Jest to prawdziwy problem, bo na wypadek wojny ciężko jest niszczyć setki przylatujących codziennie dronów rakietami za miliony złotych. Jak rozwiązać ten problem? Tu musimy się uczyć od Ukrainy.
Nowoczesne rakietowe zestawy przeciwlotnicze potrafią zestrzelić niemal każdy cel. Za pomocą niektórych typów, takich jak Patriot czy europejski SAMP/T, można nawet zestrzeliwać rakiety balistyczne, co jest technicznie niezwykle trudne. Jest tylko jeden problem: te wszystkomogące rakiety przeciwlotnicze są horrendalnie drogie, zaś zwalczane bezpilotowce – niezwykle tanie. Właśnie z tego powodu można je przesyłać w wielkich ilościach.
W Ukrainie wypracowano różne metody ich zwalczania za pomocą niezbyt kosztownych środków. Popularne są na przykład mobilne grupy przeciwlotnicze, złożone głównie ze starszych zmobilizowanych żołnierzy którzy gorzej nadają się do służby typowo frontowej. Te grupy dysponują pick-upem wyposażonym w najcięższy karabin maszynowy kal. 12,7 mm o zasięgu do 1,5-2 km w poziomie i do 1000 m w pionie. Mają one też łączność z dowództwem odpowiedniego sektora obrony powietrznej, który kieruje takie grupy na trasy wykrytych dronów, są one w stanie przejechać odległość równą mniej więcej jedną czwartą odległości do nadlatującego drona (jeśli dron jest w odległości 200 km, taka grupa może się przemieścić w bok na trasę aparatu na odległość do ok. 50 km). Niektóre z tych zespołów dysponują przenośnymi przeciwlotniczymi zestawami rakietowymi. Są też stacjonarne grupy przy ważniejszych obiektach, bez pojazdu terenowego, ale za to z karabinami maszynowymi.
Do przechwytywania i zwalczania dronów stosuje się też wszelkie możliwe środki latające. Czasem nawet używa się do tego celu myśliwców, które strzelają do dronów głównie z działek dla oszczędności drogich rakiet, pozostawianych na pociski manewrujące, ale myśliwce są zbyt szybkie do atakowania powolnych dronów. Dlatego popularniejsze stały się powietrzne patrole śmigłowców szturmowych i wielozadaniowych ze strzelcami z najcięższymi karabinami maszynowymi w drzwiach. Śmigłowce stojące w dyżurze na ziemi są podrywane w powietrze w momencie, kiedy wykrywa się nadlatujące bezpilotowce. Są następnie naprowadzane na trasy lecących aparatów. Dzięki temu, że są one z reguły o ok. 100 km/h szybsze od najbardziej popularnych bezpilotowców uderzeniowych dalekiego zasięgu, to istnieje możliwość towarzyszenia aparatom i zwalczanie ich ogniem z broni pokładowej, w przypadku śmigłowców szturmowych integralnym działkiem lub nkm, a wielozadaniowych – przez strzelca w drzwiach kabiny.
Coraz bardziej popularnym środkiem są małe drony przechwytujące. Są one niezwykle tanie i mają napęd elektryczny, pozwalający im na wykonanie lotu na zasięg do 2-3 km poziomo i do 1500 m – 2000 m w pionie. Mają niewielką kamerkę telewizyjną w nosowej części, pozwalającą operatorowi na ręczne naprowadzenie na atakowanego drona, który zwykle kontynuuje lot po prostej na stałej wysokości. Mimo ręcznego sterowania dość łatwo jest trafić w niemanewrujący cel. Stają się one coraz bardziej popularne nie tylko do walki z aparatami dalekiego zasięgu, ale także do zwalczania dronów taktycznych, rozpoznawczych takich jak Orłan czy amunicji krążącej takiej jak Lancet. Ilość zestrzelonych aparatów przez te mini drony przechwytujące ostatnio przekroczyła tysiąc, według oficjalnych danych ukraińskich. Pierwszego takiego zestrzelenia dokonał Batalion „Ajaks” ze 126. Brygady Obrony Terytorialnej w lutym 2024 r.

Ostatnio ukraińska firma Justifier Drones zaprezentowała dość ciekawe rozwiązanie, które pozwala na radykalne zwiększenie zasięgu i pułapu tych małych dronów przechwytujących, których długotrwałość lotu zwykle nie przekracza 15-20 minut. Proponuje ona umieszczenie dwóch takich przechwytujących aparatów pod skrzydłami nieco większego bezpilotowca o rozpiętości skrzydeł ok. 3 m, startującego z prostej wyrzutni katapulty, którą można ustawić na ziemi lub umieścić na samochodzie terenowym. Aparat o klasycznym układzie samolotowym przenoszący dwa drony przechwytujące może latać na odległości do 20 km od operatora na wysokości 2000-4000 m przez ok. 40-60 minut. Ma on własną kamerę, którą można dostrzec wrogi aparat i zwolnić przenoszony mały aparat przechwytujący, wówczas drugi operator przejmuje kontrolę nad „przechwytywaczem”, a dron który je przenosi staje się jednocześnie retranslatorem transmitującym na ziemię przekaz do i z drona przechwytującego. Trzeba przyznać, że takie rozwiązanie bezpilotowego myśliwca jest naprawdę godne uwagi i zapewne sprawdzi się w walce.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
To, co obserwujemy w Ukrainie to absolutna dominacja bezpilotowych aparatów latających, które są środkiem oddziaływania na poziomie taktycznym, ale także i strategicznym. Ale czy zawsze tak będzie?
Bezpilotowe aparaty latające obecnie przejęły niemal całkowicie obrazowe rozpoznanie taktyczne i taktyczno-operacyjne, obserwację pola walki, choć tutaj na poziomie wyższym są one uzupełniane przez rozpoznanie satelitarne. Ukraińskie doświadczenia pokazują, że przekazywanie obrazów satelitarnych nawet do dowództw brygad owocuje lepszą orientacją sytuacyjną i pozwalają łatwiej zbudować kompletny obraz rozmieszczenia wojsk w rejonie działań bojowych brygady. Bezpilotowce poszukują i wskazują cele do zniszczenia przez artylerię polową, ale również same są szeroko wykorzystywane do atakowania obiektów naziemnych. W tym celu stosuje się zarówno drony uderzeniowe klasy FPV (sterowane z użyciem zobrazowania First Person View), jak i aparaty zrzucające niewielkie ładunki bojowe, tzw. bombodrony. Szczególną ich odmianą są aparaty o dużych rozmiarach, tzw. baba jaga, operujące głównie w porze nocnej dzięki kamerze termowizyjnej. Są to najczęściej komercyjne aparaty służące do celów rolniczych, a nabywane na platformach zakupowych, głównie z Chin, które należą do największych producentów komercyjnych bezpilotowych aparatów latających na świecie. Są one oczywiście przerabiane, otrzymują kamery termowizyjne, odporne na zakłócenia szyfrowane linie łączności, no i oczywiście wyrzutniki dla różnych ładunków bojowych o masie nawet do 50 kg. Takie aparaty wykorzystuje się również do stawiania min w nocy.
Czy to wszystko oznacza, że drony są aż tak bardzo skuteczne? Ich zaletą są głównie małe rozmiary co powoduje że trudno je trafić z broni strzeleckiej, a niekiedy nawet trudno taki aparat dostrzec. Jest też wyjątkowo tani, więc można go używać w takiej masie, że tradycyjne kosztowne środki przeciwlotnicze stają się wobec dronów taktycznych całkowicie bezużyteczne. Ale na tym ich zalety się kończą.

Do wad należy głównie relatywnie mały zasięg, ograniczony mniej więcej do 20 km, a dla bardziej profesjonalnie wykonanej amunicji krążącej o wyższych kosztach (a zatem stosowanej w mniejszej liczbie) – do 50-70 km przy zastosowaniu drona-retranslatora, tzw. „pszczoły-matki”. Długotrwałość lotu typowych lekkich quadrokopterów to maksymalnie 40-60 minut, co często nie wystarcza dla dolotu w rejon działań, wyszukanie odpowiedniego celu i wykonanie ataku na niego. Takie drony są bardzo podatne na wilgoć, dlatego nie specjalnie są w stanie operować w deszczu, w czasie opadów śniegu, a nawet w gęstej mgle. Zresztą w gęstej mgle, a często też w czasie opadów, operator niewiele widzi za pomocą ich kamery pokładowej. Ręczne sterowanie jest trudne i nawet doświadczony operator drona nie zawsze jest w stanie wykonać skuteczny atak. Bardzo dużym ograniczeniem jest mały ładunek bojowy, powodujący niewielkie uszkodzenia zaatakowanych obiektów. Dlatego na bardziej odporne obiekty pola walki trzeba ponawiać ataki, by uzyskać wymagany efekt. Zwykle na zniszczenie jednego czołgu trzeba zużyć 10-15 dronów FPV, a czasem i 20. Niektóre obiekty, takie jak mosty, solidne budynki, ziemianki, bunkry – są w ogóle nie do ruszenia przez drony.

