Ukraińskie drony przechwytujące. Czy to jest sposób na niszczenie dronów wroga?

×
Ułatwienia dostępu
Rozmiar czcionki +-RESET
Kontrast / Kolory Ciemny Jasny MonoKontrast RESET

 Zwalczanie dronów atakujących w głębi kraju oraz większej amunicji krążącej średniego zasięgu (20-100 km) stanowi bardzo poważny problem. Nie jest to jednak problem techniczny, ale raczej ekonomiczno-organizacyjny.
 
Nie chodzi o to, że takich aparatów się nie da zwalczać. Bezpilotowce takie jak Sahehed 136 czyli w rosyjskiej wersji Gerań 2, mające wymiary (długość i rozpiętość skrzydeł) około 3 m, stanowią mały, ale wykrywalny cel dla naziemnych stacji radiolokacyjnych. Także mimo niewielkiego śladu w podczerwieni generowanego jedynie przez relatywnie chłodny silnik tłokowy. Silniki odrzutowe samolotów i turbinowe śmigłowców zostawiają jednak znacznie silniejszą smugę gorących gazów dobrze widoczną w podczerwieni. Trudniejsze do wykrycia i zwalczania są drony średniego zasięgu typu amunicja krążąca takie jak Zala Lancet, bowiem stanowią bardzo mały cel, o naprawdę małym echu radarowym, a elektryczny napęd powoduje, że śladu w podczerwieni niemal nie ma. Nie pozwala to na pewno na użycie przeciwlotniczych zestawów rakietowych z samonaprowadzającą się głowicą na podczerwień.

Sky Fall P1 Sun
Sky Fall P1 Sun

O ile jednak techniczne kwestie nowoczesne rakiety przeciwlotnicze są w stanie rozwiązać, nie jest to przy dzisiejszym stanie wiedzy rzecz nie do przeskoczenia, to jednak problem leży gdzie indziej. Takie pociski jak Patriot czy NASAMS, a także Aster z zestawu SAMP/T produkcji włosko francuskiej (Europejski odpowiednik Patriota) albo niemieckimi Iris-T bez żadnego problemu radzą sobie z dronami klasy Shahed, to jednak małe Lancery (i podobne) są już zdecydowanie trudniejszym celem. Ale rzeczywisty problem jest całkiem innej natury. Każdy pocisk przeciwlotniczy kosztuje od niecałego miliona do blisko trzech milionów dolarów. Przy masowej skali użycia dronów nie jest możliwe zestrzeliwanie ich za pomocą tradycyjnych rakiet przeciwlotniczych.

Osiris UEB-1 (w rogu mała sylwetka Falcons D1L Duck)
Osiris UEB-1 (w rogu mała sylwetka Falcons D1L Duck)

Dlatego Ukraińcy zmienili całkowicie podejście do tego problemu. Sięgnęli po bardzo tanie, dostępne komercyjnie technologie dronowe. W tym celu opracowano całą serię dronów przechwytujących zdolnych do niszczenia wrogich dronów w powietrzu. Powstałe konstrukcje z różnych firm mają znany układ quadrocoptera z czterema śmigłami napędzanymi przez cztery silniczki elektryczne umieszczono na krótkich wysięgnikach. Kadłub pomiędzy nimi ma jednak formę podłużnej „torpedy” mieszczącej kamerę w przedniej części, ładunek bojowy, układ sterowania oraz układ łączności. O ile klasyczne quadrocoptery poruszają się w powietrzu jak śmigłowce utrzymując siłę nośną równoważącą ciężar i odchylając wektor ciągu wirników w kierunku lotu, to te drony przechwytujące wykonują lot w osi prostopadłej do płaszczyzny śmigieł, czyli poza pionowym startem bardziej przypominają czterosilnikowe minisamoloty z krzyżowymi skrzydłami i śmigłami na końcach tych skrzydeł. Dzięki temu mogą one uzyskiwać duże prędkości lotu. Po wyprowadzeniu w rejon atakowanego drona za pomocą kamery telewizyjnej (lub termowizyjnej do działań nocnych), naprowadzanie na cel było początkowo realizowane ręcznie, przez operatora, który korzystał z systemu FPV (First Person View) czyli ze specjalnych okularów dla operatora, który miał pełny widok tak, jakby siedział na kierowanym dronie. System FPV bardzo ułatwia sprawne i bardzo precyzyjne sterowanie nawet szybko lecącym dronem. Bardzo szybko jednak w konsolach operatorów, a zatem w tych które są używane wielokrotnie do naprowadzania kolejnych dronów przechwytujących, wprowadzono system automatycznego śledzenia celu wraz z automatycznym układem sterowania. Teraz operator może wskazać cel, a sam proces końcowego naprowadzania odbywa się automatycznie, co zwiększa prawdopodobieństwo trafienia. Obecnie w układach samonaprowadzania nie pisze się skomplikowanego software jak w rozwiązaniach wojskowych, ale korzysta się z układów sztucznej inteligencji i uczenia się maszynowego.

Falcons D1L Duck
Falcons D1L Duck

Obecnie najpopularniejsze w Ukrainie tzw. „interceptory” to  firmy (start-upa) Sky Fall z Ukrainy, dron mający masę kilku kilogramów, ale osiągający prędkość 450 km/h. Zasięg tego aparatu to aż 15 km (pierwsze miały po 3-5 km), a maksymalna wysokość przechwytywanego drona to 5000 m. Ze względu na bezpieczeństwo operacyjne w czasie wojny, dokładny adres głównych zakładów produkcyjnych wszystkich tych firm na Ukrainie pozostaje ściśle tajny, są one wszystkie zarejestrowane w Kijowie, gdzie mają niewielkie biura dla interesantów. Drugi z tych dronów to ważący 3 kg OSIRIS UEB-1. Ma on prędkość 315 km/h, a zasięg sięga 18 km. Trzecim jest Falcons D1L Duck o prędkości maksymalnej 300 km/h i o zasięgu 15 km, ale z najbardziej zaawansowanym układem automatycznego naprowadzania na cel.

 

Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer

W toku obecnej wojny Iran odpalił około 5471 dronów rodziny Shahed atakując cele w krajach nad Zatoką Perską według danych USA oraz państw regionu, ale też w Jordanii i Izraelu. Okazuje się, że choć 90 % tych dronów zostało zestrzelonych, to jednak te które trafiają stanowią bardzo poważny problem tak dla Amerykanów, jak i dla ich sojuszników w regionie. Pokazuje to dwie rzeczy. Po pierwsze, takiej odpowiedzi Amerykanie się nie spodziewali. Po drugie, na wojnę z dronami w ogóle nie byli przygotowani.

Drony typu Shahed to niesamowicie prosta i łatwa w wytwarzaniu broń. Chociaż Amerykanie zniszczyli w swoich atakach zakład który je oficjalnie produkował, czyli zakłady HESA (Iran Aircraft Manufacturing Industrial Company) położone w miasteczku Shahin Shahr, pod Isfahan, to jednak Iran ma inne sposoby na