Amerykańska kopia Shaheda – LUCAS, czyli Low-cost Uncrewed Combat Attack System

×
Ułatwienia dostępu
Rozmiar czcionki +-RESET
Kontrast / Kolory Ciemny Jasny MonoKontrast RESET

Ironią losu jest to, że przeciwko Iranowi mogą być użyte kopie irańskich dronów Shahed 136, które zrobiły wielką karierę w czasie wojny w Ukrainie, gdzie dzięki swojej niskiej cenie stały się bronią masowo stosowaną i wyrządzającą wymierne szkody w ukraińskiej infrastrukturze energetycznej. Tym razem Amerykanie docenili coś, co jest tanie na tyle, że może być produkowane na bardzo dużą skalę.

Amerykanie dysponują dość skutecznym środkiem rażenia do wykonywania ataków na dużą odległość w postaci pocisków manewrujących BGM-109 Tomahawk. Pocisk manewrujący BGM-109 Tomahawk jest obecnie produkowany przez amerykański koncern zbrojeniowy Raytheon (część grupy RTX Corporation), a jego cena jednostkowa wynosi zazwyczaj od 1,3 mln do 2,5 mln dolarów, w zależności od wariantu i wielkości zamówienia. Dla porównania, jeden dron LUCAS kosztuje ok. 35 000 dolarów. Czyli w zamian za Tomahawka można mieć 70-71 dronów LUCAS. Nawet jeśli do celu dotrze tylko 20 % z nich (Tomahawk ma skuteczność rzędu 90 %), to i tak jest to jakieś 13 aparatów trafiających w cele zamiast pojedynczego. Oczywiście masa głowicy bojowej jest nieporównywalna, bo Tomahawk ma głowicę o masie ok. 450 kg, przy czym może to być głowica odłamkowo-burząca WDU-36/B lub penetrująca. Natomiast w obecnej postaci LUCAS, który bardziej przypomina Shaheda 131 ma głowicę o masie 18 kg. Jak widać siła rażenia jest nieporównywalna. Jednakże większe irańskie Shahedy 136 mają głowicę o masie 50 kg, a rosyjskie kopie po modernizacji czyli Gerań 2 przenoszą głowice o masie po 70 kg. Z czego większość stanowi materiał wybuchowy, czyli siła rażenia i tak nie może być lekceważona.

Amerykański LUCAS w locie. Wygląda bardzo podobnie do popularnego Shaheda
Amerykański LUCAS w locie. Wygląda bardzo podobnie do popularnego Shaheda

Amerykańskie kopie irańskich dronów są wykonywane przez amerykańską firmę SpektreWorks. SpektreWorks to amerykańska firma inżynieryjna z siedzibą w Phoenix/Scottsdale w Arizonie, która specjalizuje się w projektowaniu i produkcji zaawansowanych systemów bezzałogowych (UAS). To właśnie w tej firmie zbudowano kopie irańskich Shahedów jako cele latające do ćwiczeń własnej obrony przeciwlotniczej, które oznaczono w firmie FLM-131 i FLIM-136, co niemal wprot odpowiada irańskim dronom Shahed 131 i 136. Tyle tylko, że amerykańskie cele są nieco mniejsze. Kiedy pojawiły się owe skopiowane drony jako cele do ćwiczeń, i kiedy okazało się że są one relatywnie trudne do zwalczania ze względu na możliwą skalę ich użycia (wypadkowa niskiej ceny), wówczas Amerykanie wpadli na pomysł, by stworzyć na bazie tych celów po prostu aparaty bojowe, które również mogłyby być używane masowo w razie potrzeby. Tak właśnie powstał aparat LUCAS, czyli niskokosztowy, bezpilotowy system uderzeniowy (Low-cost Uncrewed Combat Attack System).
LUCAS, czyli wersja uzbrojona wersja latającego celu, przypuszczalnie odmiany FLM-136, ma zasięg 820 km co w przybliżeniu odpowiada Shahedowi 131, choć jest oznaczony tak jak większy aparat. Wynika to z faktu, że cele symulujące aparaty irańskie zostały wykonane jako nieco mniejsze od swoich irańskich odpowiedników, choć cały układ konstrukcyjny i charakterystyczny kształt bez usterzenia poziomego zostały zachowane bez zmian. LUCAS (w wersji produkcyjnej opartej na platformie FLM-136) ma konstrukcję typu latające skrzydło (delta), o długości około 3 metrów i rozpiętości skrzydeł 2,5 metra. Jego maksymalna masa startowa wynosi około 81,5 kg. LUCAS napędzany jest przez prosty, dwusuwowy silnik spalinowy o mocy 15 KM, który napędza dwułopatowe śmigło pchające (zamontowane z tyłu kadłuba). Prędkość przelotowa to 130-150 km/h, maksymalna to 185 km/h, wysokość lotu od 30 do 4 500 metrów.

Drony LUCAS jednostki Task Force Scorpion Strike (TFSS), czekamy na doniesienia czy zostały użyte przeciwko Iranowi.
Drony LUCAS jednostki Task Force Scorpion Strike (TFSS), czekamy na doniesienia czy zostały użyte przeciwko Iranowi.

Amerykanie powołali do życia połączoną jednostkę Task Force Scorpion Strike (TFSS), która operacyjnie jest podporządkowana pod siły specjalne US Navy, ale służą w niej specjaliści z różnych sił zbrojnych. Ma ona siłę wzmocnionej kompanii, dysponując wyrzutniami pozwalającymi na start dronów LUCAS. Obecnie jednostka ta stacjonuje na pokładzie okrętu patrolowego (Littoral Combat Ship) typu Independence – USS Santa Barbara (LCS 32). USS Santa Barbara wraz z bliźniaczą jednostką USS Tulsa opuściły Zatokę Perską i operują obecnie na wodach północnej części Morza Arabskiego, gdzie znajdują się w trakcie amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Do zwalczania dronów różnych typów w najnowszym polskim systemie antydronowym „San” wykorzystuje się różne systemy przeznaczone do zwalczania bezpilotowych aparatów latających różnych typów. Zróżnicowanie tych środków zwalczania pozwala na użycie systemu przeciwko najróżniejszym klasom bezpilotowców, tak w strefie przyfrontowej, jak i w obronie obiektów na zapleczu.

Polski system „San” jest pierwszym polskim systemem dedykowanym wprost do obrony przeciwko bezpilotowym aparatom latającym różnych klas. Istotą elementów, które służą do niszczenia wykrywanych i wskazywanych bezpilotowych aparatów latających jest to, że są one bardzo tanie w użyciu. Pozwala to na bardzo ekonomiczne zwalczanie masowo używanych dronów, tak by państwo było stać na prowadzenie wojny, przy zachowania odpowiedniego poziomu skuteczności. Dlatego w skład systemu wchodzą aż cztery różne typy tzw. „efektorów”, czyli elementów niszczących.