Mimo to drony są bardzo powszechnie używane i obecnie faktycznie odpowiadają za większość strat przeciwnika. Ale należy sobie od razu wyjaśnić: jest to spowodowane charakterem tej wojny. Rosjanom nie chodzi bowiem o zajęcie ukraińskiego terytorium, by potem latami zmagać się z ukraińskim oporem, jak Amerykanie w Iraku czy Afganistanie. Celem rosyjskich działań jest złamanie ducha i woli walki narodu ukraińskiego, po to by w atmosferze apatii i rezygnacji dokonać zmiany władzy w Kijowie na taką, która będzie sprzyjała Rosji. Później terrorem i indoktrynacją doprowadzi się państwo ukraińskie do pełnego posłuszeństwa, tworząc coś w rodzaju kolejnej Białorusi. A taki sposób prowadzenia wojny wymusza długotrwały konflikt na wymuszenie. Dlatego obie strony mocno oszczędzają drogie systemy uzbrojenia, takie jak czołgi, artylerie, samoloty bojowe, pociski kierowane różnych typów, rakiety balistyczne. Gdyby jednak wojna przeszła w fazę manewrową, wówczas priorytety ulegną zmianie. Na pierwszy plan wysuną się wtedy środki walki o znacznie większych możliwościach bojowych, o większej skuteczności, choć oczywiście także dużo droższych. Nadal bezpilotowce będą masowo stosowane, ale nie będą już wówczas tak bardzo dominować na polu walki. Trzeba więc przyjąć maksymalnie wiele ukraińskich doświadczeń, ale jednocześnie należy analizować jaką wojnę nam przyjdzie prowadzić, starając się przewidzieć, jakie w takiej wojnie będzie miejsce i rola dronów.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Wojskowy Instytut Techniczny i Uzbrojenia jest głównie obarczony zadaniami testowania uzbrojenia i amunicji przeznaczonego dla Wojska Polskiego, ale posiadając odpowiedni potencjał intelektualny i inżynierski zajmuje się też własnymi pracami badawczo-rozwojowymi. Jednym z najnowszych obszarów działalności są bezpilotowe aparaty latające.
Pomysł WITU przypomina rozwiązania ukraińskie. Wiadomo bowiem, że nie wszystkie zespoły muszą być specjalnymi produktami wojskowymi spełniającymi normy, co czyni je kosztownymi. Wiadomo, że takie normy musi spełniać głowica bojowa. W końcu na rynku cywilnym nie można przecież kupić głowic bojowych, a ponadto to kwestia bezpieczeństwa. Drugim zespołem jaki ma wpływ na przykład na bezpieczeństwo lotu aparatu, a ponadto musi wypełniać określone zadania typowo wojskowe to autopilot. Trzecim takim zespołem jest system łączności, ale głównie w części utajnienia komunikacji i maskowania radiowego położenia operatora oraz odporności na zakłócenia. To samo dotyczy układu nawigacji – jeśli taki w ogóle jest instalowany, bo małe drony FPV przeznaczone do wykonywania całkowicie sterowanych ataków, często w ogóle nich nie maja. Głównym źródłem informacji o celach jest kamera telewizyjna, lot wykonuje się od operatora do pierwszego napotkanego celu godnego zaatakowania, więc żadna nawigacja nie jest potrzebna, a tylko zwiększa cenę. Tymczasem chodzi o to, by taki system mógł być wytwarzany szybko i tanio, tak by umożliwić jego naprawdę masowe użycie na polu walki. Pozostałe elementy, takie jak rama, silniczki ze śmigłami i baterie – mogą być kupowane na rynku cywilnym jako standardowe elementy. Nie muszą spełniać zbyt wyśrubowanych norm, bowiem całe ich użycie sprowadza się do 10-30 minutowego lotu od startu do trafienia w cel. Im taniej się da je kupić przy spełnieniu minimalnych wymagań technicznych, tym lepiej. Oczywiście źródło dostaw musi być dostępne także w trakcie wojny.
Stosując standardowe ramy, komercyjne napędy i baterie w WITU w Zielonce opracowano rodzinę trzech typów bezpilotowców uderzeniowych klasy FPV. Są to VPL 7, VPL 10 i VPL 15, przy czym liczby w nawiasach odpowiadają rozmiarowi ram w calach, odpowiednio 17,78 cm, 25,4 cm i 38,1 cm. VPL 7 ma udźwig 1,1 kg, VP 10 ma udźwig 3 kg i długotrwałość lotu 10-14 minut, zaś VPL 15 może przenosić ładunek 5 kg i ma długotrwałość lotu 20-25 minut. Wszystkie zostały zbudowane w układzie quadrokoptera i mają sterowanie radiowe współpracując z niewielką kamerą telewizyjną. Jedynie VPL 15 ma odmianę sterowaną światłowodem o długości do 20 km. Wszystkie te aparaty mogą być wykorzystywane do rażenia nieodległych obiektów pola walki. Uzbrojenie bezzałogowców stanowią niskokosztowe głowice serii GXLC różnych typów. Mają one głównie mniej zaawansowane zabezpieczenia w stosunku do głowic rodziny GX, dzięki czemu mają niższą cenę. Z tego powodu nie mogą być używane ponownie i po uzbrojeniu nie można ich bezpiecznie rozbroić, ale w przypadku bojowego użycia amunicji krążącej, jaką de facto są te aparaty, nie ma to większego znaczenia. Są to głowice GXLC42 kal. 52 mm o masie ok. 0,7 kg, głowice GXLC60 kal. 60 mm i masie 1,6 kg, głowice GXLC68 kal. 73 mm i 64 mm o masie 1,2 kg i głowice kal. 100 mm i 120 mm GXLC100 o masie 3-3,5 kg. Głowice mają modułową budowę i są proponowane w odmianach z głowicą kumulacyjną i odłamkową.
Od września pierwsze partie VPL-7 i VPL-10 trafiają do ośmiu jednostek Wojska Polskiego. Sprzęt został zakupiony dzięki wsparciu Ministerstwa Obrony Narodowej. Obecnie żołnierze przechodzą szkolenia, a następnie przez dwa miesiące będą testować drony w warunkach poligonowych.

Nieco większy od nich jest bezzałogowy aparat latający Giez typu samolotowego. Aparat latający ma długość 1075 mm, rozpiętość skrzydeł 1660 mm i jest w stanie spędzić w powietrzu około 30 minut. Oczywiście tak jak pozostałe, aparat ma napęd elektryczny z silniczkiem z tyłu i śmigłem pchającym, z przodu znajduje się głowica bojowa. Zasięg aparatu do 10 km, pułap lotu do 2000 m, a masa w locie to 6 kg. Ciekawostką jest to, że w przypadku nieznalezienia celu głowicę można zabezpieczyć, a aparat może wrócić do operatora, żeby zostać użyty ponownie.

