Rosyjski bezpilotowiec uderzeniowy klasy Shahed rozbił się w nocy z 28 na 29 maja 2026 roku na dachu 10-piętrowego bloku mieszkalnego w mieście Gałacz we wschodniej Rumunii.
Taka na Gałacz
Gałacz to rumuńskie miasteczko leżące zaledwie 20 km od ukraińskiego portu Reni nad odnogą Dunaju. Niedaleko jest też inny ważny port ukraiński Izmaił. Tego dnia był prowadzony zmasowany atak dronowy na te porty. Łącznie w ataku na nie pojawiło się 43 drony. W większości zostały one zestrzelone przez obronę przeciwlotniczą obu portów, ale część niestety trafiła w różne obiekty w tych miastach. Nie wygląda na to by któryś z tych dronów został zakłócony, bowiem albo zmierzały one w stronę celu i zostały zestrzelone, albo trafiały. W Izmaił uderzenia uszkodziły infrastrukturę przeładunkową portu rzecznego, zaś w Reni celami były obiekty magazynowe oraz terminale nabrzeżne portu morskiego. Służby ratunkowe eliminowały wywołane uderzeniami pożary. Tylko jeden jedyny dron poleciał gdzie indziej.
Dodajmy, że zakłócenia typu spoofing (mylące) powodują że nawigacja GPS wykorzystywana w dronach pokazuje błędne położenie powodując lot w kierunku niewłaściwego punktu. Natomiast szumowe zakłócenia sygnałów GPS powodują, że system przełącza się na mało dokładny żyroskopowy system bezwładnościowy. Wówczas rozrzut dronów byłby większy, wyrażany w kilku kilometrach. Tu jednak atak był bardzo skoncentrowany i relatywnie celny. A zatem zakłócenia nie były skuteczne, albo nie były używane. Dlatego lot drona do Gałacza niemal na pewno nie został spowodowany zakłóceniami. Pozostają w zasadzie dwie możliwości: awaria drona (tej wykluczyć nie można) albo celowy atak. Skłaniamy się, że było to drugie, a dlaczego to zaraz wyjaśnimy.
Czterdziesty czwarty
Właśnie ten ostatni dron Gerań 2 (irański Shahed 136 produkowany w Rosji na licencji w zakładach w Ałabuga) z głowicą bojową o masie 50 lub 70 kg (produkowane są dwie odmiany), gdzie 35 kg lub 50 kg przypada na ładunek wybuchowy. Nie jest to wiele, ale odpowiada mocą trzem pociskom artyleryjskim kal. 155 mm, ale 5-7 razy mniej niż bomba lotnicza KAB-500 o masie 500 kg. Aparat został wykryty przez rumuński radar obrony powietrznej kilkanaście kilometrów na wschód od miasta Reni w Ukrainie, by po czterech minutach przekroczyć granicę z Rumunią, a po kolejnych sześciu (razem 10 minut) zniknął z radarów, bowiem po przekroczeniu granicy zaczął się zniżać z 600 m do 200 m, na której to wysokości przestał być widoczny. Niedługo później uderzył w dach wieżowca niszcząc maszynownię windy i przebijając dziurę do znajdującego się pod nią mieszkania. W tym mieszkaniu zraniono dwie osoby, kobietę i 14-letniego chłopca, których zabrano do szpitala.

Dwa samoloty F-16 Sił Powietrznych Rumunii wystartowały wcześniej tej nocy ze względu na aktywność w ukraińskiej przestrzeni powietrznej czyli ze względu na trwający atak dronowo-rakietowy. Mimo przebywania tych samolotów w strefie dyżurowania decyzja na jego zniszczenie nie została podjęta. W zasadzie nie na wiele by się to zdało, bowiem samoloty miałyby jakieś sześć minut na dolot, zajęcie pozycji do ataku i ataku. Mogłoby się to nie udać. Oficjalna wersja brzmiała, że decyzja nie zapadła z obawy o porażenie obiektów na ziemi.
Dosłownie cztery minuty po uderzeniu drona poleciały w internecie pierwsze komentarze, że była to ukraińska prowokacja. Tutaj niestety aparat rosyjskiej dezinformacji mocno przesadził. Cztery minuty po uderzeniu nawet pobliscy mieszkańcy w Gałaczu nie mieli pewności co się stało, pierwsza myśl, to oczywiście wybuch gazu. Dopiero potem pojawiły się pierwsze lokalne informacje, że ktoś słyszał drona, co się później oficjalnie potwierdziło. Ale pierwsza fala informacji o ukraińskiej prowokacji popłynęła z fałszywych kont niemal natychmiast po incydencie. Ostatecznie ten kierunek narracji nie zyskał sobie wielkiego rozgłosu, dotyczył zaledwie ok. 10-15 % komentarzy i postów. Natomiat dominujący okazał się taki, że państwo rumuńskie nie zadziałało, że NATO nie zadziałało. Ta narracja rozlała się dość szeroki i dotyczyła ok. połowy wszystkich treści w internecie w Rumunii (w kontekście drona). Najwyraźniej najważniejszym celem działań Rosji było konsekwentne podważanie zaufania tak do sojuszy, jak i własnych władz państwowych. Jak można przeciwdziałać takim zdarzeniom, o tym w kolejnym tekście.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Podczas wydarzenia Defence24 Days poświęconemu bezpieczeństwa i obronności, jednocześnie będącym jednym z najważniejszych wydarzeń o tematyce obronnej w Europie Środkowo-Wschodniej, odbył się panel z udziałem Prezesa Śląskiego Klastra Lotniczego, Krzysztofa Krystowskiego. Panel zatytułowany był „Zintegrowany system obrony przed dronami”.
Rozmowa pokazała jedno jasno: współczesne zagrożenia wymagają nie pojedynczych rozwiązań, a pełnej integracji systemów obronnych.
Drony i obiekty bezzałogowe stały się realnym wyzwaniem dla bezpieczeństwa państw, infrastruktury krytycznej oraz obrony przeciwlotniczej. Eksperci zwracali uwagę, że dziś kluczowe znaczenie ma nie tylko samo zwalczanie zagrożeń, ale przede wszystkim ich szybkie wykrywanie, rozpoznanie i skuteczne ostrzeganie.
W trakcie dyskusji podkreślono, że drony coraz częściej wykorzystywane są do przeciążania systemów obronnych. W tym kontekście szczególnie ważne jest właściwe rozróżnienie poziomu zagrożeń – od niewielkich obiektów po systemy bezzałogowe zdolne do wywołania poważnych skutków strategicznych.
Jednym z najważniejszych wniosków panelu była potrzeba budowy zintegrowanego systemu rozpoznania i ostrzegania. Samoloty wczesnego ostrzegania i rozpoznania mogą obserwować oraz śledzić tysiące obiektów z dużej odległości, przekazując dane do naziemnych systemów obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej.
Ze strony Prezesa padła również trafna metafora: obrona bez centralnego systemu przypomina gaszenie światła i próbę odnalezienia zagrożenia po omacku. Zintegrowany system wczesnego ostrzegania to natomiast „zapalenie światła” – stworzenie pełnego obrazu sytuacji i możliwość skutecznej reakcji.
Dyskusja pokazała, że skuteczna obrona przed dronami wymaga dziś kompleksowego podejścia, współpracy różnych systemów oraz priorytetowego traktowania ochrony życia ludzi i strategicznej infrastruktury.
W dyskusji brali udział następujący eksperci:
Chińska doktryna dotycząca dronów uderzeniowych dalekiego zasięgu stanowi fundament koncepcji tzw. wojny inteligentnej, w której sztuczna inteligencja i systemy autonomiczne stają się decydującym czynnikiem na polu walki. Zamiast traktować bezzałogowce jedynie jako wsparcie dla tradycyjnych jednostek, chińska strategia zakłada tworzenie z nich samodzielnych systemów zdolnych do przełamywania obrony przeciwnika w ramach strategii antydostępowej.
Podobnie jak w wielu innych państwach, Chińczycy dostrzegli potencjał ilości przechodzącej w jakość, kiedy to tanie środki rażenia są w stanie „nasycić” obronę przeciwlotniczą wroga, uniemożliwiając ich skuteczne zwalczanie nie dzięki jakości środków napadu powietrznego, ale dzięki ich ilości. Jednakże Chiny nie planują użycia dronów dalekiego zasięgu w taki sam sposób jak Rosja. Rosja wykorzystuje je na stałe jako główny środek rażenia na wybrane cele. Kluczowym elementem tego podejścia jest wykorzystanie przewagi liczebnej i kosztowej, co objawia się w planach użycia masowych rojów dronów, mających na celu fizyczne i ekonomiczne wyczerpanie systemów przeciwlotniczych wroga. W Rosji jednak uderzenia na ludność cywilną czy na cele związane z energetyką, są kontynuowane z wykorzystaniem masy tanich bezpilotowców, produkowanych masowo na irańskiej licencji w mieście Alabuga w Tatarstanie. Są to głównie aparaty rodziny Shahed, znane pod rosyjską nazwą Gerań. Wprowadza się do nich różne ulepszenia, takie jak poprawione systemy nawigacyjne, głowice o zwiększonej mocy, a także możliwość sterowania zdalnego przez operatora z wykorzystaniem lokalnego internetu dzięki kupowanym w różnych krajach kartach SIM mających rosyjski Roaming. Tania i prosta metoda, nie trzeba szerokopasmowego łącza satelitarnego…
W Chinach jest jednak podział, chińska doktryna jest bardziej wyrafinowana. Tanie, proste drony są tylko na wabia, idą masowo w pierwszej fali. Służą do zmuszenia obrony przeciwlotniczej do wystrzelania się z rakiet przeciwlotniczych, do maksymalnego ich zużycia. Mogą być używane w wielu kolejnych falach, by przeciwnik wystrzelił nie tylko te, które ma na wyrzutniach, ale też zapas posiadany w bateriach, tak żeby kolejne trzeba było dowieźć z odleglejszych magazynów czy baz.
Dopiero wówczas wchodzą do działania właściwe aparaty o własnościach utrudnionego wykrycia radarowego. Chińczycy opracowali specjalny aparat GJ-11 „Sharp Sword” (Lijian), jeden z najbardziej zaawansowanych bezzałogowców w arsenale Chin, zaprojektowany jako „niewidzialny zabójca” do misji głębokiego przenikania. Jego konstrukcja w układzie latającego skrzydła pozwala na drastyczną redukcję sygnatury radarowej (nawet o 90% w porównaniu do standardowych dronów), co umożliwia mu operowanie w silnie bronionej przestrzeni powietrznej. Rozpiętość skrzydeł wynosi około 14,4 metra, a długość maszyny to 12,2 metra. Wyposażony w pojedynczy silnik turbowentylatorowy (prawdopodobnie WS-13 bez dopalacza), osiąga prędkość poddźwiękową do około 1000–1100 km/h. Szacowany promień operacyjny wynosi ponad 1500 km, co pozwala na operacje w obrębie „pierwszego łańcucha wysp”. Całkowity zasięg lotu może sięgać 4000 km, a czas przebywania w powietrzu to około 6 godzin. Posiada dwie wewnętrzne komory bombowe, co jest kluczowe dla zachowania właściwości trudnowykrywalności. Łączny udźwig uzbrojenia to około 2000 kg. Może przenosić do 8 precyzyjnych bomb szybujących (np. FT-5) lub pociski przeciwradiolokacyjne i rakiety typu powietrze-ziemia.

