Od wielu już miesięcy Ukraina zmaga się coraz większym napływem uderzeniowych bezpilotowych aparatów latających Gerań 2, czyli licencyjnych irańskich Shahed 136. Ich zwalczanie stało się poważnym problemem.
Rosjanie od ponad dwóch lat do atakowania Ukrainy stosują drony uderzeniowe dalekiego zasięgu. Początkowo w Iranie zakupiono drony Shahed 131 i 136 o zasięgu (odpowiednio) 800 km i ponad 2000 km. Pierwsze użycie Shahedów przeciwko Ukrainie miało miejsce 13 września 2022 r. Po kilkudziesięciu atakach z użyciem niewielkiej ilości sprowadzonych z Iranu dronów Shahed, podjęto ich licencyjną produkcję w Rosji pod nazwą (odpowiednio) Gerań 1 i Gerań 2. Jesienią 2024 r. zaczęto używać odrzutowych Shahedów 238 produkowanych w Rosji na licencji jako Gerań 3. Jednakże odrzutowych dronów produkuje się niewiele i zdecydowanie najpopularniejsze pozostają Geranie 2, czyli rosyjska odmiana Shaheda 136, nieco mniej używa się Gerani 1. Produkcją Gerani zajmuje się firma Ałabuga-Politech w miejście Jełabuga w Tatarstanie. Gerań 2 waży 220 kg i ma głowicę bojową o masie 70 kg, czyli porównywalną z ładunkiem amerykańskiej bomby SDB (Small-Diameter Bomb) o masie 118 kg. Rozpiętość skrzydeł sięga 3,5 m, zaś długość kadłuba – 2,6 m. Start drona odbywa się ze specjalnej wyrzutni, dlatego nie ma on podwozia.
Najgorsze jest to, że produkowany w Rosji Gerań 2 kosztuje około 25 000 dolarów za sztukę. Jak na sprzęt wojskowy jest to śmiesznie tanio. Dzięki temu można odpalać je tysiącami. Celność Gerani 2 nie jest jakoś szczególnie wielka, ale wystarczająca do porażenia celów takich jak podstacja elektryczna. Były one używane do atakowania obiektów związanych z energetyką, ale są też wykorzystywane do terroryzowania ludności poprzez ataki na dzielnice mieszkalne.
Ich zwalczanie rakietami przeciwlotniczymi, za wyjątkiem relatywnie tanich przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych mija się z celem, bowiem koszt każdej rakiety przeciwlotniczej jest wielokrotnie większy. Co ważniejsze jednak możliwości Ukrainy w zakresie pozyskiwania tych rakiet są ograniczone i z pewnością nie dorównują możliwością Rosjan produkcji i użycia tych tanich bezpilotowców.

Dlatego używano do ich zwalczania mobilnych grup uzbrojonych w najcięższe karabiny maszynowe kal. 12,7 mm, zamontowane na półciężarówkach terenowych. Obrona przeciwlotnicza sygnalizowała trasę drona poruszającego się z prędkością 185 km/h, a grupa zwalczająca cel potrafiła się przemieścić tak, by dron przelatywał w zasięgu ich ognia i zestrzelić go czy to z karabinu maszynowego, czy z przenośnego przeciwlotniczego karabinu maszynowego. Jednakże od jesieni 2024 r. Rosjanie zmienili taktykę i zaczęli wysyłać drony Gerań nie na małej wysokości (100-300 m), ale na średniej wysokości 3000-3500 m. Było to poza zasięgiem ognia tak karabinów, jak i tych zestawów rakietowych, pozostających w uzbrojeniutych grup. Do ich zwalczania wprzęgnięto więc śmigłowce szturmowe i transportowe (ze strzelcem pokładowym w drzwiach i samoloty myśliwskie, które niszczą je głównie ogniem z działek.

Ale znaleziono inne rozwiązanie. Ukraińcy zaczęli z powodzeniem stosować swoje drony przechwytujące do niszczenia nadlatujących rosyjskich dronów uderzeniowych typu Gerań. Jest to taka imitacja rakiety przeciwlotniczej, ma układ samonaprowadzania się na cel, ale jest dronem a nie rakietą, zbudowanym niemal tak jak prawdziwy pocisk przeciwlotniczy z własnym układem naprowadzania radiokomendowego. Ukraina używa dwóch bardzo podobnych dronów, Strila i Buriewij produkowane przez nową firmę WIY Drones, której lokalizacja jest utrzymywana w tajemnicy. Naprowadzanie dronów na cel wymaga pewnej wprawy operatora, mającego do dyspozycji kamerę na dronie oraz monitor, na podstawie którego kieruje elektrycznym pociskiem. Oba typy są niemal identyczne i mogą się wspiąć na wysokość do 5000 m, a czas lotu wynosi 15-20 minut, na tyle starcza bateria do silniczków elektrycznych. Podobno za pomocą dronów Strila i podobnych Buriewij zestrzelono już ponad sto dronów uderzeniowych Gerań 2. Najważniejsze jest jednak to, że podczas gdy pocisk do systemu Patriot kosztuje w zależności od wersji 2-3 miliony dolarów, to Strila nie kosztuje więcej niż 10 tysięcy dolarów, a może mniej. A przeciwko Geraniom jest również skuteczna, choć czasem na zestrzelenie jednego Gerania trzeba zużyć dwa trzy drony przechwytujące w kolejnych punktach obrony antydronowej. To bardzo ważne, bo Rosja śle na Ukrainę olbrzymie ilości owych tanich bezpilotowców uderzeniowych dalekiego zasięgu, nawet do 400 i więcej dziennie.
Co ciekawe, oba typy dronów nadają się też do zwalczania aparatów rozpoznawczych Orłan lub podobnych, a także amunicji krążącej Zala.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
1 czerwca 2025 r. Ukraina dokonała ataku na rosyjskie bombowce strategiczne z wykorzystaniem kombinacji bezpilotowych aparatów latających i technik dywersyjnych. Oficjalnie operację znaną jako „Pawutina” czyli sieć pająka przeprowadziło ukraińskie SB (Służba Bezpieczeństwa), ale nie jest wykluczone że to jednak robota wywiadu wojskowego GUR.
Operację tą przygotowywano podobno 18 miesięcy. Cel był nie byle jaki, bo kosztujące setki milionów dolarów bombowce strategiczne, której floty Rosja nie jest w stanie uzupełnić, bo samoloty te nie są produkowane od wielu lat. Wznowienie ich produkcji obecnie to niesamowicie kosztowne i trudne przedsięwzięcie. Poza rolą odstraszania jądrowego rosyjskie bombowce są używane do systematycznych ataków pociskami manewrującymi Ch-101 na Ukrainę. Część samolotów pozostaje przez określony czas, zwykle trzy tygodnie, w dyżurze z bronią jądrową w ramach gotowości bojowej sił strategicznych. Po zluzowaniu ich przez kolejną grupę bombowców, kilka z nich jest uzbrajanych w pociski skrzydlate z głowicami konwencjonalnymi Ch-101 i po otrzymaniu sygnału do ataku lecą odpalać podwieszone pociski nad Morzem Kaspijskim. Pociski po zrzucie rozkładają skrzydła, uruchamiają swoje silniki i samodzielnie lecą do celu w Ukrainie. Łącznie Rosja posiada 58 samolotów Tu-95MS i 16 nowszych Tu-160, A także 62 Tu-22M3, przeznaczone głównie do ataków jądrowych na Europę na wypadek wojny na poziomie strategicznym.
Ukraińska operacja specjalna była skierowana na cztery bazy lotnictwa strategicznego i na lotnisko z zakładami remontowymi zabezpieczającymi logistycznie samoloty strategiczne. Były to lotniska strategiczne: Olenia koło Murmańska, Diagiliewo po Riazaniem, Biełaja pod Irkuckiem i leżąca przy granicy chińskiej baza Ukrainka. Piątym lotniskiem było Iwanowo, gdzie mieszczą się zakłady remontowe. Do Rosji przemycono części z których zmontowano pod Czelabińskiem około 120 dronów (Ukraina podaje dokładną liczbę jako 117). Były to popularne aparaty „Osa” firmy First Contact z Czernihowa o masie nieco ponad 5 kg, przenoszące ładunek użyteczny nieco ponad 3 kg. Ponieważ w jego skład wchodzi kamera, to na ładunek bojowy pozostaje ok. 2,5 kg. Zasięg tego drona to 8 km, ale mówimy o zasięgu łączności do sterowania metodą FPV, do czego ten aparat jest najczęściej stosowany. W przypadku lotu autonomicznego ten zasięg sięga 15 km.