Wśród oferowanych przez WITU quadrokopterów jest jeszcze System Amunicji Krążącej DragonFly. Ma on masę 5 kg, zasięg łączności bezpośredniej do 10 km, choć zasięg aparatu sięga 20 km. Czas lotu to minimum 20 minut, a prędkość maksymalna do 120 km/h. Jego układ kierowania może być wspomagana odbiornikiem GPS z automatyczną stabilizacją wysokości i zawisu, ale można nim też sterować w trybie NoGPS, by nie narażać się na zakłócenia systemów nawigacji. Do kierowania wykorzystywana jest dzienna kamera telewizyjna, a aparat przenosi głowice bojowe z rodziny GX-1: GO-1 HE (Odłamkowa), GK-1 HEAT (Kumulacyjno-odłamkowa), GTB-1 FAE (Termobaryczna) i GO-1 HE-TR (szkolna, niewybuchająca). Także i ten aparat ma zakres zabezpieczenia głowicy drogą radiową i powrót do operatora w przypadku nieodnalezienia celów.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Na wtargnięciu w polską przestrzeń powietrzną 21 dronów, a następnie naruszeniu dronami rumuńskiej przestrzeni powietrznej się nie skończyło. Kilka dni temu użyto relatywnie niedużych aparatów do wywołania zakłóceń w lotach z lotnisk duńskich i w rejonie Oslo. Kolejny aparat nieznanego pochodzenia pojawił się nad fińską elektrownią. Wiadomo, że robią to Rosjanie, ale po co? Co chcą osiągnąć?
Wlot 21 bezpilotowych aparatów latających nad Polskę nie był przypadkiem. Zwykle w nalotach na Ukrainę miesza się pół na pół drony uzbrojone w 50 kg głowice (jeśli to najpopularniejsze Gerań 2 czyli rosyjski licencyjny Shahed 136 produkowany w Jełabuga w Tatarstanie wg ulepszonego irańskiego projektu) z trzy lub cztery razy tańszymi nieuzbroonymi dronami pułapkami Gerbera. Załóżmy, że zakłócenia radioelektroniczne były tak silne, że część aparatów zmylona błędnymi wskazaniami odbiornika GPS odleciała daleko od swoich celów i wleciały one do Polski. Ale w takiej sytuacji byłaby to zwyczajowa mieszanka obu rodzajów bezpilotowców, a nie same pułapki Gerbera, bez żadnego ładunku bojowego. To tak jak słynne opowieści o kocie z Wąchocka, który jak dostaje w misce kawę z mlekiem, to mleko wypija, a kawę zostawia.
Skoro więc wiemy, że to nie był przypadek, to jaki był cel tej akcji? Głównym celem było wywołanie szoku, co torowało drogę dla zmasowanego ataku informacyjnego. Uśpione dotąd konta w mediach społecznościowych, bez żadnych postów do tej pory lub z zaledwie kilkoma byle jakimi, lub wręcz konta założone na 12-24 godziny przed atakiem, nagle ożyły i zaczęły strzelać przygotowaną narracją. Twierdzono, że to ukraińska prowokacja, żeby nas wciągnąć do wojny. Fakt, że cała akcja została tak skrojona, by nie być powodem do wojny nikomu nie przeszkadzał. Czyli że chcieli nas wciągnąć do wojny robiąc coś, co na pewno nas nie wciągnie do wojny…
Fakt, że jest to element zaplanowanych działań został następnie potwierdzony kolejnymi prowokacjami. Tajemnicze aparaty bezpilotowe pojawiły się nad czterema lotniskami w Danii. Były to lotniska Aalborg, gdzie stacjonuje też duński 721. Dywizjon, jednostka transportowa wyposażona m.in. w samoloty C-130J-30 Hercules, Skrydstrup, gdzie bazują myśliwce: 727. Dywizjon na samolotach F-35A i 730. Dywizjon na F-16AM, a także dwa cywilne lotniska Esbjerg i Sønderborg na Półwyspie Jutlandzkim. To już drugi raz w ciągu jednego tygodnia. Dodatkowo nad ranem rosyjski samolot rozpoznawczy Ił-20 przeleciał na bardzo małej wysokości ok. 100 m tuż nad niemiecką fregatą F220 „Hamburg”.

Bezpilotowce przyleciały znad morza i po krążeniu w rejonie lotnisk powodując odwołanie operacji lotniczych, po określonym czasie wszystkie odleciały z powrotem nad morze. Przypuszczalnie aparaty startowały z jednego ze statków z rosyjskiej floty cieni. To jest flota blisko 1400 statków lub więcej, które zostały zakupione przez różne firmy „krzaki” zarejestrowane w krajach III świata założonych na tzw. „słupów”, a piętrowe czartery powodują, że namierzenie rzeczywistego operatora jest praktycznie niemożliwe. Statki te noszą tzw. tanie bandery: Liberia, Panama, Wybrzeże Kości Słoniowej, Trynidad i Tobago, itp. Mimo wszystko zatrzymanie takiego statku na wodach międzynarodowych jest poważnym naruszeniem prawa do swobodnej żeglugi. I to mimo tego, że statki te nie mają ubezpieczenia, są w fatalnym stanie technicznym, a często ich świadectwo zdolności żeglugowej albo jest nieaktualne, albo wydane w krajach, w których dokumenty nikt nie ufa. Jednakże zawijają one tylko do zaufanych portów i nie ma obawy, że gdzieś zostaną zatrzymane. Te statki przechodziły wielokrotnie różne remonty i przebudowy, a zatem można je dostosować do dowolnych zadań. Jeden z takich statków zatrzymanych w Finlandii w grudniu 2024 r. po tym jak rwał ciągniętą kotwicą podwodne kable łączące Finlandię z Estonią, okazał się być naszpikowany aparaturą do rozpoznania radioelektronicznego. Bardzo łatwo jest dostosować je do roli dronowych lotniskowców. Używając niewielkich aparatów o zasięgu do 100 km mogą one prowadzić skuteczne działania rozpoznawcze lub nawet dywersyjne przeciwko bazom morskim, portom handlowym i miastom w pobliżu wybrzeża.

Celem tych działań obecnie jest zastraszenie zachodnich społeczeństw i wysłanie im ostrzeżenie, że dalsze wspieranie Ukrainy spowoduje bardziej radykalne kroki wojenne skierowane przeciwko nim. Oczywiście Rosja ma określone plany wobec wielu państw europejskich i plany dokonania na nie agresji nie są uzależnione od tego czy one Ukrainę wspierają, czy nie. Raczej jeśli dopuścimy do upadku Ukrainy, to tylko ułatwimy Rosji szybsze przejście do dalszych działań już poza Ukrainą. I tak Rosja skutecznie wykorzystuje bezpilotowe aparaty latające do prowadzenia bardzo skutecznej wojny kognitywnej z państwami zachodnimi.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
W ostatnim okresie mieliśmy okazję odwiedzić ćwiczenia Żelazny Obrońca 2025. Ciekawostką tego ćwiczenia było pierwsze obserwowane przeze mnie użycie małych dronów szturmowych w ćwiczeniach wojsk, co jest niewątpliwie efektem ukraińskich doświadczeń. Ale jednocześnie wydaje się, że jest jeszcze wiele do zrobienia na tym polu.
Ćwiczenie „Żelazny Obrońca” (Iron Defender) zostało przeprowadzone w odpowiedzi na ćwiczenie „Zapad 2025”, przeprowadzone przez Rosję i Białoruś na terenie Białorusi. Tegoroczna edycja była jednak dość anemiczna. Nie udało się ściągnąć większej ilości wojsk, ani uzyskać efektu mrożącego w państwach NATO. Zamiast tego duże wrażenie zrobiła seria ćwiczeń NATO przeprowadzona w odpowiedzi w państwach zachodnich. Wśród nich było też nasze, „Żelazny Obrońca”.
W ramach tego ćwiczenia faktycznie ćwiczono obronę. W rosyjskim ćwiczeniu „Zapad 2025” ćwiczono nieco inny scenariusz. W pierwszej fazie ćwiczono obronę przed atakiem państw NATO, a następnie po jego zatrzymaniu, głównym elementem było ćwiczenie kontruderzenia, czyli de facto natarcia na państwa NATO.
W naszym ćwiczeniu było inaczej. Ćwiczono przede wszystkim obronę, a przynajmniej taki właśnie epizod pokazano na media day. Obronę ćwiczono w różnych konfiguracjach, w tym w terenie odkrytym, ale też i w innych warunkach. Ćwiczący batalion rozmieszczony na poligonie Orzysz otrzymał bardzo silne wsparcie ogniowe, był i symulowany atak samolotów bojowych, holenderskich F-35A i polskich F-16C Jastrząb, był rzeczywisty atak śmigłowców bojowych z użyciem rakiet niekierowanych i ze strzeleckiej broni pokładowej do celów na poligonie ze strony polskich Mi-24D oraz amerykańskich AH-64D Apache. Później prowadzono ostrzał artyleryjski z nowych haubic K9 Thunder produkcji południowokoreańskiej oraz polskich moździerzy samobieżnych M120 Rak. Ogień otworzyły też czołgi M1 Abrams, polskie z 1. Warszawskiej Brygady Pancernej im. Tadeusza Kościuszki i amerykańskie z 1. Dywizji Pancernej „Old Ironsides”.
Najciekawszy był jednak atak dronów. Rój dronów przeleciał nad wojskami i skierował się w stronę nieprzyjaciela. Były to małe drony FPV z rodziny VPL oferowane przez specjalistów Wojskowego Instytutu Techniki i Uzbrojenia z Zielonki. Zostały one całkowicie zbudowane w oparciu o ukraińskie doświadczenia i są one oferowane w wielu różnych odmianach. Obecnie w Polsce toczą się też prace nad układem kierowania za pośrednictwem kabla światłowodowego w celu uodpornienia dronów na zakłócenia radioelektroniczne. Pracuje się też nad wykorzystaniem układów sztucznej inteligencji do autonomicznego kierowania atakujących bezpilotowców, które potrafiłyby same odszukać, sklasyfikować i zaatakować cel.
Mimo, że widok atakujących dronów wykorzystany w realnych ćwiczeniach z wojskami był bardzo budujący, to jednak uważamy, że to jeszcze zbyt mało. Co prawda cicho bzyczący rój dronów nie robił takiego wrażenia jak potworny huk wystrzałów z dział czołgowych, ale mogły być one co najmniej tak samo groźne. Drony to cicha śmierć, o czym się przekonano w Ukrainie i czasem ciche bzyczenie wywołuje większą trwogę wśród żołnierzy niż głośny huk ognia artyleryjskiego.