Zacznijmy od tych efektorów najniższego piętra. Tzw. bronią ostatniej szansy stojącej bezpośrednio przy bronionym obiekcie są wielkokalibrowe karabiny maszynowe WLKM kal. 12,7 mm produkowane przez ZM Tarnów. WLKM 12,7 mm to czterolufowy wielkokalibrowy karabin maszynowy (WKM) z napędem elektrycznym, pracujący w układzie Gatlinga, jego szybkostrzelność jest regulowana elektronicznie w zakresie od 400 do 3600 strz./min, przy maksymalnej szybkostrzelności jest to dosłownie 60 pocisków na sekundę. w systemie „San” karabin WLKM 12,7 mm jest montowany w bezzałogowej, zdalnie sterowanej wieżyczce (ZSMU) i jest w pełni zintegrowany z zewnętrznymi sensorami (radar, głowica elektrooptyczna – na innym pojeździe), ale za celowanie odpowiada własna głowica elektrooptyczna na pojeździe. Jest w pełni stabilizowany (można celnie strzelać w ruchu). Całość umieszczono na pojeździe Legwan (polski wariant koreańskiego modelu KIA KLTV) produkowanego przez Rosomak S.A. w Siemianowicach Śląskich.
Kolejnym efektorem jest umieszczony na podwoziu Jelcz 662.D43 i ma on wieżyczkę z armatą AG-35 kal. 35 mm, również sterowaną zdalnie z zewnętrznych sensorów. Działo z wieżyczką jest produkowane przez HSW w Stalowej Woli, ale jest integrowane z układem celowniczym przez firmę PIT-Radwar z Warszawy. Jest to działo kal. 35 mm produkowane na licencji firmy Oerlikon, o szybkostrzelności 550 strz./min, zasięgu poziomym do 5-6 km i wysokości zwalczania celów do 3500-4000 m. Najważniejszy element systemu to amunicja programowalna ABM. Armata posiada programator wylotowy, który „mówi” pociskowi, w którym ułamku sekundy ma wybuchnąć przed dronem, tworząc chmurę wolframowych odłamków. Wieża armaty ma własną elektrooptyczną głowicę śledzącą i komputer balistyczny, więc po otrzymaniu informacji o położeniu celu od źródeł zewnętrznych już samodzielnie celuje działem.
Kolejnym efektorem jest wyrzutnia elektrycznych dronów przechwytujących które powstają w firmie Advanced Protection Systems. Są to bardzo tanie drony naprowadzane elektrooptycznie o wysokiej celności. Są one kierowane przez operatora. Ich wyrzutnia zostanie również umieszczono na produkowanym w Polsce pojeździe Legwan. O tym elemencie na razie wiadomo stosunkowo nie wiele, ewidentnie szczegóły nie zostały jeszcze ostatecznie określone.

Wielkokalibrowy karabin maszynowy WLKM znany jako „potwór z Tarnowa” na podwoziu pojazdu typu Legwan.
Wielkokalibrowy karabin maszynowy WLKM znany jako „potwór z Tarnowa” na podwoziu pojazdu typu Legwan.

I wreszcie czwartym efektorem ma być wyrzutnia kierowanych pocisków rakietowych AGR-20 APKWS (Advanced Precision Kill Weapon System) opracowane w USA, moduły do tworzenia tych pocisków są budowane w amerykańskim oddziale brytyjskiej firmy BAE Systems. Pociski te powstają przez modyfikację rakiet niekierowanych HVAR kal. 70 mm (Hydra), na których dokręca się moduł zapalnika z modułem naprowadzania i sterowania WGU-59/B z głowicą wyposażoną w zapalnik zbliżeniowy, co pozwala na niszczenie dronów bez konieczności bezpośredniego trafienia. Kierowanie jest realizowane półaktywnie laserowo, czyli cel jest podświetlany przez znajdujący się na pojeździe elektrooptyczny układ kierowania ogniem. Same rakiety dzięki temu rozwiązaniu są wyjątkowo tanie, cena to ok. 20 000 dolarów. Zasięg pocisku sięga 6 km w poziomie i do 5000 m w pionie.

Taki zestaw jest proponowany dla pełnej baterii zestawu z czterema plutonami po cztery efektory w każdym.

Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer

Ukraińskie doświadczenia pokazały, że zwalczanie dronów, tak tych dalekiego zasięgu jak i tych pola walki, stanowi poważny problem. Są one bowiem tak tanie, że można je stosować na masową skalę, a zwalczanie ich tradycyjnymi kosztownymi rakietami przeciwlotniczymi kompletnie mija się z celem.

Polski system „San” jest pierwszym polskim systemem dedykowanym wprost do obrony przeciwko bezpilotowym aparatom latającym różnych klas. Oczywiście najważniejsza jest obrona terytorium kraju przed dronami dalekiego zasięgu. Ich symbolem jest irański Shahed 131 i 136, które są w Rosji produkowane na licencji z wieloma ulepszeniami jako Gerań 1 i Gerań 2, a na ich bazie powstała wersja „pułapka” z minimalnym ładunkiem wybuchowym Gerbera, służąca do rozpraszania wysiłków obrony przeciwlotniczej. Ostatnio nawet Amerykanie skopiowali irańskiego Shaheda pod nazwą LUCAS (Low-cost Uncrewed Combat Attack System) i co jest pewną ironią losu, może wykorzystają je do ataku na Iran.
Istotą zastosowania tego rodzaju aparatów jest to, że mogą one być produkowane i stosowane masowo ze względu na relatywnie prymitywną konstrukcje i niesamowicie niską cenę. Z tego powodu ciężko je zwalczać tradycyjnymi rakietami przeciwlotniczymi. Oczywiście takie systemy jak Narew z rakietami CAMM-ER z łatwością sobie z nimi radzą. Mogą je zestrzeliwać w każdym warunkach, z odległości do kilkudziesięciu kilometrów, w dzień i w nocy, na dowolnej wysokości typowego lotu Shaheda. Tyle tylko, że taka rakieta kosztuje z reguły 2-4 miliony złotych, podczas gdy Rosjanie są w stanie atakować Ukrainę dronami Gerań w ilościach od 150 do 500 dziennie. I to już trwa mniej więcej dwa lata. Obecnie ataki są prowadzone jakieś 20 dni w miesiącu i więcej, czyli niemal każdego dnia, tak po około 5000 dronów miesięcznie, co daje 60 tys. rocznie. Czy stać nas na zużycie rakiet przeciwlotniczych kosztujących jakieś 180-200 miliardów złotych rocznie? Przecież to absolutnie bez sensu… Tymczasem jeden Gerań 2 kosztuje jakieś 20-30 tys. dolarów.
Dlatego do wykrywania i zwalczania tych aparatów potrzebny jest specjalny system, używający tanich tzw. efektorów czyli elementów niszczących, których użycie jest dostatecznie tanie, by można było masowo niszczyć nimi nadlatujące aparaty-pociski.
Głównym integratorem systemu „San” jest nowa polska firma, tzw. start-up APS (Advanced Protection Systems) z Gdyni, założona w 2015 r. przez dwóch naukowców dr. Macieja Klemma oraz dr. Radosława Piesiewicza. Ich system dowodzenia proponowany do systemu „San” to aplikacja CyView C2, która automatycznie łączy dane z różnych sensorów (radarów, systemów elektrooptycznych, źródeł zewnętrznych) tworząc jednolity obraz sytuacji powietrznej z wydaniem zobrazowania położenia wszystkich wykrytych obiektów powietrznych w czasie rzeczywistym. Opracowana aplikacja wykorzystuje zaawansowane algorytmy sieci neuronowych i uczenia maszynowego do precyzyjnego odróżniania dronów od innych obiektów, np. ptaków, co minimalizuje liczbę fałszywych alarmów.

Radar Xenta-M firmy Weibel Scientific. Radar wykrywa małe drony (klasa mikro/mini, np. DJI Mavic) ok. 5–10 km, większe drony taktyczne do 20–30 km, a cele o większym przekroju (samoloty, śmigłowce) do 50–60 km.
Fot. Weibel Scientific
Radar Xenta-M firmy Weibel Scientific. Radar wykrywa małe drony (klasa mikro/mini, np. DJI Mavic) ok. 5–10 km, większe drony taktyczne do 20–30 km, a cele o większym przekroju (samoloty, śmigłowce) do 50–60 km.
Fot. Weibel Scientific

Sercem systemu „San” ma być duński radar Xenta-M firmy Weibel Scientific z Allerød. Jest to radar pracujący w technologii fali ciągłej z modulacją częstotliwości (FMCW). W przeciwieństwie do tradycyjnych radarów, mierzy on przesunięcie Dopplera z ogromną rozdzielczością, co pozwala mu odróżnić drona od machającego skrzydłami ptaka czy liści poruszanych wiatrem. Radar pracuje na tradycyjnym paśmie centymetrowym, bowiem radary milimetrowe wykrywające małe obiekty mają ograniczenia związane z pogodą, gorzej pracują przy deszczu czy śniegu. Mimo to ma możliwość wykrywania bardzo małych i wolno poruszających się celów, tzw. obiektów LSS (Low, Slow, Small), czyli małych które poruszają się nisko i wolno. Radary takie jak Xenta-M firmy Weibel lub systemy FIELDctrl od APS radzą sobie z tym dzięki technologii micro-Doppler, która potrafi wykryć mikro-ruch, np. obracające się śmigła drona, nawet jeśli sam obiekt stoi w miejscu.

