My w Polsce mamy swoją firmę WB Electronics z Ożarowa która produkuje doskonałe taktyczne aparaty bezpilotowe, zaś Słowenia ma swoją taką firmę, u nas całkowicie nie znaną, a która również produkuje niewielkie taktyczne bezpilotowce. Warto oczywiście dodać, że w przypadku WB Electronics, to nie jest jedyny obszar działania tej firmy, równie znani są oni ze zautomatyzowanych systemów dowodzenia.
Firma C-Astral Aerospace Ltd mająca swoją siedzibę w małym słoweńskim miasteczku Ajdovščina istnieje ładnych kilka lat, ale jej najnowsze konstrukcje bezpilotowych aparatów latających zyskały sobie uznanie. Co najmniej dwa typy są używane przez Siły Zbrojne Ukrainy. Już od niemal dwóch lat Ukraina używa małych taktycznych aparatów rozpoznawczych Bramor C4EYE, nieco podobny do izraelskiego Orbitera, a w każdym razie zbudowany w tym samym układzie konstrukcyjnym latającego skrzydła. Aparat ma szczątkowy kadłub z bezszczotkowym silnikiem elektrycznym umieszczonym z tyłu, który napędza śmigło pchające. Samo skrzydło jest lekko skośne z niewielkim podwójnym usterzeniem pionowym na końcach skrzydeł. Aparat ma prostego autopilota z nawigacją opartą o odbiornik GPS i część lotu może wykonać autonomicznie. Jego wyposażeniem rozpoznawczym jest stabilizowana żyroskopowo kamera cyfrowa, natomiast ciekawy jest jego system łączności. Jest to oczywiście łączność radiowa, ale typu MANET (mobile ad hoc network), która działa w ten sposób, że mając do dyspozycji własne węzły włączone w wewnętrzną zamkniętą sieć, jest w stanie retransmitować dane dalej. W ten sposób dowolny standardowy aparat można ustawić w dyżurowaniu w pobliżu operatora do retranslacji łączności, ale też inny aparat tego typu lub tej firmy z systemem MANET lecący na swoją misję, ale znajdujący się bliżej operatora, też może retransmitować łączność. Sieć automatycznie szuka odpowiednich węzłów i się łączy z operatorem za ich pośrednictwem. Podstawowy promień działania aparatu podawany przez firmę to 42 km, ale jeśli znajdzie się odpowiednia sieć, to może polecieć dalej. Aparat ma rozpiętość 2,7 m i masę niecałych 5 kg, jest też trudny do wykrycia, prędkość maksymalna przekracza 100 km/h, a pułap lotu sięga 5000 m.

Bramor C4EYE jest używany przez wiele państw od ok. 2015 r., w tym przez wojska Włoch, Słowenii, Czarnogóry, Bangladeszu, ale również i przez wojska ukraińskie. Te ostatnie od niedawna stosują też nowszy aparat tej samej firmy, SQA eVTOL, który jest w zasadzie nieco powiększoną wersją poprzedniego, produkowaną od 2022 r. Ma on rozpiętość 2,9 m czyli tylko nieznacznie większą, ale udało się uzyskać masę startową 10 kg dzięki zastosowaniu silnika elektrycznego o większej mocy oraz o nieco powiększonej powierzchni skrzydeł – poza większą rozpiętością, skrzydło jest też nieco szersze. Najważniejszą zmianą jest jednak to, że nowy aparat ma podłużne wysięgniki mocowane do skrzydeł od spodu, na końcach których znajdują się cztery pionowe elektryczne silniki nośne, pozwalające na pionowy start i lądowanie. Wcześniejsze aparaty startowały ze specjalnej rozstawianej katapulty, zaś lądowały tzw. metodą głębokiego przeciągnięcia. A to wymagało polanki by się rozstawić ze sprzętem w odkrytym terenie, rzecz na wojnie zawsze groźna. W nowej odmianie SQA eVTOL tę wadę wyeliminowano. Teraz aparat może startować i lądować z niewielkiego skrawka terenu bez żadnego pomocniczego sprzętu, wykorzystując zakres pionowego startu i lądowania. Wyposażenie rozpoznawcze aparatu wzbogacono o możliwość stosowania kamery termowizyjnej do zdjęć w nocy. Pozostałe dane są bardzo zbliżone do siebie, prędkość maksymalna przekraczająca 100 km/h, pułap ok. 5000 m, zaś sam taktyczny promień działania określa się tak samo, na 42 km. Taki promień działania oznacza penetrację nieprzyjaciela na odległość co najmniej 30 km, jeśli operator wraz z naziemną aparaturą łączności i laptopem do sterowania rozmieści się 8-10 km od linii frontu. Do obsługi aparatu wystarcza dwóch ludzi, dysponujących samochodem terenowym. Znając warunki pola walki w Ukrainie, w strefie do 30 km od nieprzyjaciela poruszają się oni na pieszo, a zatem mają pewnie ze dwóch pomocników noszących sprzęt i wyposażenie.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Ataków na Rosję za pomocą bezpilotowych aparatów latających dalekiego zasięgu jest coraz więcej, a rosyjska obrona nie radzi sobie z nimi. Przysparzają one znaczne straty, chociaż to wyjątkowo proste konstrukcje i tanie w wytwarzaniu.
W nocy z 13 na 14 stycznia Ukraińcy przeprowadzili najbardziej zmasowany atak z użyciem bojowych bezpilotowych aparatów latających jednorazowego użytku, typu „amunicja krążąca”. Właściwie ten nowy środek walki nie doczekał się jeszcze polskiej nazwy, bo faktycznie trudno to uzbrojenie sklasyfikować. Dziennikarze używają określenia „drony-kamikaze” w nawiązaniu do samobójczych ataków japońskich lotników w II wojnie światowej. Można je nazywać pociskami manewrującymi, ale pociski manewrujące to wykonywane przez firmy zbrojeniowe małe samolociki kierowane zaawansowanymi układami nawigacyjnymi, precyzyjnymi układami nawigacyjnymi i wojskowymi, odpornymi na zakłócenia odbiornikami GPS, a całość jest czasem wspomagana systemem TERPROM, czyli określeniem położenia na podstawie analizy profilu terenu poprzez pomiar wysokości do powierzchni ziemi za pomocą radiowysokościomierza i porównanie tych danych z pomiarem wysokości mierzonej barometrycznie lub za pomocą systemu DSMAC czyli porównania obrazu terenu z kamery z obrazem satelitarnym z pamięci komputera i nałożenie obu na siebie. Takie pociski mają paliwooszczędne silniki odrzutowe, a całość kosztuje kilkaset tysięcy dolarów lub nawet ponad milion.
Tymczasem drony jakie produkuje Ukraina kosztują kilkanaście tysięcy dolarów, czasem ciut więcej. Mają proste płatowce wykonane z laminatów szklanych które dziś są łatwo dostępne, mają czasem jakieś duraluminiowe wzmacniające elementy nośne. Ich napęd stanowi tani silnik tłokowy i mają proste wysokościomierze barometryczne oraz autopilota opartego o mini komputer (dziś to taniocha) wraz z elektrycznymi mechanizmami wykonawczymi, przy czym są to tanie silniczki cywilne z proporcjonalnym układem selsynowym do sterowania. Oczywiście w przeciwieństwie do wojskowych pocisków manewrujących mających często 200 kg lub silniejsze głowice bojowe typu penetrującego, bezpilotowce dalekiego zasięgu mają głowice bojowe 20-50 kg prostego, odłamkowo-burzącego typu. Układ sterowania to zliczenie drogi połączone z odbiornikiem GPS który uodparnia się na zakłócenia metodami bardziej warsztatowymi niż przemysłowymi, dzięki pomysłowym informatykom. Czasem zdobywa się kartę SIM do rosyjskiej sieci i korzysta się z funkcji „lokalizacja GPS” z sieci GSM lub nawet wykorzystuje się dostępny internet do transmisji obrazu z kamery drona za pośrednictwem mediów społecznościowych! Dlatego właśnie jak lecą drony, Rosjanie starają się wyłączać internet mobilny w całej okolicy, ale często operatorów jest tylu, że ciężko jest to zrobić tak w pełni. Operator w Ukrainie widząc obraz z kamery też steruje dronem za pośrednictwem owych mediów społecznościowych, szyfrowanego Signala albo Discorda i celność tych aparatów jest zadziwiająca.