W dronie zastosowano popularnego autopilota ArduPilot (jest to komercyjna aplikacja kontrolująca systemy bezzałogowe) sprzężonego ze sztuczną inteligencją. W muzeum broni strategicznych w Potławie ćwiczono układ sztucznej inteligencji w wyszukiwaniu i atakowaniu bombowca Tu-22M3 i Tu-95. Kiedy wypracowany został odpowiedni algorytm, został on skopiowany do wszystkich użytych dronów. Ukraiński agent założył firmę transportową w Czelabińsku, gdzie na przedmieściach zmontowano specjalne domki kontenerowe, których dach był zdalnie otwierany. Pod dachem umieszczono 20-36 dronów w każdej ciężarówce. Kierowców wynajęto przez media społecznościowe płacąc im zaliczki na konto, co jest w Rosji normą w branży transportowej. Każdy z nich otrzymał zlecenie na transport ładunku do określonego miejsca po zadanej trasie. W pobliżu lotnisk każdy z kierowców otrzymał telefoniczne polecenie zatrzymania się na parkingu, wówczas dach się otwierał i startowały drony. Kierowcy, których Rosjanie oczywiście aresztowali, nie mieli pojęcia w czym uczestniczą, ani nie znali swojego zleceniodawcy. Właściwi organizatorzy nie zostali schwytani.
Podobno aparaty nie korzystały z GPS, ze wskazanego miejsca zatrzymania się (parking, stacja benzynowa) aparaty leciały według kursu i czasu oraz zliczenia drogi, a następnie po włączeniu kamery same poszukiwały sobie celów. Osy naprowadzały się na cele same i robiły to dość skutecznie.