Z kolei jako elektrooptyczny czujnik w systemie „San” zostanie wykorzystana głowica GOS-1 opracowana przez Przemysłowe Centrum Optyki (PCO) w Warszawie. Kamera termowizyjna systemu ma matrycę chłodzoną (FPA) wykonana w technologii MCT (Tellurek kadmowo-rtęciowy) o rozdzielczości HD 1280 x 720 pikseli (lub 1280 x 1024 w standardzie SXGA). Kamera telewizyjna głowicy ma rozdzielczość full HD 1920 x 1080 pikseli. Dalmierz laserowy bezpieczny dla oczu mierzy odległość w zakresie od ok. 100 m do ponad 10 km z dokładnością do +/- 5 metrów. Głowica GOS-1 jest używana do kierowania ogniem niektórych efektorów.
O tych ostatnich w kolejnej części.

Gerań 2 produkcji rosyjskiej, główny przeciwnik systemu antydronowego „San”.
Fot. MO Rosji
Gerań 2 produkcji rosyjskiej, główny przeciwnik systemu antydronowego „San”.
Fot. MO Rosji

Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer

Bezpłatny webinar Śląskiego Klastra Lotniczego o programie European Cluster for Drone Innovation (ECDI).

Sektor bezzałogowych systemów powietrznych (UAV) znajduje się obecnie w punkcie zwrotnym. Rosnące znaczenie technologii o podwójnym zastosowaniu (dual-use) otwiera przed polskimi firmami produkcyjnymi z sektora MŚP bezprecedensowe możliwości rozwoju i internacjonalizacji.

Co oferuje program ECDI?
Wybrane w ramach naborów firmy mogą liczyć na kompleksowe wsparcie, którego wartość merytoryczna i finansowa stanowi realny impuls rozwojowy:

Wsparcie finansowe: Granty w wysokości 200 000 PLN na realizację projektów innowacyjnych.
Mentoring i doradztwo: Indywidualna opieka ekspertów oraz wsparcie w tworzeniu planów innowacji.
Usługi techniczne: Dostęp do specjalistycznej wiedzy.
Networking: Możliwość nawiązania współpracy z czołowymi europejskimi partnerami.

Aby przybliżyć Państwu zasady uczestnictwa w projekcie oraz pomóc w skutecznym przygotowaniu wniosków, Śląski Klaster Lotniczy organizuje otwarte spotkanie organizacyjne w formie webinaru.

Celem spotkania jest dostarczenie Państwu praktycznych informacji, które pozwolą precyzyjnie dopasować aplikację do kryteriów oceny i zmaksymalizować szanse na otrzymanie finansowania.

Informacje o wydarzeniu:
Data: 2 marca 2026 r.
Godzina: 10:00 – 11:00.
Miejsce: Platforma Google Meet (online).
Koszt: Udział w webinarze jest całkowicie bezpłatny.

Odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania znajdziecie Państwo na oficjalnej stronie: https://ecdi-euroclusters.eu

Rejestracja:

Zgłoszenia chęci udziału w spotkaniu prosimy przesyłać za pośrednictwem poniższego formularza: FORMULARZ REJESTRACYJNY
W razie dalszych pytań, prosimy o kontakt: joanna.wagner@aerosilesia.eu

Serdecznie zapraszamy.

Komercyjne małe bezpilotowe aparaty latające są niezwykle tanie. Dziś niemal każdy, kto się nieco tym interesuje może sobie pozwolić na zakup własnego drona. Najbardziej rozpowszechnione są aparaty produkcji chińskiej, które można zakupić na popularnych platformach zakupowych.

W Polsce najbardziej rozpowszechnione są typy DJI Mini 4 Pro oraz DJI Neo, ale też dużo jest DJI Mini 3 (oraz starsze wersje, np. Mini 2 SE), a także bardzo lekkich (zaledwie 125 g) HOVERAir X1 Combo Plus. Wszystkie należą do klasy C0, czyli tej najmniej wymagającej.

Pierwsza i najpopularniejsza to llasa C0 (Masa < 250 g). Te aparaty nie wymagają żadnych uprawnień, ale operator musi się zarejestrować, a na dronie trzeba umieścić naklejkę z numerem identyfikacyjnym przydzielonym w czasie tej rejestracji. w Polsce każdy lot dronem z kamerą, niezależnie od jego klasy (nawet C0 < 250 g), musi zostać zgłoszony przed startem. Istnieje tzw. „obowiązek Check-in”, czyli każdy lot wykonany w polskiej przestrzeni powietrznej należy zarejestrować w systemie Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej (PAŻP). Do zgłaszania lotów służy oficjalna aplikacja DroneTower. Musisz w niej wskazać miejsce lotu, maksymalną wysokość oraz czas operacji. Aplikacja od razu poinformuje użytkownika, czy w danym miejscu nie ma strefy zakazanej (np. nad jednostką wojskową) lub ograniczeń (np. blisko lotniska). Loty można wykonywać do wysokości 120 m, choć istnieje zasada by cały czas widzieć aparat którym latamy. Loty można wykonywać tylko w zasięgu widzialności wzrokowej drona, czyli w praktyce nie wolno oddalać się aparatem na więcej niż na jakieś 1,5 km. Z reguły aparaty są wyposażone w system nawigacji satelitarnej GPS oraz autopilota, który sprawia że po utracie łączności z operatorem dron automatycznie wraca na miejsce startu i ląduje lub zatrzymuje się w zawisie. Można wlatywać dronem typu C0 nad przypadkowymi pojedynczymi osobami postronnymi (choć zaleca się to ograniczyć do minimum)., ale nie wolno pod żadnym pozorem wlatywać nad zgromadzenia ludzkie: nad demonstracje, zgromadzenia, koncerty, nad plaże, itp. Drony C0 są ciche, ale wciąż operator podlega przepisom o ochronie prywatności. Należy unikać zaglądania w okna i latania blisko cudzych posesji, jeśli nie chce się mieć problemów z policją na tle naruszenia dóbr osobistych. Trzeba też latać zgodnie z tym, co napisał producent w instrukcji (np. nie lataj przy wietrze powyżej 10 m/s lub w gęstej mgle). Każdy operator musi dokładnie zapoznać się z instrukcją producenta drona i ma obowiązek się do niej stosować. Mimo że dla C0 nie jest ustawowo wymagane w Polsce ubezpieczenie OC, to w razie różnych incydentów, ubezpieczenie OC (np. Finax oferujący opcje ubezpieczeń lub dedykowane polisy dronowe) uratuje portfel użytkownika.

Latanie dronem klasy C1 (masa od 250 g do 900 g, np. DJI Air 3) wiąże się z większą odpowiedzialnością niż w przypadku mniejszych modeli. Oprócz ogólnych zasad bezpieczeństwa, trzeba spełnić konkretne wymogi formalne i techniczne. Trzeba ukończyć darmowe szkolenie i zdać egzamin online na podkategorię A1/A3. Certyfikat jest ważny przez 5 lat w całej UE. Trzeba też zarejestrować się na portalu drony.gov.pl i umieścić swój numer operatora na dronie w widocznym miejscu. W przeciwieństwie do klasy C0, dla drona klasy C1 w Polsce posiadanie ubezpieczenia OC jest obowiązkowe. Trzeba mieć polisę chroniącą przed szkodami wyrządzonymi osobom trzecim. Brak ubezpieczenia podczas kontroli może skutkować mandatem do 4000 zł. Drony klasy C1 muszą mieć fabrycznie aktywny system Remote ID. Dron musi mieć ustawiony limit wysokości (120 m) w oprogramowaniu, podobnie jak w przypadku aparatów C0 przelatywanie nad postronnymi osobami jest dozwolone, choć należy je ograniczyć do minimum, latanie nad zgromadzeniami jest zabronione. Jeśli aparat nie ma systemu automatycznego powrotu do miejsca znajdowania się operatora, można na nim latać w odległości do 50 m od operatora.