Oczywiście w stosunku do „pełnokrwistych” pocisków manewrujących takie bezpilotowce są po pierwsze dość powolne (ok. 200 km/h wobec ok. 800 km/h) i lecą na wysokości 150-300 m a nie na 30-100 m, co ułatwia ich zwalczanie. Ale to nic nie szkodzi, bo zamiast 2-4 pocisków można wysłać 20-40 aparatów których salwa i tak jest tańsza, a wystarczy jak tylko z pięć aparatów trafi w cel. Efekt jest często miażdżący.

Ulubionym celem ataków dronowych są wszelkie składy paliw, rafinerie ropy naftowej, czasem zakłady przemysłu chemicznego prowadzące produkcję na rzecz wojska. Głównie w tych zakładach wytwarza się materiały wybuchowe lub ich komponenty lub paliwa do silników rakietowych lub mieszanki zapalające. Bezpilotowce dalekiego zasięgu używano też do ataków na składy amunicji, bo Rosjanie mają zwyczaj je przepełniać, zostawiając amunicję w skrzyniach poza ziemno-betonowymi schronami-składami. Generalnie wszystkie te cele są „łatwopalne” i atakujące bezpilotowce wzniecają w nich potężne pożary. Na przykład 8 stycznia drony zaatakowały duży skład paliw w mieście Engels koło Saratowa, jest tu 800 milionów litrów paliwa różnych typów. A raczej było, bo skład palił się pięć dni, nim nad ranem 13 stycznia go ugaszano. I 14 stycznia znów przyleciały drony podpalając pozostałą część składu, 15 stycznia nadal się palił. Zaatakowano też rafinerię ropy naftowej pod Saratowem i pod Wołgogradem, w obu wywołując bardzo gwałtowny pożar. Wcześniej atakowano nawet terminal gazowy w porcie Ust-Ługa koło Sankt Petersburga, co wybitnie pokazuje że rosyjskie drony latają gdzie chcą nad Rosją. Właściwie co drugi dzień dowiadujemy się o udanym ataku na cele wymienionych typów, czyli te „łatwopalne”, choć już w styczniu 2025 r. zaatakowano też zakłady produkujące rosyjskie podobne aparaty Gerań 2 (licencyjne irańskie Shahed 136).

Warto pomyśleć, by i u nas w kraju opracować podobne systemy, przygotowując ich produkcje za niewielkie pieniądze. Podstawowy bowiem warunek jest taki, że mają one być tanie. Ukraina planuje wyprodukować 9000 sztuk tego rodzaju aparatów w 2025 r. i zapewne zostaną one użyte wywołując straty nieproporcjonalne do swojej ceny.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Ostatnio w Ukrainie miało miejsce kilka ciekawych wydarzeń związanych z systemami bezzałogowymi. Warto zwrócić uwagę na niektóre z nich.
Ciekawą innowacją wprowadzoną ostatnio przez ukraińskie drony jest dyżurowanie w pobliżu rosyjskich dróg zaopatrzenia. Chodzi o misje, w których niszczone jest zaopatrzenie transportowane na front w strefie do 10-15 km od linii styczności bojowej wojsk. Skuteczność ukraińskich dronów (niestety rosyjskich też, choć w mniejszym nieco stopniu) jest na tyle duże, że zaopatrzenie dla rosyjskich wojsk jest prowadzone na wiele różnych sposobów: żołnierze noszą skrzynki z amunicją i racjami żywnościowymi na własnych plecach, wożą je taczkami oraz wózkami jednoosiowymi, motocyklami i quadami, ale też odpowiednio wzmocnionymi samochodami osobowymi czy tzw. „samoróbkami”. Spójrzmy na ich ciężarówki jeżdżące na front. Całe obłożone jakimiś dechami, gumami, papą, siatkami pochodzącymi z wybiegów dla kur, jeszcze tam brakuje drzwi do wychodka. Na górze przyspawane jakieś klatki z ogrodzenia, a teraz najlepsze: takiego Mad Maxa jest trzy razy trudniej zniszczyć niż ciężarówkę jak spod igły, która wyjdzie z fabryki. Drony muszą się o wiele bardziej natrudzić, żeby zrobić temu krzywdę. Oczywiście pokaż zdjęcie tego w mediach społecznościowych, a żartom i docinkom nie będzie końca. Ale to coś działa! Okazuje się, że tak zabezpieczona ciężarówka jest w stanie przetrwać 3-4 razy więcej ataków dronowych, niż taka prosto z fabryki.
Nowa taktyka ukraińskich bezpilotowców typu FPV polega na tym, że lądują one w pobliżu rosyjskich dróg zaopatrzenia z włączoną kamerą, ale z wyłączonymi silnikami, w ten sposób oszczędzając energię z baterii. Czas ich dyżurowania w ten sposób sporo się wydłuża. O ile dokładnie, tego nie podano. Po zauważeniu jadącej ciężarówki, dron startuje i wykonuje atak. Efektywność niszczenia zaopatrzenia docierającego na front jest tak duża, że nie pozwala na zgromadzenie większych zapasów do prowadzenia akcji ofensywnej zakrojonej na szerszą skalę.
Akustyczny system do wykrywania dronów
Wielkim problemem w Ukrainie jest wykrywanie małogabarytowych bezpilotowych aparatów latających, bowiem radary, nawet milimetrowe, mają z tym trudności. Aparaty typu FPV są małych rozmiarów i są wykonane w większości z tworzyw sztucznych, a zatem ich echo radiolokacyjne jest niewielkie.
Jednak postęp w technikach obróbki akustycznej pozwala na budowę czułego systemu akustycznego, który potrafi wyodrębnić z szumów a nawet hałasów szum śmigiełek drona. Przypuszczalnie do wzbogacania biblioteki danych będzie wykorzystany system uczenia się maszynowego. Ponieważ poszczególne urządzenia mają się komunikować ze sobą, to istnieje możliwość nie tylko określenia azymutu danego drona, ale także odległości do niego dzięki tzw. triangulacji. Nie wiadomo kiedy pojawi się nowy system i jak w praktyce będzie funkcjonował.
Odpieranie ataków bezpilotowców – przyczyną zestrzelenia „pasażera”
Coraz częstsze ataki ukraińskich aparatów bezpilotowych dalekiego zasięgu wykorzystywanych jako pociski manewrujące są prawdziwą zmorą. Dokonują one wielu ataków na bardzo ważne obiekty, a głównie te związane z przemysłem naftowym Rosji. W ostatnim okresie wykonano też kilka ataków na Grozny, niszcząc tam budynki ministerstwa spraw wewnętrznych Republiki Czeczenii i podobne obiekty. W atakach wykorzystano przebudowane na bezpilotowe lekkie samoloty sportowe Aeroprakt A-22 produkowane w Kijowie. W efekcie Ramzan Kadyrow poprosił Kreml o kilka przeciwlotniczych zestawów rakietowych Pancyr S-1, mających obronić Grozny przed atakami dronów.
