Część III – nowe aparaty typu amunicja krążąca
Amunicja krążąca, zwana popularnie dronami-kamikaze, odgrywa w Ukrainie bardzo wielką rolę. Obecnie to najskuteczniejszy środek ogniowy wojsk ukraińskich.
Obecnie do celów bojowych stosuje się kilkanaście różnych typów dronów bojowych, które zadają wojskom rosyjskim bardzo poważne straty. Pierwszą grupą są małe improwizowane quadrocoptery, które są kupowane w całości lub w częściach z portali sprzedażowych. Są to drony komercyjne pionowego startu i lądowania, typu FPV czyli First Person View – ze specjalnym wizjerem pozwalającym widzieć jakby operator siedział na dronie, które nie są zbyt kosztowne, ale które wymagają pewnego dostosowania do celów bojowych. W pierwszej kolejności muszą oczywiście zostać wyposażone w ładunek wybuchowy oraz zapalnik, by w ogóle mogły się przydać do roli aparatów bojowych. Po drugie, mają one wprowadzane zmiany w oprogramowaniu zmierzające do zaszyfrowania transmisji danych. Po trzecie usuwa się opcje w której aparat transmituje współrzędne miejsca swojego startu. Jeżeli używamy drona bojowego jednorazowego użytku, to przecież nie będzie on wracał na miejsce startu, więc ta informacja jest mu niepotrzebna. Natomiast wymiana radiowa tych współrzędnych odebrana przez nieprzyjaciela może zdradzić nieprzyjacielowi położenie miejsca znajdowania się operatora, na których odbywa się w Ukrainie prawdziwe polowanie. Do operatorów nawet artyleria otwiera ogień. Pewną podgrupą w ramach tych dronów są aparaty własnego projektu, z elementami wykonanymi w lokalnych warsztatach, ale z zakupionymi częściami wyprodukowanymi przez firmy zajmujące się produkcją własnych dronów i ich komponentów (silniki, śmigła, układy sterowania, układy łączności, baterie akumulatorowe, kamery video, itp.).
Drugą klasą dronów szturmowych są również małe i średnie drony komercyjne, które dostosowano do zrzucania ładunków bojowych na nieprzyjaciela. Są to przeważnie odbezpieczone już pociski od moździerza czy granatnika przeciwpancernego, albo granaty ręczne z których wyciąga się zawleczki w momencie zrzutu, albo ładunki specjalnie wykonane na potrzeby takich dronów. Często używa się do tego zawartości broni kasetowej, czyli różnych podpocisków wyjętych z kaset bombowych, najczęściej lotniczych. Są dwie specjalne pododmiany takich dronów. Jedna to wielkie aparaty nazywane Baba Jaga, którymi operuje się głównie w nocy. Są to systemy bezpilotowe pierwotnie przeznaczone dla rolników do opryskiwania pól, dlatego ich udźwig sięga 20 kg i więcej, a same ważą 50 kg i więcej przy rozpiętości ramion śmigieł (najczęściej sześciu, są to więc sextocoptery) do około 3 m. Najczęściej operuje się nimi w nocy, ale dzięki swojemu udźwigowi potrafią one przenosić ładunki bojowe w postaci pocisków artyleryjskich kal. 100-122 mm, albo mniejsze ładunki z reguły w liczbie 6-8. Drugą odmianą tych dronów są te, które są używane do wyrzucania lub wręcz rozpylania środków zapalających takich jak płonący termit albo biały fosfor. Również okazują się one być skuteczne, szczególnie w terenach leśnych, gdzie trudniej działać klasycznym dronom FPV.
Kolejną grupą są aparaty typu „military grade” czyli profesjonalna amunicja krążąca wykonana przez wyspecjalizowane firmy przemysłu zbrojeniowego. Tu w Ukrainie szczególnie sprawdzają się polskie Warmatefirmy WB Electronics z Ożarowa. Najważniejsze jest to, że mają one zasięg przekraczający 30 km, co pozwala im na zwalczanie dalej położonych obiektów, takich jak systemy przeciwlotnicze czy niewielkie składy uzbrojenia. Po stronie rosyjskiej również istnieją profesjonalne typy amunicji krążącej, najwięcej rodzin Zala i Lancet.

Wizja artystyczna aparatu R2-120 Raijin francuskiej firmy Fly-R, jest to relatywnie nowy sprzęt, którego produkcja zaczęła się wiosną 2024 r.Obecnie w tej grupie w Ukrainie pozyskano francuską konstrukcję drona firmy Fly-R mieszczącej się na wyspie Reunion, która wystartowała w 2013 r. Ich amunicja krążąca typu R2-120 Raijin trafiła niedawno na Ukrainę. Mają one długotrwałość lotu 45 minut z prędkością 110 km/h, zaś po odnalezieniu celu aparat rozpędza się do prędkości 270 km/h przez co jest w czasie ataku trudniejszy do zestrzelenia. Pułap lotu do 3000 m, zaś taktyczny promień działania wynosi 50 km, co pozwala na dość głębokie uderzenia na nieprzyjaciela. Ma on rozpiętość dwóch skrzydeł w kształcie trapezu wynoszącą 1,2 m, masa aparatu to 5 kg i przenosi on ładunek bojowy o masie 1,5 kg. Dzięki małym rozmiarom i cichemu silnikowi elektrycznemu jest on niezwykle trudny do wykrycia, no i do zwalczania, przez co może się okazać w Ukrainie bardzo skuteczny.Zdjęcie rzeczywistego aparatu R2-120 Raijin w czasie jego prób zimą 2023-2024 r.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Część II – aparaty konstrukcji firmy UAVTEK
Poza importowanymi nowymi aparatami latającymi, Ukraina zaczęła też stosować aparaty własnej konstrukcji. Jest to ten obszar produkcji zbrojeniowej, który Ukraina rozwinęła na wyjątkowo szeroką skalę.
Ponieważ pole walki zostało nasycone na wpół komercyjnymi prostymi aparatami do obserwacji, do zrzucania niewielkich ładunków bojowych (pocisków z moździerza lub granatów z wyrzutni RPG, albo też improwizowanych ładunków wykonanych w warunkach polowych), zaczęto też poszukiwać nowych typów aparatów rozpoznawczych, przeznaczonych do poszukiwania celów do ataków na większą odległość od linii frontu oraz do obserwacji ruchów wojsk rosyjskich, by móc odpowiednio zaplanować własne działania.
Uwagę ukraińskich wojsk zwróciła mało znana brytyjska firma wysokotechnologiczna UAVTEK Ltd mieszcząca się w małym miasteczku Cheltenham w środkowej Anglii. Powstała w 2016 r. firma od 2020 r. jest obecna na rynku coraz bardziej zaawansowanych bezpilotowych aparatów latających.
Głównym jej produktem, który zainteresowała się Ukraina jest aparat Babka przeznaczony do prowadzenia obserwacji pola walki na głębokość do 10 km za liniami przeciwnika (zasięg łączności bezpośredniej z krótkiej, łatwej do ukrycia anteny to 16 km). W przypadku zastosowania dużej wysokiej anteny można zwiększyć promień działania do ok. 55 km wciąż zachowując bezpośrednią łączność z lecącym aparatem. Pułapu lotu aparatu nigdzie się nie podaje, ale wszystko wskazuje na to, że wynosi on ok. 4000 m.
Babka ma klasyczny układ samolotowy wykonany z bardzo lekkich kompozytów, co sprawia, że masa własna płatowca to tylko 4 kg. Kiedy dołożymy baterię akumulatorową, najcięższy element wyposażenia, to otrzymamy masę własną aparatu 8 kg. Maksymalna masa startowa wynosi 11 kg, więc 3 kg pozostaje na wyposażenie misji – kamerę do obserwacji i system transmisji danych.

