Broń jemeńskich Huti – uderzeniowe aparaty bezpilotowe Cz. 1 Qasef-1 i Qasef-2K

×
Ułatwienia dostępu
Rozmiar czcionki +-RESET
Kontrast / Kolory Ciemny Jasny MonoKontrast RESET

Od pewnego czasu Huti bardzo skutecznie atakują amerykańskie jednostki morskie, a nawet cele w odległym o 1200 km Izraelu używając do tego uderzeniowych bezpilotowych aparatów latających.

Huti to szyicki ruch polityczno-militarny walczący w Jemenie z sunickimi władzami centralnymi o swoje prawa, ale ostatecznie też o przejęcie władzy. Trwająca od pewnego czasu wojna domowa w Jemenie nie pozostaje bez udziału zainteresowanych państw na Półwyspie Arabskim. Stany Zjednoczone uznały Huti za organizację terrorystyczną, zresztą nie tylko Amerykanie. Zrobiła to też Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Oba te sunickie państwa wspierają w Jemenie władze centralne, a Arabia Saudyjska wykonuje nawet uderzenia na obiekty militarne związane z Huti. Tyle, że siła militarna Arabii Saudyjskiej nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych jest nieporównywalna z tym, co dysponują Huti. Aby zniwelować tę przewagę i nawiązać jakąś walkę z nimi trzeba było znaleźć jakiś nowy sposób prowadzenia boju środkami, na które ci wysokotechniczni przeciwnicy nie są przygotowani. Takimi środkami okazały się być tanie bezpilotowce. Chodzi o to, że ich cena jest tak niewielka, że można wysyłać je masowo. Na lotniskowcu i towarzyszącym mu okrętach zapas rakiet przeciwlotniczych zamyka się określoną liczbą. Szczególnie ograniczona jest możliwość jednoczesnego czy szybkiego sekwencyjnego zwalczania rakietami celów powietrznych. Jeśli atak jest naprawdę zmasowany i obejmuję falę ponad setki bezpilotowców (co nie stanowi zbyt wysoki koszt) to szansa na trafienie w jakiś okręt systemem samonaprowadzania się w podczerwieni jest znaczna.

Właśnie tanie, ale relatywnie technologiczne zaawansowane bezpilotowce były właściwą odpowiedzią. Ich ilość przekracza czasem możliwości jednoczesnej obrony i powoduje zużywanie bardzo drogich rakiet przeciwlotniczych.
Pierwszy z takich pocisków to Qasef-1, bazujący na konstrukcji irańskiego Arbil 2. Iran nie chciał się przyznać, że aparat pochodzi z jego wytwórni dlatego zmieniono jego nazwę. W rzeczywistości jest to Arbil 2 znany też jako Arbil T (odmiany różnią się minimalnie). Ma on ten sam układ konstrukcyjny z usterzeniem przednim, znany też jako układ „kaczka”. Skrzydło umieszczone z tyłu jest proste, podobnie jak usterzenie. Arabil 2 ma konstrukcję całkowicie metalową, zaś Arbil T – kompozytową, z laminatów węglowych. Qasef 1 też jest kompozytowy, a zatem jego konstrukcja bardziej bazuje na Arbil T. Stateczniki pionowe umieszczono w połowie rozpiętości skrzydeł, w przeciwieństwie do oryginalnego aparatu Arabil mającego pojedynczy statecznik pionowy. Aerodynamicznie nie ma wielkiej różnicy, być może chodziło, by aparaty wyraźnie się od siebie różniły. Długość kadłuba wynosi 2,88 m, zaś rozpiętość skrzydeł – 3,25 m. Powierzchnia nośna skrzydeł to 1,76 m2, masa własna – 30 kg, a masa startowa – 86 kg. W ramach różnicy mas jest 30 kg udźwigu i 16 litrów paliwa. Napęd aparatu stanowi dwucylindrowy silnik tłokowy produkcji niemieckie firmy WAE Motoren typu WAE-342 o mocy 25 KM. Ma on relatywnie niskie zużycie paliwa co pozwala na uzyskanie dość dużego zasięgu z niewielkiej ilości paliwa. W przypadku odmiany uderzeniowej Qasef 1 jest to 200 km z ładunkiem wybuchowym 30 kg. Kierowanie aparatu na cel jest prowadzone z wykorzystaniem lekkiego układu bezwładnościowego i odbiornika GPS. Łącznie systemy te dostępne komercyjnie nie są aż tak drogie.

Jeśli chodzi o zdjęcia oryginalnych Qasef 1 to dostępne są zdjęcia tylko szczątków.
Jeśli chodzi o zdjęcia oryginalnych Qasef 1 to dostępne są zdjęcia tylko szczątków.

Należące do Huti systemy Qasef 1 były wielokrotnie wykorzystywane do ataków na obiekty w Arabii Saudyjskiej, w tym głównie wojskowe. Jednym z sukcesów było trafienie nieokreślonego elementu baterii Patriot. Ale były też inne ważne trafienia. Nie wiadomo, czy ten typ bezpilotowca był używany przeciwko flocie amerykańskiej (jeśli grupaokrętów znajdowała się w południowej części Morza Czerwonego). Do tego celu służą raczej inne typy o większym zasięgu i z systemem kierowania w końcowej fazie lotu.

 

Jeśli chodzi o zdjęcia oryginalnych Qasef 1 to dostępne są zdjęcia tylko szczątków.
Jeśli chodzi o zdjęcia oryginalnych Qasef 1 to dostępne są zdjęcia tylko szczątków.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

W Iranie opracowano odrzutową wersję uderzeniowego aparatu bezpilotowego Shahed 238, a w Rosji podjęto jego licencyjną produkcję jako Gerań 3. Zalety nowej broni opisywano pod niebiosa, ale mimo użycia oryginalnych Shahedów 238 i licencyjnych Gerani 3 obatypy nie zdołały się rozpowszechnić i raczej stanowią margines w zmasowanych atakach Gerani 2 (Shahed 136). Dlaczego jest tak źle, jak miało być tak dobrze?

Pierwsze wiadomości o świeżo opracowanej odmianie odrzutowej popularnego bezpilotowca Shahed 136 pojawiły się we wrześniu 2023 r. Aparat otrzymał silnik odrzutowy Toloue-10 lub Toloue-13 produkcji irańskiej ale oparty o czeski silnik zbudowany specjalnie do dronów, PBS TJ150 o ciągu 1,5 kN, w wersji irańskiej ważący niecałe 20 kg. W oryginalnym irańskim aparacie można znaleźć wiele zachodnich części, przemycanych do Iranu mimo sankcji. Z tym silnikiem aparat rozwija prędkość przelotową 500 km/h, co bardzo utrudnia ich zwalczanie. Chodzi o to, że oryginalne Shahedy 136 są niszczone przez specjalne mobile zespoły na samochodach terenowych, które są wyposażone w jeden lub dwa najcięższe karabiny maszynowe i przenośne, przeciwlotnicze zestawy rakietowe. Kiedy system obserwacji radarowej poda informacje o lecącym dronie, wybrany zespół jest wysyłany na jego trasę. Prędkość drona rzędu 200 km/h daje szanse dojechania na czas.

Jak się jednak okazuje, produkowany w Rosji z licencji Shahed 238 jako Gerań 3 ma swoje wady. Silnik odrzutowy wraz z jego instalacją paliwową i układem regulacji komplikuje konstrukcje. Ponadto w układ kierowania włączono bardziej precyzyjny bezwładnościowy układ nawigacyjny który poradziłby sobie z obliczaniem położenia przy większych prędkościach, bowiem komercyjny GPS nie do końca radził sobie z bieżącym podawaniem pozycji przy tej prędkości. Skończyło się więc zamontowaniem kosztowniejszego układu wojskowego odbiornika Glonass z możliwością odbioru GPS. I jak by było mało tego, na Gerań 3 wzorem Shaheda 238 zamontowano układ elektrooptyczny pozwalający na końcowe naprowadzanie na cel. W ten sposób naprowadzanie na cel mogło być prowadzone zdalnie, przez operatora, który rozpoznawałby cel. Przewidziano też zamiennie pasywny radiolokacyjny układ samonaprowadzania, do atakowania środków obrony przeciwlotniczej wroga.