Zdaniem tych aparatów jest utorowanie drogi dla lotnictwa pilotowanego oraz dla kolejnego typu: nosiciela małych dronów FPV do wykonywania wielu ataków na liczne cele, na niemal dowolną odległość. Chińskie podejście do nosicieli dronów FPV (First Person View) to obecnie jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się elementów ich doktryny, czerpiący bezpośrednie lekcje z konfliktów na Ukrainie i Bliskim Wschodzie. Chiny nie budują jedynie samych dronów, ale całe ekosystemy – od gigantycznych „latających lotniskowców” po lądowe stacje bazowe. Najważniejszym projektem w tej kategorii jest Jiu Tian („Dziewięć Niebios”), który odbył swój dziewiczy lot pod koniec 2025 roku. Jest to 16-tonowa maszyna odrzutowa o ogromnym udźwigu (do 6 ton uzbrojenia i wyposażenia). W centralnej części kadłuba Jiu Tian posiada modułową komorę zdolną do przenoszenia i wypuszczania w locie ponad 100 mniejszych dronów. Dzięki temu tanie drony FPV, które normalnie mają zasięg zaledwie kilku lub kilkunastu kilometrów, mogą zostać przetransportowane głęboko za linię frontu i tam uwolnione do ataku saturacyjnego (rój).
Chińskie zróżnicowane podejście do wykorzystania mieszanej floty aparatów bezpilotowych różnych typów oraz o różnym stopniu złożoności jest bardzo różne od rosyjskiego. Jest bardziej elastyczne, bowiem pozwala dopasować sposób ataku do sytuacji, a głównie do kondycji obrony przeciwlotniczej przeciwnika.



Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Zmiana na stanowisku dowódcy Sił Powietrzno-Kosmicznych skłania nas do zadania pytania: dlaczego Rosja nie radzi sobie z tanimi ukraińskimi dronami? Wydaje się, że właśnie to było powodem jego odwołania, fakt że Rosja obrywa ciężkie ciosy z powietrza.
Rosyjski system obrony powietrznej był uważany za najsilniejszy na świecie, rywalizując jedynie z chińskim. Głównie dlatego, że Amerykanie na swoim terytorium nie rozwinęli klasycznego systemu obrony powietrznej. W ramach NORAD działają obecnie wyłącznie myśliwce. Na stałym, całodobowym dyżurze (24/7) znajduje się zazwyczaj 14-16 lokalizacji w kontynentalnej części USA (CONUS) oraz dodatkowe punkty na Alasce i Hawajach. Liczba ta ulega niewielkim zmianom w zależności od aktualnej oceny zagrożeń i budżetu Pentagonu. W Polsce nasze dwie pary dyżurne wystarczają, że nasz dyżur QRA myśliwców przypada na cztery razy mniejszy obszar niż w USA. Dodatkowo, w USA nie ma jednostek rakiet przeciwlotniczych na pozycjach wokół miast, a w Rosji i w Chinach – są. W Rosji ilość dyżurujących myśliwców w przeliczeniu na powierzchnię europejskiej części kraju jest dwukrotnie większa niż w USA, a ponadto większość dużych miast ma osłonę rakiet przeciwlotniczych.
Oczywiście wszystkiego bronić nie sposób, ale nasycenie środkami obrony przeciwlotniczej, myśliwcami jest całkiem wysokie. Teoretycznie tani dron można zestrzelić każda używana w Rosji rakieta przeciwlotnicza, z dość dużą łatwością, w pełnym zakresie swojej odległości rażenia i wysokości. Z tym naprawdę nie ma problemu.
Dlaczego więc Rosja nie może sobie z nimi poradzić? Dlaczego wciąż płoną rafinerie, terminale przeładunkowe ropy naftowej i paliw w portach, składy paliw i składy cystern na stacjach, ale także trafiane są zakłady zbrojeniowe i inne ważne obiekty. Jak to się dzieje, że Rosja nie jest się w stanie obronić mając tak silną obronę przeciwlotniczą?

