Rosyjska akcja szokowo-informacyjna zaczęła się od przylotu co najmniej 19 bezpilotowców – pułapek typu Gerbera, pozbawionych ładunku wybuchowego. Kiedy wywołano szok i kiedy wszyscy zaczęli to wydarzenie komentować, ruszyła rosyjska ofensywy dezinformacyjna.
Tłem tych wydarzeń jest tocząca się w Ukrainie wojna. Celem tej wojny jest wymiana władz w Kijowie i zastąpienie ich ekipą wybraną przez Rosjan, którzy będą wobec Rosji ulegli. Ma powstać coś, co przypomina Białoruś. To nic, że Ukraina będzie formalnie niepodległa, jak prezydent Ukrainy będzie miał mniej więcej tyle do powiedzenia co gubernator Kraju Krasnodarskiego czy Obwodu Tulskiego. Ważne jest, by była całkowicie podporządkowana. Skąd to wiemy? Bo Kreml tego nie ukrywa, powtarza jak mantrę że ich celem jest denazyfikacja Ukrainy (czyli zmiana władz na prorosyjskie) i demilitaryzacja (czyli odcięcie od struktur zachodnich, a głównie NATO). Nie wdając się w dalsze szczegóły trzeba powiedzieć, że Ukraina jest tylko częścią wielkiego planu budowy świata wielobiegunowego, co zapisano w rosyjskiej Strategii Polityki Zagranicznej. Chodzi o stworzenie własnej strefy wpływów w całej Europie, by wejść do grona trzech równorzędnych mocarstw z USA i Chinami, z których każde posiada własną strefę wpływów z której czerpie własną moc. Z tego płynie jednak ważny wniosek: Rosja nie chce podbić Ukrainy, lecz ją złamać. Nie prowadzi działań zmierzających do opanowania terenu, lecz działania ukierunkowane na wydrenowanie ukraińskiej woli oporu do zera. I niestety, jest na dobrej drodze…
Ważną rolę w tym dziele odgrywają drony uderzeniowe oparte o irańskie Shahedy. Rosjanie zakupili na nie licencję i produkują je w Tatarstanie, rozwijając całą ich rodzinę. Wersje licencyjne to: Shahed 131 – Gerań 1, Shahed 136 – Gerań 2, odrzutowy Shahed 238 – Gerań 3. Mają one zasięg do 600 km, do 2000 km i do 800 km. Sami Rosjanie wprowadzili do nich własne ulepszenia. Te same drony 131 i 136 produkowane niemal w całości na częściach chińskich zamiast rosyjskich noszą nazwę Garpija 1 i Garpija 2. I dodatkowo na bazie drona Shahed 131 powstała latająca pułapka bez głowicy, do przyciągania ognia broni przeciwlotniczej, by osłabić skuteczność odpierania ataku dronów. Ta pułapka nosi nazwę Gerbera. Ma zasięg 300-400 km jeśli przenosi niewielki ładunek wybuchowy z zapalnikiem czasowym, do porażania gapiów lub saperów, którzy przyjadą usunąć drona. Jeśli nie ma ładunku wybuchowego, można wówczas zamontować dodatkowy zbiornik paliwa, mniejszy lub większy, wówczas zasięg rośnie do 600 km lub 900 km. Właśnie te ostatnie wersje bez żadnego ładunku wybuchowego pojawiły się w Polsce, mniej więcej 19 (według oficjalnych oświadczeń).
Zanim jednak to opiszemy warto wspomnieć o jednym. Rosja wciąż nie może złamać woli oporu Ukrainy, a czas jej się kończy. Gospodarka się wali, wyczerpuje się cenny sprzęt potrzebny do realizacji kolejnych etapów operacji, już poza Ukrainą. W międzyczasie Europa się budzi, zaczyna się zbroić, integrować. Dlatego koniecznie trzeba przerwać dostawy uzbrojenia dla Ukrainy. A dla tych dostaw kluczowa jest Polska, przez którą te dostawy płyną. Dlatego trzeba uderzyć w polskie wsparcie dla działań Ukrainy. Jak? A właśnie tak…
Do Polski w nocy z 8 na 9 września przyleciało co najmniej 19 dronów, a wszystkie to Gerbera bez głowicy bojowej. Miały one wywołać szok samym faktem pojawienia się, ale całość była nastawiona na niewywołanie wojny. Brak strat, co jest zapewne efektem zamierzonym, miał nie dać powodów do uznania tego za akt wojny.
Do przechwycenia tych aparatów wystartowały dwa polskie F-16C i dwa holenderskie F-35A które stacjonują na Krzesinach. Gerbery mają dość słabe echo radarowe, bo mają imitować Geranie które też nie mają silnego odbicia radiolokacyjnego. W locie na małej wysokości były okresowo widoczne na radarach naziemnych, zaś w przypadku radarów pokładowych, jak to powiedział gen. Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego WP, „rwały śledzenie”. Podobno gejmczendżerem był F-35A, który dzięki czułym sensorom (radar i elektrooptyka) był w stanie śledzić drony, i te które zostały uznane za niebezpieczne, bo kierowały się w stronę ośrodków miejskich, zostały zestrzelone, przypuszczalnie pociskami AIM-120 AMRAAM kierowanymi aktywnie radarowa. Tańsze pociski AIM-9 Sidewinder przypuszczalnie nie był w stanie przechwycić drona ze względu na jego minimalny ślad termiczny, zwłaszcza na tle ziemi pełnej różnych źródeł promieniowania podczerwonego. Zestrzelono przypuszczalnie cztery drony. Nie jest to potwierdzone, ale przypuszczalnie to jeden z tych pocisków zniszczył dach budynku mieszkalnego we wsi Wyrki. Sam dron bez głowicy raczej nie byłby w stanie poczynić aż takich szkód, a ponadto słyszany był wybuch, a Gerbery głowic nie miały.
Od razu, jednocześnie z dronami ruszyła silna rosyjska kampania dezinformacyjna. Te same treści przekazywano w rosyjskiej prasie, po czym dokładnie ten sam przekaz ruszył z całą mocą w polskim internecie. Wychodził on od internetowych trolli z rosyjskich farm na fejkowych kontach, jak i od lokalnej agentury wpływu. Został on szybko powielony przez nieświadomych, mniej myślących obywateli. Ten przekaz można streścić jako „Ukraina dokonała prowokacji bo chce nas wciągnąć do wojny”. To jest oczywiście pozbawione sensu, bo ze strony Ukrainy ryzyko byłoby wielkie, a to nie był incydent który miałby nas wciągnąć do wojny z kimkolwiek.
Zdołano jednak przekonać blisko 40 % naszego społeczeństwa. Rosjanie odnieśli więc wielkie zwycięstwo na drodze do zmuszania nas do przerwania pomocy Ukrainy, co może z kolei przyśpieszyć wojnę u nas. Jest bowiem oczywiste, że po upadku Ukrainy albo Państwa Bałtyckie, albo od razu my staniemy się kolejnym celem rosyjskiego ataku. Dlatego w naszym interesie, jeśli chcemy uniknąć wojny, jest pomaganie Ukrainie, a nie odwrotnie.
I tak drony wkroczyły do wielkiej polityki i jak się okazuje, także na tym polu okazały się być bardzo skuteczne. A w następnym artykule napiszemy jak należy zbudować obronę przeciw dronom dalekiego zasięgu.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
LAWS to Lethal Autonomous Weapon Systems, czyli broń zdolna do samodzielnego wyboru celu oraz wykonania ataku na te obiekty bez ingerencji człowieka. Oczywiście jednym z głównych elementów, które na takie rozwiązania pozwala, to coraz bardziej rozwijająca się sztuczna inteligencja oraz systemy oparte o maszynowe samouczenie się.
Pierwszym pytaniem jakie się pojawia to co to znaczy „broń autonomiczna”? W różnych źródłach jest to różnie definiowane. Według amerykańskiego Departamentu Obrony LAWS to: „taki system uzbrojenia, który raz uaktywniony jest w stanie wyselekcjonować i zaatakować cele samodzielnie, bez dalszej ingerencji ludzkiego operatora”. Definicja brytyjskiego Ministerstwa Obrony jest bardziej skomplikowana, ale jednocześnie wyjaśnia więcej: „Systemy zdolne do rozumienia intencji i zamysłu wyższego szczebla dowodzenia. Dzięki temu zrozumieniu i percepcji otoczenia, taki system jest w stanie podjąć odpowiednie działania, aby osiągnąć pożądany efekt na polu walki. Jest w stanie wybrać kierunek działania spośród wielu alternatyw, bez polegania na ludzkim nadzorze i kontroli, ale takie ludzkie zaangażowanie w system może jednak nadal występować. Chociaż ogólna aktywność autonomicznego bezzałogowego statku powietrznego będzie przewidywalna, poszczególne działania mogą takie nie być”. Zwraca uwagę fakt, że Brytyjczycy nie wykluczają ingerencji człowieka w działanie systemu autonomicznego. Może to być zatwierdzanie decyzji o ataku po sprawdzeniu przez człowieka, a może być na przykład przekierowanie na inny cel. Założenie jest przy tym takie, że wskazanie innego celu nie zmusza do przejęcia ręcznego sterowania systemem bezzałogowym, ale system przyjmuje nowy cel i dalej realizuje atak autonomicznie, dobierając odpowiedni punkt trafienia w zależności od charakteru tego nowego celu.

