzyko dla żołnierzy na polu bitwy, ponieważ system jest bezpilotowy. Teoretycznie nie naraża ich wcale, ale w rzeczywistości – jak pokazują doświadczenia wojny w Ukrainie – pojawia się inne zagrożenie, polegające na polowaniu na operatorów tych systemów. Na miejsce wykrycia sygnałów kierujących drony przez środki rozpoznania radioelektronicznego natychmiast jest kierowany ogień artylerii, a ponadto snajperzy specjalnie wypatrują żołnierzy z wyposażeniem świadczącym o obsłudze bezpilotowych aparatów latających. Zdarzają się też ataki z wykorzystaniem własnych dronów na operatorów systemów bezpilotowych wroga.
Rosjanie stracili już co najmniej 61 śmigłowców szturmowych Ka-52 z ok. 120 posiadanych. Co najmniej, bowiem te 61 to tylko te, których zniszczenie potwierdzono materiałem fotograficznym lub ogłoszeniami o pogrzebach załóg. W istocie mogło już spaść około 80 śmigłowców tego typu, co pozostawia Rosji ledwie trzecią część pierwotnej floty śmigłowców Ka-52 Aligator. Nieco lepiej jest w przypadku śmigłowców Mi-28N, które są jednak używane o wiele mniej intensywnie.
Można jednak odnieść wrażenie, że masowe wprowadzanie coraz doskonalszej, bezpilotowej amunicji krążącej ostatecznie wyeliminuje śmigłowce szturmowe z użycia na polu walki.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Firma Biuro Konstrukcyjne „OKO” powstała zaledwie w 2022 r. W Rosji powstało kilka takich firm, które produkują małe bezpilotowe aparaty latające własnej konstrukcji, ale w oparciu o kupowane komponenty (silniki, śmigła, baterie, układy sterowania, układy łączności, kamery telewizyjne czy termowizyjne, itd.).

Start aparatu Priwiet 82 z prostej składanej wyrzutni

 

Sama firma napisała o sobie, że produkuje różne proste systemy bezpilotowe przeznaczone dla batalionów ochotniczych oraz prywatnych firm militarnych (CzWK). Zakładano od początku, że rosyjskie wojska mają swoje źródła zaopatrzenia w bezpilotowe aparaty latające i są to aparaty tzw. military grade, czyli dopuszczone do użycia w wojsku spełniające surowe wymagania wojskowe określone w odpowiednich normach standaryzacyjnych. Jednak latem 2022 r., kiedy tzw. Specjalna Operacja Wojskowa w Ukrainie nie szła najlepiej, a z różnych względów prezydent Rosji Władimir Putin nie chciał ogłaszać mobilizacji (przede wszystkim w sytuacji oficjalnego braku wojny zabrania to rosyjska konstytucja), a zatem zobowiązał szefów jednostek administracji terenowej do wystawiania własnych batalionów ochotniczych. Było to dość kuriozalne posunięcie, bowiem kompletnie sprzeczne z konstytucją, która mówi że siły zbrojne Rosji wystawia wyłącznie Ministerstwo Obrony FR. Mimo to powstało kilkadziesiąt takich ochotniczych batalionów, które z czasem zostały włączone oficjalnie w skład wojsk Rosji, jednak początkowo ochotnikom płaciły podmioty lokalne (republiki, obwody, kraje, itp.), pozyskując też całe dla nich wyposażenie, w tym mundury, wyposażenie osobiste, broń, itd. Właśnie dla takich batalionów sprzęt różnych typów sprzedawały różne firmy typu BK „OKO” z Sankt Petersburga, w tym drony obserwacyjne i bojowe. Te ostatnie, które oficjalnie powinniśmy nazwać amunicją krążącą, to komercyjne drony typu FPV (First Person View).
Jednak te ochotnicze bataliony nie były jedynym odbiorcą sprzętu firmy z Sankt Petersburga. Drugą ważną grupą klientów były prywatne firmy militarne, takie jak niesławna CzWK „Wagner”, ale też i CzWK „Fakieł” i „Patriot”. Co ciekawe, wspomniane firmy są również oficjalnie nielegalne w Rosji, ale rosyjskie MO podpisuje z nimi kontrakty, kilka z nich walczy w Ukrainie. CzWK „Wagner” swego czasu miała blisko 50 tys. najemników na ukraińskim froncie.
Obecnie, poza wspomnianymi klientami, wiele bezpilotowych aparatów latających dla zwykłych, regularnych jednostek wojskowych jest kupowanych ze zbiórek społecznych czy z funduszy samych jednostek, z pominięciem oficjalnego wojskowego systemu zakupów. W ten sposób firma KB „OKO” ma ciągle zbyt na swoje produkty.

