Śląski Klaster Lotniczy wraz z partnerami: Aerospace Valley (Francja), Andalucía Aerospace (Hiszpania), All Ukrainian Association of Innovative Space Clusters (Ukraina) rozpoczął realizację nowej inicjatywy European Cluster for Drone Innovation (ECDI).
W ramach projektu, uwaga zostanie skupiona na czterech kluczowych obszarach:
-budowa europejskiej sieci współpracy dla branży dronowej
-szkolenia i usługi doradcze w obszarach nowych technologii
-rozwój technologii dual-use
-działania w obszarze upskillingu i reskillingu
Projekt został oficjalnie zainaugurowany 5 października 2025 r. podczas spotkania otwierającego program Euroclusters w Brukseli.
Więcej informacji na temat projektu dostępne tutaj: https://andaluciaaerospace.com/en/project/european-cluster-for-drone-innovation-proyecto-ecdi/
Projekt finansowany w ramach SMP-COSME-2024-CLUSTERS-01.
W Polsce powstał interesujący projekt bezpilotowego aparatu latającego przeznaczonego do zwalczania relatywnie tanich, a zatem stosowanych masowo dronów uderzeniowych. Jest to poważny problem, bowiem choć technicznie łatwo jest je zwalczać za pomocą współczesnych rakiet przeciwlotniczych, to jednak jest to sposób na tyle kosztowny, że żadne państwo nie jest w stanie udźwignąć takiego ciężaru. Dlatego trzeba szukać innych sposobów.
Na pomysł opracowania takiego drona wpadła firma Squadron Sp. z o.o. z Gdańska, która utworzyła w tym celu wspólne konsorcjum z warszawską firmą wielobranżową MBF Group S.A., zapewniającą finansowanie programu. Ta pierwsza zapewnia potencjał projektowy i technologiczny, a drugą zajmuje się logistyką projektu. Trzecim zaangażowanym podmiotem jest Polskie Lobby Przemysłowe im. Eugeniusza Kwiatkowskiego z Warszawy, które ma zajmować się kwestią promowania projektu wykorzystując swoje kontakty i możliwości na polu medialnym.
Istotą aparatu z napędem spalinowym jest możliwość długotrwałego dyżurowania w powietrzu, a operator może skierować Irydę+ w kierunku nadlatującego drona szturmowego i zbliżyć się do niego. Sam proces zwalczania ma być realizowany za pomocą podkładłubowej wieżyczki strzeleckiej z karabinem maszynowym kal. 7,62 mm. Wieżyczka ma być sterowana w zakresie 360o w całej dolnej półsferze. Aparat ma mieć skrzydło proste o umiarkowanej rozpiętości oraz usterzenie podwójne (w układzie litery „H”), czyli z dwoma statecznikami pionowymi na końcach statecznika poziomego. Silnik ma być umieszczony z tyłu i napędzać śmigło pchające. Typ i moc silnika nie został jeszcze wybrany. Aparat ma mieć 3-3,5 m długości i 2,5-3 m rozpiętości. Masa aparatu ma wynieść około 150 kg, a udźwig to 15-20 kg. Ponieważ pokazana makieta drona nie ma podwozia więc należy przypuszczać że start ma nastąpić z katapulty, zaś lądowanie ma być realizowane albo za pomocą spadochronu, albo poprzez głębokie przeciągnięcie.
Pierwsze loty próbne samego płatowca mają być wykonane w 2026 r. Mają one sprawdzić własności lotne samego płatowca, jego sterowanie, nawigowanie oraz możliwość powrotu we właściwe miejsce. Długotrwałość lotu ma wynieść 8-10 godzin, zaś prędkość przelotowa w strefie dyżurowania ma wynieść 180-200 km/h, natomiast prędkość maksymalna w trakcie pościgu ma wynieść 250-280 km/h. Pułap jest określany jako „małe i średnie wysokości”, bo na takich właśnie operują drony dalekiego zasięgu, które mają być zwalczane.

Sam proces przechwycenia ma wyglądać w ten sposób, że Iryda+ będzie kierowana w stronę nadlatującego drona uderzeniowego. Następnie ma odszukać go własną głowicą elektrooptyczną z wykorzystaniem kamery telewizyjnej lub termowizyjnej, a sam proces identyfikacji i przejścia na śledzenie ma być wspomagana sztuczną inteligencją. Po zbliżeniu się na odpowiednią odległość, na cel przez autonomiczny układ pokładowy znany jako TAS (Target–Aim–Shot) obserwując zwalczany obiekt przez kamerę ma naprowadzić na cel karabin maszynowy, odłożyć odpowiednie poprawki i otworzyć ogień. Po zniszczeniu celu, jeśli pozwoli na to zapas paliwa i amunicji, aparat ma wrócić do dyżurowania, czekając na kolejny cel.
W kolejnym roku prób planowanym na 2027 r. ma nastąpić integracja z aparatem głowicy elektrooptycznej oraz stanowiska strzeleckiego. Mają być prowadzone testy „na sucho”, bez realnego strzelania, zaś ocena poprawności celowania ma być prowadzona przez analizę zarejestrowanych parametrów. I wreszcie w trzecim roku, 2028, mają być przeprowadzone realne strzelania do celów powietrznych oraz mają być wykonane kompleksowe misje od startu przez przechwycenie do zestrzelenia celu powietrznego, a następnie powrót i lądowanie. Jeśli wszystko będzie działać dobrze, do z początkiem 2029 r. będzie można system wprowadzić do uzbrojenia. I to może być rozwiązanie problemu tanich dronów, choć czas rozwoju systemu jest niestety dość rozciągnięty w czasie.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Turcja dużym przebojem wkracza na rynki zbrojeniowe. Jednym z hitów firmy Bayraktar jest bezzałogowy wielozadaniowy aparat bojowy o obniżonej wykrywalności Kızılelma, który niedawno zasłynął zestrzeleniem celu powietrznego rakietą kierowaną aktywnym systemem radarowym. Aparat ma jednak wykonywać wiele innych zadań.
Prywatna firma Bayraktar Kardeşler (Baykar, dosłownie bracia Bayraktar) została założona w 1986 r. przez Özdemira Bayraktara (1948-2021) i obecnie wybija się na bardzo ważnego producenta bezzałogowych aparatów latających. Obecnie firma nosi nazwę Bracia Bayraktar, bowiem firmę po śmierci ojca przejął młodszy syn, inżynier i prezes Selçuk Bayraktar (zięć prezydenta Turcji Recepa Tayyip Erdoğana), a jego zastępcą jest jego starszy brat, też inżynier, Haluk Bayraktar. Obaj są bardzo zaangażowani w opracowywanie bezpilotowych aparatach latających, podobnie jak ich ojciec, który był głównym konstruktorem używanego w Polsce Bayraktara TB2.
Projekt Kızılelma prowadzony pod nadzorem konstruktorskim Selçuka, zaczął się od tureckiego programu Project MIUS (Muharip İnsansız Uçak Sistemi czyli Bojowy Bezpilotowy System Latający), który podjęto w 2013 r. początkowo jako uzupełnienie zakupionych przez Turcję myśliwców F-35A, a następnie stały się ważnym programem kiedy Amerykanie odmówili Turcji dostaw F-35A.