25 grudnia do lądowania w Groznym zbliżał się Embraer 190 linii Azerbaijan Airlines, po krótkim rejsie z Baku. W tym czasie na Grozny trwał atak dronów. Przypuszczalnie pomylono samolot pasażerski z bezpilotowcami i otrzymał on dwa bliskie trafienia – pociski rozerwały się na wysokości przedniej części kadłuba, i na wysokości tylnej części kadłuba. Samolot stracił płyn w obu instalacjach hydraulicznych i mógł od biedy utrzymywać lot za pomocą regulacji ciągu silników. W efekcie samolot rozbił się w Aktau w Kazachstanie, gdzie został skierowany. O dziwo, przeżyło 29 osób, 38 pozostałych zginęło.
I tak nieumiejętna obrona przed dronami doprowadziła do tragedii strony niezaangażowanej w konflikt.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Od wiosny 2023 r. 12. Baza Bezpilotowych Statków Powietrznych z Mirosławca eksploatuje wyleasingowane bezpilotowe aparaty latające MQ-9A Reaper. Sprawdziły się one i polskie Ministerstwo Obrony Narodowej kupuje obecnie kilka (dokładnej liczby nie sprecyzowano) MQ-9B SkyGuardian, będące ich rozwojową wersją.
Wyleasingowane Reapery to pierwsze w Polsce bezpilotowe aparaty latające klasy MALE – Medium Altitude Long Endurance, czyli aparat latający na średnich wysokościach i dysponujący dużą długotrwałością lotu. Ta długotrwałość sięga 40 godzin, czyli niemal dwie doby, co wymusza zmianę obsługi na naziemnym stanowisku kierowania. W przypadku bezpilotowych systemów latających jest to – w oczywisty sposób – dość prosta sprawa.
Główne różnice między MQ-9A Reaper, który jest już polskim załogom znany, a odmianą MQ-9B SkyGuardian, są trzy. Po pierwsze jest to zwiększona z 20 do 24 m rozpiętość skrzydeł, co zwiększa udźwig aparatu i pozwala mu z większym ładunkiem użytecznym nadal wznieść się na wysokość 15 000 m, na której to wysokości aparat może swobodnie operować. Oczywiście skrzydło musiało zostać odpowiednio wzmocnione. Kolejną zmianą to możliwość montowania nowego silnika. W obu odmianach MQ-9 oferowany jest starszy silnik Honeywell TPE331-10 o mocy startowej 950 KM, ale na nowszych MQ-9B SkyGuardian oferowany jest też nowocześniejszy, bardzo niezawodny silnik Pratt Whitney of Canada PT6E-67 o mocy startowej 1250 KM. Nowa jednostka napędowa jest wyposażona w elektroniczny system sterowania typu FADEC. W obu przypadkach turbinowa jednostka napędowa napędza czterołopatowe samonastawne śmigło pchające umieszczone w tylnej części aparatu, za usterzeniem.

Aparat ma klasyczny układ ze skrzydłem prostym o bardzo dużym wydłużeniu, pozwalającym na uzyskiwanie wysokiego pułapu, usterzenie znajduje się z tyłu w postaci trzech stateczników, dwa w układzie motylkowym czyli w kształcie litery „V”, a jeden pionowy pod dolną częścią kadłuba. Podwozie trójkołowe, chowane w locie, pozwalające na klasyczny start i lądowanie na przygotowanych lotniskach, w zasadzie korzysta się z betonowych pasów startowych. Aparat ma system cyfrowego autopilota pozwalający też na automatyczne operacji startu i lądowania oraz lot po zadanych parametrach, tak autonomiczny jak i kierowany przez operatorów, którzy jedynie zadają wymagane parametry lotu (kurs, prędkość, wysokość lub wskazują punkt zwrotny trasy do którego aparat ma lecieć), choć istnieje możliwość przejęcia ręcznego sterowania.
Głównym systemem obserwacyjnym MQ-9B SkyGuardian jest głowica elektrooptyczna Raytheon AN/DAS-1 MTS-B Multi-Spectral Targeting System. Głowica zawiera kolorową kamerę telewizyjną światła szczątkowego z systemem CCD, kamerą termowizyjną pracującą w podczerwieni oraz z wielofunkcyjną stacją laserową zdolną do pomiaru odległości, podświetlania celów dla pocisków kierowanych laserowo oraz do wykrywania i śledzenia podświetlenia laserowego z innych źródeł. Zasięg obserwacji tego systemu sięga 50 km w bok od toru lotu i możliwe jest 20-krotne powiększenie obrazu, relatywnie wysokiej rozdzielczości.
Poza wspomnianą głowicą MQ-9B SkyGuardian przenosi zestaw innych systemów obserwacyjnych, który można wymieniać. Typowym jest radiolokator obserwacji bocznej AN/APY-8 Lynx, który został opracowany wspólnie przez firmę General Atomics i BAE Systems. Radar ten ma podwyższoną rozdzielczość dzięki wykorzystaniu efektu sztucznej apertury SAR oraz ma możliwość śledzenia ruchomych celów naziemnych. Jest w stanie obserwować kontrastowe radarowo cele na odległość przekraczającą 100 km w bok od trasy lotu.


Oczywiście kilka aparatów zakupionych dla Polski (dokładna liczba nie została podana) trafi w całości do 12. Bazy Bezzałogowych Statków Powietrznych w Mirosławcu do 2027 r., gdzie zastąpią obecnie wyleasingowane aparaty Reaper. Jedną z głównych zalet nowych aparatów jest to, że spełniają one wymagania do certyfikacji w europejskiej przestrzeni powietrznej, mogąc bez przeszkód wykonywać loty także w kontrolowanych cywilnych przestrzeniach powietrznych.
Nowe aparaty przede wszystkim zapewnią Polsce monitorowanie zagrożeń w czasie pokoju. W razie wojny mogą być one używane tylko znad własnego terytorium do prowadzenia pasywnego rozpoznania radioelektronicznego pozostając w dużej odległości od linii styczności bojowej wojsk.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Pisaliśmy już o tym, że Siły Zbrojne Ukrainy przez 11 miesięcy 2024 r. otrzymały aż milion dwieście tysięcy różnych typów bezpilotowych aparatów latających. Co one zmieniły na polu walki?
Od dłuższego już czasu wojska w strefie przyfrontowej są nieustannie obserwowane i właściwie nie jest możliwy jakikolwiek ruch w pasie do 5-10 km od linii styczności bojowej wojsk w głąb własnego ugrupowania, bez możliwej reakcji nieprzyjaciela. A ta reakcja może być różna, od ostrzelania przez artylerię, moździerze czy przylotu dronów szturmowych, czy to zrzucających ładunki bojowe, czy jednorazowe, atakujące bezpośrednio, sterowane z użyciem techniki FPV. To z kolei powoduje, że żołnierze nie gromadzą się w grupy, zaś wszelkie pojazdy bojowe są bardzo starannie maskowane i ukrywane w osłoniętych przed dronami schronach polowych, z których wyruszają tylko w momencie podjęcia walki, czy to ataku, czy przy wsparciu obrony.
Ugrupowanie wojsk uległo całkowitej przemianie. Zaczyna ono przypominać ugrupowanie znane z atomowego pola walki, kiedy unikano koncentrowania wojsk, by nie stwarzać dogodnego celu do wrogiego uderzenia jądrowego. Dlatego wojska działały w rozproszonych, ruchliwych grupach bojowych złożonych z batalionowych czy kompanijnych zgrupowań. Podobnie jest dziś, ugrupowania są rozproszone, praktycznie każda kompania operuje jako samodzielna grupa bojowa wzmocniona odpowiednimi środkami walki z poziomu batalionu lub nawet wyższego, przyjmując rozproszone, urzutowane w głąb ugrupowanie, z tą różnicą że dziś to pole walki jest o wiele bardziej statyczne. Nie przeprowadza się zmasowanych uderzeń siłami kompletnych brygad czy pułków, a rzadko kiedy do walki rzuca się batalionowe grupy bojowe. Dlatego wojna zamieniła się w pozycyjną. Typowym warunkiem do przeprowadzenia silnego natarcia to zmasowanie sił, które dokonają przełamania, czasem nawet wprowadzając w jego trakcie przygotowane uprzednio drugie rzuty wojsk. Po uzyskaniu przełamania, które jest silnie wspierane przez zgromadzoną artylerię i czołgi, następuje wprowadzenie zgrupowania manewrowego w powstałą lukę, które to zgrupowanie jest oczywiście przygotowane, czyli zostało tu wcześniej skoncentrowane.