Tu nie tylko chodzi o tradycyjny rosyjski bardak. Rosjanie nie zrozumieli jednej ważnej rzeczy, że tanie drony, choć łatwe do zestrzelenia, są też łatwe do masowej produkcji. Że można ich wysyłać w ilościach zdecydowanie większych, niż zapasy rakiet przeciwlotniczych. Dlatego do obrony przed dronami trzeba wypracować specjalne metody, specjalne uzbrojenie i specjalną taktykę. Bo nie wpisuje się to w zwykłe ramy klasycznej obrony przeciwlotniczej. Nie można robić tak, jak choćby Amerykanie, którzy w dwa miesiące do tanich irańskich dronów wystrzelili kilkuletni zapas swoich pocisków Patriot.
Rosjanie zareagowali drugą zmianą dowódcy w krótkim czasie. Żaden z nich nie był pilotem, co na świecie jest standardem w Siłach Powietrznych. Siergiej Surowikin to typowy postsowiecki beton, wywodzący się z wojsk zmechanizowanych. Nie miał pojęcia o siłach powietrznych, lotnictwie, obronie powietrznej, miał zrobić porządek, wywalić nierobów, ukrócić korupcję. Nie wyszło więc w 2023 r. wyleciał, ale nie za bardak w WKS, ale za związki z Prigożynem, po jego sławetnym buncie. Kolejny, przeciwlotnik gen. płk Wiktor Afzałow był już zdecydowanie lepszy, ale on też ze starej szkoły. Nie rozumiał co się dzieje, dlaczego te tanie drony tak latają gdzie chcą, choć chłopaki zestrzeliwują je tysiącami, no ile można? Najwyraźniej nie pojął paradoksu taniego drona Schrödingera, którego można „zabijać” tysiącami, a on wciąż żyje. A rakiety się kończą… A teraz zmienił siekierkę na kijek. Na stanowisko dowódcy WKS 4 maja 2026 r. wyznaczono kolejnego „zmechanizowanego” generała, Aleksandra Czajko. Ale jest jeszcze coś. Gen. Czajko dowodził głównym natarciem na Kijów, z Białorusi przez Czarnobyl, Iwankowo, Irpień i Borodiankę, totalnie tę operację kładąc. Właściwie to właśnie jemu może Władimir Putin podziękować, dlaczego zaplanowana na maksymalnie dwa tygodnie operacja trwa już piąty rok.

Tymczasem rozwiązanie jest takie, jakie zastosowali Ukraińcy: stworzyli niezależny system obrony przeciwdronowej. Składa się on z setek mobilnych i tyluż stacjonarnych grup przeciwlotniczych, uzbrojonych w tanią broń, taką jak karabiny maszynowe, ale także z nowych dronów przechwytujących, które są tak samo tanie jak drony uderzeniowe, mogą więc być do nich wystrzeliwane tysiącami, i choć nie są tak skuteczne jak rakiety przeciwlotnicze, to jednak mogą być używane masowo z doskonałym skutkiem. To wszystko musi więc Rosja zbudować, ale w tym momencie jest już dwa lata spóźniona.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Doniesienia z Ukrainy coraz częściej mówią o szerokim zastosowaniu bezzałogowych pojazdów lądowych z uzbrojeniem, które mają zastąpić żywych żołnierzy. Czy to jest dziś już możliwe?
Ukraina używa wielu bezzałogowych pojazdów lądowych. Przede wszystkim służą do logistyki. Zaopatrywanie w warunkach powszechnego panowania bezpilotowców latających stało się poważnym problemem. W odległości od zera do ok. 20 km od przedniego skraju własnych wojsk jest tzw. strefa śmierci. Prawdopodobieństwo trafienia przez dron FPV kogoś, kto pozostaje poza ukryciem, stojącego w jednym miejscu sprzętu, czy nawet pojazdów znajdujących się w ruchu, jest duże. Nie jest jednakowe w całym pasie, blisko przedniego skraju to niemal 100 %, ale w miarę oddalania się od niego spada, przy czym w pasie 15-20 km od frontu, przez frontowych weteranów jest oceniane na około 25 % na głównych odcinkach frontu. Na drugorzędnych odcinkach jest oczywiście mniejsze. Dlatego bezzałogowe pojazdy lądowe doskonale spisują się w zaopatrywaniu wojsk. Wiadomo, że do „strefy dronowej śmierci” ciężarówka nie wiedzie. Wszystko co było potrzebne na froncie, a głównie amunicję i racje żywnościowe, dotąd żołnierze nosili na plecach, na odległość 10-20 km, po 10-15 kg. Jak się łatwo domyśleć, musieli wykonać wiele takich „kursów”, co przede wszystkim było bardzo niebezpieczne, bo wrogie drony na nich polowały. Zastąpienie ich pojazdami o nośności od 200 do 500 kg sterowanym zdalnie przez radio pozwoliło zwiększyć wolumen zaopatrzenia dostarczanego wojskom, zmniejszyło ilość kursów, a co ważne – trafienia w taki pojazd nie powoduje czyjejkolwiek śmierci. Sprzęt można wyprodukować, a życia żołnierzowi nie przywrócimy. Zresztą w obliczu trudności mobilizacyjnych, ludzkie życie ma też wymiar czysto praktyczne.
Właśnie z tego powody Ukraińcy dąż do wprowadzenia coraz większej liczby bezzałogowych pojazdów bojowych. Najczęściej mają one postać małych pojazdów gąsiennicowych, które od dawna już używali saperzy do usuwania improwizowanych ładunków wybuchowych z miejsc, gdzie ich wybuch mógł stworzyć zagrożenie, lub do innych podobnych zadań. Zamiast chwytaka i ramienia manipulatora montuje się na nich uzbrojenie w postaci karabinu maszynowego lub granatnika, z odpowiednim zapasem amunicji. Są też jednak inne pojazdy o większej zdolności pokonywania terenu lub po prostu szybsze, bo Ukraińcy eksperymentują też z pojazdami kołowymi, przypominającymi małe samochody terenowe.