Rzadziej wykonuje się loty klasy C2 (Masa < 4 kg), na przykład DJI Mavic 3 Pro (z certyfikatem C2). Wymagana jest rejestracja, dodatkowy egzamin teoretyczny w ośrodku (A2). Można nim latać w odległości 30 m od osób (lub 5 m w trybie niskiej prędkości). Pozostałe zasady – jak wyżej. We wszystkich przypadkach mówimy o lotach niekomercyjnych. Michał Fiszer, współpraca Maciek Fiszer

Niekomercyjne latanie dronami jest w Polsce coraz bardziej rozwinięte. Dostępne aparaty za umiarkowaną cenę oferują coraz ciekawsze rozwiązania techniczne, które zwiększają bezpieczeństwo użytkowania dronów i mogą poszerzyć ich zastosowanie.

Rynek dronów komercyjnych w Polsce wchodzi w fazę dojrzałości, gdzie proste filmowanie z powietrza ustępuje miejsca zaawansowanej analityce i pełnej automatyzacji. Rok 2025 i początek 2026 r. przynoszą fundamentalne zmiany zarówno w technologii, jak i w przepisach prawnych, które determinują sposób wykorzystania bezzałogowców w polskim przemyśle, rolnictwie i służbach ratunkowych.

Inteligencja na krawędzi: Era autonomii AI
Największym przełomem technologicznym jest przejście od dronów sterowanych manualnie do platform autonomicznych wykorzystujących sztuczną inteligencję (AI). Nowoczesne drony, takie jak te oferowane przez liderów rynku (m.in. DJI), nie są już tylko latającymi kamerami, ale mobilnymi centrami danych.
Dostępne jest obecnie tzw. przetwarzanie brzegowe (Edge Computing), głównie zebranych danych, ale czasem i parametrów lotu. Dzięki wbudowanym procesorom AI, drony potrafią analizować obraz w czasie rzeczywistym. W polskim sektorze energetycznym pozwala to na automatyczne wykrywanie defektów linii wysokiego napięcia bez konieczności przesyłania gigabajtów danych do chmury. Kolejną nowinką jest autonomia lotu: Systemy oparte na wizji komputerowej umożliwiają dronom bezpieczne poruszanie się w trudnych warunkach, np. wewnątrz hal przemysłowych czy kopalni, co rewolucjonizuje inspekcje i sprawdzanie różnych instalacji.

Nowości sprzętowe na polskim niebie
Rok 2025 przyniósł premiery modeli, które stały się standardem w profesjonalnych zastosowaniach:
DJI Mavic 4 i Inspire 3 to jedne z nich. Te modele wyznaczają nowe standardy w fotogrametrii i produkcji filmowej dzięki matrycom o wysokiej rozdzielczości i lepszemu zakresowi dynamicznemu. DJI Matrice 4 to następca popularnej serii Enterprise, oferujący jeszcze większą odporność na warunki atmosferyczne i modułowość.
W sektorze bezpieczeństwa wzrasta znaczenie dronów takich jak Parrot ANAFI UKR, które dzięki współpracy polsko-ukraińskiej są optymalizowane pod kątem zadań taktycznych i szkoleniowych dla służb mundurowych.

Rewolucja w przepisach: Ubezpieczenie OC i koniec NSTS
Polscy operatorzy muszą dostosować się do kluczowych zmian w prawie lotniczym, które mają na celu profesjonalizację branży. Jednym z tych nowych regulacji jest obowiązkowe ubezpieczenie OC. Od 13 listopada 2025 r. każdy operator drona o masie od 250 g do 20 kg musi posiadać polisę OC, niezależnie od celu lotu. Brak ubezpieczenia grozi karą do 4000 zł.
Przejście na standardy unijne (STS): z dniem 31 grudnia 2025 r. wygasają krajowe scenariusze standardowe (NSTS). Od 2026 roku piloci wykonujący loty w kategorii szczególnej będą musieli korzystać z europejskich scenariuszy STS-01 (VLOS) oraz STS-02 (BVLOS).
Klasyfikacja sprzętu: nowe drony muszą posiadać nadaną klasę (np. C0-C6), co ułatwia ich identyfikację i określa dopuszczalne strefy operacji, zgodnie z uprawnieniami A1, A2, A3.

Integracja 5G i IoT: Drony w inteligentnym mieście
Przyszłość polskiego rynku to U-Space – zintegrowana przestrzeń powietrzna, w której drony komunikują się ze sobą i infrastrukturą miejską. Na przykład sieci 5G pozwalają na loty poza zasięgiem wzroku (BVLOS) z minimalnym opóźnieniem w transmisji wideo, co jest kluczowe dla monitoringu miast i szybkich dostaw medycznych.
Technologia roju (Swarm) umożliwia z kolei koordynację wielu aparatów jednocześnie, co znajduje zastosowanie w rolnictwie precyzyjnym (opryski wielkopowierzchniowe) oraz zaawansowanych akcjach poszukiwawczych.

Podsumowanie
Polski rynek dronów komercyjnych w 2026 r. to przestrzeń dla profesjonalistów korzystających z narzędzi wspieranych przez AI. Wzrost wymogów prawnych, takich jak obowiązkowe OC na drony według Urzędu Lotnictwa Cywilnego, idzie w parze z gigantycznym skokiem technologicznym, czyniąc drony nieodzownym elementem nowoczesnej gospodarki.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman


Na całe szczęście w krajach Unii Europejskiej obowiązują ujednolicone zasady wykonywania lotów dronami, co bardzo ułatwia posługiwanie się nimi. Są jednak specyficzne dodatkowe przepisy, z którymi warto się zapoznać przed wyjazdem, na który zamierzamy wyjechać z dronem.

Dla dronów klasy C0, czyli o masie do 250 g nie jest wymagane posiadanie certyfikatu pilota dronowego (wystarczy znajomość instrukcji). Mimo to warto ukończyć kilkugodzinny darmowy kurs online A1/A3 w dostępnych ośrodkach (na przykład Akademia UAV) lub uzyskać materiały z Urzędu Lotnictwa Cywilnego (ULC) by samodzielnie przygotować się egzaminu online na kategorię A1/A3 w ULC. Podkategorie A1, A2 i A3 dotyczą miejsc latania: A1 latanie nad ludźmi dronami klasy C0 i C1, czyli o masie do 250 g lub do 0,9 kg, choć należy to ograniczyć, no i oczywiście pozostaje zakaz latania nad zgromadzeniami. Potkategoria A2 pozwala na latanie w pobliżu ludzi (do 30 m lub w trybie niskiej prędkości do 5 m) dronami klasy do C2 (masa do 4 kg). I wreszcie podkategoria A3 czyli latanie z dala od ludzi, czyli w odległości co najmniej 150 m dronami do kategorii C3 (mada do 25 kg). Trzeba też pamiętać, że w Polsce dla dronów od 250 g wzwyż trzeba mieć polisę OC. Dla dronów C1 i C2 wystarczy egzamin A1/A3 online (bezpłatny), natomiast dla dronów C3 należy zdać dodatkowo egzamin A2 w certyfikowanym ośrodku i jest to egzamin płatny (ok. 50-100 zł). Warto tu jeszcze wyjaśnić, że tryb niskiej prędkości (często nazywany Cine lub Tripod) to funkcja ograniczająca prędkość poziomą drona do maksymalnie 3 m/s (ok. 11 km/h), jest to potrzebne w kategorii A2 latania w pobliżu ludzi. We wszystkich przypadkach obowiązuje maksymalna wysokość lotu do 120 m, obowiązek rejestracji drona w dowolnym kraju Unii Europejskiej co jest honorowane we wszystkich pozostałych, no i umieszczenie uzyskanego numeru identyfikacyjnego w widocznym miejscu drona, a także obowiązkowe zgłaszanie lotu dronem online w odpowiedniej aplikacji. Należy przy tym przestrzegać zasad niewykonywania lotu w strefach zakazanych lub ograniczonych w danym kraju, co uzyskamy w odpowiedniej aplikacji.