W lipcu 2021 r. ukończono projekt, a w listopadzie tegoż roku podpisano kontrakt z ukraińską firmą Iwczenko-Progress z Zaporoża na dostawę odrzutowych silników dwuprzepływowych Iwczenko AI-25 o ciągu 16,9 kN. Takie silniki napędzały samoloty Jak-40 czy produkowane w Polsce dwupłaty rolnicze M-15 Belphegor, a także czeskie samoloty szkolne Aero L-39 Albatros. Pierwsza wersja Kızılelma A ma wysoką prędkość poddźwiękową, ale Kızılelma B ma być naddźwiękowy, zaś Kızılelma C nie tylko naddźwiękowy, ale powiększony, dwusilnikowy.
Aparat zbudowano jako samolot ze skrzydłem trapezowym oraz podwójnym usterzeniem typu „motylkowego” z dwoma płytami mocno rozchylonymi na boki pełniąc funkcję zarówno sterów wysokości jak i kierunku. Aparat ma boczne chwyty powietrza do silnika odrzutowego umieszczonego z tyłu oraz trójkołowe podwozie chowane w locie do kadłuba. Jego konstrukcja jest w znacznym stopniu wykonana z kompozytów, co pozwala nie tylko na zmniejszenie masy konstrukcji, ale też na obniżenie skutecznej powierzchni odbicia radiolokacyjnego.
Pierwszy aparat przeszedł testy automatycznego kołowania trzymając się na drodze kołowania do 20 listopada 2022 r., a następnie 14 grudnia 2022 r. wykonał swój pierwszy lot, a w połowie stycznia 2023 r. wykonano drugi lot. Próby rozpędzania do prędkości maksymalnych na różnych wysokościach oraz ostrego manewrowania podjęto w kwietniu 2023 r. W tym samym miesiącu, czyli bardzo szybko, Kızılelma zaczął wykonywać loty w szyku z tureckimi F-16, jako że samolot zaprojektowano do działania w ramach programu „loyal wingman”, kiedy to aparat bezpilotowy współdziała z liderującym go myśliwcem pilotowanym, by oczyszczać drogę dla tego ostatniego, likwidując przed nim możliwe zagrożenia w postaci przeciwlotniczych pocisków rakietowych.
25 września 2024 r. oblatano trzeci prototyp Kızılelma w którym wprowadzono nieco zmieniony kadłub oraz dodatkowo przednie usterzenie zamontowane na bokach chwytu powietrza do silnika. Jest to wersja przewidziana do produkcji seryjnej i ma być docelowo wyposażona w radar do wykrywania celów powietrznych, a ten z kolei ma mieć antenę z aktywnym elektronicznym skanowaniem (AESA). Próby jak wiadomo przebiegają bardzo dobrze i w 2026 r. ma być zbudowanych pierwszych 10 seryjnych aparatów Kızılelma. Mają one wejść do uzbrojenia Sił Powietrznych Turcji uzupełniając pilotowane myśliwce.
Ciekawy jest zestaw przenoszonego przez nie uzbrojenia. Są to rakiety „powietrze-powietrze” kierowane radarem Gökdoğan o zasięgu ponad 60 km oraz ich wersja z silnikiem strumieniowym Gökhan o zasięgu przekraczającym 100 km. Do zwalczania celów naziemnych służą pociski przeciwpancerne (odpowiedniki amerykańskich Maverick) UMTAS (Mizrak-U) o zasięgu od 8 do aż 50 km w zależności od wersji. Mają one termowizyjny system samonaprowadzania z możliwością wysyłania obrazu na naziemne stanowisko dowodzenia specjalnym łączem radiowym. Przewiduje się też naddźwiękowe pociski aerobalistyczne TRG-230 o zasięgu do 150 km kierowane układem bezwładnościowym i odbiornikiem GPS, które są odpowiednikami amerykańskich rakiet GMLRS, ale oprócz wyrzutni naziemnej kal. 230 mm mają one wersję odpalaną z powietrza. Z kolei Çakır to lekki (275 kg) pocisk manewrujący, który co prawda ma prędkość poddźwiękową, ale przenosi cięższą głowicę bojową niż TRG-230, jego zasięg to także 150 km. Kolejnym typem ma być SOM-J (Satha Atılan Orta Menzilli Mühimmat) o zasięgu 275 kg i masie 500 kg. Aparat ma przenosić dwa takie pociski.

Kızılelma ma masę startową 8500 kg, udźwig uzbrojenia 1500 kg, ma długość 14,5 m, rozpiętość skrzydeł 10 m, osiąga prędkość 1100 km/h, pułap 14 000 m, taktyczny promień działania przy prędkości 750 km i długotrwałości lotu ponad 3 godziny wynosi 930 km od miejsca startu, tylko na paliwie wewnętrznym.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Bayraktar Kızılelma to pierwszy na świecie aparat bezpilotowy który 28 listopada 2025 r. zestrzelił cel powietrzny za pomocą kierowanego pocisku „powietrze-powietrze” kierowanego radarem, spoza zasięgu wzrokowej widzialności z kamery aparatu. W toku dalszego rozwoju aparat ten może się okazać przydatny do zwalczania obcych środków napadu powietrznego.
Nie jest to pierwszy przypadek użycia kierowanych pocisków „powietrze-powietrze” z pokładu bezpilotowego aparatu latającego. Mówimy o dużym aparacie zdolnym do zestrzeliwania różnorodnych środków napadu powietrznego, czyli pilotowanych samolotów, pocisków manewrujących o wysokich prędkościach lotu wykonujących lot na małej wysokości, śmigłowców czy dużych bezpilotowców uderzeniowych czy rozpoznawczych.
W 2002 r. w ramach działań przeciwko bazom terrorystów, amerykańskie bezpilotowe aparaty rozpoznawcze MQ-1 Predator należące do 15. Dywizjonu Rozpoznawczego zaczęły operować nad Irakiem, który jak wiadomo stał się celem amerykańskiego ataku pół roku później, w końcu marca 2003 r. Aparaty Predator były wówczas uzbrajane w pociski kierowane „powietrze-ziemia” AGM-114 Hellfire do walki z irackimi zestawami przeciwlotniczymi, które atakowano w obu strefach bez lotów, nad południowym Irakiem i na północy, nad Kurdystanem. Wobec przechwytywania bezpilotowców rozpoznawczych przez irackie myśliwce, podjęto pilny program uzbrojenia Predatorów w przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe FIM-92 Stinger, które stosowano już na śmigłowcach szturmowych jako AIM-92 ATAS (Air-to-Air Stinger), podwieszane na zaczepach zewnętrznych po dwie sztuki pod jedną belką. 23 grudnia 2002 r. iracki samolot myśliwski MiG-25PD zaatakował aparat MQ-1B Predator z 15. Dywizjonu Rozpoznawczego i wówczas operator drona z ziemi odpalił co najmniej jeden pocisk kierowany AIM-92 ATAS. Niestety, pocisk nie trafił, natomiast sam Predator został zestrzelony rakietą kierowaną odpaloną z MiG-25. Pierwsza próba samoobrony bezpilotowca się nie powiodła.
Mimo to Amerykanie nie zrezygnowali i zaczęli myśleć nad skuteczniejszym pociskiem „powietrze-powietrze” do samoobrony bezpilotowców typu MQ-9 Reaper. Aparaty te w 2017 r. dostosowano do przenoszenia rakiet kierowanych AIM-9X Sidewinder i po raz pierwszy w listopadzie 2018 r. dokonano udanego zestrzelenia zdalnie sterowanego celu powietrznego za pomocą tego kierowanego na podczerwień pocisku. Test został przeprowadzony na poligonie lotniczym w Newadzie. Od tamtej pory MQ-9 Reaper są uzbrajane w kierowane pociski Raytheon AIM-9X jeśli istnieje zagrożenie ze strony samolotów myśliwskich przeciwnika w rejonie, gdzie one operują. Wiadomo, że za pomocą Reaperów i AIM-9X usiłowano przechwytywać bezpoilotowce odpalane przez Huti w okolicach Jemenu w 2024 r., ale rezultaty tych działań nie są publicznie znane.
Teraz jednak to zupełnie inna liga. Turecki aparat Bayraktar Kızılelma to dedykowany dron bojowy klasy UCAV (Unmanned Combat Aerial Vehicle) o własnościach lekkiego myśliwca pilotowanego.
Turecki test, przeprowadzony 28 listopada z użyciem aparatu Kızılelma. W sumie w teście wzięło też udział pięć tureckich myśliwców F-16, w tym jeden, który pełnił funkcję samolotu filmującego test. Bezzałogowy statek powietrzny Bayraktar Akinci również asekurował i filmował test.