Wizja producenta odrzutowej wersji Shaheda 136 czyli Shahed 238
Wizja producenta odrzutowej wersji Shaheda 136 czyli Shahed 238

Pocisk stracił na zasięgu z blisko 1600 km do poniżej 1000 km, zmniejszeniu uległa też 50 kg głowica bojowa. Co najważniejsze zaś, gwałtownie wzrosła cena pocisku. Gerań 3 jest oferowany na eksport za 1,4 miliony dolarów, czyli stracił swój walor typowego drona, którym jest niska cena. Niska cena pozwala na masową produkcję i masowe użycie. Ukraińska wojna pokazała, że istnieje efekt skali. Polega to na tym, że atak znacznej ilości choć niewyszukanego uzbrojenia kierowanego, mimo że więcej niż połowa pocisków jest zestrzeliwana przez obronę przeciwlotniczą, ale ilość pozostałych jaka uderza w cel jest wystarczająco duża do uzyskania znacznego porażenia. Takiego efektu nie są w stanie wywołać pojedyncze kosztowne pociski, które z dużo większym prawdopodobieństwem przenikają przez obronę przeciwlotniczą, ale których jest za mało by wywołać tak duże zniszczenia w infrastrukturze wroga. Przy określonej niskiej cenie i skali masowego użycia tanich środków rażenia, mimo ich niedoskonałości, słabej odporności na zestrzelenie i mimo strat ponoszonych przez nie przy dolocie do celu, wciąż jest ich wystarczająco wiele, by straty w infrastrukturze były bardzo dotkliwe dla strony przeciwnej. Ponieważ broń jest tania, z użyciem relatywnie prostych bezpilotowych aparatów latających, kolejne ataki można ponawiać w kolejne dni. W skali kolejnych miesięcy ponawiania takich uderzeń skumulowane straty zaczynają stanowić coraz większy problem dla przeciwnika.

Faktyczny wygląd odrzutowego Shaheda 238.
Faktyczny wygląd odrzutowego Shaheda 238.

Modernizacja Shaheda 136 na odrzutowy Shahed 238 nie była więc udana. Skuteczność bojowa wzrosła, ale jednocześnie absolutnie nieproporcjonalnie wzrosła cena. Dlatego Shahedów 238/Gerani 238 użyto w Ukrainie stosunkowo niewiele. W styczniu 2024 r. był pierwszy przypadek zestrzelenia oryginalnego Shaheda 238, ale w kolejnych miesiącach zestrzeliwano głównie Shahedy 136 i czasem 131, głównie rosyjskiej produkcji, czyli (odpowiednio) Gerań 2 i Gerań 1. Do dziś nie weszły one do użycia na większą skalę, ale raczej po cichu z Ukrainy zniknęły, używane sporadycznie w niektórych atakach.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Morska wymiana towarowa ma dla Ukrainy kapitalne znaczenie. Ukraina jest eksporterem znacznej ilości płodów rolnych, w tym głównie zbóż, ale nie tylko, także innych produktów przemysłu spożywczego. Możliwość korzystania z transportu morskiego ma kluczowe znaczenie dla gospodarki Ukrainy.

Głównym portem handlowym jest Odessa, olbrzymi port morski z doskonałym zapleczem magazynowym i wyładowczym, z licznymi bocznicami kolejowymi, no i oczywiście z licznymi nadbrzeżami z urządzeniami przeładunkowymi. Dzięki temu miliony ton produktów rolnych mogą być co roku wywożone z Ukrainy, głównie w sezonie letnim, kiedy są one dostarczane przez rolnictwo. Ma to też znaczenie dla odbiorców w Afryce i w innych państwach, bowiem w tych najbiedniejszych brak taniego ukraińskiego zboża i innych produktów może wywołać klęskę głodu.
Po wybuchu wojny 24 lutego 2022 r. wszelki ruch statków do portów ukraińskich zniknął. Nikt nie odważył się pływać do strefy działań wojennych. Zbliżał się jednak sezon letni i trzeba było otworzyć żeglugę do portów ukraińskich. Pod patronatem Turcji odbyły się rozmowy, które ostatecznie doprowadziły do zgody Rosji na wywóz płodów rolnych z Ukrainy, głównie pod naciskiem wielu państw świata. Rosja w oczach świata też nie chciała odpowiadać za głód w krajach słabiej rozwiniętych. Statki ruszyły i były one okresowo, choć niezbyt często przeszukiwane przez rosyjskich marynarzy, wysadzanych na pokład ze śmigłowców Ka-29, startujących z pokładów rosyjskich fregat. Porozumienie to trwało do lipca 2023 r., po czym Rosja się z niego wycofała, grożąc niszczeniem statków płynących do Odessy.
Co ciekawe jednak, Rosjanie nie byli zdolni do realnego wymuszenia blokady morskiej. Ich okręty nie zbliżały się do ukraińskiego wybrzeża z powodu pocisków przeciwokrętowych, zarówno ukraińskich R-360 Neptun, jak i dostarczonych amerykańskich RGM-84 Harpoon, które skutecznie je odstraszały. Ponadto seria ataków na rosyjskie okręty w porcie Sewastopol i w innych wykonana z użyciem zachodnich pocisków Storm Shadow, również uszczupliła stan posiadania Floty Czarnomorskiej, stawiając też pod znakiem zapytania możliwość wykorzystania bazy Sewastopol na Krymie. Najciekawsze w tym okresie są jednak sukcesy ukraińskich bezzałogowych pojazdów morskich, w tym głównie łodzi Magura V5. Są to niewielkie łodzie motorowe wypełnione materiałami wybuchowymi, częściowo autonomiczne, ale w końcowej fazie ataku sterowane zdalnie, wyposażone w głowicę elektrooptyczną do naprowadzania na cel, co pozwala na dokonywanie nocnych ataków. Wbrew pozorom okazały się one dość skuteczne. 24 maja 2023 r. rosyjski okręt rozpoznawczy Iwan Churs został uszkodzony przez drony morskie, a kiedy okręt zawinął do Sewastopola, został ponownie uszkodzony w ukraińskim ataku rakietowym. 4 sierpnia 2023 r. średni okręt desantowy Olenegorski Gorniak został w ataku dronów morskich Magura V5 bardzo poważnie uszkodzony w ataku dronów w pobliżu Noworosyjska. Został do tego portu odholowany i nadal tam stoi bez naprawy, nie wiadomo, czy takowa kiedykolwiek zostanie przeprowadzona.

Morski dron Magura V5. Sylwetka nurka z przodu pozwala na ocenę wielkości aparatu. Nie jest to jedyny dron morski opracowany w Ukrainie, ale poza Magura V5 nie wiadomo, które są faktycznie w uzbrojeniu.
Morski dron Magura V5. Sylwetka nurka z przodu pozwala na ocenę wielkości aparatu. Nie jest to jedyny dron morski opracowany w Ukrainie, ale poza Magura V5 nie wiadomo, które są faktycznie w uzbrojeniu.

W kolejnym ataku  1 lutego 2024 r. drony morskie Magura V5 zaatakowały i zatopiły małą korwetę rakietową Iwanowiec typu Mołnia-1 u wybrzeży Krymu,14 lutego 2024 r. zaś drony Magura V5 zaatakowały i zatopiły średni okręt desantowy Cezary Kunikow, płynący wzdłuż wybrzeża Krymu. Okręty desantowe są przez Rosjan wykorzystywane do zaopatrywania wojsk.
Jednym z największym sukcesów było jednak zatopienie dużego okrętu patrolowego (w istocie dużej, choć niedozbrojonej korwety) Siergiej Kotow o wyporności 1300 ton. Okręt był atakowany przez morskie drony i uszkodzony 14 września 2023 r., ale w ataku 5 marca 2024 r. pod Kerczem w ataku dronów Magura V5 został trafiony i zatonął.
Po tych sukcesach żegluga do Odessy zaczęła być prowadzona normalnie, a Rosjanie nie byli w stanie jej przeciwdziałać. Dlatego musieli coś zrobić, żeby ją przerwać. Od lata 2024 r. uporczywie atakowali port w Odessie za pomocą pocisków manewrujących, a nawet rakiet balistycznych Iskander. Jednak jak powiedzieliśmy, port w Odessie jest olbrzymim kompleksem i mimo ataków nadal pracował on w sposób niezakłócony.

Widok z kamery termowizyjnej aparatu Magura V5 w czasie ataku na patrolowiec Siergiej Kotow, który został zatopiony.
Widok z kamery termowizyjnej aparatu Magura V5 w czasie ataku na patrolowiec Siergiej Kotow, który został zatopiony.

Z pomocą Rosjanom przyszły drony. Postanowiono użyć dronów Shahed 136 i 131, produkowanych w Rosji na licencji jako Gerań 2 i Gerań1. W przeciwieństwie do bardzo kosztownych pocisków manewrujących, są one niezwykle tanie, dzięki czemu można je wysyłać w sposób zmasowany na cele. Od jesieni 2024 r. ataki dronowe na Odessę zaczęły się coraz bardziej nasilać, aż rzeczywiście stały się poważnym problemem. Port w Odessie mocno ucierpiał, bowiem choć ładunki wybuchowe dronów są mniejsze, to jednak ich ilość wielokrotnie przekracza ilość pocisków manewrujących, jakie dotąd można było wysyłać na port. Zagraniczne statki w obawie przed trafieniem coraz rzadziej zawijały do Odessy, a wymiana towarowa zaczęła niebezpiecznie spadać. I w ten sposób nie Flota Czarnomorska, lecz tanie drony wymusiły faktyczną blokadę morską portu w Odessie.
Na szczęście dla Ukrainy przekierowano żeglugę na ukraińskie porty na Dunaju, takie jak Wilkowo i Izmaił. O wiele trudniej je atakować dronami Gerań, bowiem w przypadku nietrafienia drony mogą wlecieć na teren należącej do NATO Rumunii, i gdyby dokonały tam znaczących szkód, to jest jednak bezpośredni atak na państwo należące do sojuszu. Oczywiście ataki na te porty nada są prowadzone, ale nie w sposób zmasowany, co oczywiście nie wywołuje efektu paraliżu żeglugi. Co ciekawe, żegluga wróciła też częściowo do Odessy, która nadal jest atakowana, ale już nie z taką intensywnością. W każdym razie niezależnie od wszystkiego drony Gerań zmniejszają jednak przepływ towarów do ukraińskich portów i to w sposób wyraźny.