Mówimy tu przy tym o aparatach bezpilotowych, mających dokonywać ataku na cele naziemne. Wyższym stopniem wtajemniczenia tego rodzaju systemów są aparaty zdolne do wykonywania lotu w rojach (swarm), co bardzo utrudnia możliwość obrony oraz potęguję siłę ataku. Południowokoreańska firma Nearthlab oferuje obecnie taki właśnie system zwany XAiDEN. To niewielkie aparaty w układzie quadrocoptera, a każdy z ładunkiem pocisku moździerzowego kal. 60 mm. Mają one długotrwałość lotu do 30 minut przy napędzie elektrycznym. Operator kieruje je we wskazany rejon, gdzie aparaty podejmują samodzielne poszukiwanie celów, wymieniając się wzajemnie informacjami i koordynując atak w taki sposób, by dwa aparaty nie atakowały tego samego celu. Chyba, że jeden z nich na podstawie algorytmu oceny obrazu z kamery uzna, że cel nie został odpowiednio porażony i ponowi drugi atak na ten sam obiekt na polu walki.
Stopniowe wprowadzanie autonomicznych dronów w działaniach w Ukrainie nastąpi w najbliższym czasie, choć pierwsze przykłady zastosowania aparatów ze sztuczną inteligencją już znamy. Najbardziej spektakularnym atakiem z użyciem takich aparatów była operacja Pawutina, kiedy to ukryte w ciężarówkach bezpilotowce dokonały zautomatyzowanego ataku na rosyjskie bombowce strategiczne. Oczywiście był to chyba pierwszy na świecie przykład bojowego użycia niemal całkowicie autonomicznych dronów w historii konfliktów zbrojnych. Nie ma jednak najmniejszych złudzeń, że takie aparaty wkrótce pojawią się nad polem walki w Ukrainie. Pozostaje jeszcze kwestia prawna użycia takich aparatów. Strona rosyjska w ogóle się tym nie przejmuje, ale trzeba przecież rozważyć kto konkretnie odpowiada za ewentualne przypadkowe, niechciane szkody? Wiadomo, że ogólna odpowiedzialność spada na państwo, które tych aparatów użyło, ale czy odpowiedzialność ciąży też na producencie? Prawo o konfliktach zbrojnych nie nadąża za rozwojem technologii. Mimo to należy oczekiwać, że w najbliższej przyszłości na polu walki pojawi się coraz więcej systemów autonomicznych, choć wciąż aparaty sterowane przez człowieka, operatora na ziemi, są zdecydowanie skuteczniejsze, choć zaangażowanie ludzi ogranicza ich ilość jednocześnie pojawiającą się nad polem walki.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
W działaniach bojowych w Ukrainie na polu zastosowania bezpilotowych aparatów latających wciąż pojawiają się nowości. Pomijając fakt, że bezpilotowce wprowadzone do użycia trzy miesiące wcześniej stają się przestarzałe i trzeba wprowadzać modyfikacje do ich systemów nawigacyjnych, łączności i głowic bojowych, pojawiają się też fabrycznie nowe konstrukcje oraz nowe obszary zastosowania bezpilotowych aparatów latających.
Jedną z ciekawych nowości, o czym donosi jeden z ukraińskich specjalistów od technologii radiowych i elektronicznych kryjący się pod pseudonimem Serhij Flash, jest to że Rosjanie zaczęli instalować tylnych kamer w swoich aparatach rozpoznawczych typu Orłan i podobnych. Są to bardzo popularne aparaty służące do prowadzenia obserwacji pola walki i bliskiego zaplecza, korygowania ognia artylerii oraz poszukiwania celów do uderzeń dronowych. Wspomniane kamery umieszczone z tyłu służą do osłony dronów przed ukraińskimi przechwytującymi systemami bezpilotowymi. Rosjanie doświadczają coraz większe straty w swoich aparatach spowodowane przez tanie i coraz bardziej popularne lekkie bezpilotowe systemy przechwytujące z napędem elektrycznym. Drony przechwytujące zwykle nadlatują z tyłu, najczęściej lekko z góry, by spokojnie zaatakować rosyjski aparat wykonujący lot po prostej, bo operator Orłana lub podobnego systemu nie jest świadomy zbliżającego się niebezpieczeństwa. Teraz, kiedy dysponuje tylną kamerą i jest w stanie dostrzec zbliżający się aparat przechwytujący, operator może podjąć manewrowanie Orłanem, utrudniając lub wręcz uniemożliwiając jego trafienie przez ukraiński system przechwytujący. Aparaty przechwytujące zwykle mają mały zasięg oddziaływania i jeśli „przetrzyma” je się w manewrach, to nie będą w stanie ponawiać ataków.
Kolejna nowość pojawiła się w ukraińskim 413. Samodzielnym Batalionie Bezpilotowych Systemów Latających „Rejd”. Jednostka ta podlega Wojskom Bezzałogowych Systemów Latających Ukrainy i choć o jej użyciu decyduje operacyjny łańcuch dowodzenia wojsk ukraińskich, to jednak zapewnia się tym jednostką pewną swobodę działania w ramach samodzielnego poszukiwania i zwalczania wybranych celów.
Niemiecka firma Quantum Systems mająca swoją siedzibę w Monachium dostarczyła do tego batalionu swoją nową amunicję krążącą czyli szturmowe jednorazowe bezpilotowe systemy latające, zwane przez media „drony kamikaze”. Są to aparaty typu Stark Defence Virtus. Jest to dość duży bezpilotowy aparat latający o masie ok. 30 kg, który jest zdolny dolecieć na odległość nawet 100 km i zaatakować wskazany przez operatora cel, uderzając w niego penetrującą głowicą bojową o masie 5 kg, zawierającą ok. 2,5 kg materiału wybuchowego. Jest to ponad połowa ładunku zawartego w pocisku do haubicy 152-155 mm, czyli wybuch jest dość silny, a precyzyjne trafienie zapewnia odpowiedni efekt. Aparat startuje pionowo, nie wymaga więc żadnych wyrzutni, a jego przygotowanie do startu polega na wyniesieniu go z pojazdu transportowego, ustawieniu w miejscu startu i wypuszczenie do lotu, co trwa kilka minut, później można opuścić to miejsce i ukryć się wraz z całą ekipą. Dron jest oczywiście sterowany z innego miejsca, dobrze zamaskowanego, by ośrodek kierowania nie stał się celem wrogiego ataku.
Wspomniany 413. Batalion już wcześniej posiadał rozpoznawcze systemy bezpilotowe Vector firmy Quantum Systems o podobnym zasięgu. Są one teraz używane do poszukiwania celów i wskazywania ich do uderzeń dla Stark Defence Virtus oraz do filmowania skutków ataku.