W Ukrainie taki tradycyjny sposób prowadzenia natarcia spowodowałby natychmiast zebrania olbrzymiej ilości bezpilotowych środków latających z różnych pododdziałów. Przerzut ich nie jest trudny. Rosjanie już meldowali o zmasowanych atakach całych stad dronów, na przykład w rejonie Czasiw Jar albo pod Pokrowskiem. W ciągu 13 miesięcy bitwy na zachód od Doniecka, najpierw o miasteczko Awdijiwka, a następnie Pokrowsk, Rosjanie straci 650 czołgów i dwa razy tyle innych pojazdów pancernych oraz setkę dział artylerii polowej, z czego trzy-czwarte z nich zniszczyły bezpilotowe aparaty latające, czy to jednorazowe typu FPV, czy też wielokrotnego użytku zrzucające niewielkie ładunki bojowe. Dlatego właśnie przez te 13 miesięcy rosyjskie wojska pokonały około 40 km w kierunku na zachód, ponosząc opisywane wyżej niewiarygodnie duże straty. W tym czasie tylko na tym wąskim odcinku zginęło lub zostało poważnie rannych kilkanaście tysięcy żołnierzy. Warto tu dodać, że wielokrotnie drony szturmowe polują na pojedynczych żołnierzy zabijając ich lub poważnie raniąc.


Wszechobecne bezpilotowce całkowicie odmieniły też logistykę. Żadna ciężarówka nie może się czuć bezpieczna w odległości mniejszej niż 10 km od linii frontu, więc zostawiają całe zaopatrzenie w określonej odległości od przedniego skraju własnych wojsk. Dalej trzeba wszystko nosić na piechotę, w tym także ciężkie pociski moździerzowe, skrzynki z amunicją, kanistry z paliwem, racje żywnościowe i inne potrzebne rzeczy. Pomysłowi żołnierze wykorzystują różne środki, taczki, wózki dwukołowe, motocykle, motorowery, quady, itp. Oczywiście drony polują też na te „mrówki” transportujące zaopatrzenie na tym ostatnim 10-km odcinku. Teraz, kiedy warunki są szczególnie utrudnione (błoto, śnieg), zaopatrywanie wojsk stanowi naprawdę poważny problem.

W takim środowisku pełnym bezpilotowców wojska działają zupełnie inaczej. Rozwiązania wymaga kilka ważnych problemów, w tym właśnie zaopatrywanie wojsk na ostatnim odcinku, ale także zwalczanie czy przeciwdziałanie stadom dronów, które zadają wojskom niewiarygodnie duże straty.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
W ciągu jedenastu miesięcy 2024 r., od stycznia do listopada, ukraińskie wojska otrzymały milion dwieście tysięcy bezpilotowych aparatów latających, w większości lekkich, tanich komercyjnych aparatów zwanych z angielskiego dronami. 1100 000 z nich, czyli 95 %, stanowiły jednorazowe drony szturmowe klasy FPV, większość z nich użyto bojowo.
Ten milion sto tysięcy dronów typu FPV (First Person View – aparatów sterowanych przez specjalne okulary które pozwalają operatorowi widzieć tak, jakby operator siedział na lecącym aparacie. To bardzo ułatwia precyzyjne sterowanie. Początkowo tego typu aparaty były kupowane gotowe przez portale aukcyjne i jedynie modyfikowane do swojej roli przez dodanie ładunków wybuchowych, a także modyfikacje dokonywane w systemie sterowania. Z czasem zaczęto jednak produkować własne aparaty tego typu, oczywiście jak najtańszym kosztem by móc je wytwarzać na masową skalę w wielu różnych warsztatach i drobnych firmach, dzięki czemu docierają na front w opisanej ilości, po 100 000 miesięcznie. Czyli około 3300 dziennie. Tyle ich zużywają wojska ukraińskie na różnych odcinkach frontu. Biorąc pod uwagę fakt, że najbardziej intensywne działania toczą się na ok. 400 km frontu, czyli ok. 100 km w Obwodzie Kurskim, podobnie na kierunku Swiatowe-Kupiańsk i kolejne 200 km od Czasiw Jar po rejon zajętego przez Rosjan Wuhłedaru, to na każde 100 km tych najbardziej intensywnych części frontu przypada jakieś 650 ataków dronowych dziennie, mówiąc wyłącznie o klasie FPV. Czyli około 65 dronów jest średnio używanych na każdym 10 km odcinku działań wojennych.
Jeśli chodzi o pozostałe bezpilotowe aparaty latające, czyli owe 100 000 dostarczonych sztuk składających się na 5 % całości, to 69 % z nich to wielowirnikowe małe aparaty taktyczne do prowadzenia rozpoznania i obserwacji pola walki. Kolejne 10,3 % to aparaty uderzeniowe dalekiego zasięgu. Warto zwrócić uwagę, że 10 % to 10 000 bezpilotowych aparatów latających o przeznaczeniu strategicznym, służące do wykonywania ataków w głębi Rosji. Na tym polu ukraińskie drony mają całkiem spore sukcesy. Zaatakowano nimi całkiem sporo ważnych obiektów, w tym rafinerii ropy naftowej i składów paliw, a także składów amunicji różnych typów, i niekiedy też atakując inne obiekty. Skala zadanych strat jest nieproporcjonalnie duża do poniesionych nakładów. Mniej więcej 17 % kolejnych to aparaty uderzeniowe typu bombowego, czyli wielokrotnego użytku. Służą one do zrzucania różnych ładunków bojowych na przeciwnika, i są to zarówno aparaty większe, znane jako „baba jaga” oraz te mniejsze, które w jednym locie zrzucają po dwa pociski moździerzowe, a czasem tylko jeden, lub odbezpieczone granaty do granatnika RPG. Po zrzuceniu swojego ładunku na przeciwnika wracają one do operatorów, są ponownie uzbrajane i wysyłane do kolejnej misji. Nie ma niestety danych, ile się udaje wykonać lotów bojowych zanim taki dron ulega zniszczeniu, ale z doniesień wynika, że co najmniej dziesięć ataków udaje się wykonać.
Pozostałe drony mają inne przeznaczenie: przeważnie służą do wykonywania zadań zaopatrzenia odciętych żołnierzy poprzez transport niewielkich ładunków do nich, przeważnie jest to amunicja, czasem środki pierwszej pomocy medycznej. Kolejne to systemy retranslacji łączności radiowej z innymi dronami wykonującymi zadania bojowe w głębi ugrupowania nieprzyjaciela.
Obecnie bezpilotowe aparaty latające produkowane masowo tych najmniej skomplikowanych klas (drony szturmowe FPV bliskiego zasięgu) potrafią kosztować nawet 300 dolarów, czyli śmiesznie mało. Jednak dzięki ich masowemu stosowaniu, pomimo iż czasem trzeba zużyć kilka sztuk na jeden cel, uzyskiwane efekty to ok. 60 % całości zniszczonego sprzętu przeciwnika i ok. 40-50 % całości strat osobowych, jakie są zadawane rosyjskim wojskom. Można śmiało powiedzieć, że aparaty zmieniły obraz pola walki w Ukrainie, zmieniły sposób poruszania się po polu walki i zaopatrywania wojsk, ale o „dronowym polu walki” napiszemy w oddzielnym tekście.



Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Aparat bezpilotowy o nietypowej nazwie nEUROn jest już rozwijany od pewnego czasu, ale właśnie ogłoszono że jego seryjna wersja ma wejść do uzbrojenia do 2033 r.
Francuski minister obrony Sebastien Lecornu ogłosił niedawno w bazie Saint-Dizier, że francuski bojowy bezpilotowy aparat latający Dassault nEUROn wejdzie do uzbrojenia do 2033 r.
Co ciekawe, program nEUROn ma swoje korzenie niemal dwadzieścia lat temu, w 2005 r. Wówczas podjęto decyzję o budowie nEUROna, na bazie doświadczeń programu studyjnego LOGIDUC (Logique de Développement d’UCAV), prowadzonego od 1999 r. W ramach tego programu planowano zbudowanie trzy rodzaje bezpilotowych aparatów latających, począwszy od dużego dwusilnikowego aparatu zdolnego do ataków na skalę strategiczną nazwanego Grand Duc. Po drodze miały powstać aparaty Pettit Duc czyli model w skali 1:100 o masie 50 kg i Moyen Duc, model w skali 1:10 o masie startowej 500 kg. Pierwszy został oblatany 18 lipca 2000 r., a drugi we wrześniu 2004 r. Przebadano na nich układ latającego skrzydła trójkątnego bez usterzenia pionowego, z chwytem powietrza do silnika nad górną powierzchnią płata, by zachować własności stealth utrudnionego wykrycia.
Z tego programu, po zebraniu doświadczeń, wyewaluował program nEUROn, dla którego nazwę wybrano z powodu włączenia do współpracy międzynarodowej wiele państw, które po pierwsze współfinansowały program, a po drugie wnosiły własny wkład technologiczny własnymi firmami. Poza francuskimi Dassault, Thales i Safran (dawna SAGEM), do programu włączyły się firmy: Hellenic Aerospace Industry (HAI) z Grecji, RUAG ze Szwajcarii, SAAB ze Szwecji, EADS CASA z Hiszpanii (obecnie Airbus Military) i włoska firma Leonardo. Na wniosek europejskich partnerów Dassault zdecydował się zmniejszyć rozmiary aparatu, zmniejszyć liczbę silników z jednego do dwóch.

Zakładano, że w aparacie zostaną przebadane własności aerodynamiczne przyjętego układu, możliwości jego sterowania i kierowania, zintegrowanie w systemie wymiany informacji, właściwości utrudnionego wykrycia, możliwości w zakresie przenoszenia uzbrojenia w komorach bombowych w postaci bomb kierowanych, itp. Pierwszy demonstrator systemu nEUROn oblatano 1 grudnia 2012 r. Próby w locie trwały do lutego 2015 r., zaś próby systemów elektronicznych o kilka miesięcy dłużej.
W tym czasie traktowano nEUROna jako aparat czysto doświadczalny, demonstrator technologii który ma posłużyć do poszukiwania odpowiednich rozwiązań technicznych i funkcjonowania aparatu, na bazie którego w przyszłości można by skonstruować perspektywiczny bojowy bezpilotowy aparat latający o cechach utrudnionego wykrycia, a zatem zdolny do przeniknięcia w głąb wrogiego terytorium i dokonania na nim ataku. Do napędu wybrano nie najnowszy już silnik SNECMA Adour 951, taki sam jak służy do napędu samolotów szkolno-bojowych BAE Systems Hawk Mk.129. W docelowej wersji bojowej napęd będzie stanowiła odmiana silnika Safran M88, jakie są stosowane na Rafale.
Aparat w obecnej postaci ma rozpiętość skrzydeł około 10 m, masę własną do 4500 kg oraz maksymalną masę startową ok. 6000 kg, na co składają się też dwie bomby kierowane o masie po 250 kg oraz około jednej tony paliwa. Aparat ma trójkołowe podwozie hydraulicznie chowane w locie do klasycznego startu i lądowania na lotnisku, z możliwością wykonania automatycznego startu i lądowania z wykorzystaniem systemu ILS. Prędkość maksymalna aparatu wynosi od Ma=0,7 do Ma=0,9, w przeciwieństwie więc do planowanej prędkości naddźwiękowej na Grand DUC, nEUROn będzie poddźwiękowy. Jego główną obronę będzie więc utrudnione wykrycie oraz także systemy zakłóceń, a nie prędkość.

Po tym, jak przez kolejne dziewięć lat aparat latał relatywnie niewiele, a w tym czasie rozwijano jego inne systemy oraz studiowano możliwości rozwojowe. Odbywało się to w takiej tajemnicy i bez kamer, że obecne oświadczenie ministra obrony Francji jest pewnym zaskoczeniem. Okazuje się bowiem, że aparaty na bazie nEUROna mają być stosowane jako samodzielne bojowe aparaty latające, ale też we francuskiej odmianie programu Loyal Wingman (lojalny skrzydłowy), czyli jako aparat towarzyszący w locie myśliwcom Rafale. Do pełnej współpracy z nimi mają być dostosowane 42 samoloty piątej serii produkcyjnej Rafale F.5. Aparaty mają na ich rzecz rozpoznawać, wskazywać cele oraz zwalczać przeciwlotnicze systemy rakietowe mogące zagrozić macierzystemu samolotowi. Czekamy więc na dalszy rozwój, choć trzeba przyznać że perspektywa 2033 r. jest dość odległa.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Część III – nowe aparaty typu amunicja krążąca
Amunicja krążąca, zwana popularnie dronami-kamikaze, odgrywa w Ukrainie bardzo wielką rolę. Obecnie to najskuteczniejszy środek ogniowy wojsk ukraińskich.
Obecnie do celów bojowych stosuje się kilkanaście różnych typów dronów bojowych, które zadają wojskom rosyjskim bardzo poważne straty. Pierwszą grupą są małe improwizowane quadrocoptery, które są kupowane w całości lub w częściach z portali sprzedażowych. Są to drony komercyjne pionowego startu i lądowania, typu FPV czyli First Person View – ze specjalnym wizjerem pozwalającym widzieć jakby operator siedział na dronie, które nie są zbyt kosztowne, ale które wymagają pewnego dostosowania do celów bojowych. W pierwszej kolejności muszą oczywiście zostać wyposażone w ładunek wybuchowy oraz zapalnik, by w ogóle mogły się przydać do roli aparatów bojowych. Po drugie, mają one wprowadzane zmiany w oprogramowaniu zmierzające do zaszyfrowania transmisji danych. Po trzecie usuwa się opcje w której aparat transmituje współrzędne miejsca swojego startu. Jeżeli używamy drona bojowego jednorazowego użytku, to przecież nie będzie on wracał na miejsce startu, więc ta informacja jest mu niepotrzebna. Natomiast wymiana radiowa tych współrzędnych odebrana przez nieprzyjaciela może zdradzić nieprzyjacielowi położenie miejsca znajdowania się operatora, na których odbywa się w Ukrainie prawdziwe polowanie. Do operatorów nawet artyleria otwiera ogień. Pewną podgrupą w ramach tych dronów są aparaty własnego projektu, z elementami wykonanymi w lokalnych warsztatach, ale z zakupionymi częściami wyprodukowanymi przez firmy zajmujące się produkcją własnych dronów i ich komponentów (silniki, śmigła, układy sterowania, układy łączności, baterie akumulatorowe, kamery video, itp.).