Kızılelma został uzbrojony w dwa pociski „powietrze-powietrze” Gökdoğan na zewnętrznych pylonach. Jeden z nich był rezerwowym, a drugi został wystrzelony w kierunku drona-celu. Takie rozwiązanie oznacza wzrost sygnatury radarowej, ale docelowo Kızılelma ma przenosić rakiety „powietrze-powietrze” w wewnętrznych komorach. Gökdoğan to rakieta wyposażona w aktywny radarowy system samonaprowadzania, co pozwala na atakowanie celów z dużej odległości. Parametry testu nie są znane, ale cel został wykryty przez jeden z myśliwców F-16, a informacje o jego położeniu trafiły do aparatu Kızılelma łączem danych. Nie są znane parametry odpalenia, ale pocisk Gökdoğan może być wystrzeliwany na odległość do kilkudziesięciu kilometrów, do celów widocznych wyłącznie na radarze, bez możliwości ich dostrzeżenia nawet za pomocą kamery telewizyjnej. To bardzo ważny test, bowiem docelowo aparaty Kızılelma będą mogły operować samodzielnie, otrzymując informacje o celach w środowisku sieciocentrycznym od naziemnych radarów lub z samolotu dozoru radiolokacyjnego, albo lecącego z tyłu myśliwca pilotowanego, trzymającego się w bezpiecznej odległości od wroga.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Wojna powietrzna w Ukrainie wygląda zupełnie inaczej, niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić. Wydaje się, że nawet w przypadku natowskich sił powietrznych pewne elementy pozostaną właśnie takie jak w wojnie w Ukrainie.
Bardzo charakterystyczną cechą tej wojny jest to, że żadna ze stron nie zdołała wywalczyć powietrznej przewagi. Powietrzna przewaga to stan, w którym lotnictwo bojowe jednej ze stron może swobodnie operować w danym rejonie przy akceptowalnie niskim poziomie strat, zaś lotnictwo strony przeciwnej nie jest w stanie oderwać się od ziemi nie ponosząc poważnych strat, które na dłuższą metę mogą być po prostu katastrofalne. Pilotowane lotnictwo bojowe jest zatem ograniczone do operowania nad własnym terytorium. Może więc wykonywać misje związane z obroną powietrzną obszaru kraju oraz wspierać osłonę wojsk z powietrza, i może też prowadzić bezpośrednie wsparcie lotnicze, choć nie w sposób tradycyjny, ze wskazaniem celu przez oficera naprowadzania lotnictwa, ale poprzez wprowadzenie współrzędnych celu do pamięci szybujących bomb kierowanych odbiornikiem nawigacji satelitarnej GPS. Bomby są zrzucane z podrzutu, z odległości 10-20 km przed przednim skrajem własnych wojsk, by nie zbliżać się do nieprzyjaciela i nie narażać na zestrzelenie. W tej sytuacji wykonywanie lotniczej izolacji, czyli atakowania celów w pasie taktyczno-operacyjnym w celu odcięcia walczących wojsk od dopływu zaopatrzenia, paraliżowania systemu dowodzenia i zadawanie strat drugim rzutom wojsk i odwodom, nie jest w ogóle możliwe. Wyjątek stanowi użycie pocisków manewrujących odpalanych znad własnego terytorium, tak z samolotów taktycznych do niszczenia najważniejszych celów w ramach lotniczej izolacji, jak z bombowców strategicznych, do atakowania celów o znaczeniu strategicznym.

Już wcześniej zaniknęła klasa wyspecjalizowanych samolotów rozpoznawczych, które zostały zastąpione po części przez zasobniki rozpoznawcze podwieszane pod wielozadaniowe samoloty bojowe, ale w większym stopniu zastąpiły je bezpilotowe aparaty latające. W wojnie w Ukrainie aparaty bezpilotowe są w zasadzie jedynym środkiem rozpoznania powietrznego, jaki dokonuje penetracji nieprzyjacielskiej przestrzeni powietrznej. Aparaty bezpilotowe mają dużo mniejsze rozmiary i w związku z tym są trudniejsze do wykrywania i zwalczania, a nawet w przypadku zestrzelenia strata jest relatywnie niewielka. Nie jest narażony człowiek, bo aparat nie ma załogi, a i koszt bezpilotowca jest wielokrotnie niższy niż koszt samolotu pilotowanego. Takich aparatów bezpilotowych można wyprodukować więc dużo więcej, a jednocześnie dostarczają równie cennych informacji przydatnych zarówno w podejmowaniu decyzji przez dowódców różnych szczebli, ale także do wyszukiwania i wskazywania celów do uderzeń.

Same uderzenia na nieprzyjacielskie terytorium w całości zostały przejęte przez bezpilotowe aparaty latające. W bliskim pasie taktycznym działają małe drony FPV, zaś w nieco dalszym obszarze do 50-70 km operuje tzw. amunicja krążąca, czyli nieco bardziej profesjonalne aparaty uderzeniowe, przekazujące obraz w czasie rzeczywistym, by na bazie tego obrazu dokonać wyboru celu i ataku na niego. Do atakowania celów o znaczeniu strategicznym, takich jak obiekty infrastruktury energetycznej oraz na przykład atakowane przez stronę ukraińską rosyjskie obiekty infrastruktury paliwowej (rafinerie ropy naftowej, składy paliw, itp.), też są używane bezpilotowce, o odpowiednio dużym zasięgu. One najczęściej atakują obiekty stałe, więc są kierowane bezwładnościowym układem nawigacyjnym i odbiornikiem GPS odpornym na zakłócenia typu „spoofing” (przesuwanie sygnału). Bezpilotowce jako systemy do ataków na cele strategiczne to całkiem nowe podejście. Są one relatywnie łatwe do zestrzelenia, ale jest to rekompensowane faktem ich wyjątkowo niskiej ceny. Dzięki temu mogą one być produkowane na tyle masowo, że ich zestrzeliwanie za pomocą kosztownych rakiet przeciwlotniczych jest kompletnie niecelowe. Ich zapas łatwo jest wyczerpać, podczas gdy tanie bezpilotowce nigdy się nie skończą i wciąż będą przylatywać atakując cele o znaczeniu strategicznym. Dzięki nim środki napadu powietrznego nadal zadają wrogowi znaczące straty, ale w tych zadaniach ofensywnych zadania lotnictwa pilotowanego niemal całkowicie przejęły bezpilotowe aparaty latające.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Pierwszy radziecki taktyczny bezpilotowy aparat rozpoznawczy wszedł do służby już w 1963 r. i pozostawał w ograniczonym użyciu do drugiej połowy lat 60., kiedy został zastąpiony nowym. W tym czasie nie doceniano jeszcze zalet takich systemów, dlatego ich użycie było bardzo ograniczone. System tego typu nie był eksportowany do żadnego państwa.
Jeszcze w latach 50. w zespole Biura Konstrukcyjnego Siemiona Ławoczkina powstał odrzutowy cel latający, który miał służyć do szkolenia wojsk przeciwlotniczych. Był to aparat Ła-17 (Izdielie 201). W kolejnych odmianach cele te wynoszone do strzelań przeciwlotniczych po dwa przez bombowiec Tu-4 na wysokość 8000 m, gdzie przy prędkości ok 450 km/h uruchamiano ich silnik RD-9 (pochodził Mig-19), pozwalający na wykonanie lotu z prędkością ok. 850 km/h na odległość do 200 km. Aparat miał proste skrzydła i smukły kadłub z klasycznym usterzeniem z tyłu, silnik zaś podwieszano w gondoli pod kadłubem, o średnicy większej od samego kadłuba. Cele latające Ła-17 produkowano w latach 1961-1966, używając ich do drugiej połowy lat 70. Później produkowano kolejne odmiany, Ła-17M (Izdielie 202) i Ła-17MM (Izdielie 203). Ostatnia wersja miała pułap aż 18 000 m.