Spośród czterech lotnisk operacyjnych, nie powiódł się atak na Ukrainkę i to z bardzo prozaicznej przyczyny – przed dojechaniem w pobliże bazy zapaliła się ciężarówka, a w wyniku pożaru doszło do wybuchów ładunków dronów. Za to pozostałe ataki powiodły się. Najmniej wiadomo o ataku na Iwanono, gdzie poważnie uszkodzono dwa samoloty dozoru radiolokacyjnego A-50. Zniszczono też na pewno 9 Tu-95MS i 4 Tu-22M3, a uszkodzono 6 Tu-95MS oraz 8 Tu-22M3. Ponadto zniszczeniu uległ samolot transportowy An-12 (w bazie Olenia). Trzeba przyjąć, że spośród maszyn uszkodzonych są takie, których nie da się lub nie będzie się opłacało naprawiać. Mowa o danych potwierdzonych ze zdjęć satelitarnych, bowiem Ukraina ogłosiła oficjalnie zniszczenie 41 dużych samolotów.
Strata 9 do 15 Tu-95MS spośród 58 maszyn, w tym zapewne ok. 40 w pełni sprawnych to uszczuplenie rosyjskiej floty bombowców strategicznych o jedną czwartą. Jest to poważny cios, który na Zachodzie wywołał obawy o możliwość użycia broni jądrowej przez Rosję, co oczywiście nie nastąpiło.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Za nami szósta edycja Śląskich Dni Lotnictwa i Dronów!
Tegoroczna edycja Śląskich Dni Lotnictwa i Dronów dostarczyła uczestnikom mnóstwo inspiracji, praktycznej wiedzy i okazji do nawiązania cennych kontaktów. Wydarzenie odbyło się w wyjątkowej atmosferze, łącząc pasjonatów lotnictwa, dronów oraz nowych technologii.
W programie znalazło się 6 paneli tematycznych, w których udział wzięli eksperci z branży, przedstawiciele firm, instytucji naukowych oraz administracji. Panele obejmowały szeroki zakres zagadnień – od innowacji w lotnictwie, przez zastosowania dronów w różnych sektorach, po regulacje prawne i perspektywy rozwoju rynku.
Dla wszystkich, którzy nie mogli uczestniczyć osobiście, lub chcieliby ponownie zobaczyć wybrane fragmenty konferencji, mamy dobrą wiadomość – nagranie całego dnia jest już dostępne online. To świetna okazja, aby w swoim tempie przypomnieć sobie najciekawsze prelekcje i dyskusje.
Zobacz nagranie na YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=bILaqwV2nfY
Serdecznie dziękujemy wszystkim uczestnikom, prelegentom i partnerom wydarzenia za aktywny udział oraz wspólnie spędzony czas. Śląskie Dni Lotnictwa i Dronów po raz kolejny pokazały, jak dynamiczna i inspirująca jest branża lotnicza w naszym regionie.
6 Śląskie Dni Lotnictwa i Dronów to wydarzenie organizowane już po raz szósty a podjęte rozmowy i rozważania podczas poprzednich edycji dotyczące w głównej mierze przemysłu lotniczego (lotnictwo lekkie) oraz dronowego tym razem będą omawiane w kontekście nie tylko cywilnym ale i militarnym, a zaproszeni goście zaprezentują przemysł lotniczy i dronowy jako jedną z wiodących technologii dual use.
Tegoroczna będzie miała miejsce w Katowicach, w siedzibie BCU Skyport – Branżowego Centrum Umiejętności SKYPORT, czyli nowoczesnej placówce edukacyjnej, stworzona z myślą o przyszłości branży lotniczej.
Centrum to powstało we współpracy przedstawicieli świata nauki i składa się z trzech podmiotów:
Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Katowicach – lidera.
Śląskiego Klastra Lotniczego – partnera biznesowego.
Politechniki Śląskiej Wydziału Transportu i Inżynierii Lotniczej – partnera naukowego.
Spotkanie, które będzie odbywać się w Katowicach, będzie okazją do zaprezentowania partnerom z kraju i zagranicy, polskich doświadczeń branży lotniczej stanowiących efekt współpracy środowiska przedsiębiorców, polskiej nauki oraz wsparcia otrzymywanego ze strony administracji publicznej, zarówno samorządu lokalnego jak też administracji centralnej i instytucji wspierających biznes i naukę.
Gość specjalny:
Konrad Gołota – Wiceminister Aktywów Państwowych ds. Przemysłu Obronnego
Godzina: 14:00/ Temat: Rozwój polskiego przemysłu obronnego
Serdecznie zapraszamy do rejestracji na wydarzenie:
Link do pobranie bezpłatnego biletu
Serdecznie zapraszamy!
Opisaliśmy już dwa małe rosyjskie taktyczne aparaty rozpoznawcze o masie do 15 kg i promieniu działania do 50 km, Zala T-16 i SKAT 350M. Uzupełnia je nieco większy aparat Granat-4 o masie startowej 30 kg i promieniu działania do 100 km. Od roku jest on pomyślnie używany na wojnie w Ukrainie.
Wojna w Ukrainie pokazała, że duże bezpilotowe aparaty latające nie mają szans na przetrwanie nad polem walki. Trzeba szukać rozwiązań o ograniczonej do ok. 50 kg masie, które byłyby w stanie prowadzić rozpoznanie i poszukiwanie celów w promieniu100-120 km od miejsca znajdowania się operatora czyli na głębokość ok. 90-100 km w ugrupowaniu nieprzyjaciela. Takie aparaty są zwykle związane z jednostkami artylerii o odpowiednim zasięgu (do 30 km – artyleria lufowa, do 50-70 km – wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe średniego zasięgu i do 100 km – wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe typu BM-30 Smiercz o zasięgu ognia do 70-90 km), a także z dowództwami brygad i pułków wojsk lądowych (aparaty o zasięgu do 100 km) czy batalionów wojsk lądowych (aparaty o zasięgu do 50 km), by pomóc im planować działania bojowe.
Małe bezpilotowe aparaty taktyczne (STUAV) są wystarczająco trudne do wykrycia, by ich zwalczanie przez wojska wroga było utrudnione, a jednocześnie muszą być na tyle tanie, by ich strata nie była trudna do uzupełnienia kolejnymi podobnymi systemami kupowanymi za niewielkie pieniądze. Ich produkcja musi być jednak prowadzona na dużą skalę.
Odpowiedni zasięg transmisji danych w tego rodzaju systemach jest zwykle zapewniony przez retransmisję łączności za pomocą aparatu z odpowiednim systemem łączności wykonującym lot nad własnym terytorium. Ponieważ odbiorniki GPS są obecnie często skutecznie zakłócane, dlatego precyzyjną nawigację realizuje się na trzy sposoby. Po pierwsze, obraz z kamery jest porównywany z cyfrową mapą w pamięci komputera, przy czym może to być realizowane na stacji operatora, a położenie geograficzne może być transmitowane do aparatu w razie potrzeby. Po drugie, można określać położenie własnego aparatu za pomocą telemetrii, czyli namierzania kierunku odbieranego sygnału z dwóch miejsc (aparaty do retransmisji). Trzecia metoda to umieszczenie w aparacie karty SIM strony przeciwnej i wykorzystanie jego sieci komórkowej do pomiaru położenia za pomocą wbudowanej funkcji GPS. Ten ostatni sposób może też pracować jako awaryjny kanał łączności z wykorzystaniem portali społecznościowych. Wbrew pozorom odnalezienie w mediach społecznościowych wrogiej transmisji z drona graniczy z cudem, bo trzeba przekopać tony mało ważnych informacji jakie ludzie wymieniają między sobą.

Opisywany aparat Granat-4 został opracowany przez firmę OOO „Iżmasz – Systemy Bezpilotowe” z Iżewska, który pomału staje się rosyjskim centrum produkcji bezpilotowców. Sam aparat Granat-4 wchodzi w skład kompleksu rozpoznania Nawodczik-2 który obejmuje też stacje kierowania, sprzęt do przygotowania do startu, stację do programowania lotu oraz wyposażenie rozpoznawcze na samym aparacie, a także zestaw innych akcesoriów. Start aparatu Granat-4 odbywa się z krótkiej wyrzutni z tłokiem pneumatycznym, zaś lądowanie we wskazanym miejscu odbywa się z użyciem spadochronu. Napęd aparatu stanowi silnik spalinowy napędzający dwułopatowe śmigło pchające, a zapas paliwa początkowo wystarczał na 6 godzin lotu, co później zostało podwojone do 12 godzin. Sam bezpilotowiec został wykonany w układzie klasycznym z prostym skrzydłem w układzie górnopłata. Silnik umieszczono w tylnej części skrzydła, a pod jego pchającym śmigłem znajduje się belka ogonowa, do której mocowane jest klasyczne usterzenie z podwójnym statecznikiem pionowym i poziomym. Aparat nie ma podwozia, bo nie potrzebuje. Został wykonany z wytrzymałych ale niezbyt kosztownych materiałów. Prędkość lotu może być regulowana w zakresie 90-140 km/h, zaś maksymalny pułap operacyjny to 4000 m. Rozpiętość skrzydła to 3,2 m. Jak powiedzieliśmy, taktyczny promień działania wynosi 100 km z retransmisją łączności.