Oczywiście zastosowanie lekkich aparatów o takim zasięgu w których nie ma systemów łączności satelitarnej, wymaga stosowania latającego przekaźnika łączności. Taki aparat zwany „pszczoła matka” (w nawiązaniu do określenia „dron”, czyli po angielsku truteń) ma aparaturę do przekazywania łączności między operatorem na ziemi a aparatem wykonującym zadanie bojowe daleko nad wrogim terytorium, latając nad własnym terytorium na większej wysokości.

Ale to nie jest jedyny nowy typ amunicji krążącej o zwiększonym zasięgu jaki zaczęły używać wojska ukraińskie. Jednocześnie też Ukraina zaczęła używać relatywnie tanich i bardzo skutecznych własnych dronów RAM-2X, które do pewnego stanowią kopię rosyjskiej amunicji krążącej Lancet. Ukraińska wersja ma jednak zasięg 150 km, większy od oryginalnego Lanceta, oczywiście przy wykorzystaniu latającego przekaźnika radiowego. W ostatnim okresie odnotowano kilka skutecznych uderzeń na cele na terenach okupowanych, a także w Rosji w odległości do mniej więcej 70 km od terenów kontrolowanych przez wojska ukraińskie. Wprowadzenie do użycia tych dwóch typów amunicji krążącej może to wyjaśnić, choć nadal nie wiemy, czy wspomniane dwa typy do jedyne o takim zasięgu, jakie weszły ostatnio do uzbrojenia.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Ukraina widzi swoją szansę w atakowaniu rosyjskich strategicznych celów naziemnych położonych na dużej głębokości w Rosji, przenosząc wojnę w głąb państwa agresora. Czy istnieje szansa na wywarcie realnego wpływu na przebieg wojny?
Ostatnio w Ukrainie pokazano nowy pocisk manewrujący FP-5 „Flamingo” który ma pozwolić na atakowanie obiektów na terenie Rosji na odległość do 3000 km. Pod koniec sierpnia 2025 r. prezydent Wołodymir Zełenski ogłosił, że pocisk ten wchodzi do produkcji i na razie będzie produkowany w tempie jeden dziennie, ale w październiku jego produkcja ma osiągnąć tempo siedmiu pocisków miesięcznie. Dzięki silnikowi odrzutowemu pocisk ten przenosi główicę bojową o masie 1500 kg, z czego niemal tona przypada na materiał wybuchowy. Pocisk ten ma więc olbrzymią siłę niszczącą. Dołączy on do całej rodziny ukraińskich uderzeniowych bezpilotowych aparatów latających o zasięgu od 800 do 1200 km, które przenoszą głowice bojowe o masie od 400 do 800 kg.
Terytorium Rosji jest zbyt rozległe, by postawić skuteczną barierę dla relatywnie niewielkich obiektów latających o małej skutecznej powierzchni radiolokacyjnego, które wykonują lot na relatywnie małej wysokości, w związku z tym są trudne do wykrycia. Dzięki temu można atakować różne obiekty w miarę swobodnie, bowiem ilość wysyłanych aparatów uniemożliwia używanie do ich zwalczania kosztownych rakiet przeciwlotniczych średniego i dalekiego zasięgu.

Wykorzystując swoje możliwości w zakresie uderzeń na obiekty ważne dla funkcjonowania państwa rosyjskiego uzbrojeniem jakie może być produkowane masowo, a zatem jego zwalczanie też jest utrudnione, Ukraina ma do wyboru kilka możliwych dróg.
Po pierwsze może atakować system transportowy Rosji. W Rosji koleje są bardzo mocno obciążone i pracują na granicy swoich możliwości. W dodatku gęstość linii kolejowych nie jest w Rosji zbyt wielka ze względu na bardzo rozległe przestrzenie. Dodajmy do tego wielkie odległości, co w zasadzie zmniejsza rolę transportu samochodowego, a zwiększa zatrudnienie kolei. Niestety jednak ataki na rosyjską infrastrukturę kolejową nie przyniosłyby pożądanego efektu, bo Rosjanie mają asa w rękawie: swoje wojska kolejowe większe niż cała armia niejednego państwa europejskiego. Są to saperzy kolejowi, drogowcy i mostowcy, dysponujący odpowiednimi maszynami oraz umiejętnościami w zakresie napraw sieci kolejowych, rozjazdów oraz mostów kolejowych. Skutki takich ataków byłyby więc bardzo szybko usuwane, więc nie ma sensu marnować środków na ataki na infrastrukturę kolejową. To samo można też przenieść na infrastrukturę drogową, bowiem wojska saperskie wyspecjalizowane w naprawach dróg i mostów drogowych są równie rozbudowane i przygotowane do bardzo szybkich i efektywnych napraw.

Kolejnym możliwym celem są składy amunicji, bazy remontowe sprzętu wojskowego, co może pozbawić wojska niezbędnego zaopatrzenia. Największym problemem przy doborze tego rodzaju celów jest rozpoznanie i zidentyfikowanie takich celów. Rosjanie nauczyli się doskonale maskować położenie składów z amunicją czy baz remontowych, podobnie zresztą jak stanowisk dowodzenia. W dodatku tworzone są przez Rosjan makiety i cele pozorne. Ilość rzeczywistych obiektów też jest stosunkowo duża, bowiem Rosjanie starają się te obiekty rozpraszać, utrudniając sparaliżowanie całej logistyki. Dlatego paraliżowanie logistyki jest niezwykle utrudnione.