Na bazie Ła-17 od 1959 r. konstruowano aparat rozpoznawczy Ła-17R, który wszedł do produkcji w 1962 r. jako Izdielie 204. W nosowej części umieszczono jeden aparat fotograficzny i był to zamiennie AFA-42 do zdjęć z małej wysokości (rozmiar klatki 30 x 30 cm) do 1200 m przy ogniskowej obiektywu 200 mm, AFA-40 (rozmiar klatki 50 x 50 xm) z ogniskową 1800 mm do zdjęć ze średnich wysokości, aparat szczelinowy ASzczFA-5 z małej wysokość luba aparat BAF-21. Wraz z całym wyposażeniem naziemnym w tym z wyrzutnią na samochodzie ciężarowym kompleks rozpoznania otrzymał nazwę TBR-1. Sam Ła-17R miał rozpiętość skrzydeł 7,5 m, kadłub o długości 8,97 m, masa startowa zaś wynosiła 3100 kg. Aparat był w stanie latać na wysokościach od 200 m do 7000 m na odległość 260 km, co pozwalało na rozpoznanie obiektów znajdujących się na odległości do 100-120 km od miejsca startu aparatu. Prędkość przelotowa wynosiła 750-900 km/h. Sama wyrzutnia SUTR-1 była ustanowiona na samochodzie ciężarowym KrAZ-214 lub KrAZ-255, a do startu używano dwóch odrzucanych po starcie przyśpieszaczy startowych. Aparat wykonywał lot po zaprogramowanej trasie kierując się żyrokompasem i prędkościomierzem, które sprzężone z autopilotem AP-122 dokonywały zliczenia drogi obliczonej na podstawie prędkości i czasu. Autopilot był analogowy zaś punkty zwrotne odmierzał mechanizm czasowy, po określonym czasie aparat wykonywał zakręt na zadany kurs. Ciekawostką była możliwość sterowania radiowego, bowiem w skład wyposażenia naziemnego wschodziła stacja radiolokacyjna „Kama” oraz stacja kierowania aparatem MRW-2M, gdzie operatorzy obserwowali położenie aparatu na ekranie radaru i przenosili je na mapę, wydając komendy radiowe do zmiany kursu lub wysokości. Po powrocie aparat zrzucał przedział z aparatem na spadochronie, a następnie rozbijał się. Był to więc system jednorazowy, który na wypadek wojny miał wykonać tyle lotów rozpoznawczych, ile miał płatowców Ła-17.

System TBR-1 przyjęto do uzbrojenia w 1962 r. podejmując produkcję aparatów Ła-17R w zakładzie lotniczym w Smoleńsku. Sformowano na nim co najmniej cztery samodzielne eskadry lotnicze w ramach Lotnictwa Frontowego WWS (Wojskowych Sił Powietrznych). Stacjonował on w Mane na Litwie, w Berezie Kartuskiej na Białorusi, w Kamienkie-Bunkgoj na Wołyniu i w Charkowie.

W połowie lat 60. Do uzbrojenia tych eskadr wprowadzono zmodernizowane aparaty Ła-17RM, w których zastosowano nowszy silniki R-11 o większym ciągu, zwiększono zapas paliwa i wprowadzono spadochron do lądowania. Pułap aparatu wzrósł do 15 000 m, a zasięg do 400 km, co pozwalało na prowadzenie rozpoznania obiektów znajdujących się do 160-180 km od miejsca startu. Najważniejszą cechą Ła-17RM było jednak to, że po zakończonym locie aparat opadał na spadochronie i mógł być powtórnie użyty. I tak jednak z każdym lądowaniem aparat ulegał drobnym uszkodzeniom, więc całkowity resurs sięgał 10-20 lotów, w zależności od stanu technicznego. Zamiast aparatów fotograficznych pracujących na filmie mokrym można było zamontować analogową kamerę telewizyjną Czibis, która mogła transmitować swój obraz na stację naziemną. Zamiast niej można było montować aparaturę do rozpoznania radiacyjnej (promieniowania radioaktywnego) Sigma, która też transmitowała pomiary promieniowania na stację naziemną w czasie lotu. Ła-17MR przetrwały w uzbrojeniu do ok. 1980 r., kiedy to zastąpiono je systemem rozpoznania taktycznego Pczeła.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Rozróżnienie między pociskami skrzydlatymi a bezpilotowymi aparatami latającymi jest dość umowna, i choć 9M370 Buriewiestnik jest oczywiście pociskiem skrzydlatym, to jednak jego długotrwałość lotu oraz możliwość wielokrotnej zmiany kierunku lotu powoduje, że można go też potraktować jako szybkiego drona.
Nie ukrywamy, że zajęliśmy się tym tematem także z powodu tego, że obecnie Buriewiestnik wywołuje wielkie zainteresowanie i dużo się na jego temat mówi. Media rozpisują się, że ten mały samolocik bez pilota może latać przez kilka dni, ma bowiem teoretycznie nieograniczony zasięg. A to wszystko dzięki niezwykłemu napędowi.

Aby wytłumaczyć jak działa silnik Buriewiestnika trzeba powiedzieć jak działa turbinowy silnik odrzutowy jaki jest powszechnie znany. Powietrze wpadające do wlotu jest tłoczone przez sprężarkę do komory spalania, gdzie po przepaleniu w nim paliwa nabiera bardzo wysokiej temperatury, a zatem także i ciśnienia. Dzięki temu ciśnieniu gazy wylotowe są wydmuchiwane z dyszy wylotowej z wielką prędkością. Wylatujące gazy dają efekt odrzutu, to znaczy siła reakcji pchająca silnik do przodu jest proporcjonalna do masy gazów spalinowych oraz ich prędkości. Zanim gazy wydostaną się przez dyszę z komory spalania po drodze obracają turbinę, która odbiera część ich energii, ale jest to konieczne bowiem turbina za pośrednictwem wału silnika napędza sprężarkę, tłoczącą powietrze. Bez tłoczenia powietrza z odpowiednim ciśnieniem do komory spalania silnik by nie pracował. Dlatego takie silniki nazywamy turboodrzutowymi. Jest jednak ich bardzo specyficzna odmiana przeznaczona do pracy na dużych prędkościach (sprężarki osiowe napędzane turbinami tracą sprawność przy prędkościach ponad Ma=2,5). Są to tzw. silniki strumieniowe, bowiem przy dużych prędkościach powietrze wpadające do wlotu przepływające przez zwężający się kanał dolotowy ma odpowiednie ciśnienie do pracy silnika. Po przepłynięciu komory spalania dzięki podwyższonej temperaturze nabiera ono jeszcze większego ciśnienia, znajdując ujście przez dysze wylotową. I ponownie działa siła reakcji gazów wylotowych. W silnikach strumieniowych jest więc tylko wlot powietrza, komora spalania i wylot gazów z dyszą. Są one mniej efektywne, ale mogą skutecznie pracować na bardzo wielkich prędkościach naddźwiękowych, nawet do Ma=5.
Taki właśnie silnik zastosowano w pocisku manewrującym czy jak kto woli bezpilotowym samolocie Buriewiestnik. Tyle tylko, że zamiast komory spalania umieszczono w pocisku mały reaktor atomowy. Powietrze przepływające przez rdzeń tego reaktora nabiera bardzo wysokiej temperatury prawie 1300 stopni Celsjusza, dzięki czemu ma bardzo wysokie ciśnienie. Ciśnienie to znajduje ujście przez dyszę wylotową, przez które prężne, nagrzane powietrze wylatuje z wielką prędkością dając odpowiedni ciąg odrzutowy. Jest jednak jeden poważny problem w przypadku pocisku Buriewiestnik: wylatujące z dyszy powietrze zawiera zanieczyszczenia radioaktywne, zostawiając ślad skażony radiologicznie. Te zanieczyszczenia opadają na ziemię w formie bardzo drobnego opadu promieniotwórczego. Pocisk zostawia więc za sobą delikatnie skażony teren. Drugim, poważniejszym problemem jest jednak to, że poza zwykłym ładunkiem bojowym, jądrowym bądź konwencjonalnym, w cel uderza też mały reaktor jądrowy zawierający materiał rozszczepialny w postaci dość wzbogaconego izotopu uranu. Daje to więc zawsze tzw. „brudną bombę”, rozrzucając resztki materiału rozszczepialnego który cały czas wydziela groźne promieniowanie radioaktywne. Użycie takiego pocisku może być potraktowane jako użycie broni masowego rażenia, co bardzo ogranicza obszary jego zastosowania.