Aparat ma klasyczny układ samolotowy z prostym skrzydłem o obrysie prostokątnym i rozpiętości 2,3 m, dwułopatowym, składanym śmigłem do napędu w locie poziomym z przodu i usterzeniem z tyłu. Statecznik pionowy ma postać płyty która wychodzi z kadłuba do góry i drugiej wychodzącej do dołu, a statecznik poziomy został umieszczony na jego górnej powierzchni, czyli w układzie w literę „T”. Pod skrzydłami znajdują się równoległe do kadłuba wysięgniki, a na ich końcach umieszczono cztery poziome śmigła służące do pionowego startu i lądowania napędzane własnymi silniczkami. Przejście do lotu poziomego przy starcie następuje przez przechylenie do przodu i wykonanie w pierwszej fazie lotu poziomego na zasadzie „śmigłowcowej”, a następnie napięcie jest przełączane na silnik śmigła ciągnącego, który nadaje aparatowi prędkość poziomą, nawet do 120 km/h (prędkość przelotowa to 90 km/h). Z kolei przed przejściem do zawisu następuje uruchomienie silniczków od czterech śmigieł nośnych i wyłączeniu silnika ciągnącego. Wówczas aparat traci prędkość, siła nośna na skrzydle spada, ale w powietrzu utrzymuje go siła nośna czterech poziomych śmigiełek. Po to, śmigło ciągnące nie zostało uszkodzone, jest ono składane sprężynkami wzdłuż kadłuba. Aparat nie ma żadnego podwozia, przyziemia bowiem dość łagodnie, osiadając na kadłubie. Start natomiast następuje przez wypuszczenie z ręki. Samo pilotowanie to proces w pełni automatyczny, operator zadaje jedynie kurs, wysokość i prędkość lotu z laptopa serującego, aparat te komendy wykonuje sterując automatycznie.
Wyposażenie rozpoznawcze stanowi mała kamera telewizyjna z zoomem optycznym która może być wymieniona na kamerę termowizyjną. Łączność z aparatem jest szyfrowana za pomocą karty pamięci SD z oprogramowaniem szyfrującym. Aparat może przełączać się dwie różne częstotliwości kanału łączności, „uciekając” od zakłóceń nieprzyjaciela, ponadto oprogramowanie natomiast napisano tak, że nie zdradza on położenia miejsca startu, informacja ta jest wielokrotnie zaszyfrowana. Czas lotu Babka wynosi do 180 minut.
Obecnie Ukraina używa 10 aparatów tego typu, ale planuje się zakup większej ich ilości. Tego rodzaju aparaty są często kupowane dla poszczególnych brygad ukraińskich przez zbiórki ludzi śledzących strony internetowe poszczególnych brygad.
Poza aparatem Babka, Ukraińcy kupują też małe aparaty obserwacyjne firmy UAVTEK zbudowane w układzie quadrocoptera. Są to najczęściej aparaty Ares o masie 2,5 kg i taktycznym promieniu działania do 3-5 km w czasie do 40 minut oraz bardzo lekkim Bug o masie 0,25 kg i taktycznym promieniu działania do 2-3 km.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Część I – amerykański aparat V-Bat
W Ukrainie zaczęto stosować nowe bezpilotowe aparaty latające, lepiej dostosowane do wymagań tamtejszego pola walki niż aparaty, które powstawały z myślą o konfliktach o małej intensywności, a które często padały ofiarą obrony przeciwlotniczej.
Jednym z takich aparatów, jakie ostatnio otrzymała Ukraina jest amerykański system rozpoznawczy pionowego startu i lądowania (co bardzo ułatwia jego eksploatację) V-Bat firmy Shield AI z San Diego w Kalifornii. Firma ta to nowy gracz na rynku aparatów bezpilotowych, bowiem została założona w 2015 r. przez byłego oficera Navy SEALS, Brandona Tsenga, jego brata Ryana i jeszcze jedną osobę. Firma postanowiła opracowywać bezpilotowe aparaty latające, w układzie sterowania których będzie wykorzystywana sztuczna inteligencja, stąd nazwa Shield AI (AI – Artificial Intelligence).
Aparat V-Bat ma układ samolotowy ze skrzydłem prostym o rozpiętości 3 m i kadłubem o długości 2,7 m. Ciekawostką jest to, że aparat nie ma klasycznego usterzenia lecz w tylnej części, za dwucylindrowym silnikiem spalinowym Suter TOA 288 o mocy 24 KM, znajduje się duże otunelowane śmigło, za którym z kolei znajduje się kilka sterów, które działają w strumieniu zaśmigłowym. Te stery są wychylane inteligentnym systemem aktywnego sterowania typu „fly-by-wire”, który pozwala nie tylko na efektywne sterowanie lotem i precyzyjne ustatecznienie aparatu, ale także na pionowy start i lądowanie. Aparat dzięki relatywnie dużemu czterołopatowemu śmigłu typu wentylator ma dość duży ciąg, który według producenta jest zwiększony otunelowaniem aż o 80 %, wystarczający na pokonanie jego 57 kg ciężaru maksymalnego z paliwem, można go więc ustawić na małych kółeczkach z tyłu zamontowanych na goleniach na obrzeżach osłony wentylatora, w pozycji pionowej. Startuje on pionowo, a następnie na odpowiedniej wysokości stopniowo przechodzi do lotu poziomego, balansując siłę nośną na skrzydłach która rośnie w miarę przyrostu prędkości poziomej, przy zanikającej sile nośnej wentylatora w miarę pochylania się aparatu do poziomu. Z kolei przejście do zawisu odbywa się w odwrotnej kolejności.
Zapas paliwa w aparacie starcza na wykonanie lotu o długości 10 godzin, jak podaje producent czy nawet 11 godzin jak podają źródła ukraińskie. Pułap lotu to 6100 m, dzięki czemu na tej wysokości bezpośrednia łączność z aparatem jest możliwa na odległość przekraczającą 50 km. Można więc rozpoznawać obszar przeciwnika na odległość do 35-40 km za liniami wroga, czyli w bliskim pasie taktycznym. Jest to odległość całkowicie wystarczająca do poszukiwania i wskazywania celów dla artylerii lufowej, której donośność nie przekracza zasięgu rozpoznania aparatu V-Bat. Prędkość maksymalna aparatu wynosi 90 km/h, a przelotowa koło 70 km/h.
Co do samego rozpoznania, aparat wyposażony jest w wymienny moduł w przedniej części o masie do 11 kg. Przy dzisiejszym stopniu miniaturyzacji systemów obserwacyjnych to całkiem sporo. W głowicy mogą być na przykład montowana kamera cyfrowa, albo telewizyjna, w tym taka pracująca przy niskim poziomie oświetlenia lub termowizyjna pracująca w zakresie długości fal 8-12 μm. Zamiast niej można wstawić kamerę podczerwieni o wysokiej rozdzielczości pracującej w zakresie długości fali 3-5 μm, bardziej zbliżonych do światła widzialnego co pozwala na uzyskanie efektu pośredniego między obrazem w podczerwieni (głównie) a czarno-białym pasmem widzialnym. Głowica pozwala na wykonywania ruchu obiektywem kamery przez obrót całej głowicy, tak że można pokryć polem obserwacji całą przednią półsferę aż do obszaru bezpośrednio pod aparatem. Zamiast zestawu elektrooptycznego można wstawiać system do aktywnych zakłóceń łączności dronów przeciwnika, ograniczając możliwość ich działania.
Nie wiadomo dokładnie ile takich aparatów otrzymała Ukraina. Aparaty tego typu są jednak stosowane z powodzeniem na rzecz jednostek rozpoznawczych wojsk ukraińskich, w samodzielnych batalionach rozpoznawczych podległych bezpośrednio dowództwom kierunków operacyjno-strategicznych, wzmacniają rozpoznanie na najbardziej zagrożonych kierunkach. Jako pierwszy otrzymał je 420. Batalion Rozpoznawczy.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Tocząca się na Bliskim Wschodzie wojna Izraela z Hamasem i Hezbollahem, które są z kolei wspierane przez Iran, wywołuje działania militarne ze strony Izraela, w tym w południowym Libanie. W wojnie trwającej od października 2023 r. biorą też udział izraelskie bezpilotowe aparaty latające.
W okresie od 15 października 2023 r. do 1 października 2024 r. wojna izraelsko-libańska ograniczała się do wzajemnych uderzeń rakietowych, lotniczych i przy pomocy bezpilotowych aparatów latających (używanych przez obie strony konfliktu), natomiast 1 października 2024 r. siły lądowe Izraela wtargnęły do południowego Libanu, poszukując i niszcząc obozy Hezbollahu w tym kraju (Hamas operuje w Strefie Gazy).
W okresie wzajemnej wymiany ciosów rakietowych główną rolę odgrywały izraelskie bezpilotowe aparaty latające Elbit Hermes 450 i Hermes 900. Ich zadaniem było poszukiwanie i wskazywanie własnej artylerii lufowej i rakietowej stanowisk startowych rakiet Hezbollahu odpalanych na Izrael. Najczęściej są to improwizowane pociski rakietowe, czasem wykonywane dość prymitywnymi metodami, przywożone na miejsce startu przez samochody typu pick-up, zaś samo przygotowanie do startu i start tych rakiet trwa dość krótko. Zadaniem aparatów jest wskazanie takiego naprędce rozstawionego stanowiska startowego własnej artylerii lub lotnictwu. Główną obroną przed takimi rakietami jest system obrony przeciwrakietowej znany jako „Żelazna kopuła” (Kippat Barzel), ale zadaniem dronów jest dalsze śledzenie tych, którzy zdążyli odpalić rakiety nim ostrzelała ich izraelska artyleria, by można ich było wyeliminować w atakach lotniczych. Chodzi o to, by odpalenie takich rakiet wiązało się z wydaniem wyroku śmierci na siebie.