Innym wyborem są obiekty związane z infrastrukturą paliwową: rafinerie ropy naftowej, składy paliw, stacje pomp na rurociągach, itp. I to właśnie jest głównie atakowane przez ukraińskie drony dalekiego zasięgu. Oczywiście ilość obiektów do ataku jest na tyle wielka, że zanim efekty tych uderzeń będą widoczne, to musi upłynąć sporo czasu. Jednak efekty już widać, np. produkcja benzyny spadła w rosyjskich rafineriach o ok. 10 % od stycznia tego roku. Dochody Rosji ze sprzedaży paliw oraz samej ropy naftowej będą stopniowo spadać, co może się w końcu przełożyć na załamanie się rosyjskiej gospodarki, która ma się coraz gorzej. I w tym sensie ukraińskie drony dalekiego zasięgu mogą w końcu przynieść efekty.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Co wylądowało w Osinach koło Łukowa? Dlaczego rosyjski dron doleciał tak daleko w głąb Polski? Był bliżej Warszawy niż granicy. Ponadto niedaleko miejsca jego upadku znajdowały się dwa inne ważne obiekty – Zakłady Azotowe w Puławach i spora elektrownia w Kozienicach.
W nocy z 19 na 20 sierpnia pod Osinami doszło do tajemniczej, ale dość silnej eksplozji na polu kukurydzy. Okazało się, że na polu znaleziono przede wszystkim chiński czterocylindrowy silnik z fragmentem śmigła, co mogło wskazywać na bezpilotowy aparat latający typu szturmowego. Wiadomo, że polskie wojsko takich aparatów nie używa, w każdym razie nie z tym typem silnika. Podobne czterocylindrowe silniki typu Rotax napędzają aparaty typu TB2 Bayraktar, którymi dysponujemy, ale pokazany w mediach silnik ewidentnie nie był Rotaxem lecz raczej pochodną niemieckiego Limbacha, czyli taki jaki napędza irańskie drony Shahed, nieco mniejszy napędza Shahed 131, a silnik o mocy 50 KM stanowi napęd cięższego aparatu Shahed 136. Oba typy produkcji irańskich zakładów HESA z Isfahan były używane przez Rosję od jesieni 2022 r. Wkrótce jednak podjęto ich licencyjną produkcję w zakładach Jełabuga w Tatarstanie. Shahed 131 jest produkowany jako Gerań 1, a większy i zdecydowanie popularniejszy model Shahed 136 produkuje się pod nazwą Gerań 2.
Gerań 1 mają masę 135 kg, rozpiętość skrzydeł to 2,2 m, a długość kadłuba – 2,5 m. Przenoszą one głowicę bojową o masie 15-25 kg na odległość 900 km (w zmodernizowanych odmianach masę głowicy zwiększono z 15 do 25 kg). Z kolei Gerań 2 mają masę ponad 200 kg, rozpiętość skrzydeł 2,8 m, długość kadłuba – 3,6 m i przenoszą one głowicę 50-70 kg na odległość do 1500 km. Oba typy osiągają pułap do 4000 m i rozwijają prędkość 160-185 km/h (przelotowa). Wersja produkowana niemal całkowicie na częściach importowanych z Chin nosi nazwę Garpija 2. Jest też mocno uproszczona odmiana będąca swoistą pułapką (tzw. wabik), która ma uproszczony układ nawigacyjny i nie przenosi głowicy bojowej, nosi ona nazwę Gerbera. Gerbery są wyraźnie tańsze i prostsze w produkcji, więc dodając je do głównego nalotu powodują rozproszenie wysiłków obrony powietrznej, której w ten sposób wyraźnie przybywa celów do zwalczania, utrudniając działanie. Początkowo Gerbery nie przenosiły żadnego ładunku wybuchowego, ale obecnie montuje się na nich niewielkie ładunki czasowe, tak by ucierpieli saperzy przyjeżdżający na miejsce upadku drona usiłując pozbierać jego szczątki. Codziennie Ukraina jest atakowana grupami od 80 do ponad 400, czasem nawet 500 bezpilotowców rodziny Shahed różnych typów, w tym około połowy zwykle stanowią te lekko uzbrojone pułapki. Zadaniem tych ostatnich jest przyciągać rakiety obrony przeciwlotniczej i rozpraszać wysiłki obrońców tak, by te droższe, rzeczywiste drony z silnymi głowicami bojowymi miały większe szanse na dotarcie do swoich celów. Jednocześnie Gerbery po upadku na ziemię leżą, a kiedy zbliżają się ciekawscy albo przyjadą saperzy by ewentualnie rozbroić ich ładunek, wówczas te niewielkie głowice wybuchają, zadając kolejne straty.
Co do aparatu który spadł i eksplodował pod Osinami, to warto zauważyć dwie rzeczy: wybuch nastąpił w momencie wypadku i był on na tyle silny, że okoliczne domy utraciły szyby w oknach. Dlatego sądzimy, że wbrew oficjalnemu oświadczeniu MON sugerującemu iż był to właśnie wabik Gerbera, był to raczej regularny aparat uderzeniowy typu Gerań 1 lub Gerań 2, co notabene sugeruje prokuratura. Prokuratura oświadczyła, że aparat przypuszczalnie nadleciał od strony Białorusi, ale MON w niedawnym oświadczeniu prasowym za pośrednictwem PAP określił, że najprawdopodobnie aparat przeleciał przez Ukrainę i znalazł się przypadkowo w Polsce. Jedna i druga wersja jest możliwa, bowiem Rosjanie w atakach często naruszają przestrzeń powietrzną Białorusi, by przelatujące Geranie skręcały potem na południe i od strony Białorusi atakowały Ukrainę. W każdym razie nie ma wątpliwości, że aparat jest pochodzenia rosyjskiego.
Trudno jest określić, czy rzeczony dron przyleciał do Polski, bo:
– został zakłócony jego system nawigacyjny;
– jego system nawigacyjny uległ awarii;
– jest to działanie zamierzone i on przyleciał tam, gdzie został zaprogramowany.
Zakłócenie systemu nawigacyjnego jest możliwe, ale te zakłócenia (mylące) zwykle powodują niewielkie odchylenia od trasy, tak by odprowadzić aparat od terenów zabudowanych w kierunku pustych pól czy lasu. Zapewne algorytm systemu nawigacyjnego przewiduje, że jeśli wskazania odbiornika Glonass (rosyjski GPS) czy oryginalnego GPS, bo oba są stosowane, rozjadą się zbyt mocno z mniej dokładnymi ale pewniejszymi obliczeniami bezwładnościowego układu nawigacyjnego, to wówczas dane odbiornika nawigacji satelitarnej są ignorowane. Sygnały nawigacji satelitarnej można bowiem zakłócić (tzw. spoofing, czyli wprowadzanie błędnych danych do systemu), ale układ bezwładnościowy działa autonomicznie, choć jego dokładność jest mniejsza. Możliwa jest natomiast awaria systemu nawigacyjnego i wykonanie lotu po prostej na autopilocie w przypadkowym kierunku aż do wyczerpania się zapasu paliwa. Niestety, nie da się również wykluczyć działania zamierzonego.\

Powstaje pytanie dlaczego aparat nie został wykryty, ale odpowiedź może być dość prosta. Nasz system obserwacji radiolokacyjnej składa się obecnie z zaledwie kilkunastu posterunków radiolokacyjnych, w tym sześciu tzw. backbone, czyli radarów dalekiego zasięgu. W pobliżu ewentualnej trasy lotu znajdowały się dwa posterunki radiolokacyjne typu backbone, Roskosz na północ od Białej Podlaskiej i Łabunie na południe od Zamościa. Dwa kolejne zwykłe posterunki radarowe znajdują się tuż za Wisłą (na zachodnim brzegu), w Klikawach koło Puław i w Dębinie koło Nowego Dworu Mazowieckiego. Jednak według wojska aparat nie został wykryty. Są ku temu dwie przyczyny. Po pierwsze, zapewne leciał on na małej wysokości, gdzie zasięg wszystkich radarów z powodu kulistości ziemi jest ograniczony do bezpośredniej widoczności celu przez antenę radaru, na 100 m jest to ok. 35-40 km. Jeśli na tej wysokości aparat leciał dalej od radaru, to mógł zostać niewykryty. Po drugie, tego rodzaju aparaty mają bardzo małe echo radarowe, bo mają niewielkie wymiary, a ponadto w znacznym stopniu są wykonane z materiałów radioprzeźroczystych, które nie odbijają fal radarowych (sklejka, kompozyty laminatowe). Mimo to wykrywanie dronów dalekiego zasięgu pozostaje problemem, co ma się do pewnego stopnia zmienić po wprowadzeniu aerostatów z radarami zdolnymi do nieustannej obserwacji obiektów na małych wysokościach w ramach programu „Barbara”.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Mjr Robert „Madziar” Browdi pwiedział w Wiesbaden kilka ciekawych rzeczy które odbyły się szerokim echem. Obecnie wojska NATO również poszukują sposobów i dróg na budowę własnych wojsk bezpilotowych korzystając w maksymalnym stopniu z doświadczeń tej wojny.
Fragmenty tego wykładu już opisaliśmy, ale warto się odnieść do pewnych kwestii. Po pierwsze, mjr Browdi powiedział, że jego siły bezpilotowych systemów latających stanowią jedynie 2 % wojsk ukraińskich, ale niszczą ok. 30 % obiektów rosyjskich (siły żywej i sprzętu) na polu walki. To prawda, ale co trzeci obiekt na polu walki jest niszczony przez drony w ogóle, a nie przez jednostki podległe siłom dronowym. Te grupują dwanaście dużych formacji złożonych w całości lub w większości z pododdziałów dronowych. Jednak bardzo wiele jednostek dronowych jest poza tymi wojskami. Praktycznie każda ukraińska brygada ma dziś batalion bezpilotowców, obok 1-2 dywizjonów artylerii lufowej i dywizjonu artylerii rakietowej. W każdym batalionie piechoty też jest co najmniej pluton dronów, a w kompanii – sekcja. Dlatego operatorów bezpilotowców, techników którzy je obsługują i żołnierzy którzy działają na ich rzecz jest znacznie więcej. Ponadto warto zwrócić uwagę, że w tej wojnie lotnictwo bojowe obu walczących stron odgrywa zaskakująco małą rolę na polu walki z powodu znaczącej przewagi systemów obrony przeciwlotniczej. Zakładamy, że siły powietrzne państw NATO operując w systemie sieciocentrycznym w warunkach przewagi informacyjnej, zdołają wywalczyć powietrzną przewagę choćby lokalnie, tak by wykorzystać owoce tej przewagi. W związku z tym samoloty bojowe zadając realne ciosy wojskom przeciwnika i niszcząc spore ilości sprzętu odbiorą trochę tortu dronom, ale nawet wtedy bezpilotowce już na zawsze zmieniły pole walki. To właśnie pod ich kątem przyjmuje się ugrupowania wojsk, organizuje działania bojowe oraz zabezpieczenie logistyczne. Bezpilotowce penetrują wrogie terytorium na odległość do 20 km od linii frontu będąc źródłem znacznych strat oraz ograniczeń poruszania się.

