Rosyjska firma ZALA AERO GROUP jest głównym dostawcą tzw. dronów kamikaze, czyli mówiąc profesjonalnie – amunicji krążącej przeznaczonej do atakowania obiektów pola walki. Są to systemy klasy „military grade”, w odróżnieniu od tysięcy dronów komercyjnych dostosowanych do tych samych zadań, powszechnie używanych przez obie strony konfliktu.
Wiadomo, że obie strony konfliktu w Ukrainie na dużą skalę używają komercyjnych bezpilotowców, które dostosowano do zadań uderzeniowych. Główną wadą tych komercyjnych czy na wpół komercyjnych aparatów, takich składanych samodzielnie z zakupionych części według własnych już projektów z odpowiednimi modyfikacjami uodporniającymi je na zakłócenia, jest ich relatywnie mały zasięg rażenia. To z kolei nie tylko ogranicza ich taktyczne zastosowanie do najbliższej strefy przyfrontowej, ale także zmusza operatorów do działania bardzo blisko linii frontu. A tu łatwo jest ich wypatrzeć i skierować na nich silny ogień. Straty wśród doświadczonych operatorów dronów są znaczne, a ich szkolenie nie jest wcale takie krótkie. Zasięg tych komercyjnych czy półkomercyjnych aparatów można zwiększyć poprzez retranslacje sygnałów za pomocą tzw. pszczoły-matki, czyli bezpilotowca który wznosi się nad własnym terytorium na większą wysokość i retransmituje sygnały radiowe w relacji dron-operator. Nadal jest to jednak nie więcej niż 10-12 km.

Podstawowym uderzeniowym aparatem bezpilotowym rodziny Zala jest Lancet. Jest on produkowany w dwóch głównych odmianach od 2019 r., przyjęto go do uzbrojenia w 2020 r., ale w większych ilościach zaczął być stosowany dopiero po rozpoczęciu wojny. Pojawił się on na większą skalę dopiero w czasie wojny rosyjsko-ukraińskiej po 2022 r.
Produkowane i dostarczane są dwie wersje: mniejszy i lżejszy Lancet 1 (w firmie nazywany Izdielie 52 czyli wyrób 52) oraz cięższy Lancet 3 (Izdielie 51). Oba mają bardzo charakterystyczne krzyżowe skrzydła i podobne stateczniki, ale te ostatnie na Lancet 3 są dużo mniejsze od skrzydeł, zaś na Lancet 1 mają podobną wielkość. W obu przypadkach napęd stanowi silnik elektryczny w tylnej części kadłuba napędzający śmigło pchające. Lancet w obu wersjach jest stosunkowo cichy. W przedniej części kadłuba znajduje się ruchoma głowica optyczna z kamerą telewizyjną o rozdzielczości wystarczającej do dobrej identyfikacji celu. Według producenta głowica elektrooptyczna współpracuje z modułem wykorzystującym sztuczną inteligencję znajdującym się w stacji kierowania systemu, który potrafi automatycznie zidentyfikować i wskazać proponowane do zwalczania cele.
Lancet 1 (Izdielie 52) ma masę startową około 5 kg, masa głowicy bojowej (z czego większość o ładunek wybuchowy) to ok. 1 kg, a prędkość maksymalna to 80 km/h. Maksymalny czas lotu to około 30 minut, zaś zasięg działania z wykorzystaniem szyfrowanego łącza radiowego to ok. 30 km, choć niektóre źródła podają 40 km. Biorąc pod uwagę prędkość lotu, po przebyciu 30 km pozostaje maksymalnie 15 minut na poszukiwanie celu i atak na niego, co wymaga wysokiej wprawy od operatora. W tym znaczeniu zasięg 40 km jest czysto teoretyczny, bowiem na tej odległości nie ma praktycznie czasu na znalezienie celu. Jedyna możliwość to wysłanie aparatu do ataku na cel uprzednio rozpoznany i obserwowany przez rozpoznawczy bezpilotowy aparat latający.
Drugi typ, Lancet 3 (Izdielie 51) ma większą masę startową sięgającą 12 kg, a masa głowicy bojowej to 3 kg. Długotrwałość lotu to 40 minut, ale prędkość maksymalna to 110 km/h. Zasięg podaje się nawet na 70 km, ale w praktyce jeśli chce się celu poszukiwać to nie przekracza on 50 km. Ta wersja jest jednak najczęściej wykorzystywana do ataku na cel uprzednio rozpoznany, bowiem na większej odległości od linii frontu zagęszczenie celów nie jest takie duże, jednak w odległości do ok. 15 km od linii frontu o wiele łatwiej znaleźć godny ataku cel.

Lancety obu wersji były niestety pomyślnie używane w Ukrainie i niszczyły całkiem sporo ważnych celów, choć ukraińskie wojska walczą z nimi na różne sposoby, od zakłóceń, poprzez ostrzeliwanie z przeciwlotniczej broni strzeleckiej aż po przechwytywanie własnymi dronami FPV.

Nowym typem amunicji krążącej firmy ZALA AERO to aparat Kub-BŁA (Izdielie 54) o masie startowej ok. 15 kg, który zbudowany jest w układzie latającego skrzydła z silnikiem z tyłu i śmigłem pchającym. Ma on podobne parametry czasowo-zasięgowe jak Lancet 3, ale jego prędkość przelotowa to 130 km/h, a w reżimie ataku z nurkowania do 200 km/h. Kub-BŁA jest używany od końca 2023 r. i chwilowo jest mniej popularny od Lancetów, ale jego produkcja rozwija się.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
W wojnie w Ukrainie obie strony atakują się coraz doskonalszymi bezpilotowcami uderzeniowymi o cechach pocisków manewrujących, ale o wiele od nich tańszymi, co gwarantuje masowość ich użycia.
Pretekstem do napisania tego tekstu stało się ogłoszenie przez Rosjan zakończenie opracowania najnowszego bezpilotowego aparatu latającego Gerań 3. Przypomnijmy, że Gerań 1 i Gerań 2, oba w układzie delta bez usterzenia poziomego napędzane silnikami tłokowymi, to licencyjne rosyjskie wersje irańskich aparatów Shahed 131 i Shahed 136. Do chwili obecnej użyto ich tysiące przeciwko celom w Ukrainie. Mimo małej prędkości rzędu 200 km/h i dość prymitywnej konstrukcji z szerokim wykorzystaniem nieskomplikowanych materiałów, w tym sklejki sosnowej.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Istnieją bowiem pociski manewrujące oraz tzw. bezpilotowce uderzeniowe, zwane przez dziennikarzy „dronami-kamikaze”. Jaka jest między nimi różnica? Głównie polega ona na tym, że pociski manewrujące dotąd wytwarzane przez czołowe firmy zbrojeniowe były skomplikowanymi i kosztownymi konstrukcjami o wysokich osiągach oraz z zaawansowanymi technicznie, precyzyjnymi, odpornymi na zakłócenia układami kierowania. Poruszają się one na bardzo małej wysokości z dużą prędkością poddźwiękową, trafiając w cel z dużą precyzją. Jest to broń efektywna, o wysokim prawdopodobieństwie przeniknięcia obrony przeciwlotniczej i trafienia w cel, ale jednocześnie bardzo kosztowna.
Dla odmiany uderzeniowe bezpilotowe aparaty latające wykonuje się według zupełnie innej filozofii. Mają one tanie płatowce, niezbyt kosztowne napędy i najprostszy z możliwych system kierowania oraz prostego autopilota. Co prawda nie mają takiej zdolności do penetracji wrogiej obrony powietrznej jak te pociski manewrujące kupowane za milion dolarów sztuka bądź drożej. Tanie bezpilotowce uderzeniowe można kupować i produkować masowo, a co za tym idzie – można ich używać do zmasowanych ataków, powodując efekt „zatkania” obrony przeciwlotniczej przeciwnika.