 

Znana już chyba wszystkim sylwetka aparatu bezpilotowego Gerań 2 czyli licencyjnej odmiany irańskiego aparatu Shahed.
Znana już chyba wszystkim sylwetka aparatu bezpilotowego Gerań 2 czyli licencyjnej odmiany irańskiego aparatu Shahed.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Turcja ma jedne z najsilniejszych sił bezpilotowych w Europie i stanowi pod tym względem potęgę. Początkowo w Turcji rozwijano aparaty klasy MALE i czyli latające na średnich wysokościach o dużej długotrwałości lotu, a także duże aparaty taktyczne. Dziś rozwój biegnie w kierunku mniejszych aparatów.
 
Firma Havelsan została utworzona przez Siły Powietrzne Turcji jako firma państwowa działająca na rzecz Sił Zbrojnych w dziedzinie elektroniki, automatyki, oprogramowania i rozwiązań teleinformatycznych. Wejście w obszar bezpilotowców, gdzie kwestia układów ich sterowania wychodzi na pierwszy plan, było sprawą dość naturalną.
Firma podjęła pracę nad aparatem bezpilotowym przeznaczonym do rozpoznania i wskazywania celów, by był on używany przez tureckie wojska lądowe w rejonach silniej bronionych. Idea aparatu była taka, że w rejonach silnie bronionych większą przeżywalnością na polu walki, a nawet ma taki aparat możliwość penetrowania obszaru przeciwnika na optymalnej wysokości. A taką jest wysokość około 3000 m, bowiem jest to poza zasięgiem wszelkiej broni strzeleckiej, a nawet lekkich działek przeciwlotniczych kal. 20-23 mm. Mało tego, cichy aparat ma możliwość wykonywania na tej wysokości lotu w ogóle bez wykrycia przez nieprzyjaciela. Może on więc prowadzić swoje rozpoznanie skrycie, a obserwowany nieprzyjaciel nie zdaje sobie z tego sprawę. Kolejna sprawa to przejście od drogich, skomplikowanych systemów uzbrojenia do tanich relatywnie prostych, których strata nie była by boleśnie odczuwana, bowiem tanich aparatów można zbudować wiele i łatwo je uzupełniać. Ale w tym celu trzeba uzyskać maksimum możliwości z nieskomplikowanej konstrukcji. Sposobem na to jest maksymalne wykorzystanie elementów gotowych, tzw. off the shelf.

Aparat Havelsan Baha we wczesnej postaci ze śmigłami nad belkami ogonowymi. Później przeniesiono je pod belki.
Aparat Havelsan Baha we wczesnej postaci ze śmigłami nad belkami ogonowymi. Później przeniesiono je pod belki.

Pierwszym opracowanym aparatem był Havelsan Baha, czyli „Bulut Altı İnsansız Hava Aracı” – mały bezpilotowy autonomiczny aparat. Miał on posłużyć do zebrania doświadczeń, i stać się swego rodzaju demonstratorem technologii dla aparatu docelowego. Aparat zbudowano w ciekawym układzie, na pierwszy rzut oka w dość klasycznej formie, z krótkim kadłubem mocowanym do prostego skrzydła, który to kadłub kończył się silnikiem tłokowym ze śmigłem pchającym, stanowiącym jego napęd. Usterzenie mocuje się do dwóch cienkich belek ogonowych z rurek duraluminiowych (później w aparacie Bulut zastąpione kompozytem węglowym), które to belki wystają przed skrzydło. A to dlatego, że z ich przodu oraz z tyłu, pod owymi belkami zamocowano śmigła do pionowego startu i lądowania, które są dla odmiany napędzane silniczkami elektrycznymi. Pionowy start i lądowanie to jedyny sposób w jaki aparat może znaleźć się w powietrzu lub na ziemi. Cała sekwencja startu aż do przejścia do lotu postępowego oraz cała sekwencja lądowania od wyhamowania do pionowego przyziemienia we wskazanym miejscu jest wykonywana automatycznie. W obecnych czasach nie stanowi to większego problemu technicznego. Samo usterzenie ma formę odwróconego usterzenia motylkowego (litera „V”, ale odwrotnie. Aparat ma niewielkie stałe podwozie w postaci podpór, bowiem w czasie operacji lotniczych się nie toczy. W skład wyposażenia wchodzi doczepiany wózek do ciągnięcia go po ziemi, bowiem przy masie ok. 30 kg i rozpiętości skrzydła 3,70 m ciężko go nosić.

 

Docelowy aparat Havelsan Bulut, widać odmieną formę podwozia oraz głowicę elektrooptyczną pod kadłubem.
Docelowy aparat Havelsan Bulut, widać odmieną formę podwozia oraz głowicę elektrooptyczną pod kadłubem.

 

Docelowy aparat Havelsan Bulut, widać odmieną formę podwozia oraz głowicę elektrooptyczną pod kadłubem.
Docelowy aparat Havelsan Bulut, widać odmieną formę podwozia oraz głowicę elektrooptyczną pod kadłubem.

To był tylko demonstrator, ale aparatem ze względu na jego użyteczność, a zarazem prostotę eksploatacji i niską cenę zainteresowała się Nigeria, która kupiła kilka sztuk po wyposażeniu go w nieskomplikowany zestaw elektrooptyczny. Są one używane z powodzeniem przez nigeryjską armię. Aparat został też dostarczony w grudniu 2023 r. do Wojsk Lądowych Turcji, celem wsparcia wdrożenia docelowej wersji Bulut.
Bulut niewiele się różni od poprzednika. Przede wszystkim został wyposażony w lekką, 5 kilogramową głowicę elektrooptyczną oraz w system transmisji danych. Transmisja jest możliwa na odległość do 80 km z wysokości lotu aparatu 2800 m. W razie konieczności aparat może się zniżyć na 500 m celem dokładnej obserwacji wskazanych obiektów. Długotrwałość lotu wystarcza na dolot na 80 km i powrót, w pełni autonomicznie. Obecnie aparaty Bulut wchodzą do uzbrojenia Wojsk Lądowych Turcji i Sił Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Jeden z aparatów Havelsan Bulut w czasie przyjęcia do służby w Wojskach Lądowych Turcji.
Jeden z aparatów Havelsan Bulut w czasie przyjęcia do służby w Wojskach Lądowych Turcji.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Samolot F-35 we wszystkich swoich odmianach został zaprojektowany by penetrować nieprzyjacielską przestrzeń powietrzną. Izraelskie F-35I Nadir, dysponujące nieco innym, dostosowanym do regionu wyposażeniem, skutecznie wlatywały w syryjską, a nawet na pewną odległość w irańską przestrzeń powietrzną. Ale strefy antydostępowe to całkiem inna sprawa.
 
Przestrzeń powietrzna Syrii nie była bardzo silnie broniona. Zarówno sieć radiolokacyjna, jak i naziemna obrona przeciwlotnicza składała się z systemów starszej generacji o zdecydowanie mniejszych możliwościach bojowych. Także syryjskie myśliwce nie były też pierwszej młodości. Dlatego trudnowykrywalny myśliwiec mógł się w tej przestrzeni poruszać bez trudu.
Rosjanie jednak pokazali w Ukrainie, że potrafią stworzyć typową strefę antydostępową. Składa się ona z wyjątkowo gęstej, wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej oraz stref dyżurowania myśliwców w powietrzu, co razem tworzy obszar nie do przebycia nawet przez samolot trudnowykrywalny. Taki samolot bowiem jest jednak widziany przez radary systemów przeciwlotniczych choć ze znacznie zredukowanej odległości. Jeśli rozmieści się je odpowiednio gęsto, to widzą one samolot trudnowykrywalny na całej trasie jego lotu. Dlatego F-35 nie może wchodzić nad terytorium nieprzyjaciela bezkarnie.
Częściowym rozwiązaniem problemu są pociski typu stand-off, czyli pozwalające na atak z dużej odległości, ale typowe uzbrojenie F-35A czyli bomby szybujące GBU-39 Small Diameter Bomb, oraz ich najnowsza wersja GBU-53/B StormBreaker mają w oryginalnej postaci zasięg szybowania do 110 km, ale w locie na wysokości 10 000 m, gdzie możliwy atak pocisków systemu przeciwlotniczego S-400 Triumf w odniesieniu do F-35A jest niewiele mniejszy, przynajmniej wg rosyjskich źródeł, a Rosjanie mieli okazję do namierzania izraelskich F-35I Nadir swoim systemem S-400 rozmieszczonym w Syrii. Mówi się o zastosowaniu na GBU-53/B StormBreaker przyśpieszacza rakietowego podobnego do tego stosowanego na lądowej wersji tego uzbrojenia GLSDB, by uzyskać co najmniej 150 km z wysokości 7000 m, ale to kwestia przyszłości.