Mjr Browdi powiedział też, że nie ma na świecie takiego czołgu, jakiego nie zatrzymałby dron za 500 dolarów. To prawda, choć czołgi wyróżniają się swoją wysoką odpornością na polu walki. Nie jest łatwo zniszczyć czołg, który zwykle wymaga wielu trafień, żeby go unieruchomić, ale to jeszcze nie oznacza zniszczenia. Mjr Browdi nie jest zawodowym żołnierzem i nie zna w związku z tym historii wojen. Ma olbrzymie doświadczenie z tej wojny, ale nie ma spojrzenia z perspektywy czasu, takiego bardziej holistycznego. Dokładnie to samo bowiem mówiono o pociskach przeciwpancernych do dział przeciwpancernych przed II wojną światową. I właściwie przez całą wojnę w uzbrojeniu wojsk były działa strzelające pociskami zdolnymi zniszczyć właściwie wszystkie czołgi używane przez wroga. Nie wszystkie działa oczywiście, ale okresy kiedy wróg w całej armii nie miał takich dział, które nie poradzą sobie z określonym typem czołgu po drugiej strony frontu, mnie były długie. W większości o pociskach przeciwpancernych do najnowszej generacji dział przeciwpancernych z II wojny światowej można było powiedzieć to samo: nie ma czołgu, którego nie byłyby one w stanie zatrzymać. Proporcje cen między czołgiem a pociskiem do działa przeciwpancernego też były podobne. Czy to oznaczało zmierzch czołgu na samym początku wojny? Oczywiście, że nie. I podobnie będzie teraz.

Mjr Browdi zwrócił też uwagę na wrażliwość natowskich garnizonów na atak dronów. To prawda, ale na wypadek wojny wojska nie będą znajdować się w swoich garnizonów, ale zostaną z nich wyprowadzone. Tym bardziej jednak nie mają sensu takie garnizony jak Braniewo, Gołdap, Węgorzewo, Bartoszyce, Suwałki, gdzie ich koszary mogą zostać zaatakowane przez drony, które zadałyby im potężne straty. Kwestia kiedy wyprowadzić wojska w pole wciąż stanowi problem początkowego okresu współczesnej wojny. Rosjanie przed atakiem na Ukrainę koncentrowali siły do ataku przez około rok, w którym więc momencie ukraińskie wojska powinny zostać wyprowadzone z koszar? A w polu nie można funkcjonować wiecznie.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Szef wojsk dronowych Ukrainy mjr Robert „Madziar” Browdi został poproszony o wykład na temat użycia ukraińskich Wojsk Bezpilotowych Systemów Latających w Ukrainie. Warto przytoczyć to co powiedział i odpowiednio skomentować.
Wykład Wiesbaden został przeprowadzony na prośbę generalicji wojsk NATO, którzy to wysocy dowódcy są bardzo zainteresowani doświadczeniami tej wojny. Mjr Browdi, biznesmen z Użhorodu który ukończył ekonomię na miejscowym uniwersytecie i został podporucznikiem rezerwy. Po wybuchu wojny w 2022 r. wstąpił do Wojsk Obrony Terytorialnej, gdzie po okresie dowodzenia plutonem piechoty, sformował grupę dronów „Ptaki Madziara” (Robert Browdi ma znak wywoławczy „Madziar” bowiem należy do mniejszości węgierskiej w Ukrainie). Grupa ta, w której zgromadzono komercyjne drony do rozpoznania, obserwacji pola walki, korygowania ognia artylerii, zrzucania lekkich ładunków bojowych na wroga oraz atakowania przeciwnika aparatami szturmowymi kierowanymi aparatami typu FPV (kierowanie First Person View). Bardzo szybko jednostka ta była wiodąca jeśli chodzi o wypracowanie taktyki działania i poprawę efektywności dronów pola walki, jak też i w zakresie techniki ich budowy z kupowanych (najczęściej) w Chinach części, a później także produkowanych w Ukrainie.
Mjr Browdi powiedział:
„W armii ukraińskiej nazywają mnie Węgrem. Jestem dowódcą polowym operatorów dronów bojowych w Siłach Zbrojnych Ukrainy.
Propaganda Putina twierdzi, że jestem jednym z najbardziej poszukiwanych wrogów Rosji, więc nie mogę obiecać, że się jeszcze spotkamy, ale będę starał się mówić w jasnych, czarno-białych słowach.
Dzisiaj dowodzę 12 jednostkami operatorów bezpilotników (dronów). 95 % z nich stanowili przed wojną cywile – biznesmeni, sportowcy, prawnicy, piosenkarze, wszyscy poza personelem wojskowym. Stanowimy zaledwie 2% całej armii Ukrainy. A jednak niszczymy co trzeciego wrogiego żołnierza i co trzeci wrogi cel. Putin, który obiecał nas podbić w ciągu trzech dni, zamiast tego uczył nas przez ponad trzy i pół roku bronić naszej ojczyzny, naszych dzieci i naszej ziemi.
Jest absolutnie jasne, że nie widzimy końca tej wojny – ani jutro, ani za miesiąc, ani prawdopodobnie w tym roku. Dlatego pragmatycznie kalkulujemy naszą przyszłość i dostrzegamy największe zagrożenia, które… Jeśli ta wojna nie zostanie zatrzymana, dotknie wiele krajów, które nieuchronnie zostaną w nią wciągnięte.
Pierwszym zagrożeniem jest to, że Putin wysyła na wojnę więcej piechoty, niż jesteśmy w stanie zniszczyć każdego miesiąca. To jest główne wyzwanie.
Po drugie, Putin znalazł bardzo wygodną, tanią i skuteczną broń do zastraszania ludności cywilnej Ukrainy i niszczenia naszej infrastruktury. Nazywa się Gerań (rosyjsko-irańskie drony kamikaze).
Po trzecie, wszyscy na Ukrainie, którzy chcieli walczyć, już walczą. Nie oczekujemy cudów, ale wiemy, co robić, opierając się na własnym doświadczeniu, własnej krwi i wsparciu naszych partnerów.
Nie ma na świecie czołgu, którego nie mógłby zatrzymać dron za 300-400 dolarów. Taki czołg nie istnieje. Założę się o każdą kwotę, że niezależnie od tego, jak dobrze chroniony jest czołg, zostanie zatrzymany przez drona zbudowanego z ukraińskich komponentów. Dlatego twierdzę, że ukraińskie drony są najlepsze na świecie. Dziś.
Drony tworzą strefę rażenia, rozciągającą się obecnie na około 20 km wokół linii frontu na krainie. Kolejnym wyzwaniem jest zastąpienie ukraińskiej piechoty naziemnymi systemami robotycznymi, które zajmą się całą logistyką frontu.
Po czwarte, budujemy wielowarstwowy, wielopoziomowy mur – znacznie potężniejszy niż Wielki Mur Chiński – który powstrzyma wszystko, co leci w naszym kierunku, od dronów szturmowych po drony rozpoznawcze. Budujemy ten mur dzisiaj.
Kiedy Putin wysłał 100 Gerani na Ukrainę, obiecał, że niebawem nadleci 500. Nie traktowaliśmy tego wtedy poważnie. Teraz nie ma się z czego śmiać, bo przekroczyliśmy już granicę 400. Nasze doświadczenie będzie nieocenione dla cywilizowanego świata, ponieważ każdy kraj może stanąć w obliczu takiej samej perspektywy. Nie wiem, które państwo członkowskie NATO mogłoby chronić jedno miasto, stawiając czoła 200-300 dronom dalekiego zasięgu każdego dnia przez okrągły tydzień, miesiąc, rok, bez przerwy.
Twoje bezpieczeństwo narodowe wymaga pilnej ponownej oceny.
Rzadko podróżuję za granicę. To moja druga podróż. Jutro o tej porze będę z powrotem na froncie.”
Do tego wykładu jeszcze wrócimy, bowiem warto niektóre tematy nieco rozwinąć.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Rosja jest nadal skutecznie atakowana przez ukraińskie bezpilotowce dalekiego zasięgu. Niszczone są obiekty mające znaczenie wojskowe lub ważne z punktu widzenia funkcjonowania rosyjskiego państwa.
Od pewnego czasu najczęściej używanym aparatem dalekiego zasięgu jest An-196 Liutyj (wściekły, furia). Prace nad tego typu aparatem zostały podjęte przez jedno z biur konstrukcyjnych zrzeszonych w ukraińskim państwowym konsorcjum Ukrobronprom i była to odpowiedź na stosowanie przez Rosjan tanich aparatów uderzeniowych rodziny Shahed produkcji irańskiej. Początkowo Rosjanie używali aparatów dostarczonych bezpośrednio z Iranu, ale bardzo szybko podjęli ich produkcję seryjną u siebie pod nazwą Gerań. Powstała też zubożona wersja Gerbera, bez głowicy bojowej i z prostszym systemem nawigacyjnym, która ma ściągać na siebie wysiłki obrony przeciwlotniczej przeciwnika, torując drogę właściwym dronom.
Tymczasem aparat uderzeniowy Liutyj powstał dość szybko, bowiem za podstawę wzięto aparat rozpoznawczy An-BK-1 Gorlica. Ma on skrzydło proste z krótkim kadłubem głównym i śmigłem pchającym napędzanym silnikiem tłokowym umieszczonym z tyłu kadłuba bezpośrednio za skrzydłem. Usterzenie w kształcie odwróconej litery „V” (motylkowe, odwrotne) umieszczono za skrzydłami, zawieszone na dwóch belkach ogonowych wychodzących ze skrzydeł. Aparat ma stałe podwozie. Został on po raz pierwszy oblatany 22 października 2022 r., ale jego dopracowywanie trwało bardzo długo. Szczególnie dlatego, że wojsko nie było specjalnie zainteresowane tym aparatem, mając podobne, nieco większe TB-2 Bayraktar, które w pierwszym roku wojny odnosiły spore sukcesy prowadząc rozpoznanie ugrupowania wojsk rosyjskich, kierując ogniem artylerii i wykonując ataki na rosyjskie wojska uzbrojeniem kierowanym.