Poza wymienionymi, w poszczególnych krajach obowiązują pewne dodatkowe regulacje. Przykładowo: w Niemczech ubezpieczenie OC jest obowiązkowe dla każdego drona, nawet poniżej 250 g. Niemcy traktują drony jako statki powietrzne podlegające ustawie o ruchu lotniczym (LuftVG). Do sprawdzania stref używaj aplikacji Droniq. W Austrii również wymaga ubezpieczenia OC dla każdego drona. Bardzo restrykcyjnie podchodzi do ochrony prywatności i lotów nad parkami narodowymi. W Czechach jest identycznie jak w Polsce, rejestracja polska jest uznawana. Mapy i zgłaszanie: DronView. We Francji od 2026 r. zaostrzono przepisy dla lotów profesjonalnych, ale dla C0 rekreacyjnego wystarczy rejestracja. Zakaz lotów nocnych (chyba że dron ma zielone światło błyskowe). Mapy stref: Géoportail. W Danii wymagana rejestracja (uznawana polska rejestracja) i przestrzeganie stref (mapy na Droneluftrum). Warto w tym miejscu pamiętać, że nie wolno rejestrować się jako operator w więcej niż jednym kraju UE jednocześnie, w Danii jest to traktowane bardzo restrykcyjnie. Podczas lotów nocnych w Danii dron musi emitować zielone światło błyskowe, aby był odróżnialny od statków załogowych. We Włoszech wymagane jest ubezpieczenie OC zgodne z wymogami ENAC. Obowiązuje zakaz lotów nad miastami i plażami bez specjalnych zgód. Mapy stref znajdują się na portalu D-Flight.
W tym miejscu należy pamiętać, że Wielka Brytania nie należy do UE i latanie w Wielkiej Brytanii wymaga stosowania odrębnych przepisów. Obowiązkowa rejestracja dla dronów z kamerą (koszt ok. £12/rok). Trzeba też mieć niezależny identyfikator operatora drona, tzw. Flyer ID, obowiązkowy dla każdego drona o masie 100 g i więcej (również dla klasy C0/UK0). Trzeba zdać darmowy brytyjski test online. Ubezpieczenie nie jest wymagane prawnie dla lotów rekreacyjnych, ale jest silnie zalecane. Do sprawdzania stref używa się Drone Assist.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Male komercyjne bezpilotowe aparaty latające z kamerami do wykonywania zdjęć i kręcenia filmów stają się coraz popularniejsze. W Polsce aparatami do 250 g lata się legalnie bez specjalnych uprawnień. Operator drona musi zarejestrować się w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego (ULC) i uzyskać unikalny numer operatora.

Sam komercyjny aparat latający o masie do 250 g, którym w Europie można z reguły latać swobodnie, można przewozić przez granicę. Jeśli podróżuje się między krajami członkowskimi UE, nie ma obowiązku zgłaszania drona organom celnym. Obowiązuje swobodny przepływ towarów, więc nie zapłacisz cła ani VAT-u. Ale jest jeden ważny warunek: nawet jeśli nie musisz zgłaszać drona celnikom, wciąż musisz posiadać numer operatora naklejony na dronie. Rejestracja dokonana w Polsce (przez Krajowy System Informacji Dronowej) jest honorowana w całej Unii Europejskiej. Formalnie nie trzeba przechodzić kursu ani zdawać egzaminu online, aby latać dronem o masie poniżej 250 g w kategorii otwartej (podkategoria A1). Jedynym prawnym wymogiem jest zapoznanie się z instrukcją obsługi producenta. Mimo braku przymusu, Urząd Lotnictwa Cywilnego oraz eksperci zalecają przejście darmowego szkolenia i testu online (dla podkategorii A1/A3), aby poznać podstawowe zasady bezpieczeństwa i strefy powietrzne. Jeśli zakupiony dron posiada kamerę (a nie jest zabawką w rozumieniu dyrektywy 2009/48/WE), istnieje obowiązek zarejestrowania się jako operator bezpilotowego aparatu latającego na portalu Krajowego Systemu Informacji Dronowej (drony.gov.pl).
Oczywiście ostrzejsze przepisy obowiązują przy transporcie prywatnego małego drona samolotem. Zasadniczo, ze względu na uszkodzenia, dobrze jest mieć go dobrze zapakowanego w bagażu podręcznym, z wyjętymi bateriami. Oczywiście, jeśli w dronie nie znajdują się baterie, można go oddać do bagażu transportowanego w ładowni samolotu pasażerskiego (możliwe jest też oddanie do bagażu rejestrowego jednego drona z baterią w środku, ale musi on być zabezpieczony przed przypadkowym włączeniem), bowiem istnieje duże ryzyko, że może on zostać uszkodzony. Przewożenie drona samolotem wymaga przestrzegania rygorystycznych zasad dotyczących bezpieczeństwa przeciwpożarowego, szczególnie w zakresie akumulatorów litowo-polimerowych (LiPo). Od 1 stycznia 2026 r. weszły w życie nowe wytyczne IATA zaostrzające limity naładowania baterii. Baterie litowe pakowane z urządzeniami lub transportowane luzem powinny być naładowane do poziomu maksymalnie 30 % ich pojemności znamionowej.

Zapasowe baterie oraz te wyjęte z drona muszą znajdować się wyłącznie w bagażu podręcznym. Nie wolno umieszczać ich w bagażu rejestrowanym, ponieważ stwarzają ryzyko pożaru, którego nie można ugasić w luku bagażowym. A to zagraża bezpieczeństwu nie tylko właściciela drona, ale wszystkich pasażerów na pokładzie i załogi samolotu. Jeśli baterie mają pojemność do 100 Wh, jakie ma większość dronów konsumenckich (np. DJI Mini, Air), to można je przewozić zazwyczaj do 20 zapasowych sztuk bez zgody linii. Warto jednak każdorazowo zapytać, czy dany przewoźnik akceptuje taki transport. Jeśli bateria ma pojemność od 100 Wh do 160 Wh można je przewozić tylko za zgodą przewoźnika i to w ilości nie większej od dwóch. Transport samolotem baterii o pojemności większej od 160 Wh jest całkowicie zabroniony. Każda bateria musi być zabezpieczona przed zwarciem. Można to zrobić zaklejając styki taśmą izolacyjną lub umieszczając każdą baterię w osobnej torebce strunowej. Zaleca się transport baterii w specjalnych, ognioodpornych torbach (tzw. LiPo Safe Bags).

Jeśli transportujemy drona samochodem, autobusem czy pociągiem, sprawa jest nieco prostsza. Warto oczywiście pamiętać o powyżej opisanych zasadach bezpieczeństwa i również się do nich stosować (przewożenie baterii w stanie naładowanym do max. 30 % pojemności znamionowej, w specjalnych woreczkach, itd.). Wwożąc drona samochodem do Niemiec lub innych krajów Unii Europejskiej, nie trzeba zgłaszać go organom celnym na granicy (brak cła i VAT). Trzeba jednak spełnić rygorystyczne wymogi operacyjne, które są w Niemczech egzekwowane surowiej niż w Polsce. W Niemczech ubezpieczenie OC (Haftpflichtversicherung) jest bezwzględnie wymagane dla każdego drona, niezależnie od jego masy (nawet dla tych poniżej 250 g). Polisa musi wyraźnie obejmować użytkowanie bezzałogowych statków powietrznych. Trzeba posiadać numer operatora (e-ID) nadany w kraju zamieszkania (np. w Polsce przez drony.gov.pl) i trwale umieścić go na dronie. Rejestracja polska jest w pełni honorowana w Niemczech i innych krajach UE. Polisa i numer ID drona mogą być sprawdzone na granicy i jest to warunek wwiezienia aparatu do danego kraju. Niemcy są tu tylko przykładem, ale podobne zasady obowiązują w wielu krajach UE, warto je poznać.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

W ostatnim roku oblatano w Chinach kilka największych na świecie bezpilotowych aparatów latających przeznaczonych do transportu towarów. Mają one służyć do obniżenia kosztów transportu ładunków i przesyłek na duże odległości.