Pojedynczy atak jednak to stanowczo za mało. Bezpilotowce powinny być na okrągło obecne nad terenami wroga, tak te obserwacji pola walki, jak i uderzeniowe. Jednakże to, co najbardziej zwracało uwagę, to brak ćwiczenia biernej i czynnej obrony przed bezpilotowcami przeciwnika. Wojska nie stosowały odpowiednich zabezpieczeń przed dronami w postaci osłony wozów bojowych, jakie w Ukrainie występują obecnie niemal zawsze, ani maskowania własnych pozycji z góry czy siatek przeciwdronych, a ponadto należy też pomyśleć o strzelcach uzbrojonych w odpowiednią dron przeciwdronową. W Ukrainie sprawdzają się szotguny strzelające śrutem, który tworzy chmurę drobnych pocisków, zwiększając znacznie szanse na zestrzelenie niewielkiego obiektu latającego. Dlatego w naszym wojsku trzeba poważnie pomyśleć o obronie przed dronami pola walki, bo w razie wojny to niestety będzie codzienność.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Rosyjska akcja szokowo-informacyjna zaczęła się od przylotu co najmniej 19 bezpilotowców – pułapek typu Gerbera, pozbawionych ładunku wybuchowego. Kiedy wywołano szok i kiedy wszyscy zaczęli to wydarzenie komentować, ruszyła rosyjska ofensywy dezinformacyjna.
Tłem tych wydarzeń jest tocząca się w Ukrainie wojna. Celem tej wojny jest wymiana władz w Kijowie i zastąpienie ich ekipą wybraną przez Rosjan, którzy będą wobec Rosji ulegli. Ma powstać coś, co przypomina Białoruś. To nic, że Ukraina będzie formalnie niepodległa, jak prezydent Ukrainy będzie miał mniej więcej tyle do powiedzenia co gubernator Kraju Krasnodarskiego czy Obwodu Tulskiego. Ważne jest, by była całkowicie podporządkowana. Skąd to wiemy? Bo Kreml tego nie ukrywa, powtarza jak mantrę że ich celem jest denazyfikacja Ukrainy (czyli zmiana władz na prorosyjskie) i demilitaryzacja (czyli odcięcie od struktur zachodnich, a głównie NATO). Nie wdając się w dalsze szczegóły trzeba powiedzieć, że Ukraina jest tylko częścią wielkiego planu budowy świata wielobiegunowego, co zapisano w rosyjskiej Strategii Polityki Zagranicznej. Chodzi o stworzenie własnej strefy wpływów w całej Europie, by wejść do grona trzech równorzędnych mocarstw z USA i Chinami, z których każde posiada własną strefę wpływów z której czerpie własną moc. Z tego płynie jednak ważny wniosek: Rosja nie chce podbić Ukrainy, lecz ją złamać. Nie prowadzi działań zmierzających do opanowania terenu, lecz działania ukierunkowane na wydrenowanie ukraińskiej woli oporu do zera. I niestety, jest na dobrej drodze…
Ważną rolę w tym dziele odgrywają drony uderzeniowe oparte o irańskie Shahedy. Rosjanie zakupili na nie licencję i produkują je w Tatarstanie, rozwijając całą ich rodzinę. Wersje licencyjne to: Shahed 131 – Gerań 1, Shahed 136 – Gerań 2, odrzutowy Shahed 238 – Gerań 3. Mają one zasięg do 600 km, do 2000 km i do 800 km. Sami Rosjanie wprowadzili do nich własne ulepszenia. Te same drony 131 i 136 produkowane niemal w całości na częściach chińskich zamiast rosyjskich noszą nazwę Garpija 1 i Garpija 2. I dodatkowo na bazie drona Shahed 131 powstała latająca pułapka bez głowicy, do przyciągania ognia broni przeciwlotniczej, by osłabić skuteczność odpierania ataku dronów. Ta pułapka nosi nazwę Gerbera. Ma zasięg 300-400 km jeśli przenosi niewielki ładunek wybuchowy z zapalnikiem czasowym, do porażania gapiów lub saperów, którzy przyjadą usunąć drona. Jeśli nie ma ładunku wybuchowego, można wówczas zamontować dodatkowy zbiornik paliwa, mniejszy lub większy, wówczas zasięg rośnie do 600 km lub 900 km. Właśnie te ostatnie wersje bez żadnego ładunku wybuchowego pojawiły się w Polsce, mniej więcej 19 (według oficjalnych oświadczeń).
Zanim jednak to opiszemy warto wspomnieć o jednym. Rosja wciąż nie może złamać woli oporu Ukrainy, a czas jej się kończy. Gospodarka się wali, wyczerpuje się cenny sprzęt potrzebny do realizacji kolejnych etapów operacji, już poza Ukrainą. W międzyczasie Europa się budzi, zaczyna się zbroić, integrować. Dlatego koniecznie trzeba przerwać dostawy uzbrojenia dla Ukrainy. A dla tych dostaw kluczowa jest Polska, przez którą te dostawy płyną. Dlatego trzeba uderzyć w polskie wsparcie dla działań Ukrainy. Jak? A właśnie tak…
Do Polski w nocy z 8 na 9 września przyleciało co najmniej 19 dronów, a wszystkie to Gerbera bez głowicy bojowej. Miały one wywołać szok samym faktem pojawienia się, ale całość była nastawiona na niewywołanie wojny. Brak strat, co jest zapewne efektem zamierzonym, miał nie dać powodów do uznania tego za akt wojny.
Do przechwycenia tych aparatów wystartowały dwa polskie F-16C i dwa holenderskie F-35A które stacjonują na Krzesinach. Gerbery mają dość słabe echo radarowe, bo mają imitować Geranie które też nie mają silnego odbicia radiolokacyjnego. W locie na małej wysokości były okresowo widoczne na radarach naziemnych, zaś w przypadku radarów pokładowych, jak to powiedział gen. Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego WP, „rwały śledzenie”. Podobno gejmczendżerem był F-35A, który dzięki czułym sensorom (radar i elektrooptyka) był w stanie śledzić drony, i te które zostały uznane za niebezpieczne, bo kierowały się w stronę ośrodków miejskich, zostały zestrzelone, przypuszczalnie pociskami AIM-120 AMRAAM kierowanymi aktywnie radarowa. Tańsze pociski AIM-9 Sidewinder przypuszczalnie nie był w stanie przechwycić drona ze względu na jego minimalny ślad termiczny, zwłaszcza na tle ziemi pełnej różnych źródeł promieniowania podczerwonego. Zestrzelono przypuszczalnie cztery drony. Nie jest to potwierdzone, ale przypuszczalnie to jeden z tych pocisków zniszczył dach budynku mieszkalnego we wsi Wyrki. Sam dron bez głowicy raczej nie byłby w stanie poczynić aż takich szkód, a ponadto słyszany był wybuch, a Gerbery głowic nie miały.
Od razu, jednocześnie z dronami ruszyła silna rosyjska kampania dezinformacyjna. Te same treści przekazywano w rosyjskiej prasie, po czym dokładnie ten sam przekaz ruszył z całą mocą w polskim internecie. Wychodził on od internetowych trolli z rosyjskich farm na fejkowych kontach, jak i od lokalnej agentury wpływu. Został on szybko powielony przez nieświadomych, mniej myślących obywateli. Ten przekaz można streścić jako „Ukraina dokonała prowokacji bo chce nas wciągnąć do wojny”. To jest oczywiście pozbawione sensu, bo ze strony Ukrainy ryzyko byłoby wielkie, a to nie był incydent który miałby nas wciągnąć do wojny z kimkolwiek.
Zdołano jednak przekonać blisko 40 % naszego społeczeństwa. Rosjanie odnieśli więc wielkie zwycięstwo na drodze do zmuszania nas do przerwania pomocy Ukrainy, co może z kolei przyśpieszyć wojnę u nas. Jest bowiem oczywiste, że po upadku Ukrainy albo Państwa Bałtyckie, albo od razu my staniemy się kolejnym celem rosyjskiego ataku. Dlatego w naszym interesie, jeśli chcemy uniknąć wojny, jest pomaganie Ukrainie, a nie odwrotnie.
I tak drony wkroczyły do wielkiej polityki i jak się okazuje, także na tym polu okazały się być bardzo skuteczne. A w następnym artykule napiszemy jak należy zbudować obronę przeciw dronom dalekiego zasięgu.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
LAWS to Lethal Autonomous Weapon Systems, czyli broń zdolna do samodzielnego wyboru celu oraz wykonania ataku na te obiekty bez ingerencji człowieka. Oczywiście jednym z głównych elementów, które na takie rozwiązania pozwala, to coraz bardziej rozwijająca się sztuczna inteligencja oraz systemy oparte o maszynowe samouczenie się.
Pierwszym pytaniem jakie się pojawia to co to znaczy „broń autonomiczna”? W różnych źródłach jest to różnie definiowane. Według amerykańskiego Departamentu Obrony LAWS to: „taki system uzbrojenia, który raz uaktywniony jest w stanie wyselekcjonować i zaatakować cele samodzielnie, bez dalszej ingerencji ludzkiego operatora”. Definicja brytyjskiego Ministerstwa Obrony jest bardziej skomplikowana, ale jednocześnie wyjaśnia więcej: „Systemy zdolne do rozumienia intencji i zamysłu wyższego szczebla dowodzenia. Dzięki temu zrozumieniu i percepcji otoczenia, taki system jest w stanie podjąć odpowiednie działania, aby osiągnąć pożądany efekt na polu walki. Jest w stanie wybrać kierunek działania spośród wielu alternatyw, bez polegania na ludzkim nadzorze i kontroli, ale takie ludzkie zaangażowanie w system może jednak nadal występować. Chociaż ogólna aktywność autonomicznego bezzałogowego statku powietrznego będzie przewidywalna, poszczególne działania mogą takie nie być”. Zwraca uwagę fakt, że Brytyjczycy nie wykluczają ingerencji człowieka w działanie systemu autonomicznego. Może to być zatwierdzanie decyzji o ataku po sprawdzeniu przez człowieka, a może być na przykład przekierowanie na inny cel. Założenie jest przy tym takie, że wskazanie innego celu nie zmusza do przejęcia ręcznego sterowania systemem bezzałogowym, ale system przyjmuje nowy cel i dalej realizuje atak autonomicznie, dobierając odpowiedni punkt trafienia w zależności od charakteru tego nowego celu.