Obecnie na aparatach Hermes 450 znanych w Izraelu jako „Zik” są używane już tylko w 161. Dywizjonie „Black Snake” z Sił Powietrznych Sił Samoobrony Izraela z bazy Pamachim na południe od Tel Awiwu. Aparaty te używane już przez niemal dwie dekady mają masę startową 550 kg, taktyczny promień działania do 200 km, długotrwałość lotu 17 godzin i mogę przenosić do czterech przeciwpancernych pocisków kierowanych Spike. W tej samej bazie stacjonują dwa dywizjony wyposażone w nowocześniejsze aparaty Elbit Hermes 900znanych w Izraelu jako „Kochav” – 147. Dywizjon „Goring Ram” i 166. Dywizjon „Fire Birds”. Ten aparat jest dwa razy cięższy, waży 1100 kg do startu, ale ma długotrwałość lotu aż 36 godzin i zdecydowanie poprawione systemy walki radioelektronicznej utrudniającej jego zestrzelenie. Mimo to, jak do chwili obecnej siły syryjskie i libańskie zestrzeliły nad południowym Libanem trzy Hermes 450 i dwa Hermes 900.
Obecnie coraz większą rolę odgrywają większe aparaty IAI Heron (Machatz-1), które w izraelskim wojsku noszą nazwę „Shoval”. Chociaż wielkością aparat ten przypomina Hermesa 900, to jednak ma długotrwałość lotu aż 52 godziny. Nie jest uzbrojony, za to przenosi różnorodne wyposażenie rozpoznawcze, w tym elektrooptyczne pasujące w paśmie widzialnym i w podczerwieni, ale też system rozpoznania radioelektronicznego. Jest w nie wyposażony 200. Dywizjon „First UAV” z bazy Hatzor idealnie w centrum Izraela. Aparaty Heron latają nad Liban by wyszukiwać cele dla uderzeń lotniczych, namierzając również transmisje z telefonów komórkowych używanych przez oficjeli Hezbollahu, określając miejsce znajdowania się ważnych postaci z wrogich organizacji.
Warto jeszcze wspomnieć o dwóch dywizjonach. Jeden to 144. Dywizjon „Phoenix” z taktycznymi aparatami Aeronautics Orbiter 4 znanymi w wojsku izraelskim jako „Nitzot” z bazy Hatzor. Jednakże te aparaty latają głównie nad Strefą Gazy i nad Zachodnim Brzegiem Jordanu. Kolejny to 210. Dywizjon „White Eagle” z bazy Tel Nof używający aparatów IAI Eitan do prowadzenia strategicznego rozpoznania znad własnego terytorium (są to aparaty o masie startowej 5400 kg). Są jeszcze dwa dywizjony w słynnej bazie Ramat David – 157. Dywizjon „Within the Valley” specjalizujący się w stawianiu zakłóceń radioelektronicznych z bezpilotowców oraz 160. Dywizjon „Shadow Hunter” specjalizujący się w likwidacji celów daleko na zapleczu przeciwnika. Oba używają nieujawnionych, tajnych bezpilotowców i podobnie o ich działalności też niewiele wiadomo.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Aparat Avenger nie wszedł jeszcze do uzbrojenia, można powiedzieć, że raczej przeciera on szlaki dla perspektywicznych konstrukcji bezpilotowców. Obecnie bada się na nim najważniejszy jego element – sztuczną inteligencję jako serce układu jego kierowania i wspomagania dowodzenia.
Prace nad aparatem który w firmie General Atomics Aeronautical Systems, Inc. (GA-ASI) nazywano Predator C zaczęły się w 2006 r. jako program podjęty na własne ryzyko firmy. Miał to być odrzutowy następca turbośmigłowego aparatu Predator B, który miał mieć od niego lepsze osiągi oraz cechy utrudnionego wykrycia, co miało mu pozwolić na działanie w konfliktach o dużej intensywności z wymagającym przeciwnikiem. Ogólny układ aparatu jest zbliżony do wcześniejszego Predatora, z podobnym kadłubem w którym w przedniej części umieszczono system łączności satelitarnej pod wypukłą, charakterystyczną osłoną. Silnik również umieszczono z tyłu, ale jest to teraz silnik odrzutowy, dwuprzepływowy typu Pratt & Whitney Canada PW545B o ciągu 17,75 kN bez dopalania. Wlot powietrza do silnika znajdujący się nad kadłubem oraz wylot zostały wyposażone w kanały w kształcie litery „S”, by uniemożliwić falom radiolokacyjnym odbicie od wirujących części silnika. Skrzydło otrzymało umiarkowany skos 17 stopni, by poprawić charakterystyki na prędkościach przelotowych zmniejszając opór. Zachowano usterzenie motylkowe, w kształcie litery „V”. Skrzydła o rozpiętości 20 m mają na tyle dużą powierzchnię, by aparat osiągał pułap rzędu 15 400 m.
Prędkość maksymalna wynosi 740 km/h, a przelotowa to ok. 650-680 km/h. Silnik o niewielkim stosunkowo ciągu jak na aparat o maksymalnej masie startowej 8255 kg został zoptymalizowany pod kątem uzyskania maksymalnego zasięgu, długotrwałość lotu aparatu to 20 godzin. Odległość wykonywania misji od własnej bazy jest ograniczona jedynie zapasem paliwa, bowiem satelitarny system łączności zapewnia kierowanie aparatem z dowolnej odległości. 1350 kg uzbrojenia na zaczepach zewnętrznych może być przenoszone częściowo w wewnętrznej komorze na uzbrojenie. Generalnie MQ-20 Avenger miał przenosić to samo uzbrojenie co Predator B. Bezpilotowiec wyposażono w radiolokator AN/APY-8 Lynx, także opracowany w firmie General Atomisc, o zasięgu do 80 km, z zakresem obserwacji celów naziemnych dzięki zwiększonej rozdzielczości metodą sztucznej apertury. Dodatkowo MQ-20 wyposażono w chowaną głowicę elektrooptyczną bazującą na systemie elektrooptycznym samolotu F-35, system dla bezpilotowca nosi nazwę Advanced Low-observable Embedded Reconnaissance Targeting (ALERT) system.