Dzięki temu uzyskano olbrzymi zasięg sięgający nawet 20 000 km (w czasie testów pocisk przeleciał 14 000 km), tyle tylko że nie jest to żadna zaleta bowiem współcześnie używane rakiety balistyczne mają zasięg całkowicie wystarczający do rażenia dowolnego celu potencjalnego przeciwnika. A zatem na polu zasięgu Buriewiestnik nie daje żadnej przewagi nad o wiele efektywniejszymi pociskami batalistycznymi, które są też i mniej kłopotliwe w użyciu. Jeśli chodzi o pozostałe osiągi, to tu również nie ma niczego szczególnego. Mimo zastosowania silnika strumieniowego Biurewiestnik rozwija prędkość regulowaną w zakresie 850-1300 km/h (czyli ogólnie rzecz biorąc okołodźwiękową) na wysokości 25-100 m, ale dość podobne osiągi mają współczesne pociski manewrujące, na przykład amerykański Tomahawk. W przeciwieństwie do rakiet balistycznych są one do zestrzelenia, choć nie jest to łatwe, ale też i nie szczególnie trudne.
Na razie 9M370 Buriwiestnik nie wszedł do uzbrojenia i jest on raczej bronią propagandową niż realną wojskową.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Jest to prawdziwy problem, bo na wypadek wojny ciężko jest niszczyć setki przylatujących codziennie dronów rakietami za miliony złotych. Jak rozwiązać ten problem? Tu musimy się uczyć od Ukrainy.
Nowoczesne rakietowe zestawy przeciwlotnicze potrafią zestrzelić niemal każdy cel. Za pomocą niektórych typów, takich jak Patriot czy europejski SAMP/T, można nawet zestrzeliwać rakiety balistyczne, co jest technicznie niezwykle trudne. Jest tylko jeden problem: te wszystkomogące rakiety przeciwlotnicze są horrendalnie drogie, zaś zwalczane bezpilotowce – niezwykle tanie. Właśnie z tego powodu można je przesyłać w wielkich ilościach.
W Ukrainie wypracowano różne metody ich zwalczania za pomocą niezbyt kosztownych środków. Popularne są na przykład mobilne grupy przeciwlotnicze, złożone głównie ze starszych zmobilizowanych żołnierzy którzy gorzej nadają się do służby typowo frontowej. Te grupy dysponują pick-upem wyposażonym w najcięższy karabin maszynowy kal. 12,7 mm o zasięgu do 1,5-2 km w poziomie i do 1000 m w pionie. Mają one też łączność z dowództwem odpowiedniego sektora obrony powietrznej, który kieruje takie grupy na trasy wykrytych dronów, są one w stanie przejechać odległość równą mniej więcej jedną czwartą odległości do nadlatującego drona (jeśli dron jest w odległości 200 km, taka grupa może się przemieścić w bok na trasę aparatu na odległość do ok. 50 km). Niektóre z tych zespołów dysponują przenośnymi przeciwlotniczymi zestawami rakietowymi. Są też stacjonarne grupy przy ważniejszych obiektach, bez pojazdu terenowego, ale za to z karabinami maszynowymi.
Do przechwytywania i zwalczania dronów stosuje się też wszelkie możliwe środki latające. Czasem nawet używa się do tego celu myśliwców, które strzelają do dronów głównie z działek dla oszczędności drogich rakiet, pozostawianych na pociski manewrujące, ale myśliwce są zbyt szybkie do atakowania powolnych dronów. Dlatego popularniejsze stały się powietrzne patrole śmigłowców szturmowych i wielozadaniowych ze strzelcami z najcięższymi karabinami maszynowymi w drzwiach. Śmigłowce stojące w dyżurze na ziemi są podrywane w powietrze w momencie, kiedy wykrywa się nadlatujące bezpilotowce. Są następnie naprowadzane na trasy lecących aparatów. Dzięki temu, że są one z reguły o ok. 100 km/h szybsze od najbardziej popularnych bezpilotowców uderzeniowych dalekiego zasięgu, to istnieje możliwość towarzyszenia aparatom i zwalczanie ich ogniem z broni pokładowej, w przypadku śmigłowców szturmowych integralnym działkiem lub nkm, a wielozadaniowych – przez strzelca w drzwiach kabiny.
Coraz bardziej popularnym środkiem są małe drony przechwytujące. Są one niezwykle tanie i mają napęd elektryczny, pozwalający im na wykonanie lotu na zasięg do 2-3 km poziomo i do 1500 m – 2000 m w pionie. Mają niewielką kamerkę telewizyjną w nosowej części, pozwalającą operatorowi na ręczne naprowadzenie na atakowanego drona, który zwykle kontynuuje lot po prostej na stałej wysokości. Mimo ręcznego sterowania dość łatwo jest trafić w niemanewrujący cel. Stają się one coraz bardziej popularne nie tylko do walki z aparatami dalekiego zasięgu, ale także do zwalczania dronów taktycznych, rozpoznawczych takich jak Orłan czy amunicji krążącej takiej jak Lancet. Ilość zestrzelonych aparatów przez te mini drony przechwytujące ostatnio przekroczyła tysiąc, według oficjalnych danych ukraińskich. Pierwszego takiego zestrzelenia dokonał Batalion „Ajaks” ze 126. Brygady Obrony Terytorialnej w lutym 2024 r.