Mówimy tu przy tym o aparatach bezpilotowych, mających dokonywać ataku na cele naziemne. Wyższym stopniem wtajemniczenia tego rodzaju systemów są aparaty zdolne do wykonywania lotu w rojach (swarm), co bardzo utrudnia możliwość obrony oraz potęguję siłę ataku. Południowokoreańska firma Nearthlab oferuje obecnie taki właśnie system zwany XAiDEN. To niewielkie aparaty w układzie quadrocoptera, a każdy z ładunkiem pocisku moździerzowego kal. 60 mm. Mają one długotrwałość lotu do 30 minut przy napędzie elektrycznym. Operator kieruje je we wskazany rejon, gdzie aparaty podejmują samodzielne poszukiwanie celów, wymieniając się wzajemnie informacjami i koordynując atak w taki sposób, by dwa aparaty nie atakowały tego samego celu. Chyba, że jeden z nich na podstawie algorytmu oceny obrazu z kamery uzna, że cel nie został odpowiednio porażony i ponowi drugi atak na ten sam obiekt na polu walki.
Stopniowe wprowadzanie autonomicznych dronów w działaniach w Ukrainie nastąpi w najbliższym czasie, choć pierwsze przykłady zastosowania aparatów ze sztuczną inteligencją już znamy. Najbardziej spektakularnym atakiem z użyciem takich aparatów była operacja Pawutina, kiedy to ukryte w ciężarówkach bezpilotowce dokonały zautomatyzowanego ataku na rosyjskie bombowce strategiczne. Oczywiście był to chyba pierwszy na świecie przykład bojowego użycia niemal całkowicie autonomicznych dronów w historii konfliktów zbrojnych. Nie ma jednak najmniejszych złudzeń, że takie aparaty wkrótce pojawią się nad polem walki w Ukrainie. Pozostaje jeszcze kwestia prawna użycia takich aparatów. Strona rosyjska w ogóle się tym nie przejmuje, ale trzeba przecież rozważyć kto konkretnie odpowiada za ewentualne przypadkowe, niechciane szkody? Wiadomo, że ogólna odpowiedzialność spada na państwo, które tych aparatów użyło, ale czy odpowiedzialność ciąży też na producencie? Prawo o konfliktach zbrojnych nie nadąża za rozwojem technologii. Mimo to należy oczekiwać, że w najbliższej przyszłości na polu walki pojawi się coraz więcej systemów autonomicznych, choć wciąż aparaty sterowane przez człowieka, operatora na ziemi, są zdecydowanie skuteczniejsze, choć zaangażowanie ludzi ogranicza ich ilość jednocześnie pojawiającą się nad polem walki.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
W działaniach bojowych w Ukrainie na polu zastosowania bezpilotowych aparatów latających wciąż pojawiają się nowości. Pomijając fakt, że bezpilotowce wprowadzone do użycia trzy miesiące wcześniej stają się przestarzałe i trzeba wprowadzać modyfikacje do ich systemów nawigacyjnych, łączności i głowic bojowych, pojawiają się też fabrycznie nowe konstrukcje oraz nowe obszary zastosowania bezpilotowych aparatów latających.
Jedną z ciekawych nowości, o czym donosi jeden z ukraińskich specjalistów od technologii radiowych i elektronicznych kryjący się pod pseudonimem Serhij Flash, jest to że Rosjanie zaczęli instalować tylnych kamer w swoich aparatach rozpoznawczych typu Orłan i podobnych. Są to bardzo popularne aparaty służące do prowadzenia obserwacji pola walki i bliskiego zaplecza, korygowania ognia artylerii oraz poszukiwania celów do uderzeń dronowych. Wspomniane kamery umieszczone z tyłu służą do osłony dronów przed ukraińskimi przechwytującymi systemami bezpilotowymi. Rosjanie doświadczają coraz większe straty w swoich aparatach spowodowane przez tanie i coraz bardziej popularne lekkie bezpilotowe systemy przechwytujące z napędem elektrycznym. Drony przechwytujące zwykle nadlatują z tyłu, najczęściej lekko z góry, by spokojnie zaatakować rosyjski aparat wykonujący lot po prostej, bo operator Orłana lub podobnego systemu nie jest świadomy zbliżającego się niebezpieczeństwa. Teraz, kiedy dysponuje tylną kamerą i jest w stanie dostrzec zbliżający się aparat przechwytujący, operator może podjąć manewrowanie Orłanem, utrudniając lub wręcz uniemożliwiając jego trafienie przez ukraiński system przechwytujący. Aparaty przechwytujące zwykle mają mały zasięg oddziaływania i jeśli „przetrzyma” je się w manewrach, to nie będą w stanie ponawiać ataków.
Kolejna nowość pojawiła się w ukraińskim 413. Samodzielnym Batalionie Bezpilotowych Systemów Latających „Rejd”. Jednostka ta podlega Wojskom Bezzałogowych Systemów Latających Ukrainy i choć o jej użyciu decyduje operacyjny łańcuch dowodzenia wojsk ukraińskich, to jednak zapewnia się tym jednostką pewną swobodę działania w ramach samodzielnego poszukiwania i zwalczania wybranych celów.
Niemiecka firma Quantum Systems mająca swoją siedzibę w Monachium dostarczyła do tego batalionu swoją nową amunicję krążącą czyli szturmowe jednorazowe bezpilotowe systemy latające, zwane przez media „drony kamikaze”. Są to aparaty typu Stark Defence Virtus. Jest to dość duży bezpilotowy aparat latający o masie ok. 30 kg, który jest zdolny dolecieć na odległość nawet 100 km i zaatakować wskazany przez operatora cel, uderzając w niego penetrującą głowicą bojową o masie 5 kg, zawierającą ok. 2,5 kg materiału wybuchowego. Jest to ponad połowa ładunku zawartego w pocisku do haubicy 152-155 mm, czyli wybuch jest dość silny, a precyzyjne trafienie zapewnia odpowiedni efekt. Aparat startuje pionowo, nie wymaga więc żadnych wyrzutni, a jego przygotowanie do startu polega na wyniesieniu go z pojazdu transportowego, ustawieniu w miejscu startu i wypuszczenie do lotu, co trwa kilka minut, później można opuścić to miejsce i ukryć się wraz z całą ekipą. Dron jest oczywiście sterowany z innego miejsca, dobrze zamaskowanego, by ośrodek kierowania nie stał się celem wrogiego ataku.
Wspomniany 413. Batalion już wcześniej posiadał rozpoznawcze systemy bezpilotowe Vector firmy Quantum Systems o podobnym zasięgu. Są one teraz używane do poszukiwania celów i wskazywania ich do uderzeń dla Stark Defence Virtus oraz do filmowania skutków ataku.