Aparaty Granat-4 są używane w Ukrainie i rosyjskie wojska są z nich zadowolone. Mają one kamerę telewizyjną lub nocną termowizyjną, co zapewnia dobrą jakość obrazu.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Rosyjska firma ZALA Aero Group z Iżewska, która podobnie jak kilka innych firm z Iżewska produkujące bezpilotowe aparaty latające należy do koncernu „Kałasznikow”, zaoferowała duet złożony z aparatu rozpoznawczego Zala Z-16 i amunicji krążącej Zala Lancet, przeznaczonego dla jednostek dronowych w piechocie oraz samodzielnych.
Wojna w Ukrainie pokazuje, że istnieje wiele obiektów pola walki, jakie dość często zmieniają swoje położenie. Takie obiekty trzeba zwalczać natychmiast po wykryciu, dlatego współpraca latającego aparatu rozpoznawczego z bezpilotowcem uderzeniowym. Jednym z głównych ograniczeń jest to, że większość bezpilotowych aparatów uderzeniowych (amunicja krążąa) ma ograniczoną długotrwałość lotu, więc ich start musi następować dopiero wtedy, kiedy zostanie wykryty cel. W tym przypadku wykorzystuje się fakt, że amunicja krążąca typu Lancet ma relatywnie dużą prędkość lotu, czyli odległość 30 km jest w stanie pokonać w czasie około 10 minut. W tym czasie aparat rozpoznawczy obserwuje cel nawet jeśli się on przemieszcza i wskazuje go do ataku.
Ktoś mógłby zapytać, a po co w ogóle stosować aparat rozpoznawczy, skoro sam Lancet dysponuje kamerą pozwalającą mu na poszukiwanie obiektów do zaatakowania. Problem polega jednak na tym, że Lancet jak już wystartuje, to już nie może wrócić, musi zaatakować jakikolwiek cel. Natomiast aparat Zala Z-16 (421-16) służy do wielokrotnego użytku, przynajmniej do czasu aż nie zostanie zestrzelony. Może więc latać i poszukiwać celów, a jak znajdzie coś godnego zaatakowania, dopiero wtedy wysyła się amunicję krążącą typu Lancet dyżurującą na ziemi, bowiem ta jest jednorazowego użytku.
Wspomniany duet jest już używany w wojnie w Ukrainie i Rosjanie chwalą się, że odnosi on większe sukcesy, niż oba systemy stosowane oddzielnie. Niestety nie ma wiarygodnych informacji o ich realnej skuteczności, ale Rosjanie są raczej zadowoleni z osiągniętych rezultatów.
Obecnie używaną wersją Zala Z-16 jest Zala T-16, mająca rozpiętość skrzydła 1,68 m i masę 12 kg. Podobnie jak kilka podobnych aparatów tej klasy, został zbudowany w układzie latającego skrzydła, by maksymalnie zmniejszyć masę. Napęd w postaci silnika spalinowego ze śmigłem pchającym zapewnia uzyskanie długotrwałości lotu ponad 4 godziny, a w wersji ZALA T-16-5G ma napęd hybrydowy spalinowo-elektryczny, dzięki czemu długotrwałość lotu wzrasta do 8 godzin (wg producenta nawet do 12 godzin). Kamerę telewizyjną lub termowizyjną sterowaną w pewnym zakresie przedniej półsfery umieszczono w miniaturowej głowicy z przodu skrzydła. Może ona przyjmować położenie skośne do przodu lub pionowe. Szerokopasmowe łącze pozwala na przesył danych z aparatu na odległość ok. 70 km z wykorzystaniem retransmisji łączności za pomocą aparatu latającego nad własnym terytorium. Maksymalna wysokość lotu aparatu to 3000 m, a zakres prędkości lotu to 130-200 km/h. Start bezpilotowca Zala T-16 następuje z lin gumowych, a lądowanie na spadochronie. W pierwotnej postaci Z-16 podstawą układu nawigacyjnego był odbiornik GPS lub Glonass, ale system ten jest w Ukrainie skutecznie zakłócany. Dlatego w najnowszych wersjach T-16 i T-16-5G podstawą nawigacji jest metoda telemetryczna (namiar na sygnał transmitowany z aparatu z dwóch różnych dronów do retransmisji).

Drugim elementem systemu jest amunicja krążąca Zala Lancet. Z kolei ten system uderzeniowy występuje w dwóch wersjach. Izdielie 51 i Izdielie 52 (wyrób 51 i 52). Pierwszy z aparatów waży ok. 5 kg, ma krzyżowe skrzydła i usterzenie w układzie litery „X”. Napęd w postaci silnika elektrycznego znajduje się z tyłu, zaś w przedniej części kadłuba umieszczono kamerę do obserwacji i do naprowadzania aparatu na cel. Aparat ma długotrwałość lotu 40 minut, co zapewnia lot na odległość do 50 km z prędkością około 90 km/h . Warunkiem skutecznego użycia Izdielie 51 jest poprawne funkcjonowanie łączności, tak by obraz z aparatu mógł być transmitowany do operatora, realizującego sam atak. Druga wersja Izdielie 52 jest nieco mniejsza, ma masę ok. 3 kg i długotrwałość lotu 30 minut, przy zasięgu do 30 km. Wersję tą opracowano ze względu na potrzeby pola walki na którym wiele obiektów zwalcza się na mniejszej odległości, a tych mniejszych i lżejszych aparatów można zabrać więcej, całość systemu transportowana jest lekkim samochodem półciężarowym.