Drugą klasą dronów szturmowych są również małe i średnie drony komercyjne, które dostosowano do zrzucania ładunków bojowych na nieprzyjaciela. Są to przeważnie odbezpieczone już pociski od moździerza czy granatnika przeciwpancernego, albo granaty ręczne z których wyciąga się zawleczki w momencie zrzutu, albo ładunki specjalnie wykonane na potrzeby takich dronów. Często używa się do tego zawartości broni kasetowej, czyli różnych podpocisków wyjętych z kaset bombowych, najczęściej lotniczych. Są dwie specjalne pododmiany takich dronów. Jedna to wielkie aparaty nazywane Baba Jaga, którymi operuje się głównie w nocy. Są to systemy bezpilotowe pierwotnie przeznaczone dla rolników do opryskiwania pól, dlatego ich udźwig sięga 20 kg i więcej, a same ważą 50 kg i więcej przy rozpiętości ramion śmigieł (najczęściej sześciu, są to więc sextocoptery) do około 3 m. Najczęściej operuje się nimi w nocy, ale dzięki swojemu udźwigowi potrafią one przenosić ładunki bojowe w postaci pocisków artyleryjskich kal. 100-122 mm, albo mniejsze ładunki z reguły w liczbie 6-8. Drugą odmianą tych dronów są te, które są używane do wyrzucania lub wręcz rozpylania środków zapalających takich jak płonący termit albo biały fosfor. Również okazują się one być skuteczne, szczególnie w terenach leśnych, gdzie trudniej działać klasycznym dronom FPV.
Kolejną grupą są aparaty typu „military grade” czyli profesjonalna amunicja krążąca wykonana przez wyspecjalizowane firmy przemysłu zbrojeniowego. Tu w Ukrainie szczególnie sprawdzają się polskie Warmatefirmy WB Electronics z Ożarowa. Najważniejsze jest to, że mają one zasięg przekraczający 30 km, co pozwala im na zwalczanie dalej położonych obiektów, takich jak systemy przeciwlotnicze czy niewielkie składy uzbrojenia. Po stronie rosyjskiej również istnieją profesjonalne typy amunicji krążącej, najwięcej rodzin Zala i Lancet.

Wizja artystyczna aparatu R2-120 Raijin francuskiej firmy Fly-R, jest to relatywnie nowy sprzęt, którego produkcja zaczęła się wiosną 2024 r.Obecnie w tej grupie w Ukrainie pozyskano francuską konstrukcję drona firmy Fly-R mieszczącej się na wyspie Reunion, która wystartowała w 2013 r. Ich amunicja krążąca typu R2-120 Raijin trafiła niedawno na Ukrainę. Mają one długotrwałość lotu 45 minut z prędkością 110 km/h, zaś po odnalezieniu celu aparat rozpędza się do prędkości 270 km/h przez co jest w czasie ataku trudniejszy do zestrzelenia. Pułap lotu do 3000 m, zaś taktyczny promień działania wynosi 50 km, co pozwala na dość głębokie uderzenia na nieprzyjaciela. Ma on rozpiętość dwóch skrzydeł w kształcie trapezu wynoszącą 1,2 m, masa aparatu to 5 kg i przenosi on ładunek bojowy o masie 1,5 kg. Dzięki małym rozmiarom i cichemu silnikowi elektrycznemu jest on niezwykle trudny do wykrycia, no i do zwalczania, przez co może się okazać w Ukrainie bardzo skuteczny.Zdjęcie rzeczywistego aparatu R2-120 Raijin w czasie jego prób zimą 2023-2024 r.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Część II – aparaty konstrukcji firmy UAVTEK
Poza importowanymi nowymi aparatami latającymi, Ukraina zaczęła też stosować aparaty własnej konstrukcji. Jest to ten obszar produkcji zbrojeniowej, który Ukraina rozwinęła na wyjątkowo szeroką skalę.
Ponieważ pole walki zostało nasycone na wpół komercyjnymi prostymi aparatami do obserwacji, do zrzucania niewielkich ładunków bojowych (pocisków z moździerza lub granatów z wyrzutni RPG, albo też improwizowanych ładunków wykonanych w warunkach polowych), zaczęto też poszukiwać nowych typów aparatów rozpoznawczych, przeznaczonych do poszukiwania celów do ataków na większą odległość od linii frontu oraz do obserwacji ruchów wojsk rosyjskich, by móc odpowiednio zaplanować własne działania.
Uwagę ukraińskich wojsk zwróciła mało znana brytyjska firma wysokotechnologiczna UAVTEK Ltd mieszcząca się w małym miasteczku Cheltenham w środkowej Anglii. Powstała w 2016 r. firma od 2020 r. jest obecna na rynku coraz bardziej zaawansowanych bezpilotowych aparatów latających.
Głównym jej produktem, który zainteresowała się Ukraina jest aparat Babka przeznaczony do prowadzenia obserwacji pola walki na głębokość do 10 km za liniami przeciwnika (zasięg łączności bezpośredniej z krótkiej, łatwej do ukrycia anteny to 16 km). W przypadku zastosowania dużej wysokiej anteny można zwiększyć promień działania do ok. 55 km wciąż zachowując bezpośrednią łączność z lecącym aparatem. Pułapu lotu aparatu nigdzie się nie podaje, ale wszystko wskazuje na to, że wynosi on ok. 4000 m.
Babka ma klasyczny układ samolotowy wykonany z bardzo lekkich kompozytów, co sprawia, że masa własna płatowca to tylko 4 kg. Kiedy dołożymy baterię akumulatorową, najcięższy element wyposażenia, to otrzymamy masę własną aparatu 8 kg. Maksymalna masa startowa wynosi 11 kg, więc 3 kg pozostaje na wyposażenie misji – kamerę do obserwacji i system transmisji danych.

Aparat ma klasyczny układ samolotowy z prostym skrzydłem o obrysie prostokątnym i rozpiętości 2,3 m, dwułopatowym, składanym śmigłem do napędu w locie poziomym z przodu i usterzeniem z tyłu. Statecznik pionowy ma postać płyty która wychodzi z kadłuba do góry i drugiej wychodzącej do dołu, a statecznik poziomy został umieszczony na jego górnej powierzchni, czyli w układzie w literę „T”. Pod skrzydłami znajdują się równoległe do kadłuba wysięgniki, a na ich końcach umieszczono cztery poziome śmigła służące do pionowego startu i lądowania napędzane własnymi silniczkami. Przejście do lotu poziomego przy starcie następuje przez przechylenie do przodu i wykonanie w pierwszej fazie lotu poziomego na zasadzie „śmigłowcowej”, a następnie napięcie jest przełączane na silnik śmigła ciągnącego, który nadaje aparatowi prędkość poziomą, nawet do 120 km/h (prędkość przelotowa to 90 km/h). Z kolei przed przejściem do zawisu następuje uruchomienie silniczków od czterech śmigieł nośnych i wyłączeniu silnika ciągnącego. Wówczas aparat traci prędkość, siła nośna na skrzydle spada, ale w powietrzu utrzymuje go siła nośna czterech poziomych śmigiełek. Po to, śmigło ciągnące nie zostało uszkodzone, jest ono składane sprężynkami wzdłuż kadłuba. Aparat nie ma żadnego podwozia, przyziemia bowiem dość łagodnie, osiadając na kadłubie. Start natomiast następuje przez wypuszczenie z ręki. Samo pilotowanie to proces w pełni automatyczny, operator zadaje jedynie kurs, wysokość i prędkość lotu z laptopa serującego, aparat te komendy wykonuje sterując automatycznie.
Wyposażenie rozpoznawcze stanowi mała kamera telewizyjna z zoomem optycznym która może być wymieniona na kamerę termowizyjną. Łączność z aparatem jest szyfrowana za pomocą karty pamięci SD z oprogramowaniem szyfrującym. Aparat może przełączać się dwie różne częstotliwości kanału łączności, „uciekając” od zakłóceń nieprzyjaciela, ponadto oprogramowanie natomiast napisano tak, że nie zdradza on położenia miejsca startu, informacja ta jest wielokrotnie zaszyfrowana. Czas lotu Babka wynosi do 180 minut.
Obecnie Ukraina używa 10 aparatów tego typu, ale planuje się zakup większej ich ilości. Tego rodzaju aparaty są często kupowane dla poszczególnych brygad ukraińskich przez zbiórki ludzi śledzących strony internetowe poszczególnych brygad.