XQ-58A zrzucający lekką amunicję do precyzyjnego ataku. Być może do niszczenia systemów przeciwlotniczych będzie potrzebny system uzbrojenia o większym zasięgu.
XQ-58A zrzucający lekką amunicję do precyzyjnego ataku. Być może do niszczenia systemów przeciwlotniczych będzie potrzebny system uzbrojenia o większym zasięgu.

Rozwiązaniem mogą być natomiast towarzyszące F-35A bezpilotowe systemy opracowane w ramach programu „Loyal Wingman”. Jest to system bezpilotowy kierowany z myśliwca, ale na wpół autonomiczny, dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji. Obecnie wybrano do współpracy z F-35 aparat bezpilotowy Kratos XQ-58 Valkyrie, zaś w Australii stosuje się alternatywne rozwiązanie w postaci aparatu Boeing MQ-28 Ghost Bat. Oba są dość podobne, a ich zadaniem jest prowadzić rozpoznanie na rzecz myśliwca oraz zakłócanie w razie potrzeby. Głównie chodzi o to, że wlot aparatów, które same mają własności trudnej wykrywalności, ale w strefie antydostępowej zostaną jednak wykryte, powoduje uaktywnienie się różnych środków przeciwlotniczych, które oczywiście są wykryte i zlokalizowane przez lecący z tyłu F-35, wyposażony w doskonały system ostrzegania przed opromieniowaniem, stanowiący część systemu samoobrony ASQ-239 Barracuda. Przy dobrej widzialności na wykryty system mogą być skierowane kamery systemu AAQ-40 EOTS, który przy dobrej widzialności pokaże obserwowany system przeciwlotniczy z odległości nawet 50 km i więcej. Chodzi tu oczywiście o te zestawy, których zasięg rażenia jest wyraźnie mniejszy od owych 50 km, takich jak na przykład Pancyr S-1. Jeśli chodzi o przeciwlotnicze zestawy rakietowe o większym zasięgu, takie jak S-400 Triumf czy S-350 Witiaź, to konieczny będzie atak wykonany przez sam towarzyszący F-35 bezpilotowiec, co zresztą przewidziano w ramach jego zadań. Jego sygnatura radarowa jest mniejsza od samolotu F-35, może on więc podejść wyraźnie bliżej do zwalczanego systemu bez obawy zestrzelenia. Jakie zaś uzbrojenie będzie przenosił aparat to jeszcze nie wiadomo.

XQ-58A Valkyrie w czasie lotu. Chociaż aparat jest dużo tańszy od samego F-35A, to jednak nie zakłada się ponoszenia dużych strat przez bezpilotowce. Są one zbyt kosztowne
XQ-58A Valkyrie w czasie lotu. Chociaż aparat jest dużo tańszy od samego F-35A, to jednak nie zakłada się ponoszenia dużych strat przez bezpilotowce. Są one zbyt kosztowne

Najbardziej zaawansowana we wprowadzaniu systemu Loyal Wingman jest Piechota Morska USA. To na jej zamówienie powstaje wersja XQ-58B, która będzie zdolna do wykonywania tzw. ataku elektronicznego, czyli do obezwładniania za pomocą zakłóceń wszelkich systemów elektronicznych, ale też odmiana ta będzie służyła jako dedykowana platforma SEAD, czyli przełamywania obrony powietrznej poprzez niszczenie przeciwlotniczych systemów rakietowych. Ponadto US Marine Corps podjęła program Penetrating Affordable Autonomous Collaborative Killer (PAACK-P), kładąc nacisk na możliwości uderzeniowe XQ-58.
W tym wszystkim ważne jest też, żeby Polska również zakupiła aparaty bezpilotowe programu Loyal Wingman. MON planuje taki zakup. Program F-35A nosi nazwę Harpia, zaś program pozyskania bezpilotowców – Harpii Szpon.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Śląski Klaster Lotniczy od lat aktywnie uczestniczy w inicjatywach mających na celu wspieranie innowacyjności w branży lotniczej. Jednym z projektów, w których mamy zaszczyt uczestniczyć, jest międzynarodowa inicjatywa IDEALIST. To nie tylko kolejny projekt, ale realna szansa dla małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP), w tym naszych członków, na dołączenie do grona globalnych innowatorów technologicznych.

Ta ambitna inicjatywa ma na celu sprostanie pilnym wyzwaniom, przed którymi stoją MŚP w sektorach energochłonnych, takich jak lotnictwo, obronność, mobilność, transport i motoryzacja. Promuje ona odporność, zrównoważone praktyki i zaawansowaną adaptację technologiczną w obliczu globalnych zakłóceń, takich jak pandemia COVID-19 i napięcia geopolityczne.

W projekt IDEALIST zaangażowani są również kluczowi partnerzy, w tym CIMES, COMET – Klaster Metalmeccanica del FVG, EIT Manufacturing, DITECFER, Stowarzyszenie Automatyki Przemysłowej Ukrainy (APPAU), ALBATROS Gie, Geokompetenzzentrum Freiberg e.V., 4CF The Futures Literacy Company, POLYMERIS, Clúster de Automoción y Movilidad de Aragón, Chemie-Cluster Bayern GmbH, Eurecat – Centro Tecnológico oraz Klaster CZECH AEROSPACE. Ich zaangażowanie wzbogaca projekt o różnorodne doświadczenia i wiedzę, znacząco podnosząc jakość inicjatyw realizowanych w ramach IDEALIST.

Główną misją IDEALIST jest umożliwienie MŚP działającym w kluczowych ekosystemach przemysłowych nie tylko przewidywania i stawiania czoła nieoczekiwanym globalnym wyzwaniom, ale także wychodzenia z nich silniejszymi i bardziej konkurencyjnymi.

Projekt koncentruje się na trzech kluczowych obszarach:

Projekt koncentruje się na wspieraniu MŚP w rozwoju nowoczesnych technologii, które mogą zrewolucjonizować branżę lotniczą. Dzięki międzynarodowej współpracy oraz wymianie wiedzy i doświadczeń uczestnicy projektu mają szansę konkurować z największymi graczami na rynku. Kluczowym aspektem projektu jest wspieranie innowacji wśród mniejszych podmiotów, które często nie dysponują zasobami globalnych korporacji, ale posiadają ogromny potencjał i ambicje do wprowadzania przełomowych rozwiązań.

Członkowie Śląskiego Klastra Lotniczego korzystają z IDEALIST, uzyskując dostęp do najnowszych technologii i możliwość nawiązywania kontaktów biznesowych na poziomie międzynarodowym.

Projekt umożliwia współpracę B2B, wspierając rozwój innowacyjnych rozwiązań i ich wprowadzanie na rynek globalny. Dzięki temu MŚP mogą skutecznie konkurować z dużymi firmami, zyskując dostęp do nowoczesnych technologii i wsparcie w ich wdrażaniu.

Lotnictwo to dynamicznie rozwijająca się i zmieniająca się branża. Współpraca międzynarodowa w ramach projektu IDEALIST daje nam szansę nie tylko na nadążanie za tymi zmianami, ale także na wyznaczanie nowych kierunków rozwoju branży.

Jesteśmy przekonani, że nasze zaangażowanie w projekt IDEALIST przyniesie naszym członkom wymierne korzyści, zarówno w zakresie rozwoju technologicznego, jak i budowania długotrwałych relacji biznesowych.

Więcej informacji o projekcie można znaleźć na stronie https://www.idealist-project.eu.


The Silesian Aviation Cluster has been actively participating for years in initiatives aimed at supporting innovation in the aviation industry. One of the projects we are honored to be a part of is the international initiative IDEALIST. This is not just another project, but a real opportunity for small and medium-sized enterprises (SMEs), including our members, to join the ranks of global technology innovators.

This ambitious initiative aims to address urgent challenges faced by SMEs in energy-intensive sectors such as aviation, defense, mobility, transport, and automotive. It promotes resilience, sustainable practices, and advanced technological adaptation in the face of global disruptions like the COVID-19 pandemic and geopolitical tensions.

Key partners are also involved in the IDEALIST project, including CIMES, COMET – Cluster della Metalmeccanica del FVG, EIT Manufacturing, DITECFER, Association of Industrial Automation of Ukraine (APPAU), ALBATROS Gie, Geokompetenzzentrum Freiberg e.V., 4CF The Futures Literacy Company, POLYMERIS, Clúster de Automoción y Movilidad de Aragón, Chemie-Cluster Bayern GmbH, Eurecat – Centro Tecnológico, and CZECH AEROSPACE Cluster. Their involvement enriches the project with a diversity of experience and knowledge, significantly enhancing the quality of the initiatives carried out within IDEALIST.

The core mission of IDEALIST is to enable SMEs in key industrial ecosystems not only to anticipate and withstand unexpected global challenges but to emerge stronger and more competitive.