Użycie duetów rozpoznawczo-uderzeniowych pozwala Rosjanom efektywniej korzystać z droższej, ale efektywniejszej amunicji krążącej takiej jak Lancet. Z kolei w Ukrainie dość skutecznie używa się podobnych duetów, na przykład produkowanych w Polsce w firmie WB Electronics aparatów FlyEye (rozpoznawczych) i Warmate (amunicji krążącej). Warto i w Polsce pomyśleć o takiej taktyce.
Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer
Fima Supercam z Iżewska wchodzi w skład sporego konglomeratu wzajemnie powiązanych firm, które formalnie tworzą kilka różnych grup, ale łączy je osoba właściciela i zarazem prezesa, a także osoby kilku innych osób.
Rosjanie obecnie modernizują swoją flotę bezpilotowych aparatów latających tworząc spójny system komponentu dronowego. Chodzi o jednolity system taktyczny pola walki z aparatami rozpoznawczymi i obserwacji pola walki (korygowania ognia artylerii), walki radioelektronicznej, łączności oraz z kilkoma typami aparatów uderzeniowych, zarówno o cechach amunicji krążącej, jak i zdolne do zrzucania ładunków bojowych, docelowo także kierowanych. Osobna sprawa to cały system zwalczania dronów przeciwnika, w tym z użyciem specjalnych myśliwskich bezpilotowców. Prezesem i założycielem tego konglomeratu jest Maksim Szynkiewicz, który podjął działalność na polu bezpilotowych aparatów latających w 2010 r. Obecnie firma Supercam która zajmuje się opracowaniem aparatów pod tą nazwą oraz Iżewski Zakład Lotniczy, gdzie te aparaty są wytwarzane, należą do niego.
Obecnie wojska rosyjskie postanowiły standaryzować aparaty SKAT 350M jako główny typ aparatu dla kompanii bezpilotowych aparatów latających w brygadach piechoty zmechanizowanej (zmotoryzowanej) i pancernych oraz w kompaniach (batalionach) rozpoznania artyleryjskiego w dywizjonach, pułkach i brygadach artylerii polowej jako główny typ lekkiego taktycznego bezpilotowego aparatu latającego służącego do prowadzenia rozpoznania taktycznego na głębokość 30-50 km nad terenem przeciwnika, do obserwacji pola walki oraz do korygowania ognia artylerii.

SKAT 350M to zmodernizowana odmiana aparatu Supercam S350, który jest już szeroko stosowany w działaniach w toku tzw. Specjalnej Operacji Wojskowej czyli na wojnie w Ukrainie. Oba aparaty są zbudowane w układzie latającego skrzydła o umiarkowanym skosie. Rozpiętość aparatu po zmontowaniu do lotu wynosi 3,2 m, a masa startowa to 15 kg. Wykonany jest on głównie z kompozytów epoksydowych o małej masie i dużej wytrzymałości. Napęd stanowi silnik elektryczny z dwułopatowym śmigłem ciągnącym zamontowany z przodu skrzydła. Silnik ten zapewnia lot z prędkościami w zakresie 70-120 km/h, w zakresie wysokości użytkowych 300-2000 m, choć maksymalny pułap to 5000 m. Bateria aparatu zapewnia lot w czasie do 4 godzin Przy wymianie ładunku użytecznego na dzienny (kamera telewizyjna zamiast termowizyjnej) i masie startowej 12,5 kg długotrwałość lotu wzrasta do 4,5 godzin. Aparat ma relatywnie małe stateczniki pionowe ze sterami kierunku umieszczone pod dolną powierzchnią skrzydła, dlatego przypuszczalnie w układzie autopilota zastosowano prosty cyfrowy system aktywnego sterowania. Aparat nie wykonuje akrobacji ani ostrych manewrów, a ponadto jego niewielkie koszty sprawiają, że nie musi to być system nadmiernie rozbudowany. Poza pojedynczą kamerą umieszczono w osi aparatu za silnikiem napędowym, aparat ma system łączności o zasięgu 50-75 km, zaś w zmodernizowanej odmianie SKAT 350M, zasięg systemu łączności wzrasta do 70-100 km. W tej drugiej wersji jest to łącze szerokopasmowe, zdolne do transmisji na 32 różnych kanałach łączności. Określanie położenia aparatu może nastąpić z użyciem lekkiego odbiornika GPS lub w odmianie 350M za pomocą cyfrowego systemu porównania obrazu pod aparatem z cyfrową mapą terenu.

Start i lądowanie są półautomatyczne. Sam start może zostać wykonany poprzez wystrzelenie z lin gumowych lub za pomocą katapulty pneumatycznej montowanej na lekkim pojeździe terenowym, na którym montuje się też system łączności i przewozi się też same aparaty w stanie złożonym (na drugim samochodzie). W praktyce aparaty wozi się też motocyklami z koszem. Lądowanie następuje na spadochronie montowanym w centralnej części płata.
Nie ma danych o jakości kamer stosowanych na aparatach, wiadomo natomiast ze obie mają zamontowany układ stabilizacji, pozwalając na uzyskanie obrazu dość wysokiej jakości. Aparat może być używany przy sile wiatru do 15 m/s oraz także w niskiej temperaturze ujemnej, pod warunkiem że nie jest on oblodzony.
Niewielka cena sprawia, że także najnowsza wersja SKAT 350M może być produkowana masowo i jest to aparat który stosuje się w Ukrainie na dość dużą skalę.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Współczesna technologia pozwala na tworzenie półautomatycznej zapory z bezpilotowych aparatów latających, zadaniem której jest prowadzenie rozpoznania i monitorowania określonej linii lub nawet reagowanie uderzeniowe w razie potrzeby.
Współczesne bezpilotowe aparaty latające są w stanie działać zarówno w sposób sterowany przez operatora lub autonomicznie. Autonomiczny lot polega na wykonaniu automatycznego startu na sygnał operatora, wznoszeniu się na zadaną wysokość po zaprogramowanej trasie, a następnie wykonanie lotu w określonym korytarzu w którym aparat leci z prędkością przelotową na wysokości którą uznano za optymalną z punktu widzenia pracy systemów obserwacyjnych aparatu oraz odporności bezpilotowca na zestrzelenie przez przeciwnika. Poza wykonaniem lotu po zaprogramowanej trasie nową funkcją „ściany bezpilotowców” jest utrzymanie odległości od poprzednika, ale nie musi to być odległość stała, lecz bezpieczna. Zmienna odległość byłaby nawet zaletą, tak by przeciwnik nawet obserwując kolejno lecące aparaty nie był w stanie określić pojawiających się luk w systemie obserwacji. Drony nie lecą bowiem w stałej odległości od siebie, lecz pojawiają się w danych miejscach w czasie pseudolosowym. Można zastosować nawet mijanie się aparatów lecących w przeciwnych kierunkach poprzez zachowanie między nimi tzw. separacji pionowej, czyli mogą one wykonywać lot na nieznacznie różnych wysokościach.
Po zbliżeniu się do kresu swojej długotrwałości lotu następuje automatyczne zniżanie, powrót i lądowanie we wskazanym miejscu. Do nawigacji używa się nowoczesnej wersji systemu DSMAC (Digital Scene Matching cyfrowe porównanie widocznego pod aparatem terenu z cyfrową mapą), które to systemy są przy współczesnym poziomie wiedzy technicznej relatywnie tanie. Przyczyną tego stanu rzeczy jest łatwość, z jaką zakłóca się sygnały GPS, co w tradycyjnych rozwiązaniach powoduje znaczne zbaczanie z trasy bezpilotowych aparatów latających.
Pozostaje kwestia monitorowania obrazów z kamer z kilkunastu bezpilotowców jednocześnie. W tym przypadku jednak sprawę rozwiązuje się za pomocą wykorzystania sztucznej inteligencji, która alarmuje w sytuacjach, kiedy w polu widzenia któregoś z aparatów w patrolowanym pasie pojawią się pojazdy wojskowe (pojazdy pancerne, pojazdy terenowe, inna technika bojowa) czy uzbrojeni ludzie. Wówczas operator ocenia rezultat rozpoznania składając stosowny meldunek na właściwe stanowisko dowodzenia z możliwością transmisji zapisu zarejestrowanego obrazu.