Oczywiście zastosowanie lekkich aparatów o takim zasięgu w których nie ma systemów łączności satelitarnej, wymaga stosowania latającego przekaźnika łączności. Taki aparat zwany „pszczoła matka” (w nawiązaniu do określenia „dron”, czyli po angielsku truteń) ma aparaturę do przekazywania łączności między operatorem na ziemi a aparatem wykonującym zadanie bojowe daleko nad wrogim terytorium, latając nad własnym terytorium na większej wysokości.

Ale to nie jest jedyny nowy typ amunicji krążącej o zwiększonym zasięgu jaki zaczęły używać wojska ukraińskie. Jednocześnie też Ukraina zaczęła używać relatywnie tanich i bardzo skutecznych własnych dronów RAM-2X, które do pewnego stanowią kopię rosyjskiej amunicji krążącej Lancet. Ukraińska wersja ma jednak zasięg 150 km, większy od oryginalnego Lanceta, oczywiście przy wykorzystaniu latającego przekaźnika radiowego. W ostatnim okresie odnotowano kilka skutecznych uderzeń na cele na terenach okupowanych, a także w Rosji w odległości do mniej więcej 70 km od terenów kontrolowanych przez wojska ukraińskie. Wprowadzenie do użycia tych dwóch typów amunicji krążącej może to wyjaśnić, choć nadal nie wiemy, czy wspomniane dwa typy do jedyne o takim zasięgu, jakie weszły ostatnio do uzbrojenia.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Ukraina widzi swoją szansę w atakowaniu rosyjskich strategicznych celów naziemnych położonych na dużej głębokości w Rosji, przenosząc wojnę w głąb państwa agresora. Czy istnieje szansa na wywarcie realnego wpływu na przebieg wojny?
Ostatnio w Ukrainie pokazano nowy pocisk manewrujący FP-5 „Flamingo” który ma pozwolić na atakowanie obiektów na terenie Rosji na odległość do 3000 km. Pod koniec sierpnia 2025 r. prezydent Wołodymir Zełenski ogłosił, że pocisk ten wchodzi do produkcji i na razie będzie produkowany w tempie jeden dziennie, ale w październiku jego produkcja ma osiągnąć tempo siedmiu pocisków miesięcznie. Dzięki silnikowi odrzutowemu pocisk ten przenosi główicę bojową o masie 1500 kg, z czego niemal tona przypada na materiał wybuchowy. Pocisk ten ma więc olbrzymią siłę niszczącą. Dołączy on do całej rodziny ukraińskich uderzeniowych bezpilotowych aparatów latających o zasięgu od 800 do 1200 km, które przenoszą głowice bojowe o masie od 400 do 800 kg.
Terytorium Rosji jest zbyt rozległe, by postawić skuteczną barierę dla relatywnie niewielkich obiektów latających o małej skutecznej powierzchni radiolokacyjnego, które wykonują lot na relatywnie małej wysokości, w związku z tym są trudne do wykrycia. Dzięki temu można atakować różne obiekty w miarę swobodnie, bowiem ilość wysyłanych aparatów uniemożliwia używanie do ich zwalczania kosztownych rakiet przeciwlotniczych średniego i dalekiego zasięgu.

Wykorzystując swoje możliwości w zakresie uderzeń na obiekty ważne dla funkcjonowania państwa rosyjskiego uzbrojeniem jakie może być produkowane masowo, a zatem jego zwalczanie też jest utrudnione, Ukraina ma do wyboru kilka możliwych dróg.
Po pierwsze może atakować system transportowy Rosji. W Rosji koleje są bardzo mocno obciążone i pracują na granicy swoich możliwości. W dodatku gęstość linii kolejowych nie jest w Rosji zbyt wielka ze względu na bardzo rozległe przestrzenie. Dodajmy do tego wielkie odległości, co w zasadzie zmniejsza rolę transportu samochodowego, a zwiększa zatrudnienie kolei. Niestety jednak ataki na rosyjską infrastrukturę kolejową nie przyniosłyby pożądanego efektu, bo Rosjanie mają asa w rękawie: swoje wojska kolejowe większe niż cała armia niejednego państwa europejskiego. Są to saperzy kolejowi, drogowcy i mostowcy, dysponujący odpowiednimi maszynami oraz umiejętnościami w zakresie napraw sieci kolejowych, rozjazdów oraz mostów kolejowych. Skutki takich ataków byłyby więc bardzo szybko usuwane, więc nie ma sensu marnować środków na ataki na infrastrukturę kolejową. To samo można też przenieść na infrastrukturę drogową, bowiem wojska saperskie wyspecjalizowane w naprawach dróg i mostów drogowych są równie rozbudowane i przygotowane do bardzo szybkich i efektywnych napraw.

Kolejnym możliwym celem są składy amunicji, bazy remontowe sprzętu wojskowego, co może pozbawić wojska niezbędnego zaopatrzenia. Największym problemem przy doborze tego rodzaju celów jest rozpoznanie i zidentyfikowanie takich celów. Rosjanie nauczyli się doskonale maskować położenie składów z amunicją czy baz remontowych, podobnie zresztą jak stanowisk dowodzenia. W dodatku tworzone są przez Rosjan makiety i cele pozorne. Ilość rzeczywistych obiektów też jest stosunkowo duża, bowiem Rosjanie starają się te obiekty rozpraszać, utrudniając sparaliżowanie całej logistyki. Dlatego paraliżowanie logistyki jest niezwykle utrudnione.