Rosjanie ostatnio zademonstrowali nową wersję swoich dronów Gerań 1 i Gerań 2. Te ostatnie są najpopularniejsze i ich zasięg sięga 800-1000 km, zaś głowica bojowa to 50 kg, z czego połowa to materiał wybuchowy. Nowa wersja nazywa się Gerań 3 i różni się zastosowaniem silnika odrzutowego. Nie jest to skomplikowana, kosztowna konstrukcja, ale zwiększa prędkość przelotową aparatu z 200 km/h do 600 km/h bez spadku zasięgu, co już poprawia możliwość przenikania przez system obrony powietrznej.
Rosjanie atakują głównie infrastrukturę energetyczną Ukrainy, chcąc wywołać załamanie się morale ludności, wspierając tym samym główny cel wojny: doprowadzić do przemęczenia wojną, apatii i rozkładu państwa ukraińskiego wywołanego chęcią powrotu do normalnego życia, choćby w państwie rządzonym przez prorosyjskie władze. W ten sposób Rosjanie będą mogli panować nad Ukrainą bez konieczności zużywania dużych sił na okupację krnąbrnego kraju. Temu właśnie służy cała wojna na wyniszczenie. Okresowo rosyjskie drony szturmowe atakują osiedla mieszkalne, by terroryzować ludność cywilną. Ma to oczywiście służyć temu samemu celowi.

W wojnie na wyniszczenie jaką prowadzą Rosjanie nie prowadzi się głębokich operacji, szybkich manewrów, przełamań obrony i głębokich zagonów pancernych. Zamiast tego nieustannie wysyła się do szturmu niewielkie grupy żołnierzy, którzy wywierają na ukraińskich obrońców nieustanną presję, zadając im straty i wyczerpując psychicznie i fizycznie. Z kolei ataki na infrastrukturę energetyczną wywołują wielkie utrudnienia w funkcjonowaniu ukraińskiego państwa i ludności. Ludzie żyją w ciągłym strachu przed atakiem, a ciągłe nocne alarmy przeciwlotnicze zmuszają ludzi do biegania do schronów i pozbawiają snu. Jak długo można to wytrzymać? Gdzieś leży kres ludzkich możliwości i jeśli nic się nie zmieni, to Rosjanie mają szansę osiągnąć swój cel.
W tych działaniach drony odgrywają bardzo ważną rolę, przyśpieszając proces upadku państwa z powodu wyczerpania. Z kolei ukraińskie drony dalekiego zasięgu działają zupełnie inaczej, ale o tym przy kolejnej okazji.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Powstała w 2004 r. firma ZALA AERO GROUP znana też pod rosyjską nazwą ZALA AERO GROUP Беспилотные системы (systemy bezpilotowe), od 2015 r. wchodząca w skład koncernu OA Koncern „Kałasznikow”, jest jednym z głównych dostawców różnych bezpilotowych aparatów latających dla Sił Zbrojnych Rosji.
Firmę założył w 2003 r. konstruktor i biznesman z Iżewska Aleksandr Zacharow, a firma początkowo nazywała się OOO „CST”, przy czym owe trzy „O” oznaczają spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, zaś CST jest skrótem od Centr Sowriemiennoj Techołogii, czyli centrum współczesnych technologii. Proponowano wówczas różne rozwiązania z dziedziny technologii teleinformacyjnych, ale już w 2004 r. firma zajęła się opracowaniem i produkcją różnych systemów bezpilotowych, które z czasem znalazły drogę dla wojska. Od 2015 r. przyjęto nazwę ZALA, a wejście w skład OA Koncern „Kałasznikow”, co mimo wszystko nie oznacza utratę pewnej samodzielności firmy z Iżewska, dało możliwość prowadzenia sprzedaży produktów dla Sił Zbrojnych Rosji, jako że koncern był dopuszczony do tzw. obrotu specjalnego. Od 2011 r. do 2021 r. koncern uzyskał kontrakty od rosyjskich agencji rządowych wartości 3,3 miliardy Rubli. Po inwazji Rosji na Ukrainę, w samym 2022 r. uzyskano kontrakty, głównie od wojska, wartości 3,8 miliardów Rubli, co wpłynęło na ogromny rozwój tej firmy.

Obecnie w Rosji nastąpił prawdziwy wysyp różnych firm produkujących różne systemy bezpilotowe. To, że większość z nich jest przeznaczone na rynek cywilny nie znaczy, że nie trafiają one do wojska. W wyniku zbiórek społecznych, albo za fundusze jednostek wojskowych, kupowane są różne komercyjne aparaty, które na miejscu w warsztatach jednostek wojskowych są dostosowywane do zadań militarnych, poprzez modyfikację ich systemów łączności, poprzez ich uzbrajanie, itp. Czasem wojsko kupuje też części z których samodzielnie składa sobie odpowiednie aparaty, choć w Rosji jest to o wiele mniej rozwinięte, niż w Ukrainie. Ukraina cieszy się szerokim poparciem i w związku z tym zbiórki na zakup dronów mają duży odzew także za granicą, więc jednostki otrzymują ich znacznie więcej.

Firma ZALA AERO GROUP dostarcza swoje aparaty w normalnym systemie dostaw wojskowych, przy czym używane są trzy różne grupy aparatów różnych typów. Jedne to aparaty rozpoznawcze i obserwacji pola walki produkowane w klasie małych TUAV (Tactical Unmanned Aerial Vehicle) o masie od 5 do 20 kg. Są one powszechnie używane na froncie w Ukrainie w coraz większej ilości. Drugą grupą wytwarzanych aparatów to tzw. amunicja krążąca, zwana czasem przez dziennikarzy „dronami kamikaze”. Tutaj firma ZALA AERO GROUP jest liderem wśród firm, jakie można zaliczyć do branży zbrojeniowej, w dostawach profesjonalnej amunicji krążącej, a najbardziej znany typ to ZALA Lancet, który ma zasięg nawet do 70 km w odmianie Lancet-3 i do 40 km w wersji Lancet-1. Jednakże Lancet nie jest jedynym typem aparatu produkowanym w tej klasie.
Kolejna grupa używana przez wojska w najmniejszej liczbie to aparaty pionowego startu i lądowania typu śmigłowcowego. Są one również używane do rozpoznania i obserwacji, ale na niewielką odległość, ale wojsko ma ich niewiele. Najwięcej aparatów „śmigłowcowych” typu Zala 421-02, Zala 421-02M i Zala 421-02X sprzedano Ministerstwu Nadzwyczajnych Sytuacji, czyli rosyjskiemu ministerstwu odpowiedzialnemu za służby ratownicze, straż pożarną, itp.
Aparaty firmy ZALA AERO GROUP w dwóch pierwszych klasach są natomiast stosowane na froncie dość masowo. Inne profesjonalne firmy produkujące bezpilotowe aparaty latające to na przykład OOO STC czyli Specjalnyj Technołogiczeskij Centr z Sankt Petersburga, który jest producentem słynnych apoaratów Orłan, z najpopularniejszym Orłan-10 używanym bardzo powszechnie do rozpoznania taktycznego w Ukrainie, Roboavia z Symferopola dostarczająca małe rozpoznawcze aparaty Feniks-3, Grupa Konsztadt również z Sank Petersburga produkująca aparaty Orion i Forposst, które jednak po początkowych stratach obecnie są używane na froncie w niewielkiej ilości oraz AO „Eniks” z Republiki Tatarstanu, która produkuje małe aparaty rozpoznawcze rodziny Eleron oraz obserwacyjny quadrocopter Wjejer.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
By lepiej zorganizować działania swoich bezpilotowców, które w Ukrainie odgrywają niesamowitą rolę, której się nikt nie spodziewał. W istocie stanowią one czwartą siłę ogniową, po artylerii lufowej, artylerii rakietowej oraz lotnictwie.
Do początków zeszłego roku ukraińskie jednostki dronowe były tworzone samorzutnie. W znacznym stopniu była to inicjatywa oddolna, łącznie z zakupem bezpilotowców, które dokonywano ze zbiórek poszczególnych brygad piechoty walczących w Ukrainie. Użycie aparatów nie było scentralizowane, każdy pododdział starał się mieć własne zespoły droniarzy, którzy mieli wspierać jego działania. Najczęściej takie zespoły pojawiały się przy dowództwach kompanii, najpierw w formie niezorganizowanej, by później tworzyć formalne plutony dronowe. Te plutony miały dość dużą swobodę działania, choć jednocześnie dowódcy traktowali je jako swoje „oczy i uszy”, polecając przeprowadzenie obserwacji określonego terenu, a szczególnie przed przeprowadzeniem natarcia, kontrataku lub przy odpieraniu ataku Rosjan. W końcu każdy dowódca doceniał zalety posiadania szybkiej i dokładnej informacji o obrazie pola walki, których bezbłędnie dostarczały drony typu quadrocopter. Są to aparaty stabilne, relatywnie łatwe w obsłudze, niewielkie co bardzo utrudnia ich zestrzelenie. Główną ich wadą jest mały zasięg i podatność na zakłócenia oraz fakt, że operator musi przebywać bardzo blisko linii frontu. A Rosjanie prowadzą prawdziwe polowania na operatorów, ostrzeliwuje ich nawet artyleria, wypatrują ich snajperzy.