Poza aparatem Babka, Ukraińcy kupują też małe aparaty obserwacyjne firmy UAVTEK zbudowane w układzie quadrocoptera. Są to najczęściej aparaty Ares o masie 2,5 kg i taktycznym promieniu działania do 3-5 km w czasie do 40 minut oraz bardzo lekkim Bug o masie 0,25 kg i taktycznym promieniu działania do 2-3 km.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Część I – amerykański aparat V-Bat
W Ukrainie zaczęto stosować nowe bezpilotowe aparaty latające, lepiej dostosowane do wymagań tamtejszego pola walki niż aparaty, które powstawały z myślą o konfliktach o małej intensywności, a które często padały ofiarą obrony przeciwlotniczej.
Jednym z takich aparatów, jakie ostatnio otrzymała Ukraina jest amerykański system rozpoznawczy pionowego startu i lądowania (co bardzo ułatwia jego eksploatację) V-Bat firmy Shield AI z San Diego w Kalifornii. Firma ta to nowy gracz na rynku aparatów bezpilotowych, bowiem została założona w 2015 r. przez byłego oficera Navy SEALS, Brandona Tsenga, jego brata Ryana i jeszcze jedną osobę. Firma postanowiła opracowywać bezpilotowe aparaty latające, w układzie sterowania których będzie wykorzystywana sztuczna inteligencja, stąd nazwa Shield AI (AI – Artificial Intelligence).
Aparat V-Bat ma układ samolotowy ze skrzydłem prostym o rozpiętości 3 m i kadłubem o długości 2,7 m. Ciekawostką jest to, że aparat nie ma klasycznego usterzenia lecz w tylnej części, za dwucylindrowym silnikiem spalinowym Suter TOA 288 o mocy 24 KM, znajduje się duże otunelowane śmigło, za którym z kolei znajduje się kilka sterów, które działają w strumieniu zaśmigłowym. Te stery są wychylane inteligentnym systemem aktywnego sterowania typu „fly-by-wire”, który pozwala nie tylko na efektywne sterowanie lotem i precyzyjne ustatecznienie aparatu, ale także na pionowy start i lądowanie. Aparat dzięki relatywnie dużemu czterołopatowemu śmigłu typu wentylator ma dość duży ciąg, który według producenta jest zwiększony otunelowaniem aż o 80 %, wystarczający na pokonanie jego 57 kg ciężaru maksymalnego z paliwem, można go więc ustawić na małych kółeczkach z tyłu zamontowanych na goleniach na obrzeżach osłony wentylatora, w pozycji pionowej. Startuje on pionowo, a następnie na odpowiedniej wysokości stopniowo przechodzi do lotu poziomego, balansując siłę nośną na skrzydłach która rośnie w miarę przyrostu prędkości poziomej, przy zanikającej sile nośnej wentylatora w miarę pochylania się aparatu do poziomu. Z kolei przejście do zawisu odbywa się w odwrotnej kolejności.
Zapas paliwa w aparacie starcza na wykonanie lotu o długości 10 godzin, jak podaje producent czy nawet 11 godzin jak podają źródła ukraińskie. Pułap lotu to 6100 m, dzięki czemu na tej wysokości bezpośrednia łączność z aparatem jest możliwa na odległość przekraczającą 50 km. Można więc rozpoznawać obszar przeciwnika na odległość do 35-40 km za liniami wroga, czyli w bliskim pasie taktycznym. Jest to odległość całkowicie wystarczająca do poszukiwania i wskazywania celów dla artylerii lufowej, której donośność nie przekracza zasięgu rozpoznania aparatu V-Bat. Prędkość maksymalna aparatu wynosi 90 km/h, a przelotowa koło 70 km/h.
Co do samego rozpoznania, aparat wyposażony jest w wymienny moduł w przedniej części o masie do 11 kg. Przy dzisiejszym stopniu miniaturyzacji systemów obserwacyjnych to całkiem sporo. W głowicy mogą być na przykład montowana kamera cyfrowa, albo telewizyjna, w tym taka pracująca przy niskim poziomie oświetlenia lub termowizyjna pracująca w zakresie długości fal 8-12 μm. Zamiast niej można wstawić kamerę podczerwieni o wysokiej rozdzielczości pracującej w zakresie długości fali 3-5 μm, bardziej zbliżonych do światła widzialnego co pozwala na uzyskanie efektu pośredniego między obrazem w podczerwieni (głównie) a czarno-białym pasmem widzialnym. Głowica pozwala na wykonywania ruchu obiektywem kamery przez obrót całej głowicy, tak że można pokryć polem obserwacji całą przednią półsferę aż do obszaru bezpośrednio pod aparatem. Zamiast zestawu elektrooptycznego można wstawiać system do aktywnych zakłóceń łączności dronów przeciwnika, ograniczając możliwość ich działania.
Nie wiadomo dokładnie ile takich aparatów otrzymała Ukraina. Aparaty tego typu są jednak stosowane z powodzeniem na rzecz jednostek rozpoznawczych wojsk ukraińskich, w samodzielnych batalionach rozpoznawczych podległych bezpośrednio dowództwom kierunków operacyjno-strategicznych, wzmacniają rozpoznanie na najbardziej zagrożonych kierunkach. Jako pierwszy otrzymał je 420. Batalion Rozpoznawczy.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Tocząca się na Bliskim Wschodzie wojna Izraela z Hamasem i Hezbollahem, które są z kolei wspierane przez Iran, wywołuje działania militarne ze strony Izraela, w tym w południowym Libanie. W wojnie trwającej od października 2023 r. biorą też udział izraelskie bezpilotowe aparaty latające.
W okresie od 15 października 2023 r. do 1 października 2024 r. wojna izraelsko-libańska ograniczała się do wzajemnych uderzeń rakietowych, lotniczych i przy pomocy bezpilotowych aparatów latających (używanych przez obie strony konfliktu), natomiast 1 października 2024 r. siły lądowe Izraela wtargnęły do południowego Libanu, poszukując i niszcząc obozy Hezbollahu w tym kraju (Hamas operuje w Strefie Gazy).
W okresie wzajemnej wymiany ciosów rakietowych główną rolę odgrywały izraelskie bezpilotowe aparaty latające Elbit Hermes 450 i Hermes 900. Ich zadaniem było poszukiwanie i wskazywanie własnej artylerii lufowej i rakietowej stanowisk startowych rakiet Hezbollahu odpalanych na Izrael. Najczęściej są to improwizowane pociski rakietowe, czasem wykonywane dość prymitywnymi metodami, przywożone na miejsce startu przez samochody typu pick-up, zaś samo przygotowanie do startu i start tych rakiet trwa dość krótko. Zadaniem aparatów jest wskazanie takiego naprędce rozstawionego stanowiska startowego własnej artylerii lub lotnictwu. Główną obroną przed takimi rakietami jest system obrony przeciwrakietowej znany jako „Żelazna kopuła” (Kippat Barzel), ale zadaniem dronów jest dalsze śledzenie tych, którzy zdążyli odpalić rakiety nim ostrzelała ich izraelska artyleria, by można ich było wyeliminować w atakach lotniczych. Chodzi o to, by odpalenie takich rakiet wiązało się z wydaniem wyroku śmierci na siebie.