The project focuses on three key areas:

The project is centered on supporting SMEs in the development of modern technologies that can revolutionize the aviation industry. Through international collaboration and the exchange of knowledge and experience, project participants have the chance to compete with the largest players in the market. A key aspect of the project is supporting innovation among smaller entities that often lack the resources of global corporations but possess tremendous potential and ambition to introduce groundbreaking solutions.

Members of the Silesian Aviation Cluster benefit from IDEALIST by gaining access to the latest technologies and the opportunity to establish business connections at an international level.

The project enables B2B cooperation, fostering the development of innovative solutions and their introduction to the global market. This allows SMEs to effectively compete with large companies, gaining access to modern technologies and support in their implementation.

Aviation is a rapidly evolving and changing industry. International cooperation within the IDEALIST project presents an opportunity for us not only to keep up with these changes but also to set new directions in the industry.

We are confident that our involvement in the IDEALIST project will bring tangible benefits to our members, both in terms of technological development and in building long-lasting business relationships.

More information about the project can be found at https://www.idealist-project.eu.

Od pewnego czasu ukraińskie drony dalekiego zasięgu, które wcześniej atakowały różne cele, w tym nawet gorzelnie, obecnie skupiają się na rosyjskich paliwach: rafineriach ropy naftowej, bazach paliwowych, przepompowniach na rurociągach. Jaki jest tego cel?

Ukraińskie bezpilotowe aparaty latające dalekiego zasięgu typu uderzeniowego, czyli jednorazowego użycia, atakowały w Rosji różnorodne ważne cele. Wykonywano mniej czy bardziej udane uderzenia na lotniska, w których udało się nawet zniszczyć kilka samolotów bojowych. Na wielu lotniskach atakowano tzw. bomboskłady, czyli magazyny uzbrojenia i to z sukcesem, bowiem wspomniane bomboskłady są na rosyjskich lotniskach przepełnione. Amunicja leży w skrzyniach pomiędzy specjalnymi wzmocnionymi hangarami, bo już się tam nie mieści. Atakujące bezpilotowce wywoływały całą serię bardzo efektownych wybuchów. Podobnie było z wielkimi składami GRAU, czyli Głównego Zarządu Wojsk Rakietowych i Artylerii, wiele z nich udało się bardzo poważnie uszkodzić, niszcząc olbrzymie ilości rosyjskiej amunicji. Atakowano też różne zakłady zbrojeniowe, a nawet gorzelnie produkujące tzw. spirytus techniczny używany przy produkcji paliwa do rakiet czy materiałów wybuchowych, i w nich wywołując pożary.

Mniej więcej od roku, od wiosny 2024 r. nastąpiła jednak coraz silniejsza koncentracja ataków na przemyśle paliwowym oraz na innych instalacjach. Większość obserwatorów uważała, że celem tych ataków jest zmniejszenie rosyjskich możliwości eksportowych paliw, a tym samym zmniejszenie rosyjskich wpływów do budżetu celem zadławienia gospodarki, która i tak jest już mocno nadwyrężona prowadzoną wojną. Ale rosyjska gospodarka jest inna niż te zachodnie, które operują w myśl zasad nauk ekonomicznych. W rosyjskiej gospodarce interwencjonizm państwowy jest dość silnie rozbudowany, a w odwodzie jest możliwość powrotu do systemu nakazowo-rozdzielczego na wypadek przejścia na stopę wojenną. Generalnie Rosja sobie poradzi także przy znacznym spadku eksportu ropy i produktów naftowych.

Warto natomiast zwrócić uwagę, że wszelkie rafinerie i bazy paliwowe atakowane są w promieniu do 1000 km od rejonu działań w Ukrainie. Celem tych ataków jest zmuszenie Rosjan do odsunięcia zapasów paliwa od rejonu działań wojennych, ponieważ paliwo po wyprodukowaniu w rafinerii jest transportowane rurociągami lub koleją do dużych baz paliwowych, najczęściej cywilnych, mających znacznie większą pojemność od składów wojskowych. Które są też o wiele mniej liczne. Zniszczenie infrastruktury tych baz, głównie zbiorników, przepompowni, instalacji przeciwpożarowych, itd., zmusza do składowania dużej ilości paliwa w większej odległości od rejonu walk. Jednocześnie też ograniczana jest produkcja paliw w promieniu do około 1000 lm od rejonu walk, co zmusza do transportowania paliw na potrzeby tzw. Specjalnej Operacji Wojskowej z rafinerii położonych dalej, do baz paliwowych również znajdujących się w większej odległości niż te dotąd wykorzystywane. A to zmusza do tego, by rosyjskie koleje nadwyrężone już obecnie do granic możliwości, musiały jeszcze prowadzić wiele dodatkowych pociągów z paliwem na tysiące kilometrów, zaś wojskowy transport ciężarowy, przy równie nadwyrężonej wojskowej logistyce, musiał to paliwo transportować na odległości o kilkaset kilometrów większe niż dotąd.

I tego właśnie może nie wytrzymać ani wojskowa logistyka, ani rosyjski transport kolejowy. Ten ostatni jest obciążony, bowiem coraz bardziej dramatycznie zaczyna brakować wagonów, z powodu wstrzymania dostaw łożysk tocznych dla ich zestawów kołowych z państw zachodnich (skutek sankcji), a lokalna produkcja jest dalece niewystarczająca. Na kolei brakuje też rąk do pracy. W efekcie niewiele brakuje, by te ataki bezpilotowców osiągnęły całkiem inny efekt, niż sądzi większość obserwatorów – paraliż rosyjskiej logistyki zarówno na poziomie strategicznym, jak i operacyjnym.
To wszystko można osiągnąć za pomocą dronów dalekiego zasięgu. Czy nie warto w nie zainwestować? Produkowane tysiącami okazują się być niesamowicie skuteczną bronią.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Rosyjska firma ZALA AERO GROUP jest głównym dostawcą tzw. dronów kamikaze, czyli mówiąc profesjonalnie – amunicji krążącej przeznaczonej do atakowania obiektów pola walki. Są to systemy klasy „military grade”, w odróżnieniu od tysięcy dronów komercyjnych dostosowanych do tych samych zadań, powszechnie używanych przez obie strony konfliktu.

Wiadomo, że obie strony konfliktu w Ukrainie na dużą skalę używają komercyjnych bezpilotowców, które dostosowano do zadań uderzeniowych. Główną wadą tych komercyjnych czy na wpół komercyjnych aparatów, takich składanych samodzielnie z zakupionych części według własnych już projektów z odpowiednimi modyfikacjami uodporniającymi je na zakłócenia, jest ich relatywnie mały zasięg rażenia. To z kolei nie tylko ogranicza ich taktyczne zastosowanie do najbliższej strefy przyfrontowej, ale także zmusza operatorów do działania bardzo blisko linii frontu. A tu łatwo jest ich wypatrzeć i skierować na nich silny ogień. Straty wśród doświadczonych operatorów dronów są znaczne, a ich szkolenie nie jest wcale takie krótkie. Zasięg tych komercyjnych czy półkomercyjnych aparatów można zwiększyć poprzez retranslacje sygnałów za pomocą tzw. pszczoły-matki, czyli bezpilotowca który wznosi się nad własnym terytorium na większą wysokość i retransmituje sygnały radiowe w relacji dron-operator. Nadal jest to jednak nie więcej niż 10-12 km.

Aparat ZALA Lancet 1 czyli Izdielie 52.
Aparat ZALA Lancet 1 czyli Izdielie 52.

Podstawowym uderzeniowym aparatem bezpilotowym rodziny Zala jest Lancet. Jest on produkowany w dwóch głównych odmianach od 2019 r., przyjęto go do uzbrojenia w 2020 r., ale w większych ilościach zaczął być stosowany dopiero po rozpoczęciu wojny. Pojawił się on na większą skalę dopiero w czasie wojny rosyjsko-ukraińskiej po 2022 r.
Produkowane i dostarczane są dwie wersje: mniejszy i lżejszy Lancet 1 (w firmie nazywany Izdielie 52 czyli wyrób 52) oraz cięższy Lancet 3 (Izdielie 51). Oba mają bardzo charakterystyczne krzyżowe skrzydła i podobne stateczniki, ale te ostatnie na Lancet 3 są dużo mniejsze od skrzydeł, zaś na Lancet 1 mają podobną wielkość. W obu przypadkach napęd stanowi silnik elektryczny w tylnej części kadłuba napędzający śmigło pchające. Lancet w obu wersjach jest stosunkowo cichy. W przedniej części kadłuba znajduje się ruchoma głowica optyczna z kamerą telewizyjną o rozdzielczości wystarczającej do dobrej identyfikacji celu. Według producenta głowica elektrooptyczna współpracuje z modułem wykorzystującym sztuczną inteligencję znajdującym się w stacji kierowania systemu, który potrafi automatycznie zidentyfikować i wskazać proponowane do zwalczania cele.
Lancet 1 (Izdielie 52) ma masę startową około 5 kg, masa głowicy bojowej (z czego większość o ładunek wybuchowy) to ok. 1 kg, a prędkość maksymalna to 80 km/h. Maksymalny czas lotu to około 30 minut, zaś zasięg działania z wykorzystaniem szyfrowanego łącza radiowego to ok. 30 km, choć niektóre źródła podają 40 km. Biorąc pod uwagę prędkość lotu, po przebyciu 30 km pozostaje maksymalnie 15 minut na poszukiwanie celu i atak na niego, co wymaga wysokiej wprawy od operatora. W tym znaczeniu zasięg 40 km jest czysto teoretyczny, bowiem na tej odległości nie ma praktycznie czasu na znalezienie celu. Jedyna możliwość to wysłanie aparatu do ataku na cel uprzednio rozpoznany i obserwowany przez rozpoznawczy bezpilotowy aparat latający.
Drugi typ, Lancet 3 (Izdielie 51) ma większą masę startową sięgającą 12 kg, a masa głowicy bojowej to 3 kg. Długotrwałość lotu to 40 minut, ale prędkość maksymalna to 110 km/h. Zasięg podaje się nawet na 70 km, ale w praktyce jeśli chce się celu poszukiwać to nie przekracza on 50 km. Ta wersja jest jednak najczęściej wykorzystywana do ataku na cel uprzednio rozpoznany, bowiem na większej odległości od linii frontu zagęszczenie celów nie jest takie duże, jednak w odległości do ok. 15 km od linii frontu o wiele łatwiej znaleźć godny ataku cel.