To, co powstało obecnie to samodzielne kompanie dronowe dla każdej brygady oraz samodzielne bataliony dla poszczególnych dowództw kierunków operacyjnych. W Ukrainie istnieje jedenaście takich kierunków: kurski, charkowski, kupiański, łymański, siwierski, kramatorski, torecki, pokrowski, nowopaliwski, wremiński, orechowski. Tu warto dodać, że obecnie najcięższe walki toczą się w rejonie Torećka (kierunek torecki), Pokrowska (kierunek pokrowski), na zachód od Kurachowe (kierunek nowopaliwski), pod Wełyką Nowosiłką (kierunek wremiński). Ponieważ każdy z owych kierunków ma do swojej dyspozycji dwa takie bataliony dronowe, a ponadto dwa kolejne takie bataliony sformowano na potrzeby odwodu naczelnego dowództwa.
Skład takiego w pełni zmotoryzowanego batalionu wygląda następująco:
– dowództwo i komórka łączności
– kompania rozpoznawcza z 12 zespołami dronów różnych typów, w tym nie tylko quadrocopterów ale i większych aparatów taktycznych typu „samolotowego”, takich jak polskie FlyEye;
– kompania samolotowych dronów uderzeniowych (14 zespołów), która jest uzbrojona w bardziej profesjonalną amunicję krążącą produkcji rodzimej lub pochodzącą z dostaw zachodnich (polskie Warmate, amerykańskie Switchblade);
– kompania wirnikowych dronów uderzeniowych (18 zespołów) która jest wyposażona w popularne aparaty pochodzenia częściowo komercyjnego, zakupionego przez platformy zakupowe i zmodyfikowanego pod kątem użycia na ukraińskim polu walki, ale też aparatów specjalnie produkowanych przez liczne rozproszone ukraińskie firmy. Te aparaty są produkowane tysiącami, ale ich zużycie (są jednorazowe) jak wiadomo też jest wielkie;
– warsztat remontowy który ma za zadanie naprawiać aparaty różnych typów, ale też sprawdzać dostarczone pod kątem nie przesyłania przez ich systemy pozycji operatora (te funkcje są odłączone) oraz w razie potrzeby wprowadzając inne modyfikacje uodparniające aparaty na zakłócenia;
– pluton ładowania akumulatorów;
– grupa medyczna z zespołami ewakuacji medycznej, jako że straty wśród „droniarzy” wcale nie są wiele mniejsze od strat w piechocie.

Jak widać te bataliony zostały skomponowane optymalnie pod kątem zarówno prowadzenia rozpoznania (na rzecz dowództwa do którego na poziomie taktycznym są przydzielone, ale także głównie na własną rzecz, by poszukiwać i wskazywać cele do ataków). Kompania samolotowych dronów uderzeniowych z reguły działa na głębokość 10-30 km od przedniego skraju wojsk wroga, albo niekiedy dalej. Natomiast wirnikowych dronów uderzeniowych atakuje od przedniego skraju własnych wojsk na głębokość 10-12 km w głąb terenów nieprzyjaciela. Ze względu na tempo dostaw oraz wymagania pola walki ustanowiono nieprzekraczalną normę zużycia dronów uderzeniowych: 115 „dziennych” (bez termowizji) i 25 „nocnych” (z kamerą termowizyjną). Każdy batalion otrzymuje tygodniowo 200-400 nowych dronów uderzeniowych jednorazowego użytku oraz kilka aparatów rozpoznawczych jako uzupełnienie strat.
Powyższe dane znamy ze źródeł rosyjskojęzycznych, bowiem Rosjanie zamierzają skopiować powyższą organizację. Jeśli chodzi o kompanie przydzielane do brygad to mają one podobną organizację, ale wszystko jest o szczebel niżej.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Okazało się, że zwalczanie powolnych dronów przez przeciwlotnicze zestawy rakietowe jest dość dużym wyzwaniem. Dlatego Rosjanie reorganizują swoją obronę przeciwlotniczą w taki sposób, by lepiej sprostać wyzwaniom.
Ukraińskie ataki dronami dalekiego zasięgu przeszły już do prawdziwej legendy tej wojny. Okazało się, że proste tanie aparaty które są produkowane dosłownie tysiącami i wysyłane na Rosję średnio dziesięć razy w miesiącu w zmasowanych atakach, przynoszą Rosjanom bardzo poważne straty. Szczególnie dotkliwe są ataki na obiekty związane z paliwami – rafinerie ropy naftowej, składy paliw płynnych, terminale przeładunkowe. Wywołują one spore straty, ale przecież to nie jedyne atakowane obiekty. Równie duże straty, choć nieco rzadziej, ukraińskie drony wywołują w zakładach chemicznych związanych z produkcją materiałów wybuchowych, w których również nie brakuje substancji łatwopalnych. Oczywiście atakowane są też inne cenne obiekty, jak na przykład zakłady lotnicze. Atakowano lotnicze zakłady w Smoleńsku, Kazaniu i Taganrogu, choć nie ma informacji o stratach powstałych w tych zakładach.

Wydawałoby się, że taki bezpilotowiec jest stosunkowo łatwym celem dla obrony przeciwlotniczej. Leci wcale nie tak nisko, bo nie ma układu pozwalającego mu na lot profilowy zgodnie z rzeźbą terenu, a jedynie prosty wysokościomierz barometryczny. Prędkość lotu jest niewielka, a zatem na przeprowadzenie sekwencji strzelania jest sporo czasu.
Ale tu pojawiły się schody. Rosyjskie systemy przeciwlotnicze, a szczególnie te rozmieszczone w osłonie ważnych obiektów w głębi kraju są zoptymalizowane do niszczenia szybkich samolotów, w tym tych lecących na małej wysokości. A zatem pracują w oparciu o radary impulsowo-dopplerowskie, gdzie kluczową sprawą jest oddzielanie na tle ziemi celów poruszających się, dzięki zjawisku Dopplera. Okazuje się bowiem, że odbicie impulsu radarowego od poruszającego się obiektu dociera z powrotem do anteny radaru na nieco zmienionej częstotliwości, zmienionej właśnie efektem Dopplera. Teraz wystarczy ustawić radar na odbiór tych zmienionych częstotliwości (większych od fali nośne dla obiektów zbliżających się i mniejszych dla obiektów oddalających się), by widzieć na tle odbić od obiektów terenowych rzeczywisty samolot. Stałe obiekty terenowe nie dają bowiem efektu Dopplera, powracające odbicie ma tę samą częstotliwość co impuls sondujący.
Jeśli to będzie jednak wolno lecący obiekt, to jego echo dopplerowskie będzie bardzo słabe, dlatego drony są wykrywane bliżej od szybkich samolotów. W dodatku jest jeszcze jeden problem: obracające się śmigła wywołują serię szumów dopplerowskich, czyli po prostu zakłóceń mówiąc po ludzku.