Najbardziej popularnym bojowym pojazdem bezzałogowym zwanym też robotem pola walki jest Droid TW 12.7 firmy Devdroid oraz jego nieco mniejsza odmiana Droid TW 7.62. Jak się łatwo domyśleć, liczba oznacza kaliber zamontowanego na pojeździe uzbrojenia strzeleckiego w postaci karabinu maszynowego. Zostały one zbudowane w oparciu o gąsienicowe podwozia zbliżone do robotów saperskich z napędem elektrycznym. Z kolei głównym kołowym systemem jest ważący 300 kg Ljut (wściekłość), z elektrycznym napędem 4×4 i z małą obrotową wieżyczką mieszczącą karabin maszynowy PKT kal. 7,62 mm. Ma prędkość 12 km/h i baterię wystarczającą na przejechanie ok. 30 km (trzy godziny jazdy z prędkością ok. 10 km/h. Droid oczywiście porusza się wolniej, ale ma podobny zasięg. Oba mogą funkcjonować nawet 36 godzin na zakresie dyżurowania bez ruchu, z włączoną kamerą, przy jej mechanicznym obracaniu, czas ten jest oczywiście mniejszy. Zasięg łączności bezpośredniej z oboma typami to 2 km, ale w praktyce w terenie pełnym przeszkód zasięg spada do ok. 700 m. Ale to już wystarczy, by z ukrycia sterować takim pojazdem i zdalnie prowadzić walkę.
Tu jednak zaczynają się schody. Przede wszystkim wspomniane roboty nie są tak zwinne jak człowiek. Poruszają się nieporadnie, a operator musi uważać, by gdzieś nie utknąć, w jakim dołku, podmokłej ziemi czy zablokować się na jakiejś przeszkodzie. Szybkość reagowania na nadlatujące drony powietrzne jest właściwie żadna. O ile bowiem człowiek potrafi uskoczyć, schować się za drzewo, wskoczyć do ukrycia, do budynku czy ziemianki, to bezzałogowiec tego nie potrafi, a więc straty ponoszone od latających dronów są dużo większe niż w przypadku żywych żołnierzy. W dodatku pole widzenia kamery jest bardzo ograniczone. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nasze oczy potrafią widzieć tak wiele jednocześnie. Prawidłowe pole widzenia obuocznego jest szerokie i wynosi około 180°–200° w poziomie oraz ok. 130°–135° w pionie. Kluczowe jest rozróżnienie na ostre widzenie centralne (mały kąt) i peryferyjne (szerokie, słabsze widzenie). Widzenie peryferyjne powoduje jednak, że coś zwraca naszą uwagę i odwracamy głowę, by się temu lepiej przyjrzeć. Kamera robota tego nie potrafi, jej pole widzenia jest dużo mniejsze, trudniej jest więc robotowi obserwować pole walki i reagować na zagrożenia. Człowiek ma też inne zmysły, ma na przykład słuch pozwalający na szybkie wykrycie niebezpieczeństwa.

Dlatego jeśli chodzi o zajęcie terenu i jego kontrolowanie, to bezzałogowe pojazdy lądowe wciąż znacznie ustępują żywemu człowiekowi i właściwie nie są w stanie zastąpić piechoty w jej normalnej aktywności. Ale mogą one być bardzo skuteczne jako mobilne środki ogniowe traktowane jako wsparcie piechoty. Takie roboty znaczącą potęgują siłę ognia „biopiechoty”, a przy tym strzelający robot nie zdradza położenia żołnierza. Potęguję więc siłę oddziaływania ogniowego, ale jednocześnie zmniejsza poziom narażenia na wykrycie i ostrzał żywych żołnierzy prowadzących o wiele skuteczniejszą obserwację, potrafiący się szybko ukryć w bezpieczne miejsce.
Dlatego to, co można uznać za nieodległą przyszłość, to mieszane ugrupowania piechoty „żywej” i „mechanicznej”, gdzie roboty lądowe udzielą żołnierzom skutecznego wsparcia, ale też ułatwią prowadzenie rozpoznania i sprawdzą przejścia dla ludzi pod kątem ich zaminowania i innych pułapek. Z kolei inne roboty pomogą tę piechotę zaopatrywać, a jeszcze inne będą pomagać w ewakuacji medycznej.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
W Ukrainie zaczęto stosować bezzałogowe pojazdy lądowe, które jednak nie robią jeszcze takiej furory jak te latające. Czy pozwolą one Ukrainie wygrać?
Większość ukraińskich robotów lądowych powstaje w ramach klastra technologicznego Brave1, który łączy prywatne firmy z potrzebami armii. Jednym z najpopularniejszych jest Bizon-L. Został on opracowany przez ukraińską firmę Bizon-Tech. W przypadku Ukrainy nie jesteśmy w stanie powiedzieć, gdzie mają one swoje siedziby. Nawet gdybyśmy wiedzieli, to ze względu na ich bezpieczeństwo nie powinniśmy o tym mówić. Bizon-L o modułowa platforma, która przeszła szybką ścieżkę certyfikacji Ministerstwa Obrony Ukrainy, aby trafić do masowej produkcji, i faktycznie jest produkowana masowo. Jest to gąsienicowy pojazd wielkości quada z ładownią pozwalającą na transport do 300 kg ładunku na odległość do 50 km z prędkością w granicach 15 km/h. Oczywiście jest sterowany drogą radiową, ale ma aż sześć różnych kanałów łączności, w tym przez LTE (skrót od Long Term Evolution) czyli standard bezprzewodowego przesyłania danych, który potocznie nazywamy siecią 4G. Jest to więc internet mobilny, pod warunkiem że istnieje zasięg w rejonie przyfrontowym, bowiem Bizon-L jest głównie używany do zaopatrywania wojsk.
Możliwa jest też łączność satelitarna przez Starlink, a także zwykły kanał Wi-Fi, jeśli jest dostępny. Oczywiście w sprzyjających okolicznościach można go sterować drogą radiową. Zastosowanie bezzałogowych pojazdów lądowych do zaopatrywania wojsk, ma w tej chwili największy sens w Ukrainie. Ze względu na bardzo wielkie niebezpieczeństwo ataków dronowych, strefa od przedniego skraju własnych wojsk do około 5 km to rejon, gdzie każde odstępstwo od ścisłych zasad poruszania się po polu walki to niemal pewna śmierć. Tu można się poruszać jedynie na pieszo, pojedynczymi żołnierzami (nie wolno się grupować), skacząc od ukrycia do ukrycia. Oczywiście o żadnych pojazdach w tej strefie za wyjątkiem dobrze osłanianych pojazdach pancernych (czołgi) które też nie przebywają w niej cały czas, mowy być nie może. Dalej w kolejnej strefie, według opowieści żołnierzy ukraińskich, od 5 do 10 km szanse na trafienie przez drona w przypadku zbyt długiego przebywania na odkrytym terenie, są ok. 75 %, po czym stopniowo spadają do ok. 50 % w strefie do 15 km. Właśnie na taką odległość mogą podjeżdżać ciężarówki z zaopatrzeniem, nie bliżej niż 12-15 km. Najlepiej oczywiście nocą. Powinny być szybko rozładowane i wrócić poza strefę rażenia, tak ze 20-25 km od linii frontu. Gdzie najlepiej też ich nie eksponować.

Dlatego właśnie te ostatnie 15 km żołnierze muszą nosić całe zaopatrzenie na plecach. Ile może udźwignąć na raz żołnierz mający już broń, kamizelkę i hełm? Nie więcej niż 10 kg, może 15 kg. W dodatku żołnierze noszący zaopatrzenie na pierwszą linię jak mrówki, są bardzo narażeni na ataki dronów rosyjskich. Ponoszą oni nie mniejsze straty niż walczący na pierwszej linii. Dlatego zastępowanie ich bezzałogowymi pojazdami lądowymi ma wielkie znaczenie dla funkcjonowania zaopatrzenia w Ukrainie. Po pierwsze dlatego, że jeden pojazd zabiera tyle zaopatrzenia co 20-30 żołnierzy, a po drugie – jeśli nawet zostanie trafiony, to nikt nie ginie.