Dzięki tak zorganizowanej „linii bezpilotowców” monitorowanie granicy jest znacznie łatwiejsze, ale co najważniejsze wymaga znacznie mniej personelu, który można skierować do walk na froncie. Oczywiście potrzebna jest mobilna rezerwa, która zostanie skierowana we właściwą stronę, najlepiej by obsadzić przygotowane uprzednio linie obronne. Właśnie taką „linię bezpilotowców” będzie się rozmieszczać na granicy polsko-białoruskiej by wesprzeć jej monitorowanie, zwłaszcza w terenach trudnodostępnych.
Ukraina idzie jeszcze dalej, zamierzając rozmieścić na granicy rosyjsko-ukraińskiej nie tylko „linię bezpilotowców”, ale „ścianę dronów”, która od pierwszej różni się tym, że w jej skład będą wchodzić też dyżurujące na ziemi w określonych miejscach bezpilotowce uzbrojone oraz uderzeniowe (amunicja krążąca). Uzbrojone są wielokrotnego użytku zrzucając przenoszone uzbrojenie, najlepiej kierowane, zaś amunicja krążąca jest jednorazowego użytku. W tym wypadku konieczne jest potwierdzenie ataku przez operatora (sam aparat może automatycznie wybierać cele bazując na technologiach sztucznej inteligencji) lub wręcz pokierowanie atakiem przez operatora, co wciąż zapewnia większą jego skuteczność. Kwestia szczegółowych rozwiązań to osobna sprawa, ale istotą jest wykorzystanie zautomatyzowanych i niezbyt kosztownych technologii do zmniejszenia zapotrzebowania na wyszkolonych żołnierzy.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Już po raz szósty zapraszamy na Śląskie Dni Lotnictwa i Dronów – tym razem w nowoczesnej przestrzeni Branżowe Centrum Umiejętności SkyPort w Katowicach!

W trakcie tegorocznego spotkania odbędą się dyskusje i analizy, które dotychczas koncentrowały się głównie na cywilnym lotnictwie lekkim oraz systemach dronowych, teraz zostaną poszerzone o perspektywę militarną. Zaproszeni goście zaprezentują przemysł lotniczy i dronowy jako jedną z wiodących technologii dual use.
11 Czerwca 2025, 09:00 (środa)
WSTĘP BEZPŁATNY
Link do zapisów: https://app.evenea.pl/event/886506-6/
Wydarzenie organizowane w Katowicach stanie się przestrzenią do przedstawienia zagranicznym i krajowym partnerom polskich osiągnięć w branży lotniczej, będących rezultatem ścisłej współpracy pomiędzy przedsiębiorcami, środowiskiem naukowym oraz instytucjami publicznymi – zarówno na poziomie lokalnym, jak i centralnym – które wspierają rozwój biznesu i nauki.
Firma Konsztad z Petersburga jest dostawcą kilku typów bezpilotowych aparatów latających dla wojsk rosyjskich. Są one stosowane na wojnie w Ukrainie, niektóre w dość dużej ilości.
Rosyjska firma Konsztad z Petersburga opracowała kilka typów aparatów bezpilotowych o zwiększonej długotrwałości lotu operujących na średniej wysokości, służących do prowadzenia rozpoznania oraz dozoru granic czy patrolowania obszarów leśnych pod kątem poszukiwania pożarów; Altus, Dozor-600, Gelios. Nie były one produkowane masowo, ale ich opracowanie było finansowane przez państwo. Kolejny aparat Orion wszedł do próbnej eksploatacji w wojsku. Jest tp duży aparat wykonany głównie z kompozytów opartych o włókno szklane oraz żywicę epoksydową. Ma długi na 8 m kadłub i proste skrzydło o rozpiętości 16,3 m z lotkami w części zewnętrznej, zaś z tyłu znajduje się usterzenie motylkowe (w kształcie litery „V”). Napęd stanowi silnik tłokowy Rotax 914 o mocy 115 KM. Silnik napędza rosyjskie dwułopatowe śmigło pchające AW-115. Maksymalna długotrwałość lotu z ładunkiem 60 kg (aparatura rozpoznawcza). Co ciekawe, aparat może zostać uzbrojony w cztery bomby kierowane KAB-50. Maksymalna masa startowa Oriona to 1000 kg. Maksymalna wysokość lotu przy prędkości przelotowej ok. 200 km/h wynosi 7700 m. Aparat nadaje się do wykorzystania w warunkach konfliktu lokalnego, przy braku skutecznej obrony powietrznej.
Po próbnej eksploatacji niewielkiej liczby aparatów Orion okazały się być one stabilne, dysponować precyzyjną nawigacją i mieć inne zalety, dlatego zamówiono ich łącznie 30. Początkowo używano je jak Bayraktary, do ataków na ukraińskie cele naziemne. Po stracie 6 aparatów Orion zestrzelonych przez ukraińskie rakiety przeciwlotnicze, Oriony wyposażono w wymienne zestawy rozpoznania radioelektronicznego lub zakłóceń radioelektronicznych i są one pomyślnie wykorzystywane w tej roli do dziś.
Wojsko chciało też, by firma Konsztad zbudowała też większy aparat o zwiększonym zasięgu i udźwigu. Oczywiście głównym jego przeznaczeniem miało być wsparcie rosyjskiego kontyngentu wojskowego w Syrii, a także ewentualne działania na rzecz firm wojskowych (podobnych do Grupy Wagnera) w Afryce środkowej i północnej (Libia).