Aparat ZALA Lancet 3 znany też jako Izdielie 51
Aparat ZALA Lancet 3 znany też jako Izdielie 51

Lancety obu wersji były niestety pomyślnie używane w Ukrainie i niszczyły całkiem sporo ważnych celów, choć ukraińskie wojska walczą z nimi na różne sposoby, od zakłóceń, poprzez ostrzeliwanie z przeciwlotniczej broni strzeleckiej aż po przechwytywanie własnymi dronami FPV.

Najnowszy aparat uderzeniowy Kub-BŁA (Izdielie 54) używany w Ukrainie od ponad roku.
Najnowszy aparat uderzeniowy Kub-BŁA (Izdielie 54) używany w Ukrainie od ponad roku.

Nowym typem amunicji krążącej firmy ZALA AERO to aparat Kub-BŁA (Izdielie 54) o masie startowej ok. 15 kg, który zbudowany jest w układzie latającego skrzydła z silnikiem z tyłu i śmigłem pchającym. Ma on podobne parametry czasowo-zasięgowe jak Lancet 3, ale jego prędkość przelotowa to 130 km/h, a w reżimie ataku z nurkowania do 200 km/h. Kub-BŁA jest używany od końca 2023 r. i chwilowo jest mniej popularny od Lancetów, ale jego produkcja rozwija się.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

W wojnie w Ukrainie obie strony atakują się coraz doskonalszymi bezpilotowcami uderzeniowymi o cechach pocisków manewrujących, ale o wiele od nich tańszymi, co gwarantuje masowość ich użycia.

Pretekstem do napisania tego tekstu stało się ogłoszenie przez Rosjan zakończenie opracowania najnowszego bezpilotowego aparatu latającego Gerań 3. Przypomnijmy, że Gerań 1 i Gerań 2, oba w układzie delta bez usterzenia poziomego napędzane silnikami tłokowymi, to licencyjne rosyjskie wersje irańskich aparatów Shahed 131 i Shahed 136. Do chwili obecnej użyto ich tysiące przeciwko celom w Ukrainie. Mimo małej prędkości rzędu 200 km/h i dość prymitywnej konstrukcji z szerokim wykorzystaniem nieskomplikowanych materiałów, w tym sklejki sosnowej.

Ogólny wygląd rosyjskiego bezpilotowca uderzeniowego dalekiego zasięgu Gerań 2 który jest licencyjną wersją irańskiego Shahed 136.
Ogólny wygląd rosyjskiego bezpilotowca uderzeniowego dalekiego zasięgu Gerań 2 który jest licencyjną wersją irańskiego Shahed 136.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Istnieją bowiem pociski manewrujące oraz tzw. bezpilotowce uderzeniowe, zwane przez dziennikarzy „dronami-kamikaze”. Jaka jest między nimi różnica? Głównie polega ona na tym, że pociski manewrujące dotąd wytwarzane przez czołowe firmy zbrojeniowe były skomplikowanymi i kosztownymi konstrukcjami o wysokich osiągach oraz z zaawansowanymi technicznie, precyzyjnymi, odpornymi na zakłócenia układami kierowania. Poruszają się one na bardzo małej wysokości z dużą prędkością poddźwiękową, trafiając w cel z dużą precyzją. Jest to broń efektywna, o wysokim prawdopodobieństwie przeniknięcia obrony przeciwlotniczej i trafienia w cel, ale jednocześnie bardzo kosztowna.

Dla odmiany uderzeniowe bezpilotowe aparaty latające wykonuje się według zupełnie innej filozofii. Mają one tanie płatowce, niezbyt kosztowne napędy i najprostszy z możliwych system kierowania oraz prostego autopilota. Co prawda nie mają takiej zdolności do penetracji wrogiej obrony powietrznej jak te pociski manewrujące kupowane za milion dolarów sztuka bądź drożej. Tanie bezpilotowce uderzeniowe można kupować i produkować masowo, a co za tym idzie – można ich używać do zmasowanych ataków, powodując efekt „zatkania” obrony przeciwlotniczej przeciwnika.

Zestrzelony, ale zachowany mniej więcej w całości rosyjski bezpilotowiec uderzeniowy Gerań 2, znaleziony w Ukrainie.
Zestrzelony, ale zachowany mniej więcej w całości rosyjski bezpilotowiec uderzeniowy Gerań 2, znaleziony w Ukrainie.

Rosjanie ostatnio zademonstrowali nową wersję swoich dronów Gerań 1 i Gerań 2. Te ostatnie są najpopularniejsze i ich zasięg sięga 800-1000 km, zaś głowica bojowa to 50 kg, z czego połowa to materiał wybuchowy. Nowa wersja nazywa się Gerań 3 i różni się zastosowaniem silnika odrzutowego. Nie jest to skomplikowana, kosztowna konstrukcja, ale zwiększa prędkość przelotową aparatu z 200 km/h do 600 km/h bez spadku zasięgu, co już poprawia możliwość przenikania przez system obrony powietrznej.
Rosjanie atakują głównie infrastrukturę energetyczną Ukrainy, chcąc wywołać załamanie się morale ludności, wspierając tym samym główny cel wojny: doprowadzić do przemęczenia wojną, apatii i rozkładu państwa ukraińskiego wywołanego chęcią powrotu do normalnego życia, choćby w państwie rządzonym przez prorosyjskie władze. W ten sposób Rosjanie będą mogli panować nad Ukrainą bez konieczności zużywania dużych sił na okupację krnąbrnego kraju. Temu właśnie służy cała wojna na wyniszczenie. Okresowo rosyjskie drony szturmowe atakują osiedla mieszkalne, by terroryzować ludność cywilną. Ma to oczywiście służyć temu samemu celowi.

Rosyjski Greań 3 z silnikiem odrzutowym jest przypuszczalnie licencyjną wersją irańskiego bezpilotowca Shahed 238, który ma bardzo podobne parametry.
Rosyjski Greań 3 z silnikiem odrzutowym jest przypuszczalnie licencyjną wersją irańskiego bezpilotowca Shahed 238, który ma bardzo podobne parametry.

W wojnie na wyniszczenie jaką prowadzą Rosjanie nie prowadzi się głębokich operacji, szybkich manewrów, przełamań obrony i głębokich zagonów pancernych. Zamiast tego nieustannie wysyła się do szturmu niewielkie grupy żołnierzy, którzy wywierają na ukraińskich obrońców nieustanną presję, zadając im straty i wyczerpując psychicznie i fizycznie. Z kolei ataki na infrastrukturę energetyczną wywołują wielkie utrudnienia w funkcjonowaniu ukraińskiego państwa i ludności. Ludzie żyją w ciągłym strachu przed atakiem, a ciągłe nocne alarmy przeciwlotnicze zmuszają ludzi do biegania do schronów i pozbawiają snu. Jak długo można to wytrzymać? Gdzieś leży kres ludzkich możliwości i jeśli nic się nie zmieni, to Rosjanie mają szansę osiągnąć swój cel.
W tych działaniach drony odgrywają bardzo ważną rolę, przyśpieszając proces upadku państwa z powodu wyczerpania. Z kolei ukraińskie drony dalekiego zasięgu działają zupełnie inaczej, ale o tym przy kolejnej okazji.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Powstała w 2004 r. firma ZALA AERO GROUP znana też pod rosyjską nazwą ZALA AERO GROUP Беспилотные системы (systemy bezpilotowe), od 2015 r. wchodząca w skład koncernu OA Koncern „Kałasznikow”, jest jednym z głównych dostawców różnych bezpilotowych aparatów latających dla Sił Zbrojnych Rosji.