Pionierem wykorzystania bezzałogowych pojazdów do zaopatrywania wojsk była 3. Brygada Szturmowa SZ Ukrainy, a w marcu 2026 r. w brygadzie pojazdy bezzałogowe przewoziły nawet do 40 ton zaopatrzenia na pierwszą linię tygodniowo. Dzięki temu brygada w znaczący sposób ograniczyła swoje straty osobowe. Poza wspomnianymi tu pojazdów Bizon-L, w brygadzie stosowane są też inne bezzałogowe pojazdy lądowe, np. Milrem Robotics THeMIS (produkcji estońskiej). Jest to pojazd posiadający napęd hybrydowy (silnik diesla i generator elektryczny) i jest zdecydowanie większy od Bizona-L, może nominalnie zabrać 750 kg ładunku, ale bywa że ładuje się na niego nawet 1200 kg. Ma też własny karabin maszynowy do samoobrony.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Z wielką radością ogłaszamy nadchodzącą, siódmą edycję naszego flagowego wydarzenia.
VII Śląskie Dni Przemysłu Lotniczo-Obronno-Kosmicznego odbędą się w dniach 15-16 czerwca 2026 roku w przestrzeni Międzynarodowego Centrum Kongresowego (MCK) w Katowicach.
Tegoroczna edycja stanowi naturalną ewolucję znanego i cenionego w branży cyklu „Śląskie Dni Lotnictwa i Dronów”. Nowa, rozszerzona formuła wydarzenia jest bezpośrednią odpowiedzią na dynamiczne zmiany rynkowe oraz rosnące znaczenie synergii pomiędzy sektorem cywilnym, obronnym i kosmicznym.
W tym roku robimy krok dalej. Wydarzenie odbywa się jako impreza towarzysząca CYBERSEC EXPO & FORUM 2026. Ta strategiczna współpraca pozwoli nam na unikalne połączenie tematów z zakresu inżynierii lotniczej z kluczowymi zagadnieniami bezpieczeństwa cyfrowego. W dobie upowszechnienia systemów bezzałogowych (UAV) oraz technologii satelitarnych, cyberbezpieczeństwo staje się fundamentem nowoczesnego lotnictwa.
Agenda wydarzenia:
DZIEŃ PIERWSZY – 15 czerwca 2026
Panel I: Czy polski przemysł obronny może skutecznie współpracować z przemysłem cywilnym, aby zapewnić dostawy dla Sił Zbrojnych RP?
Panel II: Czego chce wojsko, perspektywa klienta.
Panel III: Czy Śląsk zostanie zagłębiem przemysłu obronnego i lotniczego?
Panel IV: Przemysł kosmiczny – wschodząca gwiazda polskiego sektora dual-use.
Panel V: Dual-use w praktyce, jak wykorzystać doświadczenia przemysłu i gospodarki cywilnej na rzecz obronności? Jak finansować dual-use, inwestycje?
DZIEŃ DRUGI – 16 czerwca 2026
Panel VI: Przemysł dronowy w Polsce – czy Śląsk ma szansę na bycie liderem? Czy możliwa jest współpraca ogólnopolska i europejska oraz wspólne projekty?
Panel VII: Jak zwalczać drony? Systemy antydronowe i ich rozwój.
Panel VIII: Innowacje. Digitalizacja, sztuczna inteligencja, cyberbezpieczeństwo.
13:00 – Zakończenie konferencji
Naszą misją jest tworzenie warunków trwałej współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami a sferą B+R. Wierzymy, że wspólnymi siłami jako Śląski Klaster Lotniczy, możemy działać lepiej, szybciej i efektywniej.
To wydarzenie to nie tylko panele dyskusyjne, to przede wszystkim przestrzeń do budowania partnerstw handlowych i strategicznych, które realnie zwiększają konkurencyjność polskiego lotnictwa na arenie międzynarodowej.
Zapraszamy wszystkich przedstawicieli branży, naukowców oraz pasjonatów technologii do udziału w tym wyjątkowym przedsięwzięciu.
Rejestracja oraz szczegółowy program wydarzenia dostępne są pod poniższym linkiem:
https://7slaskiedni.aerosilesia.eu
Szczegóły dotyczące poszczególnych paneli będą pojawiać się sukcesywnie na naszych profilach w mediach społecznościowych oraz na stronie internetowej Śląskiego Klastra Lotniczego.
Dofinansowano ze środków z budżetu Samorządu Województwa Śląskiego.
Zwalczanie dronów atakujących w głębi kraju oraz większej amunicji krążącej średniego zasięgu (20-100 km) stanowi bardzo poważny problem. Nie jest to jednak problem techniczny, ale raczej ekonomiczno-organizacyjny.
Nie chodzi o to, że takich aparatów się nie da zwalczać. Bezpilotowce takie jak Sahehed 136 czyli w rosyjskiej wersji Gerań 2, mające wymiary (długość i rozpiętość skrzydeł) około 3 m, stanowią mały, ale wykrywalny cel dla naziemnych stacji radiolokacyjnych. Także mimo niewielkiego śladu w podczerwieni generowanego jedynie przez relatywnie chłodny silnik tłokowy. Silniki odrzutowe samolotów i turbinowe śmigłowców zostawiają jednak znacznie silniejszą smugę gorących gazów dobrze widoczną w podczerwieni. Trudniejsze do wykrycia i zwalczania są drony średniego zasięgu typu amunicja krążąca takie jak Zala Lancet, bowiem stanowią bardzo mały cel, o naprawdę małym echu radarowym, a elektryczny napęd powoduje, że śladu w podczerwieni niemal nie ma. Nie pozwala to na pewno na użycie przeciwlotniczych zestawów rakietowych z samonaprowadzającą się głowicą na podczerwień.

O ile jednak techniczne kwestie nowoczesne rakiety przeciwlotnicze są w stanie rozwiązać, nie jest to przy dzisiejszym stanie wiedzy rzecz nie do przeskoczenia, to jednak problem leży gdzie indziej. Takie pociski jak Patriot czy NASAMS, a także Aster z zestawu SAMP/T produkcji włosko francuskiej (Europejski odpowiednik Patriota) albo niemieckimi Iris-T bez żadnego problemu radzą sobie z dronami klasy Shahed, to jednak małe Lancery (i podobne) są już zdecydowanie trudniejszym celem. Ale rzeczywisty problem jest całkiem innej natury. Każdy pocisk przeciwlotniczy kosztuje od niecałego miliona do blisko trzech milionów dolarów. Przy masowej skali użycia dronów nie jest możliwe zestrzeliwanie ich za pomocą tradycyjnych rakiet przeciwlotniczych.