Później jednak zdecydowano, że ten aparat o długości 4,4 m, rozpiętości skrzydeł 6,7 m, masie startowej w zakresie 250-300 kg, jest wystarczająco tani w produkcji, że można używać go jako jednorazowy aparat szturmowy, zwany potocznie „dronem kamikaze”, który przenosi głowicę bojową o masie do 70 kg, z czego ponad 40 kg może stanowić materiał wybuchowy. W ten sposób aparat miał siłę rażenia 100-kilogramowej bomby lotniczej. Dzięki temu, że miał teraz lecieć w jedną stronę na wysokości 2000-4000 m (maksymalnie do 5000 m), dzięki czemu lecąc z prędkością 180-220 km/h uzyskiwał on zasięg nawet do 1000 km. Cały aparat wykonano z jak najtańszych materiałów, ale lekkich i dysponujących odpowiednią wytrzymałością. Głównie wykonano go z użyciem włókna szklanego wzmocnionego metalową siatką z użyciem głowicy epoksydowej, ale niektóre elementy wykonano po prostu ze wzmocnionej wręgami sklejki. Napęd aparatu stanowi kopia niemieckiego silnika tłokowego Hirth F-23 o mocy 50 KM.

Najdroższym elementem jest, poza samą głowicą bojową, układ nawigacyjny złożony z bezwładnościowego układu nawigacyjnego oraz odpornego na zakłócenia odbiornika GPS, a także procesora zliczającego drogę. Drugim elementem systemu awioniki jest dość prosty autopilot, który korzysta też z pomiaru prędkości i wysokości za pomocą przelicznika danych aerodynamicznych, dlatego aparat ma dyszę do pomiaru ciśnień powietrza oraz dajnik kątów natarcia. Mimo tego wyposażenia, cały aparat kosztuje tylko 200 000 dolarów, co pozwala na jego relatywnie masową produkcję. Teraz, kiedy została ona rozwinięta, cena jeszcze bardziej spadła. Za profesjonalny pocisk skrzydlaty o podobnym zasięgu trzeba zapłacić co najmniej dziesięć razy tyle. Co prawda profesjonalny pocisk skrzydlaty ma większą szansę na przeniknięcie systemu obrony powietrznej, ale koszt drona jest wystarczająco niski, by uzyskać za te same pieniądze większy efekt.

Pierwsze bojowe użycie aparatów An-196 Liutij miało miejsce 28 sierpnia 2023 r., a celem była baza morska w Pierewalnym. Po serii ataków na cele na Krymie, przyszła kolej na dalej położone cele w Rosji. W ciągu 2024 r. Liutij atakowały już wszelkie obiekty w Rosji, w tym głównie rafinerie ropy naftowej i składy paliw, odnosząc spore sukcesy. Aparat ma małe echo radarowe, w związku z czym jego zestrzelenia trafiają się dość rzadko, częściej zakłócany jest ich system nawigacyjny. W 2025 r. Liutij ponownie wykonywały wiele ataków, a ostatni miał miejsce kilka dni temu, kiedy to zaatakowano Zakłady Radiowe „Signał” w Stawropolu (Kraj Stawropolski), który produkuje sprzęt walki radioelektronicznej i radary oraz inne wyposażenie radiotechniczne dla wojsk rosyjskich.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Obecnie różnorodne komercyjne bezpilotowe aparaty latające lub budowane specjalnie na zamówienie jednostek wojskowych, ale z wykorzystaniem komercyjnie pozyskiwanych części (takie właśnie stanowią większość) są bardzo ważnym środkiem obserwacji pola walki, rozpoznania bliskiego zaplecza i korygowania ognia artylerii, ale też do wykonywania ataków na wroga, czy to jako tzw. bombodrony, czy w formie amunicji krążącej – przeważnie typu FPV, stanowią niezwykle istotny środek prowadzenia walki.
Rola, jaką aparaty bezpilotowe odgrywają na polu walki w Ukrainie, jest nie do przecenienia. To one stanowią niemal jedyny środek obserwacji pola walki i korygowania ognia artylerii. Są też głównym środkiem rozpoznania taktycznego, uzupełnione przez rozpoznanie radioelektroniczne. Ani Ukraina, ani Rosja nie wykorzystują samolotów do rozpoznania powietrznego z penetracją terenu przeciwnika.