Innym wyborem są obiekty związane z infrastrukturą paliwową: rafinerie ropy naftowej, składy paliw, stacje pomp na rurociągach, itp. I to właśnie jest głównie atakowane przez ukraińskie drony dalekiego zasięgu. Oczywiście ilość obiektów do ataku jest na tyle wielka, że zanim efekty tych uderzeń będą widoczne, to musi upłynąć sporo czasu. Jednak efekty już widać, np. produkcja benzyny spadła w rosyjskich rafineriach o ok. 10 % od stycznia tego roku. Dochody Rosji ze sprzedaży paliw oraz samej ropy naftowej będą stopniowo spadać, co może się w końcu przełożyć na załamanie się rosyjskiej gospodarki, która ma się coraz gorzej. I w tym sensie ukraińskie drony dalekiego zasięgu mogą w końcu przynieść efekty.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Co wylądowało w Osinach koło Łukowa? Dlaczego rosyjski dron doleciał tak daleko w głąb Polski? Był bliżej Warszawy niż granicy. Ponadto niedaleko miejsca jego upadku znajdowały się dwa inne ważne obiekty – Zakłady Azotowe w Puławach i spora elektrownia w Kozienicach.
W nocy z 19 na 20 sierpnia pod Osinami doszło do tajemniczej, ale dość silnej eksplozji na polu kukurydzy. Okazało się, że na polu znaleziono przede wszystkim chiński czterocylindrowy silnik z fragmentem śmigła, co mogło wskazywać na bezpilotowy aparat latający typu szturmowego. Wiadomo, że polskie wojsko takich aparatów nie używa, w każdym razie nie z tym typem silnika. Podobne czterocylindrowe silniki typu Rotax napędzają aparaty typu TB2 Bayraktar, którymi dysponujemy, ale pokazany w mediach silnik ewidentnie nie był Rotaxem lecz raczej pochodną niemieckiego Limbacha, czyli taki jaki napędza irańskie drony Shahed, nieco mniejszy napędza Shahed 131, a silnik o mocy 50 KM stanowi napęd cięższego aparatu Shahed 136. Oba typy produkcji irańskich zakładów HESA z Isfahan były używane przez Rosję od jesieni 2022 r. Wkrótce jednak podjęto ich licencyjną produkcję w zakładach Jełabuga w Tatarstanie. Shahed 131 jest produkowany jako Gerań 1, a większy i zdecydowanie popularniejszy model Shahed 136 produkuje się pod nazwą Gerań 2.
Gerań 1 mają masę 135 kg, rozpiętość skrzydeł to 2,2 m, a długość kadłuba – 2,5 m. Przenoszą one głowicę bojową o masie 15-25 kg na odległość 900 km (w zmodernizowanych odmianach masę głowicy zwiększono z 15 do 25 kg). Z kolei Gerań 2 mają masę ponad 200 kg, rozpiętość skrzydeł 2,8 m, długość kadłuba – 3,6 m i przenoszą one głowicę 50-70 kg na odległość do 1500 km. Oba typy osiągają pułap do 4000 m i rozwijają prędkość 160-185 km/h (przelotowa). Wersja produkowana niemal całkowicie na częściach importowanych z Chin nosi nazwę Garpija 2. Jest też mocno uproszczona odmiana będąca swoistą pułapką (tzw. wabik), która ma uproszczony układ nawigacyjny i nie przenosi głowicy bojowej, nosi ona nazwę Gerbera. Gerbery są wyraźnie tańsze i prostsze w produkcji, więc dodając je do głównego nalotu powodują rozproszenie wysiłków obrony powietrznej, której w ten sposób wyraźnie przybywa celów do zwalczania, utrudniając działanie. Początkowo Gerbery nie przenosiły żadnego ładunku wybuchowego, ale obecnie montuje się na nich niewielkie ładunki czasowe, tak by ucierpieli saperzy przyjeżdżający na miejsce upadku drona usiłując pozbierać jego szczątki. Codziennie Ukraina jest atakowana grupami od 80 do ponad 400, czasem nawet 500 bezpilotowców rodziny Shahed różnych typów, w tym około połowy zwykle stanowią te lekko uzbrojone pułapki. Zadaniem tych ostatnich jest przyciągać rakiety obrony przeciwlotniczej i rozpraszać wysiłki obrońców tak, by te droższe, rzeczywiste drony z silnymi głowicami bojowymi miały większe szanse na dotarcie do swoich celów. Jednocześnie Gerbery po upadku na ziemię leżą, a kiedy zbliżają się ciekawscy albo przyjadą saperzy by ewentualnie rozbroić ich ładunek, wówczas te niewielkie głowice wybuchają, zadając kolejne straty.
Co do aparatu który spadł i eksplodował pod Osinami, to warto zauważyć dwie rzeczy: wybuch nastąpił w momencie wypadku i był on na tyle silny, że okoliczne domy utraciły szyby w oknach. Dlatego sądzimy, że wbrew oficjalnemu oświadczeniu MON sugerującemu iż był to właśnie wabik Gerbera, był to raczej regularny aparat uderzeniowy typu Gerań 1 lub Gerań 2, co notabene sugeruje prokuratura. Prokuratura oświadczyła, że aparat przypuszczalnie nadleciał od strony Białorusi, ale MON w niedawnym oświadczeniu prasowym za pośrednictwem PAP określił, że najprawdopodobnie aparat przeleciał przez Ukrainę i znalazł się przypadkowo w Polsce. Jedna i druga wersja jest możliwa, bowiem Rosjanie w atakach często naruszają przestrzeń powietrzną Białorusi, by przelatujące Geranie skręcały potem na południe i od strony Białorusi atakowały Ukrainę. W każdym razie nie ma wątpliwości, że aparat jest pochodzenia rosyjskiego.
Trudno jest określić, czy rzeczony dron przyleciał do Polski, bo:
– został zakłócony jego system nawigacyjny;
– jego system nawigacyjny uległ awarii;
– jest to działanie zamierzone i on przyleciał tam, gdzie został zaprogramowany.
Zakłócenie systemu nawigacyjnego jest możliwe, ale te zakłócenia (mylące) zwykle powodują niewielkie odchylenia od trasy, tak by odprowadzić aparat od terenów zabudowanych w kierunku pustych pól czy lasu. Zapewne algorytm systemu nawigacyjnego przewiduje, że jeśli wskazania odbiornika Glonass (rosyjski GPS) czy oryginalnego GPS, bo oba są stosowane, rozjadą się zbyt mocno z mniej dokładnymi ale pewniejszymi obliczeniami bezwładnościowego układu nawigacyjnego, to wówczas dane odbiornika nawigacji satelitarnej są ignorowane. Sygnały nawigacji satelitarnej można bowiem zakłócić (tzw. spoofing, czyli wprowadzanie błędnych danych do systemu), ale układ bezwładnościowy działa autonomicznie, choć jego dokładność jest mniejsza. Możliwa jest natomiast awaria systemu nawigacyjnego i wykonanie lotu po prostej na autopilocie w przypadkowym kierunku aż do wyczerpania się zapasu paliwa. Niestety, nie da się również wykluczyć działania zamierzonego.\

Powstaje pytanie dlaczego aparat nie został wykryty, ale odpowiedź może być dość prosta. Nasz system obserwacji radiolokacyjnej składa się obecnie z zaledwie kilkunastu posterunków radiolokacyjnych, w tym sześciu tzw. backbone, czyli radarów dalekiego zasięgu. W pobliżu ewentualnej trasy lotu znajdowały się dwa posterunki radiolokacyjne typu backbone, Roskosz na północ od Białej Podlaskiej i Łabunie na południe od Zamościa. Dwa kolejne zwykłe posterunki radarowe znajdują się tuż za Wisłą (na zachodnim brzegu), w Klikawach koło Puław i w Dębinie koło Nowego Dworu Mazowieckiego. Jednak według wojska aparat nie został wykryty. Są ku temu dwie przyczyny. Po pierwsze, zapewne leciał on na małej wysokości, gdzie zasięg wszystkich radarów z powodu kulistości ziemi jest ograniczony do bezpośredniej widoczności celu przez antenę radaru, na 100 m jest to ok. 35-40 km. Jeśli na tej wysokości aparat leciał dalej od radaru, to mógł zostać niewykryty. Po drugie, tego rodzaju aparaty mają bardzo małe echo radarowe, bo mają niewielkie wymiary, a ponadto w znacznym stopniu są wykonane z materiałów radioprzeźroczystych, które nie odbijają fal radarowych (sklejka, kompozyty laminatowe). Mimo to wykrywanie dronów dalekiego zasięgu pozostaje problemem, co ma się do pewnego stopnia zmienić po wprowadzeniu aerostatów z radarami zdolnymi do nieustannej obserwacji obiektów na małych wysokościach w ramach programu „Barbara”.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Mjr Robert „Madziar” Browdi pwiedział w Wiesbaden kilka ciekawych rzeczy które odbyły się szerokim echem. Obecnie wojska NATO również poszukują sposobów i dróg na budowę własnych wojsk bezpilotowych korzystając w maksymalnym stopniu z doświadczeń tej wojny.
Fragmenty tego wykładu już opisaliśmy, ale warto się odnieść do pewnych kwestii. Po pierwsze, mjr Browdi powiedział, że jego siły bezpilotowych systemów latających stanowią jedynie 2 % wojsk ukraińskich, ale niszczą ok. 30 % obiektów rosyjskich (siły żywej i sprzętu) na polu walki. To prawda, ale co trzeci obiekt na polu walki jest niszczony przez drony w ogóle, a nie przez jednostki podległe siłom dronowym. Te grupują dwanaście dużych formacji złożonych w całości lub w większości z pododdziałów dronowych. Jednak bardzo wiele jednostek dronowych jest poza tymi wojskami. Praktycznie każda ukraińska brygada ma dziś batalion bezpilotowców, obok 1-2 dywizjonów artylerii lufowej i dywizjonu artylerii rakietowej. W każdym batalionie piechoty też jest co najmniej pluton dronów, a w kompanii – sekcja. Dlatego operatorów bezpilotowców, techników którzy je obsługują i żołnierzy którzy działają na ich rzecz jest znacznie więcej. Ponadto warto zwrócić uwagę, że w tej wojnie lotnictwo bojowe obu walczących stron odgrywa zaskakująco małą rolę na polu walki z powodu znaczącej przewagi systemów obrony przeciwlotniczej. Zakładamy, że siły powietrzne państw NATO operując w systemie sieciocentrycznym w warunkach przewagi informacyjnej, zdołają wywalczyć powietrzną przewagę choćby lokalnie, tak by wykorzystać owoce tej przewagi. W związku z tym samoloty bojowe zadając realne ciosy wojskom przeciwnika i niszcząc spore ilości sprzętu odbiorą trochę tortu dronom, ale nawet wtedy bezpilotowce już na zawsze zmieniły pole walki. To właśnie pod ich kątem przyjmuje się ugrupowania wojsk, organizuje działania bojowe oraz zabezpieczenie logistyczne. Bezpilotowce penetrują wrogie terytorium na odległość do 20 km od linii frontu będąc źródłem znacznych strat oraz ograniczeń poruszania się.