Ostatnio ukraińska firma Justifier Drones zaprezentowała dość ciekawe rozwiązanie, które pozwala na radykalne zwiększenie zasięgu i pułapu tych małych dronów przechwytujących, których długotrwałość lotu zwykle nie przekracza 15-20 minut. Proponuje ona umieszczenie dwóch takich przechwytujących aparatów pod skrzydłami nieco większego bezpilotowca o rozpiętości skrzydeł ok. 3 m, startującego z prostej wyrzutni katapulty, którą można ustawić na ziemi lub umieścić na samochodzie terenowym. Aparat o klasycznym układzie samolotowym przenoszący dwa drony przechwytujące może latać na odległości do 20 km od operatora na wysokości 2000-4000 m przez ok. 40-60 minut. Ma on własną kamerę, którą można dostrzec wrogi aparat i zwolnić przenoszony mały aparat przechwytujący, wówczas drugi operator przejmuje kontrolę nad „przechwytywaczem”, a dron który je przenosi staje się jednocześnie retranslatorem transmitującym na ziemię przekaz do i z drona przechwytującego. Trzeba przyznać, że takie rozwiązanie bezpilotowego myśliwca jest naprawdę godne uwagi i zapewne sprawdzi się w walce.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
To, co obserwujemy w Ukrainie to absolutna dominacja bezpilotowych aparatów latających, które są środkiem oddziaływania na poziomie taktycznym, ale także i strategicznym. Ale czy zawsze tak będzie?
Bezpilotowe aparaty latające obecnie przejęły niemal całkowicie obrazowe rozpoznanie taktyczne i taktyczno-operacyjne, obserwację pola walki, choć tutaj na poziomie wyższym są one uzupełniane przez rozpoznanie satelitarne. Ukraińskie doświadczenia pokazują, że przekazywanie obrazów satelitarnych nawet do dowództw brygad owocuje lepszą orientacją sytuacyjną i pozwalają łatwiej zbudować kompletny obraz rozmieszczenia wojsk w rejonie działań bojowych brygady. Bezpilotowce poszukują i wskazują cele do zniszczenia przez artylerię polową, ale również same są szeroko wykorzystywane do atakowania obiektów naziemnych. W tym celu stosuje się zarówno drony uderzeniowe klasy FPV (sterowane z użyciem zobrazowania First Person View), jak i aparaty zrzucające niewielkie ładunki bojowe, tzw. bombodrony. Szczególną ich odmianą są aparaty o dużych rozmiarach, tzw. baba jaga, operujące głównie w porze nocnej dzięki kamerze termowizyjnej. Są to najczęściej komercyjne aparaty służące do celów rolniczych, a nabywane na platformach zakupowych, głównie z Chin, które należą do największych producentów komercyjnych bezpilotowych aparatów latających na świecie. Są one oczywiście przerabiane, otrzymują kamery termowizyjne, odporne na zakłócenia szyfrowane linie łączności, no i oczywiście wyrzutniki dla różnych ładunków bojowych o masie nawet do 50 kg. Takie aparaty wykorzystuje się również do stawiania min w nocy.
Czy to wszystko oznacza, że drony są aż tak bardzo skuteczne? Ich zaletą są głównie małe rozmiary co powoduje że trudno je trafić z broni strzeleckiej, a niekiedy nawet trudno taki aparat dostrzec. Jest też wyjątkowo tani, więc można go używać w takiej masie, że tradycyjne kosztowne środki przeciwlotnicze stają się wobec dronów taktycznych całkowicie bezużyteczne. Ale na tym ich zalety się kończą.

Do wad należy głównie relatywnie mały zasięg, ograniczony mniej więcej do 20 km, a dla bardziej profesjonalnie wykonanej amunicji krążącej o wyższych kosztach (a zatem stosowanej w mniejszej liczbie) – do 50-70 km przy zastosowaniu drona-retranslatora, tzw. „pszczoły-matki”. Długotrwałość lotu typowych lekkich quadrokopterów to maksymalnie 40-60 minut, co często nie wystarcza dla dolotu w rejon działań, wyszukanie odpowiedniego celu i wykonanie ataku na niego. Takie drony są bardzo podatne na wilgoć, dlatego nie specjalnie są w stanie operować w deszczu, w czasie opadów śniegu, a nawet w gęstej mgle. Zresztą w gęstej mgle, a często też w czasie opadów, operator niewiele widzi za pomocą ich kamery pokładowej. Ręczne sterowanie jest trudne i nawet doświadczony operator drona nie zawsze jest w stanie wykonać skuteczny atak. Bardzo dużym ograniczeniem jest mały ładunek bojowy, powodujący niewielkie uszkodzenia zaatakowanych obiektów. Dlatego na bardziej odporne obiekty pola walki trzeba ponawiać ataki, by uzyskać wymagany efekt. Zwykle na zniszczenie jednego czołgu trzeba zużyć 10-15 dronów FPV, a czasem i 20. Niektóre obiekty, takie jak mosty, solidne budynki, ziemianki, bunkry – są w ogóle nie do ruszenia przez drony.

Mimo to drony są bardzo powszechnie używane i obecnie faktycznie odpowiadają za większość strat przeciwnika. Ale należy sobie od razu wyjaśnić: jest to spowodowane charakterem tej wojny. Rosjanom nie chodzi bowiem o zajęcie ukraińskiego terytorium, by potem latami zmagać się z ukraińskim oporem, jak Amerykanie w Iraku czy Afganistanie. Celem rosyjskich działań jest złamanie ducha i woli walki narodu ukraińskiego, po to by w atmosferze apatii i rezygnacji dokonać zmiany władzy w Kijowie na taką, która będzie sprzyjała Rosji. Później terrorem i indoktrynacją doprowadzi się państwo ukraińskie do pełnego posłuszeństwa, tworząc coś w rodzaju kolejnej Białorusi. A taki sposób prowadzenia wojny wymusza długotrwały konflikt na wymuszenie. Dlatego obie strony mocno oszczędzają drogie systemy uzbrojenia, takie jak czołgi, artylerie, samoloty bojowe, pociski kierowane różnych typów, rakiety balistyczne. Gdyby jednak wojna przeszła w fazę manewrową, wówczas priorytety ulegną zmianie. Na pierwszy plan wysuną się wtedy środki walki o znacznie większych możliwościach bojowych, o większej skuteczności, choć oczywiście także dużo droższych. Nadal bezpilotowce będą masowo stosowane, ale nie będą już wówczas tak bardzo dominować na polu walki. Trzeba więc przyjąć maksymalnie wiele ukraińskich doświadczeń, ale jednocześnie należy analizować jaką wojnę nam przyjdzie prowadzić, starając się przewidzieć, jakie w takiej wojnie będzie miejsce i rola dronów.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Wojskowy Instytut Techniczny i Uzbrojenia jest głównie obarczony zadaniami testowania uzbrojenia i amunicji przeznaczonego dla Wojska Polskiego, ale posiadając odpowiedni potencjał intelektualny i inżynierski zajmuje się też własnymi pracami badawczo-rozwojowymi. Jednym z najnowszych obszarów działalności są bezpilotowe aparaty latające.
Pomysł WITU przypomina rozwiązania ukraińskie. Wiadomo bowiem, że nie wszystkie zespoły muszą być specjalnymi produktami wojskowymi spełniającymi normy, co czyni je kosztownymi. Wiadomo, że takie normy musi spełniać głowica bojowa. W końcu na rynku cywilnym nie można przecież kupić głowic bojowych, a ponadto to kwestia bezpieczeństwa. Drugim zespołem jaki ma wpływ na przykład na bezpieczeństwo lotu aparatu, a ponadto musi wypełniać określone zadania typowo wojskowe to autopilot. Trzecim takim zespołem jest system łączności, ale głównie w części utajnienia komunikacji i maskowania radiowego położenia operatora oraz odporności na zakłócenia. To samo dotyczy układu nawigacji – jeśli taki w ogóle jest instalowany, bo małe drony FPV przeznaczone do wykonywania całkowicie sterowanych ataków, często w ogóle nich nie maja. Głównym źródłem informacji o celach jest kamera telewizyjna, lot wykonuje się od operatora do pierwszego napotkanego celu godnego zaatakowania, więc żadna nawigacja nie jest potrzebna, a tylko zwiększa cenę. Tymczasem chodzi o to, by taki system mógł być wytwarzany szybko i tanio, tak by umożliwić jego naprawdę masowe użycie na polu walki. Pozostałe elementy, takie jak rama, silniczki ze śmigłami i baterie – mogą być kupowane na rynku cywilnym jako standardowe elementy. Nie muszą spełniać zbyt wyśrubowanych norm, bowiem całe ich użycie sprowadza się do 10-30 minutowego lotu od startu do trafienia w cel. Im taniej się da je kupić przy spełnieniu minimalnych wymagań technicznych, tym lepiej. Oczywiście źródło dostaw musi być dostępne także w trakcie wojny.
Stosując standardowe ramy, komercyjne napędy i baterie w WITU w Zielonce opracowano rodzinę trzech typów bezpilotowców uderzeniowych klasy FPV. Są to VPL 7, VPL 10 i VPL 15, przy czym liczby w nawiasach odpowiadają rozmiarowi ram w calach, odpowiednio 17,78 cm, 25,4 cm i 38,1 cm. VPL 7 ma udźwig 1,1 kg, VP 10 ma udźwig 3 kg i długotrwałość lotu 10-14 minut, zaś VPL 15 może przenosić ładunek 5 kg i ma długotrwałość lotu 20-25 minut. Wszystkie zostały zbudowane w układzie quadrokoptera i mają sterowanie radiowe współpracując z niewielką kamerą telewizyjną. Jedynie VPL 15 ma odmianę sterowaną światłowodem o długości do 20 km. Wszystkie te aparaty mogą być wykorzystywane do rażenia nieodległych obiektów pola walki. Uzbrojenie bezzałogowców stanowią niskokosztowe głowice serii GXLC różnych typów. Mają one głównie mniej zaawansowane zabezpieczenia w stosunku do głowic rodziny GX, dzięki czemu mają niższą cenę. Z tego powodu nie mogą być używane ponownie i po uzbrojeniu nie można ich bezpiecznie rozbroić, ale w przypadku bojowego użycia amunicji krążącej, jaką de facto są te aparaty, nie ma to większego znaczenia. Są to głowice GXLC42 kal. 52 mm o masie ok. 0,7 kg, głowice GXLC60 kal. 60 mm i masie 1,6 kg, głowice GXLC68 kal. 73 mm i 64 mm o masie 1,2 kg i głowice kal. 100 mm i 120 mm GXLC100 o masie 3-3,5 kg. Głowice mają modułową budowę i są proponowane w odmianach z głowicą kumulacyjną i odłamkową.
Od września pierwsze partie VPL-7 i VPL-10 trafiają do ośmiu jednostek Wojska Polskiego. Sprzęt został zakupiony dzięki wsparciu Ministerstwa Obrony Narodowej. Obecnie żołnierze przechodzą szkolenia, a następnie przez dwa miesiące będą testować drony w warunkach poligonowych.