Obecnie na aparatach Hermes 450 znanych w Izraelu jako „Zik” są używane już tylko w 161. Dywizjonie „Black Snake” z Sił Powietrznych Sił Samoobrony Izraela z bazy Pamachim na południe od Tel Awiwu. Aparaty te używane już przez niemal dwie dekady mają masę startową 550 kg, taktyczny promień działania do 200 km, długotrwałość lotu 17 godzin i mogę przenosić do czterech przeciwpancernych pocisków kierowanych Spike. W tej samej bazie stacjonują dwa dywizjony wyposażone w nowocześniejsze aparaty Elbit Hermes 900znanych w Izraelu jako „Kochav” – 147. Dywizjon „Goring Ram” i 166. Dywizjon „Fire Birds”. Ten aparat jest dwa razy cięższy, waży 1100 kg do startu, ale ma długotrwałość lotu aż 36 godzin i zdecydowanie poprawione systemy walki radioelektronicznej utrudniającej jego zestrzelenie. Mimo to, jak do chwili obecnej siły syryjskie i libańskie zestrzeliły nad południowym Libanem trzy Hermes 450 i dwa Hermes 900.
Obecnie coraz większą rolę odgrywają większe aparaty IAI Heron (Machatz-1), które w izraelskim wojsku noszą nazwę „Shoval”. Chociaż wielkością aparat ten przypomina Hermesa 900, to jednak ma długotrwałość lotu aż 52 godziny. Nie jest uzbrojony, za to przenosi różnorodne wyposażenie rozpoznawcze, w tym elektrooptyczne pasujące w paśmie widzialnym i w podczerwieni, ale też system rozpoznania radioelektronicznego. Jest w nie wyposażony 200. Dywizjon „First UAV” z bazy Hatzor idealnie w centrum Izraela. Aparaty Heron latają nad Liban by wyszukiwać cele dla uderzeń lotniczych, namierzając również transmisje z telefonów komórkowych używanych przez oficjeli Hezbollahu, określając miejsce znajdowania się ważnych postaci z wrogich organizacji.
Warto jeszcze wspomnieć o dwóch dywizjonach. Jeden to 144. Dywizjon „Phoenix” z taktycznymi aparatami Aeronautics Orbiter 4 znanymi w wojsku izraelskim jako „Nitzot” z bazy Hatzor. Jednakże te aparaty latają głównie nad Strefą Gazy i nad Zachodnim Brzegiem Jordanu. Kolejny to 210. Dywizjon „White Eagle” z bazy Tel Nof używający aparatów IAI Eitan do prowadzenia strategicznego rozpoznania znad własnego terytorium (są to aparaty o masie startowej 5400 kg). Są jeszcze dwa dywizjony w słynnej bazie Ramat David – 157. Dywizjon „Within the Valley” specjalizujący się w stawianiu zakłóceń radioelektronicznych z bezpilotowców oraz 160. Dywizjon „Shadow Hunter” specjalizujący się w likwidacji celów daleko na zapleczu przeciwnika. Oba używają nieujawnionych, tajnych bezpilotowców i podobnie o ich działalności też niewiele wiadomo.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Aparat Avenger nie wszedł jeszcze do uzbrojenia, można powiedzieć, że raczej przeciera on szlaki dla perspektywicznych konstrukcji bezpilotowców. Obecnie bada się na nim najważniejszy jego element – sztuczną inteligencję jako serce układu jego kierowania i wspomagania dowodzenia.
Prace nad aparatem który w firmie General Atomics Aeronautical Systems, Inc. (GA-ASI) nazywano Predator C zaczęły się w 2006 r. jako program podjęty na własne ryzyko firmy. Miał to być odrzutowy następca turbośmigłowego aparatu Predator B, który miał mieć od niego lepsze osiągi oraz cechy utrudnionego wykrycia, co miało mu pozwolić na działanie w konfliktach o dużej intensywności z wymagającym przeciwnikiem. Ogólny układ aparatu jest zbliżony do wcześniejszego Predatora, z podobnym kadłubem w którym w przedniej części umieszczono system łączności satelitarnej pod wypukłą, charakterystyczną osłoną. Silnik również umieszczono z tyłu, ale jest to teraz silnik odrzutowy, dwuprzepływowy typu Pratt & Whitney Canada PW545B o ciągu 17,75 kN bez dopalania. Wlot powietrza do silnika znajdujący się nad kadłubem oraz wylot zostały wyposażone w kanały w kształcie litery „S”, by uniemożliwić falom radiolokacyjnym odbicie od wirujących części silnika. Skrzydło otrzymało umiarkowany skos 17 stopni, by poprawić charakterystyki na prędkościach przelotowych zmniejszając opór. Zachowano usterzenie motylkowe, w kształcie litery „V”. Skrzydła o rozpiętości 20 m mają na tyle dużą powierzchnię, by aparat osiągał pułap rzędu 15 400 m.
Prędkość maksymalna wynosi 740 km/h, a przelotowa to ok. 650-680 km/h. Silnik o niewielkim stosunkowo ciągu jak na aparat o maksymalnej masie startowej 8255 kg został zoptymalizowany pod kątem uzyskania maksymalnego zasięgu, długotrwałość lotu aparatu to 20 godzin. Odległość wykonywania misji od własnej bazy jest ograniczona jedynie zapasem paliwa, bowiem satelitarny system łączności zapewnia kierowanie aparatem z dowolnej odległości. 1350 kg uzbrojenia na zaczepach zewnętrznych może być przenoszone częściowo w wewnętrznej komorze na uzbrojenie. Generalnie MQ-20 Avenger miał przenosić to samo uzbrojenie co Predator B. Bezpilotowiec wyposażono w radiolokator AN/APY-8 Lynx, także opracowany w firmie General Atomisc, o zasięgu do 80 km, z zakresem obserwacji celów naziemnych dzięki zwiększonej rozdzielczości metodą sztucznej apertury. Dodatkowo MQ-20 wyposażono w chowaną głowicę elektrooptyczną bazującą na systemie elektrooptycznym samolotu F-35, system dla bezpilotowca nosi nazwę Advanced Low-observable Embedded Reconnaissance Targeting (ALERT) system.

Pierwszy aparat został oblatany 4 kwietnia 2009 r. i przechodził próby fabryczne do 2011 r., do którego to momentu dołączyły do niego dwa kolejne aparaty tego typu. Wtedy Siły Powietrzne USA podjęły oficjalne próby aparatu w ramach programu MQ-X, perspektywicznego rozpoznawczo-uderzeniowego systemu do zastąpienia MQ-9 Reaper. Jednak w lutym program anulowano, oficjalnie dlatego, że MQ-20 Avenger nie oferował dużej przewagi nad MQ-9, przy wyższych kosztach eksploatacji. Zapewne gdyby ta ocena odbywała się po wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 r., byłaby inna.
Nie był to koniec aparatu MQ-20 Avenger. Obecnie dwa z trzech aparatów zostały wynajęte do pozorowania przeciwnika przez USAF do pozorowania nowoczesnych aparatów bezpilotowych jako celów dla własnego lotnictwa, szkoli się na nich załogi myśliwców, także z elementami manewrowania. Wcześniej zaś, w latach 2019-2022, pracowano na nich testując system zarządzania lotem i misją aparatu wykorzystujący algorytmy sztucznej inteligencji oraz uczenia się maszynowego. W tym ostatnim wykorzystano technikę „uczenia się przez wzmacnianie” (Reinforcement Learning), w którym to aparat sam zbiera dane od środowiska po wykonaniu misji i porównuje różne warianty działania z efektem końcowym, wybierając optymalne rozwiązania dla danej sytuacji.
Na aparacie testowano też nowy rodzaj aparatu bezpilotowego: Advanced Air-Launched Effects (A2LE), który jest przenoszony przez MQ-20 w komorze bombowej i niedaleko od przeciwnika jest zwalniany, a następnie mały aparat jest sterowany za pośrednictwem swojego nosiciela. Małe rozmiary A2LE sprawiają, że jest ten aparat trudny do zniszczenia, czy choćby wykrycia przez przeciwnika.
W 2017 r. siedem MQ-20 Avenger zamówiła nieujawniona amerykańska agencja rządowa i przypuszczalnie chodzi o CIA. Gdzie i do czego jest używanych tych siedem aparatów, tego nie wiemy.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Bądź na bieżąco z nowościami