Dlatego Ukraińcy zmienili całkowicie podejście do tego problemu. Sięgnęli po bardzo tanie, dostępne komercyjnie technologie dronowe. W tym celu opracowano całą serię dronów przechwytujących zdolnych do niszczenia wrogich dronów w powietrzu. Powstałe konstrukcje z różnych firm mają znany układ quadrocoptera z czterema śmigłami napędzanymi przez cztery silniczki elektryczne umieszczono na krótkich wysięgnikach. Kadłub pomiędzy nimi ma jednak formę podłużnej „torpedy” mieszczącej kamerę w przedniej części, ładunek bojowy, układ sterowania oraz układ łączności. O ile klasyczne quadrocoptery poruszają się w powietrzu jak śmigłowce utrzymując siłę nośną równoważącą ciężar i odchylając wektor ciągu wirników w kierunku lotu, to te drony przechwytujące wykonują lot w osi prostopadłej do płaszczyzny śmigieł, czyli poza pionowym startem bardziej przypominają czterosilnikowe minisamoloty z krzyżowymi skrzydłami i śmigłami na końcach tych skrzydeł. Dzięki temu mogą one uzyskiwać duże prędkości lotu. Po wyprowadzeniu w rejon atakowanego drona za pomocą kamery telewizyjnej (lub termowizyjnej do działań nocnych), naprowadzanie na cel było początkowo realizowane ręcznie, przez operatora, który korzystał z systemu FPV (First Person View) czyli ze specjalnych okularów dla operatora, który miał pełny widok tak, jakby siedział na kierowanym dronie. System FPV bardzo ułatwia sprawne i bardzo precyzyjne sterowanie nawet szybko lecącym dronem. Bardzo szybko jednak w konsolach operatorów, a zatem w tych które są używane wielokrotnie do naprowadzania kolejnych dronów przechwytujących, wprowadzono system automatycznego śledzenia celu wraz z automatycznym układem sterowania. Teraz operator może wskazać cel, a sam proces końcowego naprowadzania odbywa się automatycznie, co zwiększa prawdopodobieństwo trafienia. Obecnie w układach samonaprowadzania nie pisze się skomplikowanego software jak w rozwiązaniach wojskowych, ale korzysta się z układów sztucznej inteligencji i uczenia się maszynowego.

Obecnie najpopularniejsze w Ukrainie tzw. „interceptory” to firmy (start-upa) Sky Fall z Ukrainy, dron mający masę kilku kilogramów, ale osiągający prędkość 450 km/h. Zasięg tego aparatu to aż 15 km (pierwsze miały po 3-5 km), a maksymalna wysokość przechwytywanego drona to 5000 m. Ze względu na bezpieczeństwo operacyjne w czasie wojny, dokładny adres głównych zakładów produkcyjnych wszystkich tych firm na Ukrainie pozostaje ściśle tajny, są one wszystkie zarejestrowane w Kijowie, gdzie mają niewielkie biura dla interesantów. Drugi z tych dronów to ważący 3 kg OSIRIS UEB-1. Ma on prędkość 315 km/h, a zasięg sięga 18 km. Trzecim jest Falcons D1L Duck o prędkości maksymalnej 300 km/h i o zasięgu 15 km, ale z najbardziej zaawansowanym układem automatycznego naprowadzania na cel.
Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer
W toku obecnej wojny Iran odpalił około 5471 dronów rodziny Shahed atakując cele w krajach nad Zatoką Perską według danych USA oraz państw regionu, ale też w Jordanii i Izraelu. Okazuje się, że choć 90 % tych dronów zostało zestrzelonych, to jednak te które trafiają stanowią bardzo poważny problem tak dla Amerykanów, jak i dla ich sojuszników w regionie. Pokazuje to dwie rzeczy. Po pierwsze, takiej odpowiedzi Amerykanie się nie spodziewali. Po drugie, na wojnę z dronami w ogóle nie byli przygotowani.
Drony typu Shahed to niesamowicie prosta i łatwa w wytwarzaniu broń. Chociaż Amerykanie zniszczyli w swoich atakach zakład który je oficjalnie produkował, czyli zakłady HESA (Iran Aircraft Manufacturing Industrial Company) położone w miasteczku Shahin Shahr, pod Isfahan, to jednak Iran ma inne sposoby na pozyskiwanie tych bezpilotowców. Po pierwsze zgromadził ich spore zapasy u siebie, co pozwoliło na wykonanie kontrataku z użyciem 294 dronów już pierwszego dnia amerykańskich i Izraelskich uderzeń lotniczo-rakietowych, 28 lutego 2026 r. W kolejne dni odnotowano wystrzelenie aż 541 dronów 1 marca i 200 dronów 2 marca, intensywność ataków spadła do 85 w dniu 3 marca, od tej pory utrzymując się na poziomie wypuszczania od 50 do 70-80 bezpilotowców Shahed dziennie. Ta sytuacja trwa do chwili obecnej i to tempo ataków jest utrzymywane. Najmniej, bo 34 drony, wypuszczono 24 marca, ale 29 marca było to już 64. Spośród ok. 5400 dronów Shahed jakie poleciały na kraje regionu do chwili obecnej, 550 było skierowanych na Izrael, zaś pozostałe na Jordanie (relatywnie niewiele), Kuwejt (który ogłosił dotąd zestrzelenie ponad 1900 co jest rekordową liczbą, ale policzono zapewne też pociski skrzydlate), Arabię Saudyjską i Katar.

Okazało się, że nie tylko zakłady HESA odpowiadały za produkcję Shahedów. Amerykanie uderzyli też na zakłady Khojir i Shahroud Military Complex (instalację wojskową), gdzie teoretycznie wytwarzano komponenty tych bezpilotowców, ale podejrzewa się, że trwała tu też produkcja gotowych aparatów. Okazuje się jednak, że od maja 2022 r. drony Shahed i taktyczne Ababil-2 są produkowane na licencji w Duszanbe w Tadżykistanie w zakładzie o nieujawnionej nazwie, ale obecnie drony te mogą trafiać wtórnie do Iranu. Istnieje też podejrzenie, że aparaty produkowane w Ałabuga w Tatarsanie, w dużo większej ilości niż produkcja irańśka, czyli rosyjskie Geranie, mogą także trafiać do Iranu. Nie jest też wykluczone, że komponenty do montażu dronów Shahed mogą przez pośredników trafiać do Iranu również z Chin. Chiny wynegocjowały przepuszczalnie przez cieśninę Ormuz własnych statków, więc nie odczuwają skutków irańskiej blokady, ale w zamian za to zapewne wspierają Iran nie tylko moralnie. Dla Chin poważne osłabienie głównego rywala jakim są Stany Zjednoczone to doskonały interes. Jednocześnie Chiny również rozwijają technologie bezpilotowę i robotykę, więc obserwują na ile Amerykanie są przygotowani na ich przeciwdziałanie.

Irańskie drony wielokrotnie atakowały międzynarodowy port lotniczy w Kuwait City, gdzie uszkodziły systemy radarowe, terminale pasażerskie oraz instalacje do przechowywania paliwa lotniczego. W Kuwejcie skutecznie zaatakowano też morski port Shuwaikh, gdzie uszkodzono wiele elementów ważnej infrastruktury. W Kuwejcie ponawiane ataki dronów uszkodziły krytyczne systemy zasilania w zakładach uzdatniania wody, powodując przerwy w dostawach. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich drony zaatakowały zakłady Aluminium Bahrain (Alba) i Emirates Global Aluminium (EGA). Uszkodzono linie produkcyjne i hale elektrolizy, co doprowadziło do czasowego wstrzymania produkcji aluminium. Drony precyzyjnie uderzały w węzły energetyczne, powodując blackouty w częściach Abu Zabi i Dubaju. Zaatakowano też port lotniczy Abu Zabi. W dodatku wykonano też uderzenia w rafinerie i terminale naftowe na wschodzie Arabii Saudyjskiejj (rejon Abqaiq i Khurais), co miało na celu destabilizację rynku ropy.
Nie bez przecenienia są też ataki przez drony morskie wykonane na statki przepływające przez Cieśninę Ormuz. Spowodowało to, że ubezpieczyciele wycofali polisę za statki żeglujące w tym rejonie, więc armatorzy nie ryzykują straty statku i ładunku. Powoduje to prawdziwy paraliż żeglugi do Zatoki Perskiej co może poważnie odbić się na światowej gospodarce.
Okazało się, że Amerykanie kompletnie nie docenili działań z użyciem tanich dronów, jakie są prowadzone w wojnie ukraińskiej, i to z obu stron. Okazuje się, że takie drony to naprawdę poważny problem. Dziwne, że amerykańscy specjaliści nie dostrzegli płynących z tego implikacji.
Symbolem wojny w Ukrainie stały się uderzeniowe bezpilotowce dalekiego zasięgu irańskiego typu Shahed, w odmianach Shahed 131 o zasięgu 800 km i Shahed 136 o zasięgu ok. 1500 km. Pierwszy waży 135 kg, a drugi około 140 kg. Oba są napędzane silnikami tłokowymi o dość prostej konstrukcji i przenoszą głowicę bojową o masie (odpowiednio) 10-20 kg oraz 50-70 kg. Oba te typy były produkowane w Iranie w zakładach HESA (Iran Aircraft Manufacturing Industrial Company) w Isfahan, ale też oba weszły do licencyjnej produkcji w Rosji jako Gerań 1 i Gerań 2 w zakładach w Ałabuga (w firmie utworzonej w Specjalnej Strefie Ekonomicznej w Tatarstanie).