Większy aparat Sirius ma masę startową 2,5 tony. Jego rozpiętość prostych skrzydeł wzrosła do 23 m, długość kadłuba – 9 m. Układ konstrukcyjny dokładnie taki sam jak Oriona włącznie z motylkowym usterzeniem z tyłu. Jedyną różnicą jest napęd, zamiast silnika umieszczonego z tyłu kadłuba ze śmigłem pchającym miały być dwa silniki turbośmigłowe napędzające śmigła ciągnące. Jednak w Rosji nie produkuje się odpowiednio małych i lekkich silników turbinowych. Dlatego zastosowano dwa silniki tłokowe, czterocylindrowe, płaskie, APD-115T o mocy ok. 240 kM z turbodoładowaniem każdy. Napędzają one dwułopatowe śmigła ciągnące, bowiem umieszczono je w gondolach podskrzydłowych. Podobnie jak Orion, także Sirius ma podwozie chowane w locie za pomocą silników elektrycznych. Udźwig aparatu się 450 kg, ale tylko 350 kg może przypadać na uzbrojenie na zaczepach zewnętrznych, 100 kg to specjalistyczna aparatura rozpoznawcza albo celownicza. Mały udźwig pozwala jedynie na zabieranie lekkich pocisków opracowanych specjalnie dla bezpilotowców. Ale Sirius będzie zapewne wykorzystywany głównie do rozpoznania radioelektronicznego i do zakłóceń radioelektronicznych znad własnego terytorium latając na wysokościach do 7000 m z prędkością 180 km/h. Pierwszy lot Srius wykonał w pierwszej połowie 2023 r. i od tej pory trwają jego próby w locie. Program jest finansowany przez Ministerstwo Obrony FR, więc aparaty zapewne zostaną zamówione dla wojska.

Kronsztad pracuje nad dwoma kolejnymi typami aparatów bezpilotowych. Jeden to bojowy aparat odrzutowy o utrudnionej wykrywalności przez radar z napędem odrzutowym o nazwie Grom (nie mylić z pociskiem lotniczym o nazwie Grom). Ma to być aparat dostosowany do misji typu „lojalny skrzydłowy”. A drugi to mały aparat Mołnia, który może być używany jako rozpoznawczy wielokrotnego użytku albo bojowy, jednorazowego użytku, z ładunkiem wybuchowym. Ale o tych aparatach więcej w kolejnym odcinku.



Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Jednym z największych problemów przy zwalczaniu bezpilotowych aparatów latających przez przeciwlotnicze systemy rakietowe są znaczne koszty rakiet przeciwlotniczych i brak możliwości ich masowego stosowania, w przeciwieństwie do aparatów bezpilotowych, które są tanie i są stosowane masowo.
Współczesne systemy przeciwlotnicze nie są dostosowane do niszczenia tanich dronów szturmowych atakujących cele w danym państwie. Są oczywiście bardzo skuteczne, ale zużycie drogich rakiet musi w końcu zaowocować ich brakami, przy braku funduszy na ich zakup bądź nienadążaniem tempa produkcji nad potrzebami. A bezpilotowce nadal atakują terytorium kraju. Jak sobie z tym poradzić? Stosuje się tanie środki, takie jak wielkokalibrowe przeciwlotnicze karabiny maszynowe, lekkie działka przeciwlotnicze, a także relatywnie tanie przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe. Jednak zasięg tych wszystkich środków nie przekracza 5 km. Dlatego ekipy przeciwdronowe umieszcza się na lekkich samochodach terenowych, co umożliwia ich szybkie przemieszczanie się mniej więcej na trasę dronów, na podstawie informacji z radarów systemów obrony powietrznej. Wykorzystuje się przy tym fakt, że drony przemieszczają się relatywnie wolno, 3-4 razy wolniej od klasycznych pocisków manewrujących. Dzięki temu takie zespoły działające w Ukrainie docierają na miejsce na czas, choć dość często zdarza się, że drony typu Gerań 2, czyli produkowane w Rosji na irańskiej licencji uderzeniowe aparaty bezpilotowe typu Shahed 136 przelatują zbyt daleko, nieznacznie poza zasięgiem środków przeciwlotniczych jakim dysponują owe mobilne zespoły. Dokładne trafienie na trasę aparatu na podstawie przewidywania radarów nie jest niestety łatwe. Czasem brakuje dosłownie kilku kilometrów, by otworzyć skuteczny ogień do aparatu Gerań 2. Ataki tych aparatów są w Ukrainie prawdziwą zmorą, bowiem pustoszą głównie infrastrukturę energetyczną, odcinając mieszkańców od prądu i innych związanych z tym usług, co powoduje paraliż funkcjonowania państwa. Obecnie brakuje środków do ich zwalczania, bo z użycia kosztownych, cennych rakiet do zestawów Patriot, NASAMS czy Iris-T zrezygnowano na rzecz działek przeciwlotniczych i przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych.

W ciągu 2023 r. Ukraina otrzymała amerykański przeciwlotniczy system rakietowy Vampire. Z wyglądu i ogólnej konstrukcji przypomina on przenośne zestawy umieszczone na pojazdach, jak polski system SPZR Poprad z czterema wyrzutniami rakiet Grom lub Piorun.
Poza samymi wyrzutniami czterech pocisków w pojedynczym, jednocześnie wymiennym pakiecie, amerykański pojazd znany jako Vehicle-Agnostic Modular Palletized ISR Rocket Equipment (VAMPIRE), czyli niezależny od pojazdu kontenerowy modułowy system rakietowy. Niezależny, bo system Vampire jest wyposażony w głowicę elektrooptyczną zdolną do wyszukiwania celów w promieniu 20 km i więcej, co zależy od przejrzystości powietrza, a także do przechwytywania celów powietrznych wskazanych przez radar zewnętrzny, np. z systemu obrony powietrznej. Po przechwyceniu celu kamerą telewizyjną lub termowizyjną ma ona zdolność do jego śledzenia, a stacja laserowa określa odległość do celu. W procesie naprowadzania pocisku na cel stacja laserowa podświetla go, zapewniając proces precyzyjnego kierowania rakietą.