Nieco większy od nich jest bezzałogowy aparat latający Giez typu samolotowego. Aparat latający ma długość 1075 mm, rozpiętość skrzydeł 1660 mm i jest w stanie spędzić w powietrzu około 30 minut. Oczywiście tak jak pozostałe, aparat ma napęd elektryczny z silniczkiem z tyłu i śmigłem pchającym, z przodu znajduje się głowica bojowa. Zasięg aparatu do 10 km, pułap lotu do 2000 m, a masa w locie to 6 kg. Ciekawostką jest to, że w przypadku nieznalezienia celu głowicę można zabezpieczyć, a aparat może wrócić do operatora, żeby zostać użyty ponownie.

Wśród oferowanych przez WITU quadrokopterów jest jeszcze System Amunicji Krążącej DragonFly. Ma on masę 5 kg, zasięg łączności bezpośredniej do 10 km, choć zasięg aparatu sięga 20 km. Czas lotu to minimum 20 minut, a prędkość maksymalna do 120 km/h. Jego układ kierowania może być wspomagana odbiornikiem GPS z automatyczną stabilizacją wysokości i zawisu, ale można nim też sterować w trybie NoGPS, by nie narażać się na zakłócenia systemów nawigacji. Do kierowania wykorzystywana jest dzienna kamera telewizyjna, a aparat przenosi głowice bojowe z rodziny GX-1: GO-1 HE (Odłamkowa), GK-1 HEAT (Kumulacyjno-odłamkowa), GTB-1 FAE (Termobaryczna) i GO-1 HE-TR (szkolna, niewybuchająca). Także i ten aparat ma zakres zabezpieczenia głowicy drogą radiową i powrót do operatora w przypadku nieodnalezienia celów.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Na wtargnięciu w polską przestrzeń powietrzną 21 dronów, a następnie naruszeniu dronami rumuńskiej przestrzeni powietrznej się nie skończyło. Kilka dni temu użyto relatywnie niedużych aparatów do wywołania zakłóceń w lotach z lotnisk duńskich i w rejonie Oslo. Kolejny aparat nieznanego pochodzenia pojawił się nad fińską elektrownią. Wiadomo, że robią to Rosjanie, ale po co? Co chcą osiągnąć?
Wlot 21 bezpilotowych aparatów latających nad Polskę nie był przypadkiem. Zwykle w nalotach na Ukrainę miesza się pół na pół drony uzbrojone w 50 kg głowice (jeśli to najpopularniejsze Gerań 2 czyli rosyjski licencyjny Shahed 136 produkowany w Jełabuga w Tatarstanie wg ulepszonego irańskiego projektu) z trzy lub cztery razy tańszymi nieuzbroonymi dronami pułapkami Gerbera. Załóżmy, że zakłócenia radioelektroniczne były tak silne, że część aparatów zmylona błędnymi wskazaniami odbiornika GPS odleciała daleko od swoich celów i wleciały one do Polski. Ale w takiej sytuacji byłaby to zwyczajowa mieszanka obu rodzajów bezpilotowców, a nie same pułapki Gerbera, bez żadnego ładunku bojowego. To tak jak słynne opowieści o kocie z Wąchocka, który jak dostaje w misce kawę z mlekiem, to mleko wypija, a kawę zostawia.
Skoro więc wiemy, że to nie był przypadek, to jaki był cel tej akcji? Głównym celem było wywołanie szoku, co torowało drogę dla zmasowanego ataku informacyjnego. Uśpione dotąd konta w mediach społecznościowych, bez żadnych postów do tej pory lub z zaledwie kilkoma byle jakimi, lub wręcz konta założone na 12-24 godziny przed atakiem, nagle ożyły i zaczęły strzelać przygotowaną narracją. Twierdzono, że to ukraińska prowokacja, żeby nas wciągnąć do wojny. Fakt, że cała akcja została tak skrojona, by nie być powodem do wojny nikomu nie przeszkadzał. Czyli że chcieli nas wciągnąć do wojny robiąc coś, co na pewno nas nie wciągnie do wojny…
Fakt, że jest to element zaplanowanych działań został następnie potwierdzony kolejnymi prowokacjami. Tajemnicze aparaty bezpilotowe pojawiły się nad czterema lotniskami w Danii. Były to lotniska Aalborg, gdzie stacjonuje też duński 721. Dywizjon, jednostka transportowa wyposażona m.in. w samoloty C-130J-30 Hercules, Skrydstrup, gdzie bazują myśliwce: 727. Dywizjon na samolotach F-35A i 730. Dywizjon na F-16AM, a także dwa cywilne lotniska Esbjerg i Sønderborg na Półwyspie Jutlandzkim. To już drugi raz w ciągu jednego tygodnia. Dodatkowo nad ranem rosyjski samolot rozpoznawczy Ił-20 przeleciał na bardzo małej wysokości ok. 100 m tuż nad niemiecką fregatą F220 „Hamburg”.