W 2021 r. w Chinach powstała nowa firma Air White Whale, mająca swoje biura w Pekinie, ale która wynajęła hale fabryczne w mieście Changzhou. Jej zarząd składa się z byłych dyrektorów Comac (chińskiego producenta samolotów komercyjnych), Airbus China i GE Aviation. Prezesem jest weteran chińskiego przemysłu lotniczego, Hu Zhendong. Kierownikiem programu powstałego w tej firmie transportowego bezpilotowca WS5000 jest wiceprezes firmy ds. inżynieryjnych Kang Yanxiang.

Aparat Air White Whale WS5000 pokazany w październiku 2024 r.
Aparat Air White Whale WS5000 pokazany w październiku 2024 r.

W aparacie WS5000 o maksymalnej masie startowej 10,8 tony, który zabiera ładunek o masie do 5 ton, zastosowano duraluminiową strukturę nośną, z pokryciem w postaci lekkich wytrzymałych kompozytów węglowo-epoksydowych. Kadłub ma przekrój skrzynkowy, dostosowany do załadunku standardowych kontenerów lotniczych LD3 lub palet z ładunkiem, Ładownia ma pojemność użyteczną ponad 65 m3. W tym celu podłoga kabiny ładunkowej znajduje się relatywnie nisko. Kadłub ma długość całkowitą 22,9 m. Skrzydła proste o rozpiętości 22,7 m są montowane w układzie górnopłata, usterzenie natomiast ma klasyczną konfigurację. Podwozie trójkołowe, całkowicie chowane w locie do kadłuba, główne do bocznych sponsonów. Wysokość aparatu to 7,51 m. Napęd stanowią dwa chińskie silniki turbośmigłowe AEP-100 o mocy po 1220 KM każdy. Nadają one aparatowi prędkość maksymalną 525 km/h (obliczoną). WS5000 nawiguje dzięki układowi bezwładnościowemu wspomaganemu GPS oraz dodatkowo jest wyposażony w system lądowania ILS. Dzięki komputerowi wspomaganemu przez sztuczną inteligencję aparat ma wykonywać lot autonomicznie i nawet wykonywać polecenia kontrolerów ruchu lotniczego dzięki systemowi rozpoznania głosu. WS5000 został zaprezentowany w październiku 2024 r., ale do chwili obecnej przechodzi wciąż próby naziemne, a data jego pierwszego lotu przesunęła się z końca 2025 r. na początek 2026 r. W 2026 r. ma też być certyfikowany. Aparat ma mieć operatora na ziemi, ale jeden operator ma nadzorować lot do siedmiu aparatów WS5000 jednocześnie.

Aparat Aviation Industry Corporation of China (AVIC) Jiu Tian prezentowany na Airshow w Pekinie jako „nosiciel roju dronów – amunicji krążącej
Aparat Aviation Industry Corporation of China (AVIC) Jiu Tian prezentowany na Airshow w Pekinie jako „nosiciel roju dronów – amunicji krążącej

Kolejnym aparatem jest wojskowy Aviation Industry Corporation of China (AVIC) Jiu Tian. Bezpilotowiec Jiu Tian ma kadłub o przekroju prostokątnym z zaokrąglonymi rogami. Jest jeszcze większy, ma proste skrzydła o rozpiętości 25 m, a kadłub ma długość 16,35 m. Maksymalna masa startowa wynosi 16 ton, a nośność to 6 ton uzbrojenia lub ładunku, choć komora ładunkowa w kadłubie jest znacznie mniejsza. W przypadku uzbrojenia jest ono przenoszone na ośmiu zaczepach podskrzydłowych, po cztery pod każdym skrzydłem. Mogą to być kierowane pociski przeciwradiolokacyjne lub pociski manewrujące bądź przeciwokrętowe. W komorze kadłubowej natomiast można zabierać do 100 sztuk amunicji krążącej (dronów uderzeniowych). Aparat ma silnik odrzutowy dwuprzepływowy formy Aero Engine Corporation of China (AECC), ale nie podaje się jego typu. Zapewnia on lot z prędkością do 700 km/h na odległość do 7000 km (do przebazowania), pułap aparatu to 15 000 m. Pierwszy lot Jiu Tian wykonał 11 grudnia 2025 r. i jego próby wciąż trwają.

Ostatni z opisywanych aparatów, Lanying R6000, został opracowany przez Shenzhen United Aircraft Technology Co., Ltd. (United Aircraft Group) i wykonał swój pierwszy lot w Shenzhen 28 grudnia 2025 r. Aparat jest napędzany dwoma chińskimi silnikami turbośmigłowymi AES100 o mocy po 1400 KM, które napędzają duże śmigła-wirniki. Aparat jest pionowzlotem i ma układ zmiennowirnikowca, ale w przeciwieństwie do amerykańskiego V-22 Osprey nie są przestawiane całe gondole silnikowe, lecz mocowane na stożkowej przekładni wały napędowe śmigieł-wirników. Dzięki temu gondole pozostają nieruchome, a wylot gazów spalinowych jest skierowany do tyłu. Kadłub ma kształt wrzeciona, a usterzenie ma układ litery „H”, z podwójnym usterzeniem pionowym. Podwozie chowane w locie składa się z zespołów podwozia głównego z przodu kadłuba chowanego do bocznych sponsonów i pojedynczego zespołu z tyłu kadłuba.

Zdjęcie z rzeczywistego oblotu Jiu Tian 11 grudnia 2025 r.
Zdjęcie z rzeczywistego oblotu Jiu Tian 11 grudnia 2025 r.

Lanying R6000 ma docelowo transportować do 2 ton ładunku lub do 10 pasażerów w zastosowaniach tak wojskowych, jak i cywilnych.

Dwa zdjęcia z oblotu Lanying R6000 przeprowadzonego 28 grudnia 2025 r. Aparat latał wyłącznie w trybie śmigłowcowym, z wypuszczonym podwoziem.
Dwa zdjęcia z oblotu Lanying R6000 przeprowadzonego 28 grudnia 2025 r. Aparat latał wyłącznie w trybie śmigłowcowym, z wypuszczonym podwoziem.
Dwa zdjęcia z oblotu Lanying R6000 przeprowadzonego 28 grudnia 2025 r. Aparat latał wyłącznie w trybie śmigłowcowym, z wypuszczonym podwoziem.
Dwa zdjęcia z oblotu Lanying R6000 przeprowadzonego 28 grudnia 2025 r. Aparat latał wyłącznie w trybie śmigłowcowym, z wypuszczonym podwoziem.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Aparat ten ma układ samolotowy, ale do pionowego startu i lądowania służą elektryczne silniczki na wysięgnikach. Jednak nie jak to zwykle bywa cztery w układzie quadrocoptera, ale trzy, tworząc niepowtarzalny układ triocoptera.

Firma FlightWave Aerospace z Santa Monica w Kalifornii została założona przez dwóch byłych inżynierów pracujących dla Space X Elona Muska, doktorów inżynierów Michaela Colonno (prezes) i Trenta Lukaczyka (wiceprezes) w końcu 2014 r. We wrześniu 2024 r. weszła w skład grupy Red Cat Holdings z San Juan na Puerto Rico, w skład którego wchodzą też jeszcze dwie inne firmy działające na polu bezpilotowych aparatów latających, Teal Drones z Salt Lake City w Kansas oraz Blue Ops z West Palm Beach na Florydzie, gdzie zajmuje się opracowaniem i produkcją morskich, pływających pojazdów bezzałogowych.

Zdjęcie pokazujące ukompletowanie systemu Edge 130 Blue Pro (zmodernizowanej wersji z 2025 r.).
Zdjęcie pokazujące ukompletowanie systemu Edge 130 Blue Pro (zmodernizowanej wersji z 2025 r.).

Prace nad aparatem Edge 130 Blue zaczęły się w listopadzie 2019 r., a ich celem było zbudowanie aparatu typu samolotowego o dużej długotrwałości lotu przy niewielkim zużyciu energii, który miałby dodatkowe silniczki i śmigła używane do pionowego startu i lądowania oraz do zawisu w razie potrzeby.