Rosjanie de facto wyprodukowali dużo więcej dronów rodziny Shahed niż sami Persowie z Iranu. Poza podstawowymi odmianami powstała też tania pułapka z uproszczonym systemem nawigacyjnym i z mocno zredukowanym ładunkiem wybuchowym Gerbera, który w czasie lotu służy do ściągania na siebie ognia przeciwlotniczego, a na ziemi stanowi pułapkę na rozbrajających go saperów czy przypadkowych znalazców, chcących go sobie zabrać na pamiątkę (i tak bywa). Rosjanie poprawiali efektywność systemów nawigacyjnych podstawowej odmiany Gerań 2, w której wprowadzono kamerę do naprowadzania na cel przez operatora lub układ porównania obrazu terenu pod dronem z zapamiętaną mapą, tak by udokładnić położenie aparatu przed atakiem na wybrany cel.

Całą istotą stosowania tych dronów nie jest to, że są one trudne do zestrzelenia. Wręcz przeciwnie, profesjonalny nowoczesny system przeciwlotniczy taki jak Patriot zestrzeliwuje Shaheda czy Gerania z niemal stuprocentową pewnością, w szerokim zakresie wysokości lotu, nawet na odległości 40-50 km od wyrzutni, w dzień czy w nocy, w każdych warunkach atmosferycznych. Cały problem polega jednak na tym, że pocisk tego zestawu kosztuje ok. 3 miliony dolarów, podczas gdy dron typu Shahed – jakieś 30 do 40 tys. dolarów. Te ostatnie mogą być więc produkowane masowo, na Ukrainę Rosjanie wystrzeliwują od 150 do nawet 500-700 dronów tego typu średnio 20 razy w miesiącu, a obecnie nawet częściej. Oznacza to liczbę jakichś 5000-7000 dronów miesięcznie, czyli 60-80 tys. rocznie. Do ich zwalczania trzeba użyć podobną, lub nawet odrobinę większą liczbę rakiet przeciwlotniczych, a to nie tylko kwestia horrendalnych, niewiarygodnie wysokich kosztów takich działań, ale także możliwości produkcyjne zakładów jakie wytwarzają pociski Patriot oraz ich kooperantów, wykonujących odpowiednie komponenty dla nich. Istnieją doniesienia, że Amerykanie oraz ich sojusznicy w Zatoce Perskiej potrafili odpalać nawet trzy, a czasem i więcej pocisków Patriot do nadlatującego z Iranu Shaheda, co było kompletnie kuriozalne i nie mogło być prowadzone na dłuższą metę. Pokazało to, że Amerykanie całkowicie nie docenili fakt, że tanie drony z łatwo dostępnych materiałów i na bazie komercyjnie osiągalnych komponentów mogą być nie tylko wytwarzane masowo, ale można je produkować dosłownie wszędzie, bez stosowania skomplikowanego oprzyrządowania produkcyjnego i drogich maszyn.
Skończyło się to tym, że wiele dronów trafiło w bardzo ważne obiekty czyniąc poważne szkody w infrastrukturze, a także spowodowało paraliż portów w tym ważnym rejonie świata. Dlatego dla ochrony swojej infrastruktury krytycznej poproszono o pomoc Ukrainę, które ma wielkie doświadczenie z radzeniem sobie z atakami takich tanich dronów. Łącznie ukraińscy specjaliści z tanimi dronami przechwytującymi trafiły do pięciu państw: Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Jordanii i Kataru.

Jest to ponad 220 specjalistów wojskowych (w tym ekspertów obrony powietrznej oraz funkcjonariuszy SBU) którzy doradzają jak zorganizować system obrony przed dronami oraz przywieźli ze sobą własne systemy do przechwytywania lecących dronów. Są to specjalne bezpilotowce przechwytujące, które są w stanie skutecznie niszczyć drony typu Shahed, a jednocześnie są niezwykle tanie, więc nadają się do masowej produkcji i zastosowania, w przeciwieństwie do klasycznych rakiet przeciwlotniczych.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
W coraz większym stopniu na pole walki w Ukrainie wkracza robotyzacja, pozwalająca tanim kosztem zrekompensować niedobory siły żywej, oczywiście tylko do pewnego stopnia, ale tendencja jest wyraźnie wzrostowa. W coraz większej liczby ról operator jest zastępowany automatycznie i wręcz autonomicznie działającymi systemami uzbrojenia. Jednym z takich przykładów jest ukraińska platforma do zwalczania dronów dalekiego zasięgu znana jako SkySentinel.
SkySentinel to wieża z najcięższym karabinem maszynowym Browning M2 kal. 12,7 mm. To doskonała amerykańska broń produkowana już od… stu lat! Pierwszy taki karabin maszynowy wszedł do produkcji w 1932 r. (projekt z 1921 r.), a od tamtej pory ulepszenia były relatywnie niewielkie, głównie dotyczyły materiałów z jakich broń wykonano co przekładało się na zwiększoną żywotność, oraz precyzję wykonania poszczególnych części. Ma on szybkostrzelność rzędu 450–600 strz./min, a donośność skuteczna do drona to 1500 m w pionie i do 2000-2200 m w poziomie, broń ta nadaje się więc do bezpośredniej obrony obiektu, ale jest też wykorzystywana w Ukrainie, przy ręcznym celowaniu, do walki z przelatującymi dronami po skierowaniu mobilnego zespołu z półciężarówką na trasę nadlatującego z daleka bezpilotowca (częściej grup dronów) obserwowanego przez radary obrony powietrznej.