Zdjęcie aparatu Priwiet 82 na wyrzutni wraz z retlanslatorem, tzw. pszczoła-matka na klasycznym quadrocopterze.

Ostatnio furorę robi aparat Priwiet 82 przeznaczony do wykonywania ataków na sprzęt przeciwnika. Jest to amunicja krążąca typu FPV, mająca masę 10 kg, zdolna do przenoszenia ładunku bojowego o masie do 5 kg. Ma on układ samolotowy z niewielkimi skrzydłami i bardzo prymitywnym kadłubem wykonanym ze sklejki, z modelarskim silnikiem spalinowym (lub z silnikiem elektrycznym, są różne wykonania) w tyle kadłuba, napędzającym skrzydło pchające. Belki ogonowe wykonano w postaci drewnianych listew, a usterzenie ze sklejki łączące belki ogonowe ma postać odwróconej litery „V” (odwrócone usterzenie motylkowe). Aparat może latać pół godziny. Odmiana Priwiet 82M1 może być kierowana przez operatora siedzącego w ukryciu za pomocą retlanslatora na klasycznym quadrocopterze (tzw. pszczoła-matka) latającym nad własnym terytorium. Zasięg operowania Priwieta wzrósł z 5 km do 30 km dzięki retlanslacji. Natomiast wersja Priwiet 82M2 wykonuje pierwszą krótką część lotu autonomicznie, bez łączności z operatorem, w ten sposób nie zdradzając jego położenia (jeśli transmisja z donna jest wykrywana od startu, to łatwo określić miejsce, skąd operator aparat wypuścił).
Aparaty Priwiet 82 w różnych odmianach niestety dają się we znaki ukraińskim wojskom, choć skala użycia taniej prostej amunicji krążącej w Ukrainie jest nieporównywalnie większa niż po stronie rosyjskiej.

Aparat Priwiet 82 niesiony przez dwóch żołnierzy, widać jego wielkość.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

W czasie II wojny światowej zaczęły się już rozpowszechniać pierwsze bezpilotowe, najczęściej sterowane radiem aparaty. Nic więc dziwnego, że w 1948 r. ogłoszono konkurs na opracowanie zdalnie sterowanego odrzutowego celu latającego, który miał służyć do strzelań przeciwlotniczych.

Kontrakt na jego opracowanie pod oznaczeniem XQ-2 Firebee wygrała zapomniana już dziś firma lotnicza Ryan Aeronautical Company z San Diego. Firma ta powstała w latach 30. została w 1969 r. wykupiona przez inną, Teledyne, 1999 r.  odkupiona z kolei – przez Northrop-Grumman.
Aparat zbudowano w układzie ze skrzydłem skośnym oraz usterzeniem poziomym, na końcach którego umieszczono stateczniki dodatkowe pionowe, bok pojedynczego na kadłubie. Silnik Continental J69-T-19B o ciągu 4,7 kN umieszczono z przodu z wylotem pod kadłubem i z przednim chwytem powietrza.
Po oblataniu z początkiem 1951 r. odmiany Firebee jako cel latający, USAF zamówiło najpierw odmianę Q-2A, a następnie Q-2B, którą używano do ćwiczebnych strzelań pociskami rakietowymi „powietrze-powietrze”, które wyprodukowano w relatywnie dużej liczbie, głównie Q-2A. Identyczne cele zamówiła też Marynarka Wojenna pod oznaczeniem KDA-1, ale z innym silnikiem – Fairchild J44-R-20B o ciągu 4,4 kN. Później zamówiono prototypy XKDA-2 i XKDA-3, by do produkcji w końcu weszła wersja KDA-4, dostarczona w największej liczbie, nie tylko dla US Navy, ale także kanadyjskim Siłom Powietrznym oraz US Army jako M21 (w niedużych ilościach), do strzelań z artylerii przeciwlotniczej.