Przypuszczalnie nowe lub modernizowane zestawy rakietowe otrzymają cechy techniczne pozwalające im na łatwiejsze wykrywanie i śledzenie powolnych obiektów powietrznych z napędem śmigłowym. Ale na razie trzeba sobie radzić z tym co jest. Dlatego jednolite dotąd dywizje rakiet obrony powietrznej zostały zreorganizowane. Jednolite, bowiem wszystkie dywizje składały się z pułków zestawów dalekiego zasięgu S-300PMU Faworit lub nowszych S-400 Triumf, teraz są łączone w mieszane. Przede wszystkim obok dwóch takich pułków pojawił się trzeci, uzbrojony w samobieżne zestawy średniego zasięgu 9K317 Buk M, które zostały zabrane z Wojsk Lądowych lub przekazuje się zestawy nowo wyprodukowane. Buk nigdy nie służył w Siłach Powietrzno-Kosmicznych Rosji, a teraz się pojawił. Dlaczego Buk? Dlatego że ten zestaw z kolei jest dostosowany między innymi do zwalczania śmigłowców, czyli jego radar potrafi śledzić wolno lecący śmigłowiec z dużym obracającym się wirnikiem wywołującym określone szumy dopplerowskie. Wojska lądowe bowiem musiały móc walczyć tak z samolotami, jak i ze śmigłowcami czy większymi bezpilotowymi aparatami latającymi. Stąd właśnie takie mieszane ugrupowanie. Ponadto w drugim pułku S-300 lub S-400 ma być dodany dywizjon przeciwlotniczych zestawów bliskiego zasięgu Pancyr S-1, wspomagający obronę na małej wysokości. Sam Pancyr S-1 nie jest szczególnie udanym systemem, niedawno w Kazaniu rakieta która zgubiła cel trafiła w blok mieszkalny wywołując w nim spory pożar i właściwie go całkowicie niszcząc. Nic innego jednak Rosja na razie nie ma.
W rosyjskich dywizjach rakiet przeciwlotniczych, poza zmianami opisanymi wczoraj, wprowadza się do ich struktury batalion radiotechniczny mający wykrywać zbliżające się środki napadu powietrznego. Do tej pory organizowanie sieci obserwacji przestrzeni powietrznej było domeną brygad radiotechnicznych, od których były uzależnione dywizje rakiet przeciwlotniczych. Obecnie własny batalion radiotechniczny ma zapewnić błyskawiczna informację o nadlatujących celach, gdyby zawiódł obieg informacji między wojskami radiotechnicznymi a wojskami przeciwlotniczymi. Dodatkowo w dywizjach rakiet przeciwlotniczych pojawiły się bataliony walki radioelektronicznej, wspomagający obronę obiektów poprzez zakłócanie układów nawigacyjnych dronów dalekiego zasięgu. Warto jednak podkreślić, że obszary jakie ma Rosja do obrony są nie do „przykrycia” nawet przez wielkie jednostki przeciwlotnicze. A koszty budowy takiego systemu są niewiarygodnie wielkie.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
My w Polsce mamy swoją firmę WB Electronics z Ożarowa która produkuje doskonałe taktyczne aparaty bezpilotowe, zaś Słowenia ma swoją taką firmę, u nas całkowicie nie znaną, a która również produkuje niewielkie taktyczne bezpilotowce. Warto oczywiście dodać, że w przypadku WB Electronics, to nie jest jedyny obszar działania tej firmy, równie znani są oni ze zautomatyzowanych systemów dowodzenia.
Firma C-Astral Aerospace Ltd mająca swoją siedzibę w małym słoweńskim miasteczku Ajdovščina istnieje ładnych kilka lat, ale jej najnowsze konstrukcje bezpilotowych aparatów latających zyskały sobie uznanie. Co najmniej dwa typy są używane przez Siły Zbrojne Ukrainy. Już od niemal dwóch lat Ukraina używa małych taktycznych aparatów rozpoznawczych Bramor C4EYE, nieco podobny do izraelskiego Orbitera, a w każdym razie zbudowany w tym samym układzie konstrukcyjnym latającego skrzydła. Aparat ma szczątkowy kadłub z bezszczotkowym silnikiem elektrycznym umieszczonym z tyłu, który napędza śmigło pchające. Samo skrzydło jest lekko skośne z niewielkim podwójnym usterzeniem pionowym na końcach skrzydeł. Aparat ma prostego autopilota z nawigacją opartą o odbiornik GPS i część lotu może wykonać autonomicznie. Jego wyposażeniem rozpoznawczym jest stabilizowana żyroskopowo kamera cyfrowa, natomiast ciekawy jest jego system łączności. Jest to oczywiście łączność radiowa, ale typu MANET (mobile ad hoc network), która działa w ten sposób, że mając do dyspozycji własne węzły włączone w wewnętrzną zamkniętą sieć, jest w stanie retransmitować dane dalej. W ten sposób dowolny standardowy aparat można ustawić w dyżurowaniu w pobliżu operatora do retranslacji łączności, ale też inny aparat tego typu lub tej firmy z systemem MANET lecący na swoją misję, ale znajdujący się bliżej operatora, też może retransmitować łączność. Sieć automatycznie szuka odpowiednich węzłów i się łączy z operatorem za ich pośrednictwem. Podstawowy promień działania aparatu podawany przez firmę to 42 km, ale jeśli znajdzie się odpowiednia sieć, to może polecieć dalej. Aparat ma rozpiętość 2,7 m i masę niecałych 5 kg, jest też trudny do wykrycia, prędkość maksymalna przekracza 100 km/h, a pułap lotu sięga 5000 m.