Do rozpoznania taktycznego ukraińskie wojska używają trzech typów aparatów typu samolotowego, mniejszych Leleka-100 o rozpiętości skrzydeł 1,95 m i długotrwałości lotu 1,5 godziny, masa 5 kg, Spectator o rozpiętości skrzydeł 3 m i długotrwałości lotu 3 godziny i masie 6 kg i Punisher o rozpiętości skrzydeł 2,92 m, masie 7,5 kg i długotrwałości lotu 2 godziny (z uzbrojeniem w postaci bomby 2,5 kg). Wszystkie mają taktyczny promień działania do 35 km, najczęściej przy wykorzystaniu drona-retranslatora (tzw. pszczoła-matka, w nawiązaniu do nazwy dron, co po angielsku znaczy truteń).

Jako drony uderzeniowe są używane jednorazowe aparaty uderzeniowe klasy FPV, dzienne (ze zwykłą kamerą telewizyjną) i nocne (z kamerą termowizyjną), przy czym te nowsze są sterowane kablami światłowodowymi. Technika sterowania FPV polega na założeniu przez operatora specjalnych okularów, w których ma taki widok, jakby siedział w samym bezpilotowcu. Szybkie drony FPV są najpopularniejszym środkiem uderzeniowym. Najczęściej są one składane w samych jednostkach dronowych z kupowanych komercyjnie części, według własnego przemysłu, ale istnieje w Ukrainie bardzo dużo firm, które je produkują masowo, dosłownie milionami w skali roku (łączna ukraińska produkcja). Są one kupowane albo centralnie, gdzie dowództwo przydziela jednostkom według systemu punktacji, o którym pisaliśmy w części pierwszej, ale też organizowane są zbiórki pieniędzy na zakup dronów (kupuje się gotowe od własnego przemysłu, albo komercyjne części, z których są składane aparaty według własnych pomysłów). Do ataków na większą niż 15 km głębokość używa się importowanych aparatów produkcji polskiej WB Electronics Warmate czy amerykańskich Switchblade 600.

Jako tzw. ciężkich bombodronów używa się oktokopterów o masie do 40-70 kg produkowanych przez ukraiński przemysł, częściowo z części wytwarzanych na miejscu, a częściowo z kupowanych komercyjnie (ogólnodostępnych do zakupu). Najpopularniejsze to Vampire, Każan czy R18. Mają one udźwig uzbrojenia od 15 kg do 25 kg i najczęściej są to pociski moździerzowe kal. 82 mm lub 120 mm, w liczbie od 2 do 6. Często mają one kamery termowizyjne, co pozwala im operować w nocy.
Początkowo oddziały „droniarzy” były formowane oddolnie, a później usankcjonowano ich powstawanie, tworząc plutony dronowe w batalionie piechoty i kompanię w brygadzie. Dziś niemal każda brygada piechoty (zmechanizowana, zmotoryzowana, powietrzno-szturmowa) ma własny batalion dronowy, z kompanią rozpoznawczą, dwoma kompaniami dronów FPV i kompanią „bombodronów”. Operatorom zostawia się dużo swobody jeśli chodzi o wybór ich stanowiska kierowania, bowiem oni wiedzą najlepiej gdzie je ulokować i jak często zmieniać stanowiska.

Obecnie w Wojskach Systemów Bezpilotowych Ukrainy są dwie brygady, 9. Brygada Systemów Bezpilotowych oraz 59. Brygada Szturmowa im. Jakowa Gandziuka, dwa samodzielne pułki: 14, Pułk Systemów Bezpilotowych oraz 412. Pułk Systemów Bezpilotowych „Nemesis”, trzy samodzielne bataliony: Batalion Latające Czaszki, 413. Batalion Systemów Bezpilotowych „Rejd” i 424. Batalion Systemów Bezpilotowych „Swarog”. Pułki mają po trzy bataliony systemów bezpilotowych, a brygady 4-5 batalionów. Poza Wojskami Systemów Bezpilotowych, w Piechocie Morskiej jest 414. Brygada Systemów Bezpilotowych „Ptaki Madziara” i jeden samodzielny batalion. W Siłach Powietrznych jest natomiast 383. Brygada Systemów Bezpilotowych odpowiadających za dalekie rozpoznanie z pomocą aparatów Bayraktar TB-2 oraz prowadząca ataki na teren Rosji za pomocą aparatów dalekiego zasięgu. Obecnie na czele wojsk dronowych Ukrainy sto doświadczony operator bezpilotowców mjr „Madziar” Browdi. Oddziały i samodzielne pododdziały dronowe są rzucane na główne kierunki walk, by dać lokalnym dowódcą dodatkową siłę ogniową.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
W imieniu BCU SkyPort zwracamy się z uprzejmą prośbą o wypełnienie krótkiej, anonimowej ankiety dotyczącej potrzeb pracodawców w zakresie obsługi portów i terminali lotniczych oraz lotniskowych służb operacyjnych.
Chcemy lepiej zrozumieć oczekiwania rynku pracy i dostosować programy edukacyjne tak, aby młodzież i studenci byli jeszcze lepiej przygotowani do podjęcia zatrudnienia w branży lotniczej.
Jak to zrobić?
Prosimy zeskanować kody QR znajdujące się poniżej.
Z góry dziękujemy za poświęcony czas.


Problem zwalczania małych bezpilotowych aparatów latających zaczyna być coraz bardziej poważny, jako że bezpilotowce w wojnie ukraińsko-rosyjskiej odpowiadają obecnie (dane za maj 2025 r.) za ponad 49 % strat osobowych, podczas gdy artyleria zadaje nieco ponad 20 %, a broń strzelecka – nieco ponad 15 %. Reszta strat bojowych to ogień czołgów, miny i inne.
Zwalczanie wszystkich małych dronów nie jest właściwie możliwe, dlatego tak ważna jest ochrona bierna: maskowanie, lisie nory, siatki antydronowe. Właściwie główną bronią do zwalczania małych dronów jest tzw. shotgun, czyli powtarzalna broń strzelająca śrutem. Strzał w stronę małego drona powoduje „sianie” małymi kulkami śrutu w pewnym promieniu, przez co szansa na jego trafienie jest bardzo duża. Oczywiście dla zestrzelenia drona wprawny strzelec musi oddać kilka strzałów, a nawet to nie gwarantuje trafienia.

Są jednak miejsca w ugrupowaniu wojsk, które muszą być szczególnie bronione. Na przykład stanowiska dowodzenia, batalionów, pułków, brygad, ale także składy amunicji w promieniu zasięgu małych dronów czyli na głębokość do 15 km. Właśnie do tego celu firma Nowa Labs ulokowana w Moskwie opracowała specjalny aparat Mołot. Sam dron waży 3,2 kg z kontenerem transportowym i 2,6 kg sam aparat. Ma napęd elektryczny i bardzo prostą, tanią głowicę pracującą w podczerwieni pozwalającą na samonaprowadzanie się na cel. Jego wadą jest niewielki zasięg, drony typu samolotowego o rozpiętości skrzydeł 2 m mogą być zwalczane z odległości 500 m na wysokości do 200 m. Natomiast promień działania w zwalczania małych aparatów quadrocopter o średnicy ramion 30-70 cm (Mavic, Autel, DJI Phantom) wynosi 200 m na wysokości do 200 m. Aparat Mołot jest w stanie rozwinąć prędkość do 215 km/h (60 m/s) po rozpędzeniu się. Jego główną wadą jest mały zasięg. Jednakże rekompensuje to bardzo mała cena, choć i tak można kupować go w ilościach wystarczających do ochrony najważniejszych obiektów pola walki.
Z kolei rosyjska firma OOO „Red Line” z Moskwy zaproponowała inne rozwiązanie. Opracowano tu drona Wogan-9SP, który wszedł do uzbrojenia pomocniczych jednostek przeciwlotniczych obrony ważnych obiektów w Rosji, do obrony przed dronami dalekiego zasięgu. Ukraińskie aparaty dalekiego zasięgu typu samolotowego systematycznie atakują ważne rosyjskie obiekty, w tym lotniska, rafinerie ropy naftowej, zakłady przemysłu zbrojeniowego, itp. Nie wszystkich da się bronić metodami tradycyjnymi, ponieważ ilość dostępnych systemów przeciwlotniczych jest dalece niewystarczająca. Ponadto koszt popularnej rakiety przeciwlotniczej małego zasięgu 57E36 kompleksu 96K6 Pancyr-S1 to ponad sto tysięcy dolarów, choć oczywiście Pancyr może też zwalczać nadlatujące aparaty ogniem z działek. Nie ma jednak ani odpowiedniej ilości tych kosztownych systemów, ani wyszkolonych ich operatorów, więc większość z nich broni albo Moskwy, albo wojsk w strefie działań bojowych w Ukrainie. Zaproponowany aparat Wogan-9SP obecnie jest kierowany radiokomendowo, na podstawie obrazu przesyłanego z kamery aparatu do operatora. W takiej postaci aparat przechodził próby w sierpniu 2024 r. Z operatorem współpracuje niewielka stacja radiolokacyjna ostrzegająca przed nadlatującymi aparatami bezpilotowymi wroga. Docelowo operator ma mieć do dyspozycji podświetlacz laserowy umożliwiający wskazanie celu światłem lasera, a Wogan-9SP ma się na niego naprowadzać półaktywnie, prowadzi się też prace nad automatycznym wypracowaniem komend kierowania przez współpracującą małą stację radiolokacyjną, operator jedynie uaktywniał by głowicę bojową Wogana. Zasięg Wogan-9SP sięga 5-7 km na wysokości do 3000-3500 m, jest więc on całkiem zadowalający do zestrzeliwania dronów dalekiego zasięgu przed trafieniem w cel. Start niewielkiego drona przechwytującego następuje z niewielkiej wyrzutni, dalej Wogan-9SP leci napędzany czterema silniczkami elektrycznymi, osiągając prędkość do 200 km/h (docelowo ma rozwijać 250 km/h).