Pierwszy aparat został oblatany 4 kwietnia 2009 r. i przechodził próby fabryczne do 2011 r., do którego to momentu dołączyły do niego dwa kolejne aparaty tego typu. Wtedy Siły Powietrzne USA podjęły oficjalne próby aparatu w ramach programu MQ-X, perspektywicznego rozpoznawczo-uderzeniowego systemu do zastąpienia MQ-9 Reaper. Jednak w lutym program anulowano, oficjalnie dlatego, że MQ-20 Avenger nie oferował dużej przewagi nad MQ-9, przy wyższych kosztach eksploatacji. Zapewne gdyby ta ocena odbywała się po wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 r., byłaby inna.
Nie był to koniec aparatu MQ-20 Avenger. Obecnie dwa z trzech aparatów zostały wynajęte do pozorowania przeciwnika przez USAF do pozorowania nowoczesnych aparatów bezpilotowych jako celów dla własnego lotnictwa, szkoli się na nich załogi myśliwców, także z elementami manewrowania. Wcześniej zaś, w latach 2019-2022, pracowano na nich testując system zarządzania lotem i misją aparatu wykorzystujący algorytmy sztucznej inteligencji oraz uczenia się maszynowego. W tym ostatnim wykorzystano technikę „uczenia się przez wzmacnianie” (Reinforcement Learning), w którym to aparat sam zbiera dane od środowiska po wykonaniu misji i porównuje różne warianty działania z efektem końcowym, wybierając optymalne rozwiązania dla danej sytuacji.
Na aparacie testowano też nowy rodzaj aparatu bezpilotowego: Advanced Air-Launched Effects (A2LE), który jest przenoszony przez MQ-20 w komorze bombowej i niedaleko od przeciwnika jest zwalniany, a następnie mały aparat jest sterowany za pośrednictwem swojego nosiciela. Małe rozmiary A2LE sprawiają, że jest ten aparat trudny do zniszczenia, czy choćby wykrycia przez przeciwnika.
W 2017 r. siedem MQ-20 Avenger zamówiła nieujawniona amerykańska agencja rządowa i przypuszczalnie chodzi o CIA. Gdzie i do czego jest używanych tych siedem aparatów, tego nie wiemy.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Główną jednostką bezpilotowych aparatów latających Pakistanu jest należące do Sił Powietrznych No. 42 Flying Wing, 42. Skrzydło Lotnicze w bazie Murid w Pakistanie, w prowincji Pendżab.
Jeszcze z początkiem XXI wieku baza ta była utrzymywana wyłącznie jako zapasowa, z jednostką logistyczną, ale bez latającej. Wcześniej stacjonowały tu samoloty F-86F Sabre z 15. Dywizjonu oraz naddźwiękowe Shenyang F-6, ale później bazę przekształcono w lotnisku wysunięte, gdzie samoloty jedynie się tankowały i uzbrajały w razie potrzeby wykonania misji w tym rejonhie. Szybko rozwój bezpilotowych aparatów latających w Pakistanie sprawił jednak, że sformowano tu kilka dywizjonów różnych systemów bezpilotowych. Łącznie tworzą one 42. Skrzydło Lotnicze, które powstało w 2007 r., wraz z wprowadzeniem do uzbrojenia aparatów bezpilotowych najróżniejszych typów.

Scentralizowane użycie aparatów bezpilotowych na poziomie operacyjnym i operacyjno-taktycznym służy temu, by ułatwić ich wsparcie logistyczne tak ze strony wojska jak i państwowych (głównie) producentów utrzymujących w bazie swoje sekcje serwisowe, a także by ujednolicić taktykę działania oraz procedury operacyjne w jednostkach różnych typów. We współczesnych czasach dystrybucja informacji uzyskanych z poszczególnych aparatów nie stanowi problemy, bowiem mamy sieciocentryczne systemy łączności i dowodzenia, pozwalające na składanie zamówień na rozpoznanie lub działania bojowe nadchodzące z różnych jednostek w czasie rzeczywistym, a już w trakcie realizacji zadań – na wgląd wszystkich zainteresowanych mających odpowiedni autoryzowany dostęp, w dane rozpoznawcze i obrazy przekazywane przez aparaty bezpilotowe.
Dlatego w ramach 42. Skrzydła Lotniczego funkcjonuje sześć dywizjonów bezpilotowych aparatów latających:
No. 60 Strategic Squadron sformowany w 2007 r. jest wyposażony w aparaty GIDS Shahpar Ipakistańskiej produkcji, ich masa startowa to 480 kg, rozpiętość skrzydeł – 6 m, udźwig uzbrojenia – 50 kg, długotrwałość lotu – 7 godzin.
No. 61 Strategic Squadron sformowany w tym samym roku ma aparaty NESCOM Burraq o masie startowej 1000 kg, rozpiętości skrzydeł 9 m, udźwigu uzbrojenia 110 kg, długotrwałość lotu 6-7 godzin. Niedawno wyposażenie dywizjonu uzupełniono aparatami Shahpar I.
No. 62 Strategic Squadron sformowany już w 2003 r. jako samodzielny (później włączony do 42. Skrzydła) jest wyposażony we włoskie bezpilotowe aparaty latające Selex Falco, zakupione przed wprowadzeniem do użycia aparatów własnej konstrukcji. Aparaty tego typu służą wyłącznie do rozpoznania, nie mają uzbrojenia. Ich masa startowa to 750 kg, a rozpiętość skrzydeł 7,2 m. Długotrwałość lotu to 14 godzin.
No. 63 Strategic Squadron – sformowany w 2021 r. jest wyposażony w chińskie aparaty Chengdu GJ-2 znane też jako Wing Loong 2. Są to duże turbośmigłowe aparaty o masie 4200 kg przenoszące 480 kg uzbrojenia, o rozpiętości skrzydeł 20,5 m, mające długotrwałość lotu 32 godziny.
No. 64 Strategic Squadron – sformowany w 2022 r. jest wyposażony w tureckie aparaty Bayraktar TB2. Ich masa startowa to 700 kg, udźwig uzbrojenia – 150 kg, rozpiętość skrzydeł 12 m, a długotrwałość lotu to 27 godzin.
No. 65 Strategic Squadron – sformowany w 2023 r. jest wyposażony w kilka tureckich aparatów Bayraktar Akıncı. Są to największe bezpilotowce w służbie Pakistanu i służą głównie do prowadzenia rozpoznania radioelektronicznego z dużych wysokości oraz obserwacji radarowej pogranicza pakistańsko-indyjskiego. Aparat ma masę startową zbliżoną do 6000 kg, rozpiętość skrzydeł ponad 20 m, długotrwałość lotu to 24 godziny, a pułap lotu sięga 13 500 m. W razie potrzeby może zabrać nawet do 900 kg uzbrojenia kierowanego. Jego napęd stanowią dwa silniki turbośmigłowe.
42. Skrzydło Lotnicze wykonuje głównie zadania monitorowania sytuacji na granicy z Indiami, a także zwalcza wewnętrzną opozycję, bowiem Pakistan zmaga się z Talibami i innymi ekstremistami którzy prowadzą działania nieregularne (partyzanckie) w środkowej i północnej części kraju. Stąd taka gama operacyjno-strategicznych i operacyjno-taktycznych aparatów, dostosowanych do różnych zadań wykonywanych w ramach dwóch wyżej przedstawionych grup. W trzeciej kolejności mogą wykonywać rekonesanse w ramach usuwania skutków klęsk żywiołowych.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że Pakistan używa kilku całkiem udanych bezpilotowych aparatów latających własnej konstrukcji i produkcji. Jednym z podstawowych i szeroko produkowanych jest NESCOM Burraq.
Aparat ten powstał w oparciu o państwowe i wojskowe ośrodki tak badawcze, inżynierskie, jak i produkcyjne. NESCOM to skrót od National Engineering & Scientific Commission, wielkiej organizacji zatrudniającej ok. 16 000 ludzi, podobnej nieco do polskiego PEGAZa, czyli również w skład tego kompleksu wchodzą różne zespoły konstrukcyjne i różne zakłady produkcyjne. Jeden z zespołów w Islamabadzie projektuje bezpilotowe aparaty latające, które są następnie produkowane w zakładzie Satuma w dzielnicy Sihala po wschodniej stronie Rawalpindi. Stolica Pakistanu Islamabda i większe od niej miasto Rawalpindi przylegają do siebie, granica między nimi jest dość sztuczna.
Zespół konstruktorów NESCOM pracował nad własnym aparatem taktycznym od ok. 2005 r. Impulsem do jego opracowania było amerykańskie użycie uzbrojonych MQ-1 Predator w Afganistanie i w samym Pakistanie przeciwko rebeliantom i bojówkom Talibów. Oceniono, że tanie w zakupie i eksploatacji niewielkie taktyczne bezpilotowe aparat latające będą wykonywały te same zadania na rzecz władz Pakistanu zdecydowanie lepiej, a już na pewno taniej niż naddźwiękowe samoloty bojowe. Zakładano dolot z prędkością ok. 200 km w czasie 2 godzin na odległość do 400 km i powrót oraz minimum kolejne dwie godziny patrolowania w wybranym rejonie, co zapewniałoby rozpoznanie, obserwację i atakowanie obiektów naziemnych w razie wykrycia odpowiedniego celu.
Aparat zbudowano wzorując się nieco na podobnej konstrukcji chińskiej CH-3. A zatem został zbudowany w układzie „kaczka” – z przednim usterzeniem na kadłubie, ze skrzydłami umieszczonymi z tyłu. Skrzydła mają podwójny skos krawędzi natarcia, duży w części przykadłubowej i mniejszy w zewnętrznej, przy mniej więcej stałym skosie na krawędzi spływu. W tylnej części kadłuba znajduje się silnik tłokowy napędzający trójłopatowe śmigło pchające. Usterzenie pionowe umieszczono w formie płyt na końcach skrzydeł. Silnik ma moc mniejszą od 100 KM, co zapewnia aparatowi prędkość maksymalną 215 km/h i przelotową 180 km/h. Rozpiętość skrzydeł wynosi ok. 9 m, długość kadłuba ok. 6 m, zaś wysokość 2 m. Aparat ma stałe trójkołowe podwozie, na którym startuje i ląduje, ma automatyczny zakres startu i lądowania oraz może wykonać lot po trasie autonomicznie lub może być sterowany zdalnie. Zasięg łączności wynosi do 250 km pod warunkiem lotu w pobliżu pułapu, który wynosi 7000 m lub z wykorzystaniem lecącego w pobliżu miejsca bazowania retranslatora. Zasięg jest określany na 1000 km, ale spotkaliśmy się też z podaną długotrwałością lotu – 7 godzin, co by mniej więcej się zgadzało, choć w tym układzie faktyczny zasięg wynosi ok. 1200 km. Masa własna aparatu wynosi ok. 500 kg, zaś maksymalna masa startowa to ok. 1000 kg, przy czym 115 kg z tego to uzbrojenie podwieszane, zaś niecałe 400 kg to zapas paliwa na aparacie.
Pod kadłubem aparat ma głowicę elektrooptyczną, która też jest wyprodukowana w Pakistanie, podobnie jak pokładowy system nawigacyjny oparty o bezwładnościowy układ nawigacyjny, korygowany odbiornikiem GPS.
Uzbrojenie aparatu składa się z dwóch pocisków NESCOM Barq o masie po ok. 55 kg. Są to bomby kierowane laserowo, półaktywnie, przy czym podświetlenie celów jest realizowane z głowicy elektrooptycznej aparatu.
Liczbę wyprodukowanych aparatów typu Burraq ocenia się na 36 sztuk i większość z nich służy w bazie Murid gdzie znajduje się skrzydło bezpilotowych aparatów latających Pakistanu. Na aparatch Burraq lata No. 61 Unmanned Aerial Vehicle Squadron czyli 61 (UAV)sq – 61. Dywizjon Bezpilotowych Aparatów Latających.
Pierwszy prototyp aparatu Burraq oblatano 9 maja 2009 r. W okresie 2013-2015 przeszedł on próby wojskowe i od tego momentu jest używany w Pakistanie w linii. Od razu, od września 2015 r., jest on używany do walki z rebeliantami i Talibami oraz innymi ugrupowaniami ekstremistycznymi na terenie Pakistanu, atakując obiekty naziemne swoimi bombami kierowanymi laserowo.



Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Pierwszym amerykańskim bezpilotowym aparatem latającym używanym do rozpoznania był Ryan Model 147B, którego opracowanie zaczęło się w lutym 1962 r. Pierwszy lot bojowy aparat ten wykonał nad Chinami 20 sierpnia 1964 r., a później był używany pomyślnie w Wietnamie w czasie wojny. Było to pionierskie zastosowanie bezpilotowych aparatów latających przez USA, które warto przypomnieć.

We wrześniu 1959 r. szef oddziału rozpoznania USAF, płk Hal Wood, ostrzegł przełożonych, że loty samolotów U-2 nad ZSRR (o których wiedziało wąskie grono osób) są coraz bardziej ryzykowne ze względu na możliwość zestrzelenia samolotu za pomocą przeciwlotniczych zestawów rakietowych. Poproszono więc firmę Ryan Aeronautical, by przedstawiła możliwości dostosowania do rozpoznania swoich celów latających typu Firebee. Firma przedstawiła informacje USAF w końcu kwietnia 1960 r., a 1 maja 1960 r. został zestrzelony nad Swierdłowskiem U-2A pilotowany przez Francissa G. Powersa, zatrudnionego w CIA. Jeszcze w połowie lipca 1960 r. Ryan Aeronautical otrzymał kontrakt na opracowanie od podstaw bezpilotowego aparatu latającego Red Wagon, w firmie oznaczonego Model 136.
Jednakże dobre wyniki z operacji rozpoznawczych sztucznych satelitów Corona pracujących na rzecz CIA oraz prace nad szybkim A-12 Oxcart (późniejszy SR-71 Blackbird) sprawiły, że program Red Wagon zamknięto w styczniu 1962 r. jako zbędny.

Jednak niemal natychmiast, bo już 2 lutego 1962 r., uruchomiono tańszą wersję programu. Po prostu, zamiast budowanego od podstaw aparatu latającego do zadań rozpoznawczych, miały zostać zaadoptowane używane już cele powietrzne Firebee. Jako wyposażenie rozpoznawcze miał zostać zamontowany aparat fotograficzny Hycon 233A, powstały jako nieco zmniejszona wersja aparatu Hycon 73B pochodzącego z samolotu U-2 (miał trzy aparaty tego typu). W odmianie dla bezpilotowca zmniejszono ogniskową jego obiektywu z 914 mm do 610 mm ze względu na brak miejsca w kadłubie. Hycon 233A robił zdjęcia na filmie o wymiarze klatki 229 x 229 mm. Zakładano, że zasięg aparatu będzie nie mniejszy niż 1900 km, a pułap praktyczny – 17 000 m. Model 147A, oblatany w kwietniu 1962 r., miał więc nieco wydłużony kadłub w stosunku do Firebee (z 6,71 m do 7,85 m), by umieścić aparat oraz dodatkowy zbiornik paliwa. Aparat miał prosty system nawigacyjny, złożony z dokładnego żyrokompasu oraz automatu utrzymującego zadaną prędkość i kurs, a także urządzenia zegarowego nakazującego zmianę kursu po przeleceniu ściśle określonego czasu z daną prędkością przy danym kursie; do tego był radiowysokościomierz. Nad terenem nieprzyjaciela do dyszy silnika odrzutowego Teledyne J69-T-29A o ciągu 7,6 kN wtryskiwano kwas chlorosiarkowy, powodujący, że silnik nie dymił; jego gazy wylotowe były przezroczyste.
Próby pierwszego Modelu 147A były na tyle pomyślne, że szybko USAF zamówiły w firmie Ryan wersję wysokościową Model 147B. Podobnie jak poprzednie, startowały one zrzucane przez samolot DC-130 Hercules, dostosowany do przenoszenia celów latających Firebee. Lądowanie zaś odbywało się na spadochronie, po uprzednim zrzucie we wskazanym miejscu kasety z filmem na spadochronie, wraz z rożkiem umożliwiającym śledzenie opadającej kasety na radarze, by łatwiej było ją odzyskać. W wersji 147B zwiększono rozpiętość skrzydła z 4,0 m do 8,2 m, co pozwoliło na zwiększenie pułapu bezpilotowca z 17 000 m do 19 200 m. Zakładano, że utrudni to jego zestrzelenie przez sowieckie przeciwlotnicze systemy rakietowe, a wówczas do uzbrojenia wszedł S-75 Dwina, którego górna granica strefy rażenia była co prawda wyższa, ale na dużej wysokości malał zasięg zestawu, zwiększając szanse na „przeżycie” aparatu na polu walki.