Bramor C4EYE jest używany przez wiele państw od ok. 2015 r., w tym przez wojska Włoch, Słowenii, Czarnogóry, Bangladeszu, ale również i przez wojska ukraińskie. Te ostatnie od niedawna stosują też nowszy aparat tej samej firmy, SQA eVTOL, który jest w zasadzie nieco powiększoną wersją poprzedniego, produkowaną od 2022 r. Ma on rozpiętość 2,9 m czyli tylko nieznacznie większą, ale udało się uzyskać masę startową 10 kg dzięki zastosowaniu silnika elektrycznego o większej mocy oraz o nieco powiększonej powierzchni skrzydeł – poza większą rozpiętością, skrzydło jest też nieco szersze. Najważniejszą zmianą jest jednak to, że nowy aparat ma podłużne wysięgniki mocowane do skrzydeł od spodu, na końcach których znajdują się cztery pionowe elektryczne silniki nośne, pozwalające na pionowy start i lądowanie. Wcześniejsze aparaty startowały ze specjalnej rozstawianej katapulty, zaś lądowały tzw. metodą głębokiego przeciągnięcia. A to wymagało polanki by się rozstawić ze sprzętem w odkrytym terenie, rzecz na wojnie zawsze groźna. W nowej odmianie SQA eVTOL tę wadę wyeliminowano. Teraz aparat może startować i lądować z niewielkiego skrawka terenu bez żadnego pomocniczego sprzętu, wykorzystując zakres pionowego startu i lądowania. Wyposażenie rozpoznawcze aparatu wzbogacono o możliwość stosowania kamery termowizyjnej do zdjęć w nocy. Pozostałe dane są bardzo zbliżone do siebie, prędkość maksymalna przekraczająca 100 km/h, pułap ok. 5000 m, zaś sam taktyczny promień działania określa się tak samo, na 42 km. Taki promień działania oznacza penetrację nieprzyjaciela na odległość co najmniej 30 km, jeśli operator wraz z naziemną aparaturą łączności i laptopem do sterowania rozmieści się 8-10 km od linii frontu. Do obsługi aparatu wystarcza dwóch ludzi, dysponujących samochodem terenowym. Znając warunki pola walki w Ukrainie, w strefie do 30 km od nieprzyjaciela poruszają się oni na pieszo, a zatem mają pewnie ze dwóch pomocników noszących sprzęt i wyposażenie.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Ataków na Rosję za pomocą bezpilotowych aparatów latających dalekiego zasięgu jest coraz więcej, a rosyjska obrona nie radzi sobie z nimi. Przysparzają one znaczne straty, chociaż to wyjątkowo proste konstrukcje i tanie w wytwarzaniu.
W nocy z 13 na 14 stycznia Ukraińcy przeprowadzili najbardziej zmasowany atak z użyciem bojowych bezpilotowych aparatów latających jednorazowego użytku, typu „amunicja krążąca”. Właściwie ten nowy środek walki nie doczekał się jeszcze polskiej nazwy, bo faktycznie trudno to uzbrojenie sklasyfikować. Dziennikarze używają określenia „drony-kamikaze” w nawiązaniu do samobójczych ataków japońskich lotników w II wojnie światowej. Można je nazywać pociskami manewrującymi, ale pociski manewrujące to wykonywane przez firmy zbrojeniowe małe samolociki kierowane zaawansowanymi układami nawigacyjnymi, precyzyjnymi układami nawigacyjnymi i wojskowymi, odpornymi na zakłócenia odbiornikami GPS, a całość jest czasem wspomagana systemem TERPROM, czyli określeniem położenia na podstawie analizy profilu terenu poprzez pomiar wysokości do powierzchni ziemi za pomocą radiowysokościomierza i porównanie tych danych z pomiarem wysokości mierzonej barometrycznie lub za pomocą systemu DSMAC czyli porównania obrazu terenu z kamery z obrazem satelitarnym z pamięci komputera i nałożenie obu na siebie. Takie pociski mają paliwooszczędne silniki odrzutowe, a całość kosztuje kilkaset tysięcy dolarów lub nawet ponad milion.
Tymczasem drony jakie produkuje Ukraina kosztują kilkanaście tysięcy dolarów, czasem ciut więcej. Mają proste płatowce wykonane z laminatów szklanych które dziś są łatwo dostępne, mają czasem jakieś duraluminiowe wzmacniające elementy nośne. Ich napęd stanowi tani silnik tłokowy i mają proste wysokościomierze barometryczne oraz autopilota opartego o mini komputer (dziś to taniocha) wraz z elektrycznymi mechanizmami wykonawczymi, przy czym są to tanie silniczki cywilne z proporcjonalnym układem selsynowym do sterowania. Oczywiście w przeciwieństwie do wojskowych pocisków manewrujących mających często 200 kg lub silniejsze głowice bojowe typu penetrującego, bezpilotowce dalekiego zasięgu mają głowice bojowe 20-50 kg prostego, odłamkowo-burzącego typu. Układ sterowania to zliczenie drogi połączone z odbiornikiem GPS który uodparnia się na zakłócenia metodami bardziej warsztatowymi niż przemysłowymi, dzięki pomysłowym informatykom. Czasem zdobywa się kartę SIM do rosyjskiej sieci i korzysta się z funkcji „lokalizacja GPS” z sieci GSM lub nawet wykorzystuje się dostępny internet do transmisji obrazu z kamery drona za pośrednictwem mediów społecznościowych! Dlatego właśnie jak lecą drony, Rosjanie starają się wyłączać internet mobilny w całej okolicy, ale często operatorów jest tylu, że ciężko jest to zrobić tak w pełni. Operator w Ukrainie widząc obraz z kamery też steruje dronem za pośrednictwem owych mediów społecznościowych, szyfrowanego Signala albo Discorda i celność tych aparatów jest zadziwiająca.
Oczywiście w stosunku do „pełnokrwistych” pocisków manewrujących takie bezpilotowce są po pierwsze dość powolne (ok. 200 km/h wobec ok. 800 km/h) i lecą na wysokości 150-300 m a nie na 30-100 m, co ułatwia ich zwalczanie. Ale to nic nie szkodzi, bo zamiast 2-4 pocisków można wysłać 20-40 aparatów których salwa i tak jest tańsza, a wystarczy jak tylko z pięć aparatów trafi w cel. Efekt jest często miażdżący.

Ulubionym celem ataków dronowych są wszelkie składy paliw, rafinerie ropy naftowej, czasem zakłady przemysłu chemicznego prowadzące produkcję na rzecz wojska. Głównie w tych zakładach wytwarza się materiały wybuchowe lub ich komponenty lub paliwa do silników rakietowych lub mieszanki zapalające. Bezpilotowce dalekiego zasięgu używano też do ataków na składy amunicji, bo Rosjanie mają zwyczaj je przepełniać, zostawiając amunicję w skrzyniach poza ziemno-betonowymi schronami-składami. Generalnie wszystkie te cele są „łatwopalne” i atakujące bezpilotowce wzniecają w nich potężne pożary. Na przykład 8 stycznia drony zaatakowały duży skład paliw w mieście Engels koło Saratowa, jest tu 800 milionów litrów paliwa różnych typów. A raczej było, bo skład palił się pięć dni, nim nad ranem 13 stycznia go ugaszano. I 14 stycznia znów przyleciały drony podpalając pozostałą część składu, 15 stycznia nadal się palił. Zaatakowano też rafinerię ropy naftowej pod Saratowem i pod Wołgogradem, w obu wywołując bardzo gwałtowny pożar. Wcześniej atakowano nawet terminal gazowy w porcie Ust-Ługa koło Sankt Petersburga, co wybitnie pokazuje że rosyjskie drony latają gdzie chcą nad Rosją. Właściwie co drugi dzień dowiadujemy się o udanym ataku na cele wymienionych typów, czyli te „łatwopalne”, choć już w styczniu 2025 r. zaatakowano też zakłady produkujące rosyjskie podobne aparaty Gerań 2 (licencyjne irańskie Shahed 136).