Firmę założył w 2003 r. konstruktor i biznesman z Iżewska Aleksandr Zacharow, a firma początkowo nazywała się OOO „CST”, przy czym owe trzy „O” oznaczają spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, zaś CST jest skrótem od Centr Sowriemiennoj Techołogii, czyli centrum współczesnych technologii. Proponowano wówczas różne rozwiązania z dziedziny technologii teleinformacyjnych, ale już w 2004 r. firma zajęła się opracowaniem i produkcją różnych systemów bezpilotowych, które z czasem znalazły drogę dla wojska. Od 2015 r. przyjęto nazwę ZALA, a wejście w skład OA Koncern „Kałasznikow”, co mimo wszystko nie oznacza utratę pewnej samodzielności firmy z Iżewska, dało możliwość prowadzenia sprzedaży produktów dla Sił Zbrojnych Rosji, jako że koncern był dopuszczony do tzw. obrotu specjalnego. Od 2011 r. do 2021 r. koncern uzyskał kontrakty od rosyjskich agencji rządowych wartości 3,3 miliardy Rubli. Po inwazji Rosji na Ukrainę, w samym 2022 r. uzyskano kontrakty, głównie od wojska, wartości 3,8 miliardów Rubli, co wpłynęło na ogromny rozwój tej firmy.

Założyciel i główny konstruktor firmy ZALA AERO Aleksandr Zacharow, obecnie posiadający 50,85% udziałów w firmie.
Założyciel i główny konstruktor firmy ZALA AERO Aleksandr Zacharow, obecnie posiadający 50,85% udziałów w firmie.

Obecnie w Rosji nastąpił prawdziwy wysyp różnych firm produkujących różne systemy bezpilotowe. To, że większość z nich jest przeznaczone na rynek cywilny nie znaczy, że nie trafiają one do wojska. W wyniku zbiórek społecznych, albo za fundusze jednostek wojskowych, kupowane są różne komercyjne aparaty, które na miejscu w warsztatach jednostek wojskowych są dostosowywane do zadań militarnych, poprzez modyfikację ich systemów łączności, poprzez ich uzbrajanie, itp. Czasem wojsko kupuje też części z których samodzielnie składa sobie odpowiednie aparaty, choć w Rosji jest to o wiele mniej rozwinięte, niż w Ukrainie. Ukraina cieszy się szerokim poparciem i w związku z tym zbiórki na zakup dronów mają duży odzew także za granicą, więc jednostki otrzymują ich znacznie więcej.

Nowa rodzina amunicji krążącej firmy ZALA AERO, czyli aparat typu Kub.
Nowa rodzina amunicji krążącej firmy ZALA AERO, czyli aparat typu Kub.

Firma ZALA AERO GROUP dostarcza swoje aparaty w normalnym systemie dostaw wojskowych, przy czym używane są trzy różne grupy aparatów różnych typów. Jedne to aparaty rozpoznawcze i obserwacji pola walki produkowane w klasie małych TUAV (Tactical Unmanned Aerial Vehicle) o masie od 5 do 20 kg. Są one powszechnie używane na froncie w Ukrainie w coraz większej ilości. Drugą grupą wytwarzanych aparatów to tzw. amunicja krążąca, zwana czasem przez dziennikarzy „dronami kamikaze”. Tutaj firma ZALA AERO GROUP jest liderem wśród firm, jakie można zaliczyć do branży zbrojeniowej, w dostawach profesjonalnej amunicji krążącej, a najbardziej znany typ to ZALA Lancet, który ma zasięg nawet do 70 km w odmianie Lancet-3 i do 40 km w wersji Lancet-1. Jednakże Lancet nie jest jedynym typem aparatu produkowanym w tej klasie.
Kolejna grupa używana przez wojska w najmniejszej liczbie to aparaty pionowego startu i lądowania typu śmigłowcowego. Są one również używane do rozpoznania i obserwacji, ale na niewielką odległość, ale wojsko ma ich niewiele. Najwięcej aparatów „śmigłowcowych” typu Zala 421-02, Zala 421-02M i Zala 421-02X sprzedano Ministerstwu Nadzwyczajnych Sytuacji, czyli rosyjskiemu ministerstwu odpowiedzialnemu za służby ratownicze, straż pożarną, itp.

Aparaty firmy ZALA AERO GROUP w dwóch pierwszych klasach są natomiast stosowane na froncie dość masowo. Inne profesjonalne firmy produkujące bezpilotowe aparaty latające to na przykład OOO STC czyli Specjalnyj Technołogiczeskij Centr z Sankt Petersburga, który jest producentem słynnych apoaratów Orłan, z najpopularniejszym Orłan-10 używanym bardzo powszechnie do rozpoznania taktycznego w Ukrainie, Roboavia z Symferopola dostarczająca małe rozpoznawcze aparaty Feniks-3, Grupa Konsztadt również z Sank Petersburga produkująca aparaty Orion i Forposst, które jednak po początkowych stratach obecnie są używane na froncie w niewielkiej ilości oraz AO „Eniks” z Republiki Tatarstanu, która produkuje małe aparaty rozpoznawcze rodziny Eleron oraz obserwacyjny quadrocopter Wjejer.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

By lepiej zorganizować działania swoich bezpilotowców, które w Ukrainie odgrywają niesamowitą rolę, której się nikt nie spodziewał. W istocie stanowią one czwartą siłę ogniową, po artylerii lufowej, artylerii rakietowej oraz lotnictwie.

Do początków zeszłego roku ukraińskie jednostki dronowe były tworzone samorzutnie. W znacznym stopniu była to inicjatywa oddolna, łącznie z zakupem bezpilotowców, które dokonywano ze zbiórek poszczególnych brygad piechoty walczących w Ukrainie. Użycie aparatów nie było scentralizowane, każdy pododdział starał się mieć własne zespoły droniarzy, którzy mieli wspierać jego działania. Najczęściej takie zespoły pojawiały się przy dowództwach kompanii, najpierw w formie niezorganizowanej, by później tworzyć formalne plutony dronowe. Te plutony miały dość dużą swobodę działania, choć jednocześnie dowódcy traktowali je jako swoje „oczy i uszy”, polecając przeprowadzenie obserwacji określonego terenu, a szczególnie przed przeprowadzeniem natarcia, kontrataku lub przy odpieraniu ataku Rosjan. W końcu każdy dowódca doceniał zalety posiadania szybkiej i dokładnej informacji o obrazie pola walki, których bezbłędnie dostarczały drony typu quadrocopter. Są to aparaty stabilne, relatywnie łatwe w obsłudze, niewielkie co bardzo utrudnia ich zestrzelenie. Główną ich wadą jest mały zasięg i podatność na zakłócenia oraz fakt, że operator musi przebywać bardzo blisko linii frontu. A Rosjanie prowadzą prawdziwe polowania na operatorów, ostrzeliwuje ich nawet artyleria, wypatrują ich snajperzy.

Ukraiński operator drona z pomocnikiem. Zdjęcie z ćwiczeń, na froncie żołnierze zamazują twarze na zdjęciach.
Ukraiński operator drona z pomocnikiem. Zdjęcie z ćwiczeń, na froncie żołnierze zamazują twarze na zdjęciach.

To, co powstało obecnie to samodzielne kompanie dronowe dla każdej brygady oraz samodzielne bataliony dla poszczególnych dowództw kierunków operacyjnych. W Ukrainie istnieje jedenaście takich kierunków: kurski, charkowski, kupiański, łymański, siwierski, kramatorski, torecki, pokrowski, nowopaliwski, wremiński, orechowski. Tu warto dodać, że obecnie najcięższe walki toczą się w rejonie Torećka (kierunek torecki), Pokrowska (kierunek pokrowski), na zachód od Kurachowe (kierunek nowopaliwski), pod Wełyką Nowosiłką (kierunek wremiński). Ponieważ każdy z owych kierunków ma do swojej dyspozycji dwa takie bataliony dronowe, a ponadto dwa kolejne takie bataliony sformowano na potrzeby odwodu naczelnego dowództwa.
Skład takiego w pełni zmotoryzowanego batalionu wygląda następująco:
– dowództwo i komórka łączności
– kompania rozpoznawcza z 12 zespołami dronów różnych typów, w tym nie tylko quadrocopterów ale i większych aparatów taktycznych typu „samolotowego”, takich jak polskie FlyEye;
– kompania samolotowych dronów uderzeniowych (14 zespołów), która jest uzbrojona w bardziej profesjonalną amunicję krążącą produkcji rodzimej lub pochodzącą z dostaw zachodnich (polskie Warmate, amerykańskie Switchblade);
– kompania wirnikowych dronów uderzeniowych (18 zespołów) która jest wyposażona w popularne aparaty pochodzenia częściowo komercyjnego, zakupionego przez platformy zakupowe i zmodyfikowanego pod kątem użycia na ukraińskim polu walki, ale też aparatów specjalnie produkowanych przez liczne rozproszone ukraińskie firmy. Te aparaty są produkowane tysiącami, ale ich zużycie (są jednorazowe) jak wiadomo też jest wielkie;
– warsztat remontowy który ma za zadanie naprawiać aparaty różnych typów, ale też sprawdzać dostarczone pod kątem nie przesyłania przez ich systemy pozycji operatora (te funkcje są odłączone) oraz w razie potrzeby wprowadzając inne modyfikacje uodparniające aparaty na zakłócenia;
– pluton ładowania akumulatorów;
– grupa medyczna z zespołami ewakuacji medycznej, jako że straty wśród „droniarzy” wcale nie są wiele mniejsze od strat w piechocie.