Układ konstrukcyjny aparatu jest dość ciekawy. Ma relatywnie krótki kadłub o długości 77 cm, do którego mocowane są nieznacznie skośne skrzydła o rozpiętości 130 cm, zaś masa aparatu to zaledwie 1,2 kg. Aparat nie ma klasycznego usterzenia, dwa stateczniki pionowe znajdują się na końcach skrzydeł. Z tyłu kadłuba jest pojedynczy silnik do startu pionowego mocowany na stałe, w locie poziomym w trybie samolotowym silnik ten wyłącza się, a śmigło ustawia się wzdłuż linii lotu, dając minimalny opór aerodynamiczny. Dwa silniki ze śmigłami montowane są z przodu kadłuba na bocznych wysięgnikach i mogą się one obracać o 90o. Do startu pionowego ustawia się je w pionie, tak by śmigła dawały ciąg do uniesienia aparatu wraz z trzecim śmigłem z tyłu. Taki układ jest w zawisie niemal tak samo stateczny jak klasyczny quadrocopter, a jednocześnie daje mniejszy opór. Po przejściu do lotu poziomego, co osiąga się przez regulowany obrót przednich silników do poziomu, tylny silniczek jest wyłączany a jego śmigło ustawiane wzdłuż kadłuba. Napęd aparatu stanowią teraz ustawione poziomo silniczki przednie. Dzięki baterii litowo-jonowej o pojemności 6 Ah i napięciu 14,8 V aparat może osiągać zadziwiającą dużą długotrwałość lotu jak na swoje wymiary, która wynosi 120 minut w locie samolotywm lub 30 minut przy operowaniu wyłącznie w trybie śmigłowcowym. W tym czasie aparat może przelecieć 120 km przy prędkości 60 km/h, prędkość maksymalna wynosi 90 km/h, a wysokość lotu to 3650 m. Zasięg bezpośredniej łączności radiowej z widocznością radiową (line-of-sight) to 10 km. Łącze radiowe między operatorem a aparatem jest szyfrowane specjalnym protokołem. Aparat ma miniaturowy odbiornik nawigacyjny GPS, dzięki któremu można bardzo precyzyjnie określić położenie obserwowanego obiektu. Co prawda masa ładunku użytecznego Edge 130 Blue to tylko 0,375 kg, ale wystarczy to do zabrania kamery cyfrowej, przekazującej obraz o 10-krotnym powiększeniu i dość wysokiej rozdzielczości. Aparat jest przenoszony w walizce w stanie złożonym, jego rozłożenie i przygotowanie do startu zajmuje maksymalnie jedna minutę. Sterowanie odbywa się ze specjalnej konsoli typu laptop. W 2025 r. wprowadzono odmianę z retranslatorem łączności w sieci MESH Netowrk, co pozwala przy użyciu dwóch aparatów zwiększyć zasięg jednego z nich to 40-50 km, choć czas przebywania na tej odległości wynosi ok. 20-30 minut. Dodatkowo w najnowszej odmianie aparat wyposażono w precyzyjny układ nawigacyjny, pozwalający na nawigowanie i określanie współrzędnych obserwowanych obiektów także w przypadku silnych zakłóceń GPS.

Żołnierz amerykańskich Sił Specjalnych wypuszczający aparat Edge 130 Blue do lotu.
Żołnierz amerykańskich Sił Specjalnych wypuszczający aparat Edge 130 Blue do lotu.

24 takie systemy zakupiły Wojska Lądowe USA, dla dowództwa U.S. Army Communications-Electronics Command (CECOM). Używa ich między innymi kompania bezpilotowych aparatów latających 10. Dywizji Piechoty Górskiej. Kolejne 12 systemów zakupiła Gwardia Narodowa (używa ich m.in. Gwardia Narodowa stanu Oregon), a kolejne 12 – Marynarka Wojenna Australii, do użycia na patrolowcach typu Evolved Cape o wyporności ok. 400 ton. Wszystkie te systemy dostarczono w toku 2025 r. Używa ich też amerykańska straż graniczna U.S. Customs & Border Protection (CBP) do patrolowania granicy południowej USA.

Aparat w czasie lotu samolotowego. Widać na zdjęciu, że śmigło ogonowe ma większą średnicę niż dwa napędowe.
Aparat w czasie lotu samolotowego. Widać na zdjęciu, że śmigło ogonowe ma większą średnicę niż dwa napędowe.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

„Firma Technologii Obronnych i Radioelektronicznych” sp. z o.o. została założona w 2015 r. w Kijowie. To właśnie w niej produkowany był słynny aparat bezpilotowy Leleka-100 szeroko stosowany w Ukrainie do obserwacji pola walki oraz do korygowania ognia artylerii. Nowa rodzina aparatów RAM to przede wszystkim amunicja krążąca, ale nie tylko.

Sam aparat Leleka-100 został opracowany w Firmie Produkcyjnej i Innowacyjnej „DEVIRO” sp. z o.o., mającą swoje oddziały w Kijowie, ale także w Republice Czeskiej, by zabezpieczyć produkcję ważnych aparatów rozpoznania taktycznego Leleka-100. Jest to aparat typu samolotowego w układzie klasycznym, o rozpiętości skrzydeł ok. 2 m, masie 5.5 kg i z napędem w postaci silnika elektrycznego. Ma długotrwałość lotu ok. 2 godzin, w czasie których może przelecieć 120-140 km ze średnią prędkością 60-70 km/h, z możliwością rozwinięcia maksymalnej prędkości 120 km/h w razie potrzeby. Startuje z niewielkiej katapulty lub za pomocą lin gumowych (alternatywna metoda), a ląduje na spadochronie lub w razie konieczności w trawie na brzuchu w locie z małą prędkością. Leleka-100 jest wyposażona w cyfrową kamerę dzienną, z zoomem pozwalającym na transmitowanie obrazu do operatora na odległość do 50 km (z wysokości ok. 2000-3000 m), a kamera ma powiększenie od 10-krotnego do 25-krotnego. W 2025 r. opracowano wersję Leleka-100M2R, będącą translatorem komunikacji radiowej z innym aparatem tego typu wykonującym misję w odległości do 50 km od operatora. Leleka-100 ma bezwładnościowy układ nawigacyjny i w razie zakłóceń odbiornika GPS jest w stanie wykonać lot po zaprogramowanej trasie i automatycznie wrócić w wyznaczone do lądowania miejsce. Leleka-100 była i jest produkowana przez obie wymienione firmy, bowiem zamówienia na ten aparat są duże, zwykle używana jest w brygadach wojsk lądowych Ukrainy do obserwacji pola walki, rozpoznania taktycznego i korygowania ognia artylerii z wyszukiwaniem dla niej celów włącznie. W 2024 r. weszła do użycia odmiana Leleka-100L o promieniu działania do 90 km od operatora, z długotrwałością lotu zwiększoną do 4 godzin.

Oryginalny aparat DEVIRO Leleka-100 przeznaczony do rozpoznania taktycznego i współpracy z artylerią.
Oryginalny aparat DEVIRO Leleka-100 przeznaczony do rozpoznania taktycznego i współpracy z artylerią.

Na bazie Leleki-100 obie firmy opracowały taktyczną amunicję krążącą, pozwalającą na atakowanie obiektów oddalonych o ok. 50-60 km od operatora, pod warunkiem wykorzystania retranslatora. DEVIRO produkuje aparaty Buława z głowicą bojową o masie 3,6 kg sterowaną przez operatora drogą radiową, zaś w drugiej firmie powstał bardzo podobny aparat RAM II. Ta ostatnia jest powiększoną odmianą Leleki, ma rozpiętość skrzydeł 2,58 m, masę startową 9,8 kg z czego 3,6 kg to głowica bojowa, taktyczny promień działania to 30 km, a długotrwałość lotu to 40-55 minut, przy prędkości 70 km/h.

Bazowa wersja amunicji krążącej RAM-II pokazana na wystawie.
Bazowa wersja amunicji krążącej RAM-II pokazana na wystawie.