Warto pomyśleć, by i u nas w kraju opracować podobne systemy, przygotowując ich produkcje za niewielkie pieniądze. Podstawowy bowiem warunek jest taki, że mają one być tanie. Ukraina planuje wyprodukować 9000 sztuk tego rodzaju aparatów w 2025 r. i zapewne zostaną one użyte wywołując straty nieproporcjonalne do swojej ceny.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Ostatnio w Ukrainie miało miejsce kilka ciekawych wydarzeń związanych z systemami bezzałogowymi. Warto zwrócić uwagę na niektóre z nich.
Ciekawą innowacją wprowadzoną ostatnio przez ukraińskie drony jest dyżurowanie w pobliżu rosyjskich dróg zaopatrzenia. Chodzi o misje, w których niszczone jest zaopatrzenie transportowane na front w strefie do 10-15 km od linii styczności bojowej wojsk. Skuteczność ukraińskich dronów (niestety rosyjskich też, choć w mniejszym nieco stopniu) jest na tyle duże, że zaopatrzenie dla rosyjskich wojsk jest prowadzone na wiele różnych sposobów: żołnierze noszą skrzynki z amunicją i racjami żywnościowymi na własnych plecach, wożą je taczkami oraz wózkami jednoosiowymi, motocyklami i quadami, ale też odpowiednio wzmocnionymi samochodami osobowymi czy tzw. „samoróbkami”. Spójrzmy na ich ciężarówki jeżdżące na front. Całe obłożone jakimiś dechami, gumami, papą, siatkami pochodzącymi z wybiegów dla kur, jeszcze tam brakuje drzwi do wychodka. Na górze przyspawane jakieś klatki z ogrodzenia, a teraz najlepsze: takiego Mad Maxa jest trzy razy trudniej zniszczyć niż ciężarówkę jak spod igły, która wyjdzie z fabryki. Drony muszą się o wiele bardziej natrudzić, żeby zrobić temu krzywdę. Oczywiście pokaż zdjęcie tego w mediach społecznościowych, a żartom i docinkom nie będzie końca. Ale to coś działa! Okazuje się, że tak zabezpieczona ciężarówka jest w stanie przetrwać 3-4 razy więcej ataków dronowych, niż taka prosto z fabryki.
Nowa taktyka ukraińskich bezpilotowców typu FPV polega na tym, że lądują one w pobliżu rosyjskich dróg zaopatrzenia z włączoną kamerą, ale z wyłączonymi silnikami, w ten sposób oszczędzając energię z baterii. Czas ich dyżurowania w ten sposób sporo się wydłuża. O ile dokładnie, tego nie podano. Po zauważeniu jadącej ciężarówki, dron startuje i wykonuje atak. Efektywność niszczenia zaopatrzenia docierającego na front jest tak duża, że nie pozwala na zgromadzenie większych zapasów do prowadzenia akcji ofensywnej zakrojonej na szerszą skalę.
Akustyczny system do wykrywania dronów
Wielkim problemem w Ukrainie jest wykrywanie małogabarytowych bezpilotowych aparatów latających, bowiem radary, nawet milimetrowe, mają z tym trudności. Aparaty typu FPV są małych rozmiarów i są wykonane w większości z tworzyw sztucznych, a zatem ich echo radiolokacyjne jest niewielkie.
Jednak postęp w technikach obróbki akustycznej pozwala na budowę czułego systemu akustycznego, który potrafi wyodrębnić z szumów a nawet hałasów szum śmigiełek drona. Przypuszczalnie do wzbogacania biblioteki danych będzie wykorzystany system uczenia się maszynowego. Ponieważ poszczególne urządzenia mają się komunikować ze sobą, to istnieje możliwość nie tylko określenia azymutu danego drona, ale także odległości do niego dzięki tzw. triangulacji. Nie wiadomo kiedy pojawi się nowy system i jak w praktyce będzie funkcjonował.
Odpieranie ataków bezpilotowców – przyczyną zestrzelenia „pasażera”
Coraz częstsze ataki ukraińskich aparatów bezpilotowych dalekiego zasięgu wykorzystywanych jako pociski manewrujące są prawdziwą zmorą. Dokonują one wielu ataków na bardzo ważne obiekty, a głównie te związane z przemysłem naftowym Rosji. W ostatnim okresie wykonano też kilka ataków na Grozny, niszcząc tam budynki ministerstwa spraw wewnętrznych Republiki Czeczenii i podobne obiekty. W atakach wykorzystano przebudowane na bezpilotowe lekkie samoloty sportowe Aeroprakt A-22 produkowane w Kijowie. W efekcie Ramzan Kadyrow poprosił Kreml o kilka przeciwlotniczych zestawów rakietowych Pancyr S-1, mających obronić Grozny przed atakami dronów.
25 grudnia do lądowania w Groznym zbliżał się Embraer 190 linii Azerbaijan Airlines, po krótkim rejsie z Baku. W tym czasie na Grozny trwał atak dronów. Przypuszczalnie pomylono samolot pasażerski z bezpilotowcami i otrzymał on dwa bliskie trafienia – pociski rozerwały się na wysokości przedniej części kadłuba, i na wysokości tylnej części kadłuba. Samolot stracił płyn w obu instalacjach hydraulicznych i mógł od biedy utrzymywać lot za pomocą regulacji ciągu silników. W efekcie samolot rozbił się w Aktau w Kazachstanie, gdzie został skierowany. O dziwo, przeżyło 29 osób, 38 pozostałych zginęło.
I tak nieumiejętna obrona przed dronami doprowadziła do tragedii strony niezaangażowanej w konflikt.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Od wiosny 2023 r. 12. Baza Bezpilotowych Statków Powietrznych z Mirosławca eksploatuje wyleasingowane bezpilotowe aparaty latające MQ-9A Reaper. Sprawdziły się one i polskie Ministerstwo Obrony Narodowej kupuje obecnie kilka (dokładnej liczby nie sprecyzowano) MQ-9B SkyGuardian, będące ich rozwojową wersją.
Wyleasingowane Reapery to pierwsze w Polsce bezpilotowe aparaty latające klasy MALE – Medium Altitude Long Endurance, czyli aparat latający na średnich wysokościach i dysponujący dużą długotrwałością lotu. Ta długotrwałość sięga 40 godzin, czyli niemal dwie doby, co wymusza zmianę obsługi na naziemnym stanowisku kierowania. W przypadku bezpilotowych systemów latających jest to – w oczywisty sposób – dość prosta sprawa.
Główne różnice między MQ-9A Reaper, który jest już polskim załogom znany, a odmianą MQ-9B SkyGuardian, są trzy. Po pierwsze jest to zwiększona z 20 do 24 m rozpiętość skrzydeł, co zwiększa udźwig aparatu i pozwala mu z większym ładunkiem użytecznym nadal wznieść się na wysokość 15 000 m, na której to wysokości aparat może swobodnie operować. Oczywiście skrzydło musiało zostać odpowiednio wzmocnione. Kolejną zmianą to możliwość montowania nowego silnika. W obu odmianach MQ-9 oferowany jest starszy silnik Honeywell TPE331-10 o mocy startowej 950 KM, ale na nowszych MQ-9B SkyGuardian oferowany jest też nowocześniejszy, bardzo niezawodny silnik Pratt Whitney of Canada PT6E-67 o mocy startowej 1250 KM. Nowa jednostka napędowa jest wyposażona w elektroniczny system sterowania typu FADEC. W obu przypadkach turbinowa jednostka napędowa napędza czterołopatowe samonastawne śmigło pchające umieszczone w tylnej części aparatu, za usterzeniem.

Aparat ma klasyczny układ ze skrzydłem prostym o bardzo dużym wydłużeniu, pozwalającym na uzyskiwanie wysokiego pułapu, usterzenie znajduje się z tyłu w postaci trzech stateczników, dwa w układzie motylkowym czyli w kształcie litery „V”, a jeden pionowy pod dolną częścią kadłuba. Podwozie trójkołowe, chowane w locie, pozwalające na klasyczny start i lądowanie na przygotowanych lotniskach, w zasadzie korzysta się z betonowych pasów startowych. Aparat ma system cyfrowego autopilota pozwalający też na automatyczne operacji startu i lądowania oraz lot po zadanych parametrach, tak autonomiczny jak i kierowany przez operatorów, którzy jedynie zadają wymagane parametry lotu (kurs, prędkość, wysokość lub wskazują punkt zwrotny trasy do którego aparat ma lecieć), choć istnieje możliwość przejęcia ręcznego sterowania.
Głównym systemem obserwacyjnym MQ-9B SkyGuardian jest głowica elektrooptyczna Raytheon AN/DAS-1 MTS-B Multi-Spectral Targeting System. Głowica zawiera kolorową kamerę telewizyjną światła szczątkowego z systemem CCD, kamerą termowizyjną pracującą w podczerwieni oraz z wielofunkcyjną stacją laserową zdolną do pomiaru odległości, podświetlania celów dla pocisków kierowanych laserowo oraz do wykrywania i śledzenia podświetlenia laserowego z innych źródeł. Zasięg obserwacji tego systemu sięga 50 km w bok od toru lotu i możliwe jest 20-krotne powiększenie obrazu, relatywnie wysokiej rozdzielczości.
Poza wspomnianą głowicą MQ-9B SkyGuardian przenosi zestaw innych systemów obserwacyjnych, który można wymieniać. Typowym jest radiolokator obserwacji bocznej AN/APY-8 Lynx, który został opracowany wspólnie przez firmę General Atomics i BAE Systems. Radar ten ma podwyższoną rozdzielczość dzięki wykorzystaniu efektu sztucznej apertury SAR oraz ma możliwość śledzenia ruchomych celów naziemnych. Jest w stanie obserwować kontrastowe radarowo cele na odległość przekraczającą 100 km w bok od trasy lotu.