Bezpilotowce przyleciały znad morza i po krążeniu w rejonie lotnisk powodując odwołanie operacji lotniczych, po określonym czasie wszystkie odleciały z powrotem nad morze. Przypuszczalnie aparaty startowały z jednego ze statków z rosyjskiej floty cieni. To jest flota blisko 1400 statków lub więcej, które zostały zakupione przez różne firmy „krzaki” zarejestrowane w krajach III świata założonych na tzw. „słupów”, a piętrowe czartery powodują, że namierzenie rzeczywistego operatora jest praktycznie niemożliwe. Statki te noszą tzw. tanie bandery: Liberia, Panama, Wybrzeże Kości Słoniowej, Trynidad i Tobago, itp. Mimo wszystko zatrzymanie takiego statku na wodach międzynarodowych jest poważnym naruszeniem prawa do swobodnej żeglugi. I to mimo tego, że statki te nie mają ubezpieczenia, są w fatalnym stanie technicznym, a często ich świadectwo zdolności żeglugowej albo jest nieaktualne, albo wydane w krajach, w których dokumenty nikt nie ufa. Jednakże zawijają one tylko do zaufanych portów i nie ma obawy, że gdzieś zostaną zatrzymane. Te statki przechodziły wielokrotnie różne remonty i przebudowy, a zatem można je dostosować do dowolnych zadań. Jeden z takich statków zatrzymanych w Finlandii w grudniu 2024 r. po tym jak rwał ciągniętą kotwicą podwodne kable łączące Finlandię z Estonią, okazał się być naszpikowany aparaturą do rozpoznania radioelektronicznego. Bardzo łatwo jest dostosować je do roli dronowych lotniskowców. Używając niewielkich aparatów o zasięgu do 100 km mogą one prowadzić skuteczne działania rozpoznawcze lub nawet dywersyjne przeciwko bazom morskim, portom handlowym i miastom w pobliżu wybrzeża.

Celem tych działań obecnie jest zastraszenie zachodnich społeczeństw i wysłanie im ostrzeżenie, że dalsze wspieranie Ukrainy spowoduje bardziej radykalne kroki wojenne skierowane przeciwko nim. Oczywiście Rosja ma określone plany wobec wielu państw europejskich i plany dokonania na nie agresji nie są uzależnione od tego czy one Ukrainę wspierają, czy nie. Raczej jeśli dopuścimy do upadku Ukrainy, to tylko ułatwimy Rosji szybsze przejście do dalszych działań już poza Ukrainą. I tak Rosja skutecznie wykorzystuje bezpilotowe aparaty latające do prowadzenia bardzo skutecznej wojny kognitywnej z państwami zachodnimi.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
W ostatnim okresie mieliśmy okazję odwiedzić ćwiczenia Żelazny Obrońca 2025. Ciekawostką tego ćwiczenia było pierwsze obserwowane przeze mnie użycie małych dronów szturmowych w ćwiczeniach wojsk, co jest niewątpliwie efektem ukraińskich doświadczeń. Ale jednocześnie wydaje się, że jest jeszcze wiele do zrobienia na tym polu.
Ćwiczenie „Żelazny Obrońca” (Iron Defender) zostało przeprowadzone w odpowiedzi na ćwiczenie „Zapad 2025”, przeprowadzone przez Rosję i Białoruś na terenie Białorusi. Tegoroczna edycja była jednak dość anemiczna. Nie udało się ściągnąć większej ilości wojsk, ani uzyskać efektu mrożącego w państwach NATO. Zamiast tego duże wrażenie zrobiła seria ćwiczeń NATO przeprowadzona w odpowiedzi w państwach zachodnich. Wśród nich było też nasze, „Żelazny Obrońca”.
W ramach tego ćwiczenia faktycznie ćwiczono obronę. W rosyjskim ćwiczeniu „Zapad 2025” ćwiczono nieco inny scenariusz. W pierwszej fazie ćwiczono obronę przed atakiem państw NATO, a następnie po jego zatrzymaniu, głównym elementem było ćwiczenie kontruderzenia, czyli de facto natarcia na państwa NATO.
W naszym ćwiczeniu było inaczej. Ćwiczono przede wszystkim obronę, a przynajmniej taki właśnie epizod pokazano na media day. Obronę ćwiczono w różnych konfiguracjach, w tym w terenie odkrytym, ale też i w innych warunkach. Ćwiczący batalion rozmieszczony na poligonie Orzysz otrzymał bardzo silne wsparcie ogniowe, był i symulowany atak samolotów bojowych, holenderskich F-35A i polskich F-16C Jastrząb, był rzeczywisty atak śmigłowców bojowych z użyciem rakiet niekierowanych i ze strzeleckiej broni pokładowej do celów na poligonie ze strony polskich Mi-24D oraz amerykańskich AH-64D Apache. Później prowadzono ostrzał artyleryjski z nowych haubic K9 Thunder produkcji południowokoreańskiej oraz polskich moździerzy samobieżnych M120 Rak. Ogień otworzyły też czołgi M1 Abrams, polskie z 1. Warszawskiej Brygady Pancernej im. Tadeusza Kościuszki i amerykańskie z 1. Dywizji Pancernej „Old Ironsides”.
Najciekawszy był jednak atak dronów. Rój dronów przeleciał nad wojskami i skierował się w stronę nieprzyjaciela. Były to małe drony FPV z rodziny VPL oferowane przez specjalistów Wojskowego Instytutu Techniki i Uzbrojenia z Zielonki. Zostały one całkowicie zbudowane w oparciu o ukraińskie doświadczenia i są one oferowane w wielu różnych odmianach. Obecnie w Polsce toczą się też prace nad układem kierowania za pośrednictwem kabla światłowodowego w celu uodpornienia dronów na zakłócenia radioelektroniczne. Pracuje się też nad wykorzystaniem układów sztucznej inteligencji do autonomicznego kierowania atakujących bezpilotowców, które potrafiłyby same odszukać, sklasyfikować i zaatakować cel.
Mimo, że widok atakujących dronów wykorzystany w realnych ćwiczeniach z wojskami był bardzo budujący, to jednak uważamy, że to jeszcze zbyt mało. Co prawda cicho bzyczący rój dronów nie robił takiego wrażenia jak potworny huk wystrzałów z dział czołgowych, ale mogły być one co najmniej tak samo groźne. Drony to cicha śmierć, o czym się przekonano w Ukrainie i czasem ciche bzyczenie wywołuje większą trwogę wśród żołnierzy niż głośny huk ognia artyleryjskiego.

Pojedynczy atak jednak to stanowczo za mało. Bezpilotowce powinny być na okrągło obecne nad terenami wroga, tak te obserwacji pola walki, jak i uderzeniowe. Jednakże to, co najbardziej zwracało uwagę, to brak ćwiczenia biernej i czynnej obrony przed bezpilotowcami przeciwnika. Wojska nie stosowały odpowiednich zabezpieczeń przed dronami w postaci osłony wozów bojowych, jakie w Ukrainie występują obecnie niemal zawsze, ani maskowania własnych pozycji z góry czy siatek przeciwdronych, a ponadto należy też pomyśleć o strzelcach uzbrojonych w odpowiednią dron przeciwdronową. W Ukrainie sprawdzają się szotguny strzelające śrutem, który tworzy chmurę drobnych pocisków, zwiększając znacznie szanse na zestrzelenie niewielkiego obiektu latającego. Dlatego w naszym wojsku trzeba poważnie pomyśleć o obronie przed dronami pola walki, bo w razie wojny to niestety będzie codzienność.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Bądź na bieżąco z nowościami