Pierwsza wersja celu latającego Q-2A podwieszona pod samolot-nosiciel Douglas JD-1 Invader, lata 50.

Pod koniec 1958 r. oblatano poprawioną wersję celu latającego Q-2C dla USAF ze skrzydłami o większym skosie i z napędem w postaci silnika Continental J69-T-29A o ciągu zwiększonym do 6,7 kN. W 1962 r. oznaczenie tych poprawionych aparatów Firebee zmieniono na BQM-34A, podczas gdy starsze morskie KDA-1 i KDA-4 wciąż w użyciu przemianowano na AQM-34B i AQM-34C. Pojawiła się też „lądowa” odmiana US Army startująca z wyrzutni naziemnej MQM-34D z powiększonymi skrzydłami. Pozostałe odmiany startowały z pokładu samolotu DC-130 Hercules, łącznie na tę wersję przebudowano 16 Herculesów (8 C-130A, 7 C-130E i 1 C-130H). Każdy z samolotów wynosił w powietrze po cztery cele latające na zaczepach podskrzydłowych. Wykonywały one loty na rzecz tak USAF, jak Marynarki Wojennej. Samolotów tych używano do końca 2003 r., wycofano je wraz z ostatnimi celami latającymi Firebee, które uległy stopniowemu zużyciu, wiele z nich bowiem zestrzelono w trakcie ćwiczebnych strzelań. Zmodyfikowane aparaty BQM-134A i MQM-134D miały klasyczne usterzenie z pojedynczym statecznikiem pionowym. Te odmiany były najpopularniejsze w użyciu. Jeśli dron nie został trafiony lub był tylko lekko uszkodzony otwierał spadochron i opadał na nim w zaprogramowanym miejscu. Zwykle jednak nie pozwalano mu opaść na ziemię, „przechwytywał” go w powietrzu śmigłowiec SH-3 Sea King, zabierając aparat na specjalnej linie z uchwytem.

 

Cel latający Ryan BQM-34A Firebee na wózku transportowym.

Ponieważ w latach 80. pozostało jeszcze bardzo wiele BQM-34A w użyciu, część z nich przejęła Marynarka Wojenna i mocno zmodernizowała swoje cele latające nazywając je BQM-34S. Otrzymały one silnik o jeszcze większej mocy, Continental J69-T-41A o ciągu 8,6 kN, ale także zmodyfikowany układ nawigacyjny, czyli nowocześniejszą platformę bezwładnościową do zliczenia przebytej drogi. Także i na zamówienie USAF produkowano BQM-34A w podobnie zmodyfikowanej postaci do 1982 r., a w 1986 r. produkcję ponownie wznowiono, ale w jeszcze bardziej zmodyfikowanej postaci BQM-34S (wersje „S” dla USAF i US Navy różniły się od siebie). A dodatkowo w latach 90. na aparatach zamontowano odbiorniki GPS dla zwiększenia dokładności nawigacji. W tych nowych BQM-34S napęd stanowił silnik General Electric J85-GE-100 o ciągu 10,9 kN (z samolotu F-5A).
Jedyne bojowe użycie celów latających BQM-34 przypadło na rok ich wycofania z eksploatacji. W momencie inwazji na Irak odpalono cztery cele BQM-34S z samolotu DC-130H z załogą z US Navy (cele pochodziły z zapasów USAF). Cele te wykonały lot do Bagdadu, rozrzucając po drodze chmury dipoli, maskując atak pocisków skrzydlatych BGM-109 Tomahawk, który przeprowadzono zaraz potem. W ten sposób rozproszono uwagę obrony powietrznej i wszystkie pociski Tomahawk dotarły do swoich celów.

Aparaty – cele latające BQM-34A Firebee podwieszone pod samolotem DC-130 przed odpaleniem.

Na bazie celu latającego BQM-34 powstała odmiana bezpilotowego rozpoznawczego aparatu latającego Ryan Model 147. Był to jeden z pierwszych amerykańskich bezpilotowych aparatów latających przeznaczonych do rozpoznania i był on masowo stosowany w czasie wojny w Wietnamie. Ale o nim – w następnym tekście.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Już teraz zapisz się
do naszego newslettera

Bądź na bieżąco z nowościami