Oczywiście kilka aparatów zakupionych dla Polski (dokładna liczba nie została podana) trafi w całości do 12. Bazy Bezzałogowych Statków Powietrznych w Mirosławcu do 2027 r., gdzie zastąpią obecnie wyleasingowane aparaty Reaper. Jedną z głównych zalet nowych aparatów jest to, że spełniają one wymagania do certyfikacji w europejskiej przestrzeni powietrznej, mogąc bez przeszkód wykonywać loty także w kontrolowanych cywilnych przestrzeniach powietrznych.
Nowe aparaty przede wszystkim zapewnią Polsce monitorowanie zagrożeń w czasie pokoju. W razie wojny mogą być one używane tylko znad własnego terytorium do prowadzenia pasywnego rozpoznania radioelektronicznego pozostając w dużej odległości od linii styczności bojowej wojsk.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Pisaliśmy już o tym, że Siły Zbrojne Ukrainy przez 11 miesięcy 2024 r. otrzymały aż milion dwieście tysięcy różnych typów bezpilotowych aparatów latających. Co one zmieniły na polu walki?
Od dłuższego już czasu wojska w strefie przyfrontowej są nieustannie obserwowane i właściwie nie jest możliwy jakikolwiek ruch w pasie do 5-10 km od linii styczności bojowej wojsk w głąb własnego ugrupowania, bez możliwej reakcji nieprzyjaciela. A ta reakcja może być różna, od ostrzelania przez artylerię, moździerze czy przylotu dronów szturmowych, czy to zrzucających ładunki bojowe, czy jednorazowe, atakujące bezpośrednio, sterowane z użyciem techniki FPV. To z kolei powoduje, że żołnierze nie gromadzą się w grupy, zaś wszelkie pojazdy bojowe są bardzo starannie maskowane i ukrywane w osłoniętych przed dronami schronach polowych, z których wyruszają tylko w momencie podjęcia walki, czy to ataku, czy przy wsparciu obrony.
Ugrupowanie wojsk uległo całkowitej przemianie. Zaczyna ono przypominać ugrupowanie znane z atomowego pola walki, kiedy unikano koncentrowania wojsk, by nie stwarzać dogodnego celu do wrogiego uderzenia jądrowego. Dlatego wojska działały w rozproszonych, ruchliwych grupach bojowych złożonych z batalionowych czy kompanijnych zgrupowań. Podobnie jest dziś, ugrupowania są rozproszone, praktycznie każda kompania operuje jako samodzielna grupa bojowa wzmocniona odpowiednimi środkami walki z poziomu batalionu lub nawet wyższego, przyjmując rozproszone, urzutowane w głąb ugrupowanie, z tą różnicą że dziś to pole walki jest o wiele bardziej statyczne. Nie przeprowadza się zmasowanych uderzeń siłami kompletnych brygad czy pułków, a rzadko kiedy do walki rzuca się batalionowe grupy bojowe. Dlatego wojna zamieniła się w pozycyjną. Typowym warunkiem do przeprowadzenia silnego natarcia to zmasowanie sił, które dokonają przełamania, czasem nawet wprowadzając w jego trakcie przygotowane uprzednio drugie rzuty wojsk. Po uzyskaniu przełamania, które jest silnie wspierane przez zgromadzoną artylerię i czołgi, następuje wprowadzenie zgrupowania manewrowego w powstałą lukę, które to zgrupowanie jest oczywiście przygotowane, czyli zostało tu wcześniej skoncentrowane.
W Ukrainie taki tradycyjny sposób prowadzenia natarcia spowodowałby natychmiast zebrania olbrzymiej ilości bezpilotowych środków latających z różnych pododdziałów. Przerzut ich nie jest trudny. Rosjanie już meldowali o zmasowanych atakach całych stad dronów, na przykład w rejonie Czasiw Jar albo pod Pokrowskiem. W ciągu 13 miesięcy bitwy na zachód od Doniecka, najpierw o miasteczko Awdijiwka, a następnie Pokrowsk, Rosjanie straci 650 czołgów i dwa razy tyle innych pojazdów pancernych oraz setkę dział artylerii polowej, z czego trzy-czwarte z nich zniszczyły bezpilotowe aparaty latające, czy to jednorazowe typu FPV, czy też wielokrotnego użytku zrzucające niewielkie ładunki bojowe. Dlatego właśnie przez te 13 miesięcy rosyjskie wojska pokonały około 40 km w kierunku na zachód, ponosząc opisywane wyżej niewiarygodnie duże straty. W tym czasie tylko na tym wąskim odcinku zginęło lub zostało poważnie rannych kilkanaście tysięcy żołnierzy. Warto tu dodać, że wielokrotnie drony szturmowe polują na pojedynczych żołnierzy zabijając ich lub poważnie raniąc.


Wszechobecne bezpilotowce całkowicie odmieniły też logistykę. Żadna ciężarówka nie może się czuć bezpieczna w odległości mniejszej niż 10 km od linii frontu, więc zostawiają całe zaopatrzenie w określonej odległości od przedniego skraju własnych wojsk. Dalej trzeba wszystko nosić na piechotę, w tym także ciężkie pociski moździerzowe, skrzynki z amunicją, kanistry z paliwem, racje żywnościowe i inne potrzebne rzeczy. Pomysłowi żołnierze wykorzystują różne środki, taczki, wózki dwukołowe, motocykle, motorowery, quady, itp. Oczywiście drony polują też na te „mrówki” transportujące zaopatrzenie na tym ostatnim 10-km odcinku. Teraz, kiedy warunki są szczególnie utrudnione (błoto, śnieg), zaopatrywanie wojsk stanowi naprawdę poważny problem.