Ponieważ Model 147A występował w postaci kilku prototypów, to jego krótkoseryjna wersja, zamówiona w ilości zaledwie siedmiu przez USAF, nosiła oznaczenie Model 147C, była ona przeznaczona do szkolenia i nie miała instalacji wtrysku kwasu do dyszy. W seryjnych aparatach zwiększono rozpiętość do 4,6 m i bardzo nieznacznie wydłużono kadłub. Trzy z nich zmodyfikowano na aparaty do rozpoznania radioelektronicznego Model 147D, o których w kolejnym odcinku.
Pierwsze Model 147B dostarczono wiosną 1964 r. Były one używane operacyjnie do grudnia 1965 r.; zbudowano ich łącznie 37 sztuk. O użyciu bojowym i kolejnych wersjach – w następnym odcinku.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Firma ZALA AERO Group Bezpiłotnyje Sistiemy z Iżewska, producent amunicji krążącej rodziny Lancet, wytwarza także bezpilotowe aparaty latające przeznaczone do rozpoznania. Dwa typy w kilku różnych odmianach są używane w konflikcie w Ukrainie, ale firma oferuje ich znacznie więcej, więc przypuszczalnie na ukraińskim froncie pojawią się kolejne, przybliżymy je pokrótce w dwóch kolejnych tekstach.

Najmniejszy z wymienionych aparatów, który został wprowadzony do użycia wojsk rosyjskich jeszcze w 2014 r., to mały bezpilotowy aparat taktyczny który może być przenoszony przez żołnierzy w zestawie o łącznej wadze 9-11 kg, nazywany w firmie Z-08, zaś po przyjęciu do uzbrojenia nazwano go w wojsku Zala 421-08. W skład zestawu wchodzi pojemnik do przenoszenia, dwa aparaty o masie (w zależności od wersji i serii produkcyjnej) od 1,7 kg do 2,5 kg, laptop do sterowania i zestaw do ładowania baterii oraz kilka części zamiennych. Zestaw może być przenoszony przez żołnierzy sił specjalnych w plecaku lub może być transportowany dowolnym samochodem terenowym, by dalej już ręcznie przenieść go na miejsce skąd zostanie użyty. Aparaty znalazły zastosowanie w Wojskach Powietrzno-Desantowych i w Specnazie, łącznie do wybuchu wojny zakupiono 400 zestawów. Po wybuchu wojny zapewne kupowano je nadal, choć dane są oczywiście utajnione.

Zala 421-08 ma układ latającego skrzydła o obrysie trapezowym, rozpiętość wynosi 810 mm. Stateczniki pionowe umieszczono na końcach skrzydeł. Ponieważ kamera znajduje się w owiewce pod lewym skrzydłem, to kadłub dla utrzymania środka ciężkości w środku parcia aerodynamicznego jest nieznacznie przesunięty w prawo. Napęd stanowi silnik elektryczny ze śmigłem pchającym. Prędkość aparatu 65-120 km/h, pułap do 3600 m, długotrwałość lotu 80 minut, a zasięg łączności to 15 km z przekazywaniem obrazu na żywo lub do 25 km z rejestracją obrazu i transmisją po zbliżeniu się na odległość poniżej 15 km od operatora. Nawigacja jest oparta o elektronicznego autopilota z odbiornikiem GPS/Glonass. Aparat startuje z ręki i ląduje metodą głębokiego przeciągnięcia (na małej prędkości postępowej i opadania), najlepiej na trawie, co amortyzuje zetknięcie się z ziemią.
Bardzo popularnym aparatem jest większy, również używany na poziomie taktycznym ale w Ukrainie wykorzystywały go jedynie jednostki Rosgwardii (Rosyjskiej Gwardii Narodowej) oraz prywatne firmy militarne takie jak niesławna CzWK „Wagner”. Zestawy w odmianie ZALA 421-16E o zwiększonej długotrwałości lotu i uodpornione na zakłócenia otrzymały jednostki separatystów ukraińskich, tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych, które w 2024 r. zintegrowano z wojskami rosyjskimi, i tak pewna ilość tych aparatów trafiła do użycia w Armii Rosyjskiej, choć tylko w rękach ukraińskich separatystów z Doniecka i Ługańska. Aparat znajduje też szerokie zastosowanie w zadaniach związanych z bezpieczeństwem wewnętrznym, w tym do patrolowania gazociągów (wykorzystuje go firma GAZPROM), a z kolei Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych używa ich do lokalizacji pożarów w rozległych obszarach leśnych.

ZALA 421-16 ma rozpiętość skrzydeł 2,81 m i długość 1,02 m. Masa startowa aparatu to ok. 10 km, może się ona różnić nieznacznie w zależności od odmiany. Prędkość maksymalna to 110 km/h, a pułap praktyczny do 3500 m. Taktyczny promień działania z retranslacją łączności sięga 45 km, długotrwałość lotu to 3-4 godziny, ale w wersji „E” może być zwiększona do 6-7 godzin, przez zastosowanie wydajniejszej baterii i innych zmian aerodynamicznych (przypuszczalnie sprawniejsze śmigło). Standardowo dron przenosi cyfrową lustrzankę o rozdzielczości co najmniej 18 megapikseli i wysokiej jakości kamerę wideo z 20-krotnym powiększeniem, stabilizowaną żyroskopowo. Nawigacja za pomocą odbiornika Gloass/GPS, ale w wersji EM dodano też procesor do zliczania przebytej drogi KRW-7, co pozwala na autonomiczne nawigowania i powrót w miejsce startu nawet przy zakłóceniu sygnałów GPS. Start odbywa się z pneumatycznej katapulty, którą się rozkłada do startu, a sprężone powietrze podaje mały spalinowy kompresor, lądowanie na spadochronie, z poduszką powietrzną do amortyzacji upadku.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Amunicja krążąca firmy ZALA AERO Group „Bezpiłotnyje Sistiemy” z Iżewska w Rosji jest dość powszechnie używana w wojnie w Ukrainie i faktycznie odnosi pewne sukcesy, porównywalne z sukcesami podobnych aparatów używanych przez Ukrainę, choć skala użycia systemów rosyjskich jest wyraźnie mniejsza, na szczęście.

Firma ZALA AERO Group Bezpiłotnyje Sistiemy powstała w 2003 r. i stanowi część koncernu zbrojeniowego „Kałasznikow”, który też ma swoją główną siedzibę w Iżewsku, gdzie znajdują się też i jego główne zakłady PAO Iżewskij Mechaniczewskij Zawod, znany z produkcji broni strzeleckiej już od ponad wieku. Co ciekawe, w czasach ZSRR produkowano tu też słynne motocykle pod marką „Iż”, a nawet samochody osobowe o tej nazwie. ZALA AERO to nowy dodatek, mający swoje biura konstrukcyjne w Moskwie i Iżewsku, gdzie znajduje się też zakład produkujący bezpilotowe systemy latające o różnym przeznaczeniu.
Rodzina amunicji krążącej nosi fabryczne, zakładowe oznaczenie „Izielie 5x” (wyrób 5x), czyli pierwszą wersją Lanceta był ZALA Izdielie 51 nazywany Lancet 1. Wyróżniał go charakterystyczny schemat aerodynamiczny z czterema skrzydłami w układzie krzyżowym (są wokół kadłuba co 90 stopni) oraz identycznie położonymi czterema mniejszymi statecznikami. Aparat napędzany silnikiem elektrycznym umieszczonym z tyłu miał masę 5 kg i długotrwałość lotu do 30 minut. Zasięg łączności z retranslacją za pomocą tzw. „pszczoły matki” (aparat do przekazywania łączności latający nad własnym terytorium, zwiększający zasięg działania bezpilotowców taktycznych do ok. 70-80 km, kiedy łączność bezpośrednia line-of-sight nie powala na więcej niż 15-30 km w zależności od wysokości lotu aparatu) wynosi ok. 40 km. Prędkość lotu pierwszych Lancetów była zbyt mała, nie przekraczała 85 km/h. Bardzo często zdarzało się, że te pierwsze Lancety wplątywały się w siatki maskujące nad atakowanym sprzętem nie wybuchając, sprzyjały temu mała prędkość i duża rozpiętość skrzydeł krzyżowych. Dlatego w kolejnej wersji znanej w firmie jako Izdielie 52, zaś w wojsku nazywanej Zala-3 zastosowano skrzydła i stateczniki o równej wielkości.