Najciekawszy jest jednak sam pocisk. Jest to bowiem bardzo popularna, masowo produkowana i w związku z tym bardzo tania rakieta kal. 70 mm HYDRA, w oryginalnej postaci niekierowana. Jednak amerykański oddział znanej brytyjskiej firmy BAE Systems opracował jej odmianę kierowaną półaktywnie, laserowo. Zamiast jednej centralnej głowicy z matrycą światłoczułą na statecznikach pocisku umieszczono cztery krótkie matryce odbierające laserowe podświetlenie i dokonujące pomiaru odchylenia od osi krzywej pogoni, co pozwala na łatwe kierowanie pociskiem za pomocą elektroniki o minimalnej cenie. Ponadto przód pocisku pozostaje wolny i może zachować dotychczasową konstrukcję z zapalnie trzeba więc nic zmieniać na linii technologiczniej, a jedynie montować inne stateczniki niż zwykle. Tak powstał pocisk kierowany AGR-20 Advanced Precision Kill Weapon System (APKWS), który jest wyjątkowo tani. Jego nawet szerokie użycie przeciwko aparatom Gerań 2 nie generuje znaczących kosztów. Ukraina używa 14 tego rodzaju wyrzutni ze znaczącym powodzeniem.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Od pewnego czasu Huti bardzo skutecznie atakują amerykańskie jednostki morskie, a nawet cele w odległym o 1200 km Izraelu używając do tego uderzeniowych bezpilotowych aparatów latających. Do ataków na duży zasięg używają aparatów rodziny Sammad.
Huti w Jemenie to jedno z nielicznych w okolicy duże zgrupowanie ludności wyznające Islam odłamu szyickiego. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, dwa najsilniejsze państwa na Półwyspie Arabskim to państwa sunickie. Konflikt między oboma odłamami ma podłoże religijne, ale tak naprawdę chodzi o pewną dominację. Arabia Saudyjska, gdzie znajdują się dwa najświętsze miejsca Islamu, meczety w Mecce i Medynie, jest w świecie sunickim traktowana jako państwo przywódcze, z którego zdaniem się wszyscy liczą. Arabia Saudyjski i jego sojusznik Zjednoczone Emiraty Arabskie wspierają rząd w Adenie w Jemenie (oficjalna stolica Sana jest opanowana przez Huti). Lotnictwo saudyjskie atakuje obiekty wojskowe należące do Huti w ramach wsparcia jemeńskich władz centralnych, co oczywiście wywołuje chęć odwetu.
Atakowanie Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Izraela, a niekiedy też okrętów amerykańskich wspólnie ze skrzydlatymi pociskami przeciwokrętowymi dostarczonymi przez Iran o dość profesjonalnej konstrukcji typu Quds-2 na przykład. W tym ostatnim przypadku są one głównie używane do zwiększenia ilości celów do zwalczania. Kiedy amerykańskie okręty wystrzelą już sporą część zapasu swoich rakiet przeciwlotniczych, wtedy następuje atak za pomocą pocisków przeciwokrętowych. W ten sposób ostatnio doszło do kuriozalnego zdarzenia. Na lotniskowcu USS Harry S. Truman (CVN 75), na którymholowano specjalnym ciągnikiem samolot myśliwski F/A-18E Super Hornet z dywizjonu VFA-136 w hangarze, doszło do kuriozalnego zdarzenia. W trakcie wykonywania ostrego zwrotu w ramach uniku przed trafieniem pociskiem Huti obsługa traktora holującego samolot straciła nad nim panowanie i samolot wraz z ciągnikiem wypadł za burtę przez wrota podnośnika samolotów. W ten sposób doszło do utraty samolotu i ciągnika na skutek ataku Hutti.
Do atakowania celów na dużą odległość służą aparaty rodziny Sammad (zapisywane też Samad w uproszczeniu), nazwana na cześć zabitego przywódcy Huti. Cała grupa aparatów Sammad ma identyczny układ aerodynamiczny z długimi prostymi skrzydłami o dobrych własnościach szybowania, a zatem o dużej doskonałości aerodynamicznej co z kolei zapewnia bardzo dobry zasięg. Z tyłu znajduje się usterzenie motylkowe czyli w kształcie litery „V” zapewniające dobrą stateczność i sterowność przy zmniejszonym oporze aerodynamicznym. Za usterzeniem umieszczono tłokowy silnik pchający o mocy 13 KM. Stosowane są dwa typy, zapewne w zależności od ich dostępności, jako że są one pozyskiwane „na czarnym rynku”. Oba są oszczędnymi dwucylindrowymi silnikami dwusuwowymi, jeden to niemiecki 3W110i B2, a drugi to chiński DLE 170 o nieco większej mocy 17 KM. Ponieważ oba silniki mają relatywnie słabą moc, do startu jest stosowany dodatkowy prochowy przyśpieszacz startowy. Za to w locie poziomym te silniki mają bardzo niewielkie zużycie paliwa. Silniki te zapewniają prędkość 200-250 km/h, przy czym przelotowa do uzyskania maksymalnego zasięgu do ok. 1200 km. Aparat nie ma podwozia, bowiem w wersji rozpoznawczej opada on na spadochronie, zaś w pozostałych – nie wraca.

Wersja rozpoznawcza to nieco mniejszy Sammad 1 o rozpiętości skrzydeł ok. 3,5 m. Maksymalny zasięg autonomicznego rozpoznania to 500 km. Zdjęcia są wykonywane komercyjnym aparatem cyfrowym Nikkon D810. Przypuszczalnie istnieje możliwość przesyłania zdjęć w czasie lotu. Teoretycznie aparat bezpilotowy Sammad jest wytwarzany przez Huti w Jemenie, ale zidentyfikowane jego komponenty pochodzą z Iranu. Druga wersja to odmiana uderzeniowa dostosowana do ataków na cele naziemne nazywana Sammad 2 o zasięgu 1200 km przy rozpiętości skrzydeł ok. 4,5 m. Ładunek bojowy wynosi 18 kg materiału wybuchowego. Elektronika aparatu nie jest dokładnie znana. Trzecia wersja Sammad 3 ma na grzbiecie dodatkowy zbiornik paliwa pozwalający na uzyskanie zasięgu 1800 km. Z użyciem tej rodziny aparatów dokonano kilkunastu udanych ataków na cele w Arabii Saudyjskiej, w ZEA, Izraelu, a nawet w Iraku.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Bądź na bieżąco z nowościami