Opracowano też inne konstrukcję relatywnie prostych i tanich dronów przechwytujących. Jest to przypuszczalnie sposób na zwalczanie bezpilotowców przeciwnika bardzo niewielkim kosztem, bowiem obecnie główną masowo stosowanych dronów w wojnie ukraińskiej jest ich bardzo niewielki koszt, co właśnie pozwala na tak bardzo masowe ich stosowanie.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Nowy szef ukraińskich Wojsk Bezpilotowych Systemów Latających, mjr Robert „Madziar” Browdi, opracował specjalną tabelę oceny operatorów dronów, która motywuje jednostki dronowe.

Mjr Robert „Madziar” Browdi był przed wojną ekonomistą, który ukończył Uniwersytet Użgorodzki w Użgorodzie, czyli mieście z którego pochodził, na południowym Zakarpaciu. Wywodzący się z węgierskiej mniejszości w Ukrainie „Madziar”, jaki pseudonim sobie obrał, był przed wojną niezwykle skutecznym biznesmenem działającym w branży budowlanej, a następnie rolnej – zajmował się eksportem zboża. 7 lutego 2022 r., w obliczu rosyjskiej agresji, wstąpił do Wojsk Obrony Terytorialnej, zostając dowódcą plutonu w 206. Batalionie OT wystawionym przez 241. Brygadę OT (kijowską). Sam batalion jednak włączono w skład 28. Brygady Zmechanizowanej im. Ricarow Zimowogo Pochodu. Jako dowódca plutonu piechoty walczył pod Kijowem, w Buczy i Irpieniu. W tym czasie zaczął on myśleć, że można zrobić więcej wykorzystując drony. Ukraińskie wojska samorzutnie zaczęły kupować na Aliexpress relatywnie tanie drony DJI Mavic, które używano do rozpoznania i obserwacji pola walki, a nawet do korygowania ognia artylerii. „Madziar” za zgodą dowództwa sformował grupę wyposażoną nie tylko w drony rozpoznawcze, ale też w tzw. bombodrony, zrzucające ładunki bojowe na wojska przeciwnika. Tak powstała Grupa „Ptaki Madziara”. W czasie walk o Bachmut od grudnia 2022 r. grupa ta stała się bardzo popularna, a sam Robert Browdi awansował na kolejne stopnie wojskowe, a grupa w 2023 r. stała się kompanią systemów bezpilotowych. Kiedy jego grupę przekształcono w 414. Batalion Powietrznych Systemów Bezpilotowych w styczniu 2024 r., „Madziar” był już kapitanem. W czerwcu 2024 r. batalion rozwinięto w 414. Pułk Powietrznych Bezpilotowych Systemów Latających, a w grudniu 2024 r. pułk przeformowano w brygadę dowodzoną przez mjra Browdi. W 2025 r., wyróżniony najwyższym odznaczeniem Bohatera Ukrainy, mjr Browdi został wyznaczony na szefa Wojsk Bezpilotowych Systemów Latających Ukrainy, którą funkcję pełni do dziś.

Na tym stanowisku opracował on tabelę w myśl której oceniani są operatorzy dronów z poszczególnych jednostek, a suma tych punktów to ocena całej jednostki. W ten sposób układany jest ranking jednostek pod względem efektywności, dzięki czemu wiadomo, które jednostki trzeba kierować do walki na głównych kierunkach, a które na mniej wymagających. Oczywiście operatorzy z największą liczbą punktów otrzymują premie i awanse, a ponadto mogą być skierowani do służby w ośrodkach szkolenia by przekazać swoje umiejętności innym, co zwiększa ich szanse na przetrwanie. Co najważniejsze z punktu widzenia dowódców jednostek, punkty wymienia się na drony, kupowane w centralnym systemie pozyskiwania bezpilotowców. Im więcej punktów, tym można dostać lepsze aparaty bezpilotowe, które kosztują więcej punktów, można też mieć ich więcej. Dodatkowo poszczególne brygady, pułki i bataliony organizują zbiórki publiczne, za które sami kupują sobie odpowiednie systemy bezpośrednio od firm które je produkują, albo kupują części, z których warsztaty jednostek sami składają sobie odpowiednie aparaty, według własnego pomysłu.

Sama tabela motywacji też jest bardzo ciekawa. Najwyżej punktowane są trafienia w operatorów dronów. Dlaczego? Ponieważ drony FPV stały się głównym środkiem uderzeniowym w Ukrainie. Odpowiadają one za 49 % strat osobowych (straty za maj 2025 r.). Artyleria powoduje 13,6 % strat, broń strzelecka 11,5 %, broń na pojazdach pancernych (czołgi, bojowe wozy piechoty – też 11,5 % strat, miny – 6,2 %, bomby kierowane zrzucane z samolotów – 3,7 % strat, amunicja krążąca (głównie Lancety) – 3,3 % strat, inne środki bojowe – 1,2 %. Dlatego właśnie eliminowanie wyszkolonych operatorów dronów przeciwnika jest wysoko na liście priorytetów. Za zabicie operatora drona jest 25 punktów, a za zranienie (czasowa eliminacja) – 12 punktów. Na drugim miejscu są żołnierze, za zabicie każdego jest 12 punktów, a za zranienie 8. Za zniszczenie czołgu jest 8 punktów, a za uszkodzenie – 6. Za zniszczoną wieloprowadnicową wyrzutnię rakietową jest 10 punktów, a za uszkodzenie – 8. Za zniszczenie systemu obrony przeciwlotniczej jest 6 punktów, a za uszkodzenie – 4. Dalszych punktów nie ujawniono, ale widać z tego, jakie są priorytety ukraińskiego wojska.

Dla przykładu, dron FPV kosztuje 1,5 punkta, a nocny z kamerą termowizyjną – 4,5 punkta. Prosty obserwacyjny dron „Mołnia” (drony rozpoznawcze, poza obserwacją pola walki, dokumentują też ataki dronów uderzeniowych, a filmy z nich są podstawą do przyznawania punktów) – kosztuje 0,8 punktu. Dobry dron uderzeniowy „Saker Hunter” kosztuje 9,5 punktu, a duży bombodron „Vampire” – 43 punkty.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Bądź na bieżąco z nowościami