Dzięki temu można było przenieść wytwarzania części siły nośnej ze skrzydeł na stateczniki. Stateczniki w obu odmianach są typu płytowego, czyli obracają się w całości. Lancet-3 waży 12 kg i ma głowicę bojową zwiększoną z kilograma do trzech, stąd system nazw (Lancet 1 i Lancet 3, notabene podobny jak w przypadku Warmate, ale jest to jedyne podobieństwo). Dzięki większej masie możliwe było zwiększenie mocy elektrycznego silnika i pojemność cięższej teraz baterii, co przełożyło się na prędkość 110 km/h, zasięg do 40-50 km i długotrwałość lotu 40 minut. Ponadto wprowadzono zakres ataku lotu nurkowego z rozpędzeniem do 300 km/h w nurkowaniu, co ułatwia przebijanie siatek maskujących. Właściwie ta odmiana była dopiero w pełni dopracowana i jest stosowana dość masowo w Ukrainie z różnym powodzeniem.
Do uzbrojenia wchodzi też odmiana Izdielie 53, o której bardzo niewiele wiadomo. Ma inny system rozkładania skrzydeł po starcie. W Lancecie-3 (Izdielie 52) są one składane wzdłuż kadłuba, do przodu, ale pozostają pod kątem prostym do niego, choć swoją szerokością (cięciwą), a nie rozpiętością, przy starcie pod wpływem bezwładności rozkładają się do tyłu przez obrót o 90 stopni. W Izdielie 53 skrzydła umieszczono na bokach prostokątnego kadłuba w taki sposób, że po obrocie ich o 90 do składania przylegają one płasko do powierzchni kadłuba. Pozwala to na wystrzeliwanie amunicji ze skrzynkowych pojemników, w których mogą one być transportowane na pojeździe po cztery lub na mniejszych pojazdach pojedynczo. W ten sposób wyrzutnia zajmuje pozycje, odpala aparaty i od razu odjeżdża, a w bezpieczniejszym miejscu ponownie ładuje się je aparatami, by ponownie podjechać na stanowisko startowe na krótką chwilę. Parametry Izdielie 53 nie są znane, ale niewykluczone, że mają zasięg do ok. 100 km.


Kolejny aparat ma zupełnie nowy układ aerodynamiczny. Izdielie 54 jest odmianą w układzie latającego skrzydła z krótkim kadłubem po środku i ze śmigłem ciągnącym umieszczonym z przodu kadłuba. Napęd stanowi dwucylindrowy silnik spalinowy. Skrzydło ma obrys trójkątny w części wewnętrznej i proste w części zewnętrznej i ze statecznikami pionowymi na końcach skrzydeł. Zasięg Izdielie 54 wynosi wg producenta do 200 km, ale nie wiadomo, czy ma atakować cele stałe o zaprogramowanych prze lotem współrzędnych, czy cel można wybrać w locie (raczej nie, bo nie widać na aparacie żadnej kamery). I nie wiadomo, czy Izdielie 54 w ogóle wejdzie do uzbrojenia.

W styczniu 2024 r. firma zapowiedziała rozwój następnego typu amunicji krążącej znanej jako Izdielie 55. Ogólnie aparat jest podobny do używanych już Lancetów, ale jest większy, a jego napęd stanowią aż cztery silniki elektryczne umieszczone w małych gondolach na statecznikach, ze śmigłami ciągnącymi. Przypuszczalnie nowy aparat firmy ZALA ma też większy zasięg od dotychczasowych Lancetów, które atakowały cele (Lancet-3) oddalone do 70 km od linii frontu. Czas pokażę i będziemy o nich informować na bieżąco.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Na targach Kielce pokazano makietę opracowywanego właśnie przez Grupę WB Electronics z Ożarowa pod Warszawą nowego systemu amunicji krążącej Warmate 50 o zasięgu do 1000 km. Oprócz tego zapowiedziano opracowanie mniejszych nieco odmian Warmate 5 i Warmate 20, w każdym przypadku liczba oznacza masę głowicy bojowej.
Dlaczego analog? Nie jest to oczywiście żaden „analog”, to całkowicie polskie opracowanie wpisujące się w najnowsze trendy koncepcyjne i rozwojowe widoczne w czasie działań w Ukrainie. Oczywiście Rosjanie stwierdzili, że to „analog systemu, który analogów nie ma”. Chodzi o ich własną amunicję krążącą ZALA Lancet, która jest budowana w różnych odmianach o różnej wielkości, masie głowicy bojowej i zasięgu. W działaniach wojennych w Ukrainie sprawdza się ona przyzwoicie, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle tego, co używa Ukraina. Za to całkiem dobrze spisuje się protoplasta rodziny Warmate 1, który wbrew nazwie ma 300 gramową głowicę bojową, bo jest to w założeniu lekki taktyczny bezpilotowy aparat latający budowany w klasie amunicji krążącej, przeznaczony do tego, by był przenoszony przez żołnierzy i używany bez większych trudności z wykorzystaniem minimalnej ilości sprzętu naziemnego (rozkładana wyrzutnia-katapulta, laptop do kierowania i kontroli działania aparatu). Jest też oferowana odmiana rozpoznawcza Warmate R wyposażona w trzy niewielkie kamery cyfrowe, transmitująca dane w czasie rzeczywistym.