 

Przygotowanie drona uderzeniowego typu FPV do wykonania zadania na froncie.
Przygotowanie drona uderzeniowego typu FPV do wykonania zadania na froncie.

Jak widać te bataliony zostały skomponowane optymalnie pod kątem zarówno prowadzenia rozpoznania (na rzecz dowództwa do którego na poziomie taktycznym są przydzielone, ale także głównie na własną rzecz, by poszukiwać i wskazywać cele do ataków). Kompania samolotowych dronów uderzeniowych z reguły działa na głębokość 10-30 km od przedniego skraju wojsk wroga, albo niekiedy dalej. Natomiast wirnikowych dronów uderzeniowych atakuje od przedniego skraju własnych wojsk na głębokość 10-12 km w głąb terenów nieprzyjaciela. Ze względu na tempo dostaw oraz wymagania pola walki ustanowiono nieprzekraczalną normę zużycia dronów uderzeniowych: 115 „dziennych” (bez termowizji) i 25 „nocnych” (z kamerą termowizyjną). Każdy batalion otrzymuje tygodniowo 200-400 nowych dronów uderzeniowych jednorazowego użytku oraz kilka aparatów rozpoznawczych jako uzupełnienie strat.
Powyższe dane znamy ze źródeł rosyjskojęzycznych, bowiem Rosjanie zamierzają skopiować powyższą organizację. Jeśli chodzi o kompanie przydzielane do brygad to mają one podobną organizację, ale wszystko jest o szczebel niżej.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Okazało się, że zwalczanie powolnych dronów przez przeciwlotnicze zestawy rakietowe jest dość dużym wyzwaniem. Dlatego Rosjanie reorganizują swoją obronę przeciwlotniczą w taki sposób, by lepiej sprostać wyzwaniom.

Ukraińskie ataki dronami dalekiego zasięgu przeszły już do prawdziwej legendy tej wojny. Okazało się, że proste tanie aparaty które są produkowane dosłownie tysiącami i wysyłane na Rosję średnio dziesięć razy w miesiącu w zmasowanych atakach, przynoszą Rosjanom bardzo poważne straty. Szczególnie dotkliwe są ataki na obiekty związane z paliwami – rafinerie ropy naftowej, składy paliw płynnych, terminale przeładunkowe. Wywołują one spore straty, ale przecież to nie jedyne atakowane obiekty. Równie duże straty, choć nieco rzadziej, ukraińskie drony wywołują w zakładach chemicznych związanych z produkcją materiałów wybuchowych, w których również nie brakuje substancji łatwopalnych. Oczywiście atakowane są też inne cenne obiekty, jak na przykład zakłady lotnicze. Atakowano lotnicze zakłady w Smoleńsku, Kazaniu i Taganrogu, choć nie ma informacji o stratach powstałych w tych zakładach.

Przeciwlotniczy zestaw rakietowy S-400 Triumf, choć skąd inąd o niezłych możliwościach bojowych, średnio radził sobie ze śledzeniem i zwalczaniem powolnych dronów.
Przeciwlotniczy zestaw rakietowy S-400 Triumf, choć skąd inąd o niezłych możliwościach bojowych, średnio radził sobie ze śledzeniem i zwalczaniem powolnych dronów.

Wydawałoby się, że taki bezpilotowiec jest stosunkowo łatwym celem dla obrony przeciwlotniczej. Leci wcale nie tak nisko, bo nie ma układu pozwalającego mu na lot profilowy zgodnie z rzeźbą terenu, a jedynie prosty wysokościomierz barometryczny. Prędkość lotu jest niewielka, a zatem na przeprowadzenie sekwencji strzelania jest sporo czasu.
Ale tu pojawiły się schody. Rosyjskie systemy przeciwlotnicze, a szczególnie te rozmieszczone w osłonie ważnych obiektów w głębi kraju są zoptymalizowane do niszczenia szybkich samolotów, w tym tych lecących na małej wysokości. A zatem pracują w oparciu o radary impulsowo-dopplerowskie, gdzie kluczową sprawą jest oddzielanie na tle ziemi celów poruszających się, dzięki zjawisku Dopplera. Okazuje się bowiem, że odbicie impulsu radarowego od poruszającego się obiektu dociera z powrotem do anteny radaru na nieco zmienionej częstotliwości, zmienionej właśnie efektem Dopplera. Teraz wystarczy ustawić radar na odbiór tych zmienionych częstotliwości (większych od fali nośne dla obiektów zbliżających się i mniejszych dla obiektów oddalających się), by widzieć na tle odbić od obiektów terenowych rzeczywisty samolot. Stałe obiekty terenowe nie dają bowiem efektu Dopplera, powracające odbicie ma tę samą częstotliwość co impuls sondujący.
Jeśli to będzie jednak wolno lecący obiekt, to jego echo dopplerowskie będzie bardzo słabe, dlatego drony są wykrywane bliżej od szybkich samolotów. W dodatku jest jeszcze jeden problem: obracające się śmigła wywołują serię szumów dopplerowskich, czyli po prostu zakłóceń mówiąc po ludzku.

Pojazdy zestawu przeciwlotniczego średniego zasięgu 9K317 Buk M, dostosowanego m.in. do zwalczania śmigłowców, dlatego te zestawy lepiej radzą sobie z dronami dalekiego zasięgu.
Pojazdy zestawu przeciwlotniczego średniego zasięgu 9K317 Buk M, dostosowanego m.in. do zwalczania śmigłowców, dlatego te zestawy lepiej radzą sobie z dronami dalekiego zasięgu.

Przypuszczalnie nowe lub modernizowane zestawy rakietowe otrzymają cechy techniczne pozwalające im na łatwiejsze wykrywanie i śledzenie powolnych obiektów powietrznych z napędem śmigłowym. Ale na razie trzeba sobie radzić z tym co jest. Dlatego jednolite dotąd dywizje rakiet obrony powietrznej zostały zreorganizowane. Jednolite, bowiem wszystkie dywizje składały się z pułków zestawów dalekiego zasięgu S-300PMU Faworit lub nowszych S-400 Triumf, teraz są łączone w mieszane. Przede wszystkim obok dwóch takich pułków pojawił się trzeci, uzbrojony w samobieżne zestawy średniego zasięgu 9K317 Buk M, które zostały zabrane z Wojsk Lądowych lub przekazuje się zestawy nowo wyprodukowane. Buk nigdy nie służył w Siłach Powietrzno-Kosmicznych Rosji, a teraz się pojawił. Dlaczego Buk? Dlatego że ten zestaw z kolei jest dostosowany między innymi do zwalczania śmigłowców, czyli jego radar potrafi śledzić wolno lecący śmigłowiec z dużym obracającym się wirnikiem wywołującym określone szumy dopplerowskie. Wojska lądowe bowiem musiały móc walczyć tak z samolotami, jak i ze śmigłowcami czy większymi bezpilotowymi aparatami latającymi. Stąd właśnie takie mieszane ugrupowanie. Ponadto w drugim pułku S-300 lub S-400 ma być dodany dywizjon przeciwlotniczych zestawów bliskiego zasięgu Pancyr S-1, wspomagający obronę na małej wysokości. Sam Pancyr S-1 nie jest szczególnie udanym systemem, niedawno w Kazaniu rakieta która zgubiła cel trafiła w blok mieszkalny wywołując w nim spory pożar i właściwie go całkowicie niszcząc. Nic innego jednak Rosja na razie nie ma.
W rosyjskich dywizjach rakiet przeciwlotniczych, poza zmianami opisanymi wczoraj, wprowadza się do ich struktury batalion radiotechniczny mający wykrywać zbliżające się środki napadu powietrznego. Do tej pory organizowanie sieci obserwacji przestrzeni powietrznej było domeną brygad radiotechnicznych, od których były uzależnione dywizje rakiet przeciwlotniczych. Obecnie własny batalion radiotechniczny ma zapewnić błyskawiczna informację o nadlatujących celach, gdyby zawiódł obieg informacji między wojskami radiotechnicznymi a wojskami przeciwlotniczymi. Dodatkowo w dywizjach rakiet przeciwlotniczych pojawiły się bataliony walki radioelektronicznej, wspomagający obronę obiektów poprzez zakłócanie układów nawigacyjnych dronów dalekiego zasięgu. Warto jednak podkreślić, że obszary jakie ma Rosja do obrony są nie do „przykrycia” nawet przez wielkie jednostki przeciwlotnicze. A koszty budowy takiego systemu są niewiarygodnie wielkie.

Przeciwlotniczy zestaw rakietowy małego zasięgu Pancyr S-1.
Przeciwlotniczy zestaw rakietowy małego zasięgu Pancyr S-1.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Już teraz zapisz się
do naszego newslettera

Bądź na bieżąco z nowościami