Kiedy opracowano dwie kolejne wersje, odmianę podstawową dostosowaną do bardzo szybkiego użycia (uproszczone procedury przygotowania do startu i startu) nazwano RAM-2S. Z kolei na bazie tej wersji powstała odmiana z powiększonym zasięgiem (z retranslatorem) do 50 km i zwiększoną długotrwałością lotu do 60 minut, choć z nieco zredukowaną głowicą bojową o masie 3 kg. Tą wersję produkuje się pod oznaczeniem RAM-2L. Najciekawszą odmianą jest jednak RAM-2X. W niej z kolei poprawiono układ aerodynamiczny, wymieniając standardowe skrzydła na cztery płaty w układzie litery „X”, jak na rosyjskiej popularnej amunicji krążącej typu Lancet. Dzięki nowej konfiguracji aerodynamicznej i zwiększeniu pojemności baterii, przy tej samej 3 kg głowicy bojowej uzyskano zasięg 100 km przy trybie ręcznym, kiedy aparat jest naprowadzany przez operatora obserwującego obraz z kamery, a nawet do 150 km, kiedy wybrany jest tryb autonomiczny, z wykorzystaniem komputera poszukiwania celów i ich wyboru przy pomocy sztucznej inteligencji. Po zakwalifikowaniu celu aparat może sam przeprowadzić atak, nie mając łączności z operatorem. RAM-2x pokazał swoją przydatność, kiedy we wrześniu 2025 r. zniszczył na lotnisku w okupowanym Ługańsku samobieżny system przeciwlotniczy Pancyr S1, w odległości ponad 100 km od linii frontu. Okresowo aparaty te odnoszą podobne sukcesy, choć nie znamy dokładnej skali ich użycia. Zapewne poznamy po wojnie.

Przygotowanie nowszego aparatu RAM-2S lub RAM-2L (są z zewnątrz trudne do odróżnienia) do startu z wyrzutni szynowej.
Przygotowanie nowszego aparatu RAM-2S lub RAM-2L (są z zewnątrz trudne do odróżnienia) do startu z wyrzutni szynowej.
Bardzo charakterystyczna jest ostatnia wersja RAM-2X, w zmienionym układzie aerodynamicznym.
Bardzo charakterystyczna jest ostatnia wersja RAM-2X, w zmienionym układzie aerodynamicznym.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

W zestrzelonym rosyjskim bezpilotowcu uderzeniowym Gerań 2, czyli licencyjnym irańskim Shahed 136, znaleziono termowizyjną kamerę cyfrową do naprowadzania aparatu przez operatora. Podejmuje się też próby ulepszania bezpilotowców przez stosowanie czegoś w rodzaju systemu DSMAC, znanego w profesjonalnych pociskach manewrujących.

Rosyjskie drony typu Shahed 136 produkowane w Specjalnej Strefie Ekonomicznej w mieście Jełabuga w Tatarstanie, są podstawowym środkiem napadu powietrznego na Ukrainę. Produkuje się go dosłownie dziesiątkami tysięcy miesięcznie w odmianie podstawowej Gerań 2 i oparty na nim pomniejszony i wielokrotnie tańszy aparat z małym czasowym ładunkiem wybuchowym Gerbera, służący przede wszystkim jako wabik na przeciwlotnicze systemy rakietowe Ukrainy. W mniejszych ilościach produkuje się nieco mniejsze bojowe Gerań 1 (Shahed 131) i odrzutowe Gerań 3 (Shahed 236). Dziennie tych aparatów wysyła się na Ukrainę od 100 do 500 (średnio, licząc wraz „wabikami” Gerbera, stanowiącymi zwykle ok. 40 % sił użytych w nalocie).

Rosyjski bezpilotowiec uderzeniowy dalekiego zasięgu Gerań 2 (Shahed 136) – najpopularniejszy rosyjski środek napadu powietrznego w Ukrainie
Rosyjski bezpilotowiec uderzeniowy dalekiego zasięgu Gerań 2 (Shahed 136) – najpopularniejszy rosyjski środek napadu powietrznego w Ukrainie

Ostatnio jednak dokładna inspekcja zestrzelonych lub rozbitych aparatów ujawniła, że w aparatach tych cały czas wprowadza się określone modyfikacje. Jednym z kierunków jest montaż kamery termowizyjnej oraz amerykańskiego (tak, Rosjanie systematycznie omijają sankcje przez pośredników) procesora dostosowanego do obsługi trybów sztucznej inteligencji AI typu Nvidia Jetson Orin, które produkuje firma Nvida z Santa Clara w Kalifornii. Kamera termowizyjna przekazuje obraz widoczny przed dronem, zaś algorytm AI dopasowuje widoczny obraz w podczerwieni do obrazu wprowadzonego do pamięci, a następnie wydaje komendy do sterowania dronem by umożliwić bardzo precyzyjny atak na wybrany cel. Przeważnie są to obiekty związane z systemem energetycznym, stacje transformatorowe, podstacje rozdzielcze czy nawet elementy elektrowni.

Zdjęcie zestrzelonego drona Gerań 2 z widoczną kamerą w głowicy pod przednią częścią kadłuba.
Zdjęcie zestrzelonego drona Gerań 2 z widoczną kamerą w głowicy pod przednią częścią kadłuba.

Ale na podstawie innych zestrzelonych szczątków stwierdzono, że jest też inna odmiana dronów Gerań 2 bardziej precyzyjnego rażenia. Stwierdzono w nich również obecność kamery termowizyjnej, ale nie połączonej z komputerem zasilanym odpowiednią aplikacją AI do samodzielnego ataku, lecz połączoną z siecią typu MESH, która ma zdolność do tworzenia lokalnych sieci przesyłania informacji. Pierwsza grupa lecących dronów jest wyposażona w kamery, zaś te lecące dalej za nimi mają jedynie terminale sieci MESH. Mają one zdolność do odpowiedniego konfigurowania się tak, że obraz z kamer tych pierwszych aparatów jest przez kolejne lecące za nimi Geranie czy Gerbery transmitowany na naziemne stanowisko dowodzenia i kierowania, gdzie operator drogą zwrotną, przez tę samą sieć MESH, wysyła do aparatów przeznaczonych do dokładnego atakowania celów, które są niekiedy wybierane dopiero w czasie lotu. Na przykład w ostatnich miesiącach stwierdzono wykonywanie tę metodą ataków na pociągi pozostające w ruchu za pomocą dronów dalekiego zasięgu rodziny Shahed.

Kolejną nowością jest zastosowanie w dronach różnych typów (dalekiego i średniego zasięgu, klasy tzw. amunicji krążącej) układu nawigacji DSMAC (Digital Scene Matching System, czytane dismak). Polega to na wykonaniu zdjęcia terenu dokładnie pod aparatem i nałożenie go na cyfrową mapę zapamiętaną w komputerze, z odpowiednim dopasowaniem. Taki system wprowadzono w pociskach manewrujących na przełomie lat 80./90., ale wówczas był to tzw. rocket science, czyli przełomowa, skomplikowana technologia. Okazało się, że w ten sposób można udokładnić położenie aparatu latającego bez możliwości zakłócenia systemu, przy locie na małej wysokości (pod chmurami). W tym czasie była to dość droga technologia, ale dziś jest to bardzo łatwe do zrobienia z logarytmami AI. A co najważniejsze, nie jest to wcale kosztowne i można je stosować w relatywnie niedrogich bezpilowcach.

Zdjęcie zdemontowanej z bezpilotowca Gerań 2 kamery termowizyjnej w specjalnej głowicy.
Zdjęcie zdemontowanej z bezpilotowca Gerań 2 kamery termowizyjnej w specjalnej głowicy.

I wreszcie ostatnia z technologii optoelektronicznych, dostrzeżonych w ostatnim okresie na rosyjskich dronach rodziny Shahed. To kamera obserwacji tylnej górnej półsfery, połączona z algorytmem AI. Kiedy pojawia się ukraiński dron przechwytujący, zbliżając się do dokonania ataku, algorytm oprogramowania daje komendę na gwałtowny zwrot, powodując, że atakujący dron przechwytujący mija atakowanego Gerania i nie strąca go.

Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer

Już teraz zapisz się
do naszego newslettera

Bądź na bieżąco z nowościami