Warmate 50 oczywiście nie ma wiele wspólnego z Warmate 1, bowiem powstał według zupełnie innej koncepcji. Nie wiadomo, czy poza może materiałami konstrukcyjnymi i może autopilotem cokolwiek można wykorzystać z oryginalnego Warmate. W odróżnieniu od elektrycznego Warmate 1, „strategiczny” Warmate 50 jest już napędzany silnikiem spalinowym o mocy dobranej tak, by rozwinął on rozsądną prędkość, zapewne 200-250 km/h na co wskazuje jego układ aerodynamiczny, a jednocześnie by zużycie paliwa utrzymywać na niewielkim poziomie. Obecnie na rynku są dostępne takie oszczędne silniki przeznaczone dla dronów. Układ aerodynamiczny Warmate 50 przypomina nieco irańskiego Shaheda 136, czyli samolot ze skrzydłem trójkątnym bez usterzenia poziomego oraz z pojedynczym statecznikiem pionowym, oraz z silnikiem umieszczonym z tyłu, napędzającym śmigło pchające. Na tym jednak podobieństwa się kończą, bowiem w odróżnieniu o kadłuba Shaheda o przekroju okrągłym i układzie średniopłata, Warmate 50 ma mieć kadłub o przekroju prostokątnym z nieznacznie zaokrąglonymi krawędziami oraz układ górnopłata. W kadłubie umieszczono oczywiście stałą, niewymienną (dla zmniejszenia kosztów) głowicę bojową oraz zbiorniki paliwa, a także aparaturę sterującą. Oczywiście aparat nie ma podwozia, bo nie potrzebuje, zapewne ma startować z wyrzutni-katapulty umieszczonej na pojeździe. Producent WB Electronics nie ujawnia jeszcze wielu informacji o tym aparacie, co zrozumiałe, wiele jego parametrów będzie nadal utajnionych także po ewentualnym (w co wierzymy) wprowadzeniu aparatu do eksploatacji. Dlatego niewiadomą jest jak ten aparat będzie nawigował do celu i czy będzie z nim łączność pozwalająca na potwierdzenie celu przed atakiem. Ukraińskie drony dalekiego zasięgu mają proste bezwładnościowe układy nawigacyjne wspomagane odbiornikiem GPS, ale czasem mają też rosyjskie karty SIM pozyskiwane w różny sposób, łączą się przez internet i za pomocą komunikatorów społecznościowych wysyłają widziane obrazy lub odbierają komendy sterowania, wykorzystują też internetową opcję łączenia się z systemem nawigacji satelitarnej tak jak robi to współczesny telefon komórkowy, na wypadek włączenia zakłóceń wojskowych zakresów GPS. Zakładamy jednak, że Warmate 50 ma jednak bardziej tradycyjny system nawigacji „military grade” w postaci układu bezwładnościowego korygowanego GPS.
Najważniejszą zaletą Warmate 50 jest to, że pozwala on na atakowanie celów strategicznych bez żadnych ograniczeń, podczas gdy – jak pokazują ukraińskie doświadczenia – użycie importowanej amunicji może być ograniczone zgodami dostawcy co do obszaru użycia i rodzaju celów. Może to mieć miejsce w przypadku dostarczonych z USA lotniczych pocisków manewrujących AGM-158 JASSM-ER, ale Warmate 50 nie będą dotyczyć żadne ograniczenia.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Największe zainteresowanie wzbudza ukraiński aparat Palianica, po raz pierwszy użyty bojowo 24 sierpnia 2024 r. Jest to aparat dalekiego zasięgu, ale napędzany silniki turboodrzutowym, a tym samym szybszy i trudniejszy do zestrzelenia.
Pierwsze bojowe użycie aparatu Palianica, nazwanego tak na cześć ukraińskiego chleba pieczonego na wsiach, było dość spektakularne. 24 sierpnia, w Święto Niepodległości Ukrainy zaatakowano skład amunicji w miejscowości Ostrogożsk w Obwodzie Woroneskim, co tradycyjnie już wywołało pożar i serię eksplozji amunicji. Zniszczono znaczne ilości cennej dla Rosjan amunicji, bowiem pożar trwał ponad dobę, a pożarowi towarzyszyła cała seria silnych wybuchów.
Wcześniej, 14 sierpnia, inne ukraińskie drony dalekiego zasięgu trafiły bazę lotniczą Sawasjelka na południowy-zachód od Niżnego Nowogrodu, kompletnie niszcząc jej skład amunicji. Jest to bardzo ważna baza, mieści się tu filia 4. Państwowego Centrum Zastosowania Bojowego i Szkolenia, które odpowiada za opracowanie nowych zasad użycia lotnictwa, taktyki użycia i wypracowuje techniki użycia bojowego samolotów i uzbrojenia nowych typów. Stacjonują tu na przykład myśliwce MiG-31K uzbrojone w pociski Ch-47M2 Kindżał, systematycznie atakujące Ukrainę. Tego samego dnia inna fala aparatów dalekiego zasięgu zaatakowała też skład amunicji na lotnisku Borisoglebsk w Obwodzie Woroneskim. Normalnie stacjonuje tu szkoła lotnicza używająca samolotów Jak-130 i Su-25, ale obecnie bazy używają też jednostki bojowe.

Z kolei 18 sierpnia ukraińskie bezpilotowe aparaty latające dalekiego zasięgu uderzyły na wielki skład paliw w Proletarsku, ok. 160 km na wschód od Krasnodaru. To był prawdziwy strzał w dziesiątkę, skład był olbrzymi, miał 70 wielkich zbiorników na paliwo i płonął przez dziesięć kolejnych dni. W czasie jego gaszenia zginęło 43 strażaków, a straty ocenia się na pół miliarda dolarów.
22 sierpnia ponownie doszło do ataku na bazę lotniczą, tym razem na Marinowkę pod Wołgogradem. Poza zniszczeniem składu amunicji trafiono też stoisko samolotów, zniszczeniu uległy kolejne dwa taktyczne bombowce Su-34 oraz jeden MiG-31K.
26 sierpnia natomiast podjęto próbę ataku na bazę lotniczą Engels pod Saratowem, gdzie stacjonują bombowce strategiczne. Jeden z aparatów trafił jednak w 36-piętrowy wieżowiec w samym mieście. Nie wiadomo, czy był to efekt zakłóceń, ale atak wyglądał raczej jak działanie celowe, co się jednak Ukraińcom nie zdarza – nie atakują celów cywilnych. Wybuch wybił sporą dziurę wyrywając kilka mieszkań w połowie wysokości wieżowca, ale czy będzie konieczna jego rozbiórka – raczej tak, bo jak naprawić takie uszkodzenie? Po co ukraiński dron celował w blok mieszkalny tego nikt nie powiedział, bo jak dotąd Ukraina nie atakowała obiektów cywilnych w sposób zamierzony. Nieoficjalne informacje głoszą, że w bloku tym mieściło się mieszkanie dowódcy pułku lotniczego, ale nie wiadomo, czy chodzi o 184. Ciężki Pułk Lotnictwa Bombowego na bombowcach Tu-95MS, czy o 121. Sewastopolski Ciężki Pułk Lotnictwa Bombowego Gwardii na bombowcach Tu-160, oba stacjonują na lotnisku Engels wraz z dowództwem 22. Donbaskiej Ciężkiej Dywizji Lotnictwa Bombowego Gwardii. Generalnie to wszystko jedno który, ale czyżby Ukraińcy chcieli trafić w jego mieszkanie czy tylko tak wstrząsnąć wieżowcem, by mu wszystkie butelki w barku potłuc? Czy wytłuczenie alkoholu w barku dowódcy pułku bombowców było warte ataku na cel cywilny? Czy to była tylko dzika zemsta ze złości za ataki na Ukrainę?

O wiele efektywniejsza jest ukraińska kampania „paliwowa” przynosząca Rosji bardzo wymierne straty i sprawiająca trudności w zaopatrywaniu wojsk. W istocie bowiem pociągi do okupowanej części Ukrainy nie docierają i wszystko wozi się tysiącami zaangażowanych w to ciężarówek, taka rosyjska wersja amerykańskiego „Red Ball Express”, jak nazywano wysiłek wojsk transportowo-samochodowych w zaopatrywaniu wojsk jesienią 1944 r. we Francji i Belgii.
Jeśli chodzi o sam dron Palianica, to niewiele o nim wiadomo. Ma on silnik odrzutowy, przypuszczalnie jest to ważący ledwie 4 kg silnik JetCat P400 o ciągu 0,042 kN (około 45 kG) produkcji niemieckiej. Nie jest to jednak informacja pewna. Sam aparat jest relatywnie niewielki, ma rozpiętość ok. 3 m i układ z usterzeniem przednim i prostymi skrzydłami z tyłu. Startuje na odrzucanym po starcie podwoziu w postaci wózka. Jakie ma osiągi z tym niewielkim silniczkiem, to trudno powiedzieć, ale jest nieco szybszy od aparatów wyposażonych w silniki tłokowe. Dzięki oszczędnemu silnikowi osiąga zasięg nawet 800 km, a jego układ kierowania to bezwładnościowy system nawigacyjny, wspomagany odbiornikiem nawigacji satelitarnej, który może współpracować zarówno z amerykańskim systemem GPS, jak i rosyjskim Glonass.

Ukraińcy wprowadzili też do użycia ciekawy aparat E-300 Enterprise, który przenosi, aż 300 kg głowicę bojową na odległość przekraczającą 1000 km. Przy zredukowanym do 100 kg ładunku wybuchowym aparat może dolecieć nawet na odległość 3100 km. Ma podobny układ sterowania i jest podobny do małego samolotu sportowego, zbudowany w układzie górnopłata o rozpiętości skrzydeł 5,72 m. Startuje na własnym, stałym podwoziu i leci z prędkością 150 km/h. To właśnie takie aparaty dokonywały ataków na największą odległość, w Obwodzie Murmańskim, a 2 kwietnia 2024 r. przeprowadziły atak na wytwórnię dronów Gerań 2 (licencyjnych irańskich Shahed 136) w miasteczku Jałabuga w Tatarstanie, niecałe 1400 km od terytorium kontrolowanego przez Ukrainę.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Bądź na bieżąco z nowościami