W odmianie SkySentinel karabin umieszczono na mechanicznie sterowanej wieżyczce, która jest naprowadzana na cel przez skomputeryzowany system automatyczny. Cel jest obserwowany przez głowicę elektrooptyczną zmontowaną z importowanych podzespołów i zintegrowaną przez ukraińską firmę UADynamics z Kijowa. Składa się ona z kamery telewizyjnej wysokiej rozdzielczości, nocnej kamery termowizyjnej oraz z dalmierza laserowego. Kto jest dostawcą tych kamer to dokładnie nie wiadomo, ale znając kooperantów firmy UADynamics może to być turecka firma Aselsan, producent elektroniki wysokiej klasy na światowym poziomie i technologiczny partner Ukrainy, może to być francuski Thales lub amerykański FLIR, ale mogą to być też firmy chińskie, których produkty kupuje się na otwartym rynku, a które w Ukrainie są już używane, w tym takich firm jak Hikvision z Hangzho, Dahua Technology także z Hangzhou i InfiRay (IRay Technology) z Yantai. Głowica działa w ten sposób, że jest ona nakierowywana na nadlatujący cel przez współpracujący z systemem radar. Taki radar nie należy do systemu, ale jest włączany jako element zewnętrzny, obsługując kilka czy kilkanaście wież SkySentinel. Kiedy skierowane na nadlatujący obiekt kamery zobaczą go i zidentyfikują dzięki układowi automatycznej klasyfikacji celów według jego bryły (z użyciem technologii sztucznej inteligencji i uczenia się maszynowego AI/ML), system przechodzi na śledzenie celu. Po określonym czasie śledzenia możliwe jest przestrzenne ustalenie toru lotu wrogiego drona, co wspomagane jest precyzyjnymi pomiarami odległości do niego z użyciem stacji laserowej (także importowanej).
To z kolei pozwala na obliczenie danych do wycelowania karabinu z odpowiednią poprawką na prędkość celu i na balistykę wystrzelonych pocisków oraz na automatyczne otwarcie ognia z odległości w zasięgu ognia skutecznego z Browninga. Warto dodać, że cała wieża działa autonomicznie, bezzałogowo, sama przechwytuje cel swoją elektrooptyką, klasyfikuje cel, śledzi go, celuje i otwiera ogień na odpowiedniej odległości w pełni automatycznie.

System niedawno przeszedł próby operacyjne w Ukrainie i pomyślnie zestrzelił cztery (według innych źródeł sześć) dronów klasy Shahed, czyli rosyjskich Gerań 2. Konstruktorzy z różnych ukraińskich firm zaangażowanych w projekt twierdzą, że system może także zwalczać cele lecącą z prędkością do 800-850 km/h, a zatem również pociski manewrujące takie jak 3M14 Kalibr czy Ch-101, które są również używane do atakowania obiektów w Ukrainie.
Taka wieża kosztuje ok. 150 000 dolarów, co jak na broń jest bardzo tanio. Samo jej użycie jest jeszcze tańsze, bowiem zużywa ona tanią amunicję do nkm kal. 12,7 mm oraz nieco prądu z sieci lub z generatora.
Co ciekawe polski moduł systemu „San” w którym wykorzystuje się WLKM z zakładów ZM „Tarnów” (tzw. potwór z Tarnowa) działa bardzo podobnie. Nie wiadomo tylko jaki jest poziom autonomiczności w polskim projekcie i czy porównywalny z ukraińskim.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Wyjątkowo znaczące siły siedmiu bombowców strategicznych B-2A Spirit oraz blisko 70 trudnowykrywalnych samolotów F-35A i F-35C Lightning oraz F-35I Adir w osłonie kilkunastu F-22A Raptor wykonały uderzenie na obiekty w Iranie. Inne typy samolotów, takie jak F-16 i F-15 odpalały pociski manewrujące z daleka nie wchodząc w przestrzeń powietrzną Iranu, ale EF-18G Growler atakowały radary systemów obrony powietrznej. W ataku używano też bezpilotowych aparatów latających, choć znaczna część z nich zostałą użyta do prowadzenia rozpoznania z daleka.
Uderzenie było poprzedzone bardzo starannym rozpoznaniem irańskiego systemu obrony powietrznej, które przede wszystkim prowadziły wielkie bezpilotowe aparaty latające MQ-4C Triton (wersja aparatów Global Hawk dla US Navy ale do działań zarówno morskich jak i lądowych). Należały one do dywizjonu Unmanned Patrol Squadron 19 (VUP-19), znany jako „Big Red” Drony te startowały z bazy Al Dhafra Air Base w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i wykonywały lot na wysokościach ponad 20 000 m wzdłuż wybrzeży Iranu, ale nad wodami międzynarodowymi, tak by prowadzić rozpoznanie radioelektroniczne pracujących stacji radarowych oraz radarów kierowania ogniem przeciwlotniczych zestawów rakietowych, które to dane zbierano wraz z danymi ze zdjęć satelitarnych. Podobną rolę rozpoznania strategicznego wykonywały izraelskie drony Heron TP (Eitan) z 210. Dywizjonu Sił Powietrznych Izraela, które jednak prowadziły loty rozpoznawcze z macierzystej bazy Tel Nof w Izraelu, przelatując nad Syrią i Irakiem, przypuszczalnie bez zgody władz tych państw.
Uderzenie zostało rozpoczęte od ataków na stacje radiolokacyjne oraz znane pozycje przeciwlotniczych zestawów rakietowych. I tutaj też użyto aparatów bezpilotowych. W kluczowym momencie niezwykle pomocne okazały się amerykańskie kopie irańskich aparatów bezpilotowych Shahed, czyli LUCAS (Low-cost Uncrewed Combat Attack System), atakujące głównie posterunki radiolokacyjne, uderzając na systemy antenowe. Inne pozycje oraz stanowiska dowodzenia przeciwlotniczych systemów rakietowych zostały zniszczone z użyciem pocisków skrzydlatych BGM-109 Tomahawk.

Ciekawostką jest to, że izraelskie myśliwce F-35I Air latając w przestrzeni powietrznej Iranu, używały amunicji krążącej Delilah o masie 185 kg i zasięgu do 250 km. Są to pociski manewrujące, ale o cechach typowej amunicji krążącej czyli aparatu bezpilotowego. Może on bowiem krążyć w wyznaczonym rejonie w poszukiwaniu celu. Jeśli operator na pokładzie samolotu dostrzeże godny ataku cel i wskaże go pociskowi, ten wykonuje atak na wskazany obiekt z dokładnością do 1 m.
W czasie samego ataku, według niepotwierdzonych na razie doniesień, wraz z dużą falą uderzeniową samolotów wleciały aparaty latające MQ-9 Reaper, które poszukiwały mobilnych wyrzutni rakiet balistycznych oraz mobilnych systemów przeciwlotniczych, które były na bieżąco niszczone przenoszonym uzbrojeniem oraz wskazywane do ataku myśliwcom F-35A przenoszącym bomby SDB kierowane GPS i pokładowym F-35C przenoszącym cięższe bomby rodziny JDAM.
Poza wymienionymi, w ataku użyto też unikalnych izraelskich aparatów IAI Harop. Służą one do poszukiwania i atakowania pracujących stacji radiolokacyjnych systemów obrony przeciwlotniczej na tej samej zasadzie jak pociski przeciwradiolokacyjne. Kierują się na źródło promieniowania. Jednak ich zasięg wynosi tylko 200 km, więc musiały zostać użyte z pokładów amerykańskich okrętów, jeśli ich użycie w ogóle się potwierdzi.

W przeciwną stronę Iran zdołał wystrzelić kilka rakiet balistycznych oraz pewną liczbę dronów Shahed. Co ciekawe, jeden z tych ostatnich bezpilotowców zdołał trafić obiekt w Naval Support Activity (NSA) Bahrain czyli zaplecze logistyczne 5. Floty US Navy. Dron nie został zestrzelony na czas i uderzył w cel czyniąc określone szkody. Wybuchy były też obserwowane w Mina Salman Port w Bahrajnie gdzie stacjonują amerykańskie okręty i gdzie również został skierowany atak irańskich Shahedów. Ale bliższych danych nie znamy.
Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer
Bądź na bieżąco z nowościami