Mjr Browdi powiedział też, że nie ma na świecie takiego czołgu, jakiego nie zatrzymałby dron za 500 dolarów. To prawda, choć czołgi wyróżniają się swoją wysoką odpornością na polu walki. Nie jest łatwo zniszczyć czołg, który zwykle wymaga wielu trafień, żeby go unieruchomić, ale to jeszcze nie oznacza zniszczenia. Mjr Browdi nie jest zawodowym żołnierzem i nie zna w związku z tym historii wojen. Ma olbrzymie doświadczenie z tej wojny, ale nie ma spojrzenia z perspektywy czasu, takiego bardziej holistycznego. Dokładnie to samo bowiem mówiono o pociskach przeciwpancernych do dział przeciwpancernych przed II wojną światową. I właściwie przez całą wojnę w uzbrojeniu wojsk były działa strzelające pociskami zdolnymi zniszczyć właściwie wszystkie czołgi używane przez wroga. Nie wszystkie działa oczywiście, ale okresy kiedy wróg w całej armii nie miał takich dział, które nie poradzą sobie z określonym typem czołgu po drugiej strony frontu, mnie były długie. W większości o pociskach przeciwpancernych do najnowszej generacji dział przeciwpancernych z II wojny światowej można było powiedzieć to samo: nie ma czołgu, którego nie byłyby one w stanie zatrzymać. Proporcje cen między czołgiem a pociskiem do działa przeciwpancernego też były podobne. Czy to oznaczało zmierzch czołgu na samym początku wojny? Oczywiście, że nie. I podobnie będzie teraz.

Mjr Browdi zwrócił też uwagę na wrażliwość natowskich garnizonów na atak dronów. To prawda, ale na wypadek wojny wojska nie będą znajdować się w swoich garnizonów, ale zostaną z nich wyprowadzone. Tym bardziej jednak nie mają sensu takie garnizony jak Braniewo, Gołdap, Węgorzewo, Bartoszyce, Suwałki, gdzie ich koszary mogą zostać zaatakowane przez drony, które zadałyby im potężne straty. Kwestia kiedy wyprowadzić wojska w pole wciąż stanowi problem początkowego okresu współczesnej wojny. Rosjanie przed atakiem na Ukrainę koncentrowali siły do ataku przez około rok, w którym więc momencie ukraińskie wojska powinny zostać wyprowadzone z koszar? A w polu nie można funkcjonować wiecznie.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Szef wojsk dronowych Ukrainy mjr Robert „Madziar” Browdi został poproszony o wykład na temat użycia ukraińskich Wojsk Bezpilotowych Systemów Latających w Ukrainie. Warto przytoczyć to co powiedział i odpowiednio skomentować.
Wykład Wiesbaden został przeprowadzony na prośbę generalicji wojsk NATO, którzy to wysocy dowódcy są bardzo zainteresowani doświadczeniami tej wojny. Mjr Browdi, biznesmen z Użhorodu który ukończył ekonomię na miejscowym uniwersytecie i został podporucznikiem rezerwy. Po wybuchu wojny w 2022 r. wstąpił do Wojsk Obrony Terytorialnej, gdzie po okresie dowodzenia plutonem piechoty, sformował grupę dronów „Ptaki Madziara” (Robert Browdi ma znak wywoławczy „Madziar” bowiem należy do mniejszości węgierskiej w Ukrainie). Grupa ta, w której zgromadzono komercyjne drony do rozpoznania, obserwacji pola walki, korygowania ognia artylerii, zrzucania lekkich ładunków bojowych na wroga oraz atakowania przeciwnika aparatami szturmowymi kierowanymi aparatami typu FPV (kierowanie First Person View). Bardzo szybko jednostka ta była wiodąca jeśli chodzi o wypracowanie taktyki działania i poprawę efektywności dronów pola walki, jak też i w zakresie techniki ich budowy z kupowanych (najczęściej) w Chinach części, a później także produkowanych w Ukrainie.
Mjr Browdi powiedział:
„W armii ukraińskiej nazywają mnie Węgrem. Jestem dowódcą polowym operatorów dronów bojowych w Siłach Zbrojnych Ukrainy.
Propaganda Putina twierdzi, że jestem jednym z najbardziej poszukiwanych wrogów Rosji, więc nie mogę obiecać, że się jeszcze spotkamy, ale będę starał się mówić w jasnych, czarno-białych słowach.
Dzisiaj dowodzę 12 jednostkami operatorów bezpilotników (dronów). 95 % z nich stanowili przed wojną cywile – biznesmeni, sportowcy, prawnicy, piosenkarze, wszyscy poza personelem wojskowym. Stanowimy zaledwie 2% całej armii Ukrainy. A jednak niszczymy co trzeciego wrogiego żołnierza i co trzeci wrogi cel. Putin, który obiecał nas podbić w ciągu trzech dni, zamiast tego uczył nas przez ponad trzy i pół roku bronić naszej ojczyzny, naszych dzieci i naszej ziemi.
Jest absolutnie jasne, że nie widzimy końca tej wojny – ani jutro, ani za miesiąc, ani prawdopodobnie w tym roku. Dlatego pragmatycznie kalkulujemy naszą przyszłość i dostrzegamy największe zagrożenia, które… Jeśli ta wojna nie zostanie zatrzymana, dotknie wiele krajów, które nieuchronnie zostaną w nią wciągnięte.
Pierwszym zagrożeniem jest to, że Putin wysyła na wojnę więcej piechoty, niż jesteśmy w stanie zniszczyć każdego miesiąca. To jest główne wyzwanie.
Po drugie, Putin znalazł bardzo wygodną, tanią i skuteczną broń do zastraszania ludności cywilnej Ukrainy i niszczenia naszej infrastruktury. Nazywa się Gerań (rosyjsko-irańskie drony kamikaze).
Po trzecie, wszyscy na Ukrainie, którzy chcieli walczyć, już walczą. Nie oczekujemy cudów, ale wiemy, co robić, opierając się na własnym doświadczeniu, własnej krwi i wsparciu naszych partnerów.
Nie ma na świecie czołgu, którego nie mógłby zatrzymać dron za 300-400 dolarów. Taki czołg nie istnieje. Założę się o każdą kwotę, że niezależnie od tego, jak dobrze chroniony jest czołg, zostanie zatrzymany przez drona zbudowanego z ukraińskich komponentów. Dlatego twierdzę, że ukraińskie drony są najlepsze na świecie. Dziś.
Drony tworzą strefę rażenia, rozciągającą się obecnie na około 20 km wokół linii frontu na krainie. Kolejnym wyzwaniem jest zastąpienie ukraińskiej piechoty naziemnymi systemami robotycznymi, które zajmą się całą logistyką frontu.
Po czwarte, budujemy wielowarstwowy, wielopoziomowy mur – znacznie potężniejszy niż Wielki Mur Chiński – który powstrzyma wszystko, co leci w naszym kierunku, od dronów szturmowych po drony rozpoznawcze. Budujemy ten mur dzisiaj.
Kiedy Putin wysłał 100 Gerani na Ukrainę, obiecał, że niebawem nadleci 500. Nie traktowaliśmy tego wtedy poważnie. Teraz nie ma się z czego śmiać, bo przekroczyliśmy już granicę 400. Nasze doświadczenie będzie nieocenione dla cywilizowanego świata, ponieważ każdy kraj może stanąć w obliczu takiej samej perspektywy. Nie wiem, które państwo członkowskie NATO mogłoby chronić jedno miasto, stawiając czoła 200-300 dronom dalekiego zasięgu każdego dnia przez okrągły tydzień, miesiąc, rok, bez przerwy.
Twoje bezpieczeństwo narodowe wymaga pilnej ponownej oceny.
Rzadko podróżuję za granicę. To moja druga podróż. Jutro o tej porze będę z powrotem na froncie.”
Do tego wykładu jeszcze wrócimy, bowiem warto niektóre tematy nieco rozwinąć.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Bądź na bieżąco z nowościami