W takim środowisku pełnym bezpilotowców wojska działają zupełnie inaczej. Rozwiązania wymaga kilka ważnych problemów, w tym właśnie zaopatrywanie wojsk na ostatnim odcinku, ale także zwalczanie czy przeciwdziałanie stadom dronów, które zadają wojskom niewiarygodnie duże straty.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
W ciągu jedenastu miesięcy 2024 r., od stycznia do listopada, ukraińskie wojska otrzymały milion dwieście tysięcy bezpilotowych aparatów latających, w większości lekkich, tanich komercyjnych aparatów zwanych z angielskiego dronami. 1100 000 z nich, czyli 95 %, stanowiły jednorazowe drony szturmowe klasy FPV, większość z nich użyto bojowo.
Ten milion sto tysięcy dronów typu FPV (First Person View – aparatów sterowanych przez specjalne okulary które pozwalają operatorowi widzieć tak, jakby operator siedział na lecącym aparacie. To bardzo ułatwia precyzyjne sterowanie. Początkowo tego typu aparaty były kupowane gotowe przez portale aukcyjne i jedynie modyfikowane do swojej roli przez dodanie ładunków wybuchowych, a także modyfikacje dokonywane w systemie sterowania. Z czasem zaczęto jednak produkować własne aparaty tego typu, oczywiście jak najtańszym kosztem by móc je wytwarzać na masową skalę w wielu różnych warsztatach i drobnych firmach, dzięki czemu docierają na front w opisanej ilości, po 100 000 miesięcznie. Czyli około 3300 dziennie. Tyle ich zużywają wojska ukraińskie na różnych odcinkach frontu. Biorąc pod uwagę fakt, że najbardziej intensywne działania toczą się na ok. 400 km frontu, czyli ok. 100 km w Obwodzie Kurskim, podobnie na kierunku Swiatowe-Kupiańsk i kolejne 200 km od Czasiw Jar po rejon zajętego przez Rosjan Wuhłedaru, to na każde 100 km tych najbardziej intensywnych części frontu przypada jakieś 650 ataków dronowych dziennie, mówiąc wyłącznie o klasie FPV. Czyli około 65 dronów jest średnio używanych na każdym 10 km odcinku działań wojennych.
Jeśli chodzi o pozostałe bezpilotowe aparaty latające, czyli owe 100 000 dostarczonych sztuk składających się na 5 % całości, to 69 % z nich to wielowirnikowe małe aparaty taktyczne do prowadzenia rozpoznania i obserwacji pola walki. Kolejne 10,3 % to aparaty uderzeniowe dalekiego zasięgu. Warto zwrócić uwagę, że 10 % to 10 000 bezpilotowych aparatów latających o przeznaczeniu strategicznym, służące do wykonywania ataków w głębi Rosji. Na tym polu ukraińskie drony mają całkiem spore sukcesy. Zaatakowano nimi całkiem sporo ważnych obiektów, w tym rafinerii ropy naftowej i składów paliw, a także składów amunicji różnych typów, i niekiedy też atakując inne obiekty. Skala zadanych strat jest nieproporcjonalnie duża do poniesionych nakładów. Mniej więcej 17 % kolejnych to aparaty uderzeniowe typu bombowego, czyli wielokrotnego użytku. Służą one do zrzucania różnych ładunków bojowych na przeciwnika, i są to zarówno aparaty większe, znane jako „baba jaga” oraz te mniejsze, które w jednym locie zrzucają po dwa pociski moździerzowe, a czasem tylko jeden, lub odbezpieczone granaty do granatnika RPG. Po zrzuceniu swojego ładunku na przeciwnika wracają one do operatorów, są ponownie uzbrajane i wysyłane do kolejnej misji. Nie ma niestety danych, ile się udaje wykonać lotów bojowych zanim taki dron ulega zniszczeniu, ale z doniesień wynika, że co najmniej dziesięć ataków udaje się wykonać.
Pozostałe drony mają inne przeznaczenie: przeważnie służą do wykonywania zadań zaopatrzenia odciętych żołnierzy poprzez transport niewielkich ładunków do nich, przeważnie jest to amunicja, czasem środki pierwszej pomocy medycznej. Kolejne to systemy retranslacji łączności radiowej z innymi dronami wykonującymi zadania bojowe w głębi ugrupowania nieprzyjaciela.
Obecnie bezpilotowe aparaty latające produkowane masowo tych najmniej skomplikowanych klas (drony szturmowe FPV bliskiego zasięgu) potrafią kosztować nawet 300 dolarów, czyli śmiesznie mało. Jednak dzięki ich masowemu stosowaniu, pomimo iż czasem trzeba zużyć kilka sztuk na jeden cel, uzyskiwane efekty to ok. 60 % całości zniszczonego sprzętu przeciwnika i ok. 40-50 % całości strat osobowych, jakie są zadawane rosyjskim wojskom. Można śmiało powiedzieć, że aparaty zmieniły obraz pola walki w Ukrainie, zmieniły sposób poruszania się po polu walki i zaopatrywania wojsk, ale o „dronowym polu walki” napiszemy w oddzielnym tekście.



Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Aparat bezpilotowy o nietypowej nazwie nEUROn jest już rozwijany od pewnego czasu, ale właśnie ogłoszono że jego seryjna wersja ma wejść do uzbrojenia do 2033 r.
Francuski minister obrony Sebastien Lecornu ogłosił niedawno w bazie Saint-Dizier, że francuski bojowy bezpilotowy aparat latający Dassault nEUROn wejdzie do uzbrojenia do 2033 r.
Co ciekawe, program nEUROn ma swoje korzenie niemal dwadzieścia lat temu, w 2005 r. Wówczas podjęto decyzję o budowie nEUROna, na bazie doświadczeń programu studyjnego LOGIDUC (Logique de Développement d’UCAV), prowadzonego od 1999 r. W ramach tego programu planowano zbudowanie trzy rodzaje bezpilotowych aparatów latających, począwszy od dużego dwusilnikowego aparatu zdolnego do ataków na skalę strategiczną nazwanego Grand Duc. Po drodze miały powstać aparaty Pettit Duc czyli model w skali 1:100 o masie 50 kg i Moyen Duc, model w skali 1:10 o masie startowej 500 kg. Pierwszy został oblatany 18 lipca 2000 r., a drugi we wrześniu 2004 r. Przebadano na nich układ latającego skrzydła trójkątnego bez usterzenia pionowego, z chwytem powietrza do silnika nad górną powierzchnią płata, by zachować własności stealth utrudnionego wykrycia.
Z tego programu, po zebraniu doświadczeń, wyewaluował program nEUROn, dla którego nazwę wybrano z powodu włączenia do współpracy międzynarodowej wiele państw, które po pierwsze współfinansowały program, a po drugie wnosiły własny wkład technologiczny własnymi firmami. Poza francuskimi Dassault, Thales i Safran (dawna SAGEM), do programu włączyły się firmy: Hellenic Aerospace Industry (HAI) z Grecji, RUAG ze Szwajcarii, SAAB ze Szwecji, EADS CASA z Hiszpanii (obecnie Airbus Military) i włoska firma Leonardo. Na wniosek europejskich partnerów Dassault zdecydował się zmniejszyć rozmiary aparatu, zmniejszyć liczbę silników z jednego do dwóch.

Zakładano, że w aparacie zostaną przebadane własności aerodynamiczne przyjętego układu, możliwości jego sterowania i kierowania, zintegrowanie w systemie wymiany informacji, właściwości utrudnionego wykrycia, możliwości w zakresie przenoszenia uzbrojenia w komorach bombowych w postaci bomb kierowanych, itp. Pierwszy demonstrator systemu nEUROn oblatano 1 grudnia 2012 r. Próby w locie trwały do lutego 2015 r., zaś próby systemów elektronicznych o kilka miesięcy dłużej.
W tym czasie traktowano nEUROna jako aparat czysto doświadczalny, demonstrator technologii który ma posłużyć do poszukiwania odpowiednich rozwiązań technicznych i funkcjonowania aparatu, na bazie którego w przyszłości można by skonstruować perspektywiczny bojowy bezpilotowy aparat latający o cechach utrudnionego wykrycia, a zatem zdolny do przeniknięcia w głąb wrogiego terytorium i dokonania na nim ataku. Do napędu wybrano nie najnowszy już silnik SNECMA Adour 951, taki sam jak służy do napędu samolotów szkolno-bojowych BAE Systems Hawk Mk.129. W docelowej wersji bojowej napęd będzie stanowiła odmiana silnika Safran M88, jakie są stosowane na Rafale.
Aparat w obecnej postaci ma rozpiętość skrzydeł około 10 m, masę własną do 4500 kg oraz maksymalną masę startową ok. 6000 kg, na co składają się też dwie bomby kierowane o masie po 250 kg oraz około jednej tony paliwa. Aparat ma trójkołowe podwozie hydraulicznie chowane w locie do klasycznego startu i lądowania na lotnisku, z możliwością wykonania automatycznego startu i lądowania z wykorzystaniem systemu ILS. Prędkość maksymalna aparatu wynosi od Ma=0,7 do Ma=0,9, w przeciwieństwie więc do planowanej prędkości naddźwiękowej na Grand DUC, nEUROn będzie poddźwiękowy. Jego główną obronę będzie więc utrudnione wykrycie oraz także systemy zakłóceń, a nie prędkość.

Po tym, jak przez kolejne dziewięć lat aparat latał relatywnie niewiele, a w tym czasie rozwijano jego inne systemy oraz studiowano możliwości rozwojowe. Odbywało się to w takiej tajemnicy i bez kamer, że obecne oświadczenie ministra obrony Francji jest pewnym zaskoczeniem. Okazuje się bowiem, że aparaty na bazie nEUROna mają być stosowane jako samodzielne bojowe aparaty latające, ale też we francuskiej odmianie programu Loyal Wingman (lojalny skrzydłowy), czyli jako aparat towarzyszący w locie myśliwcom Rafale. Do pełnej współpracy z nimi mają być dostosowane 42 samoloty piątej serii produkcyjnej Rafale F.5. Aparaty mają na ich rzecz rozpoznawać, wskazywać cele oraz zwalczać przeciwlotnicze systemy rakietowe mogące zagrozić macierzystemu samolotowi. Czekamy więc na dalszy rozwój, choć trzeba przyznać że perspektywa 2033 r. jest dość odległa.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Bądź na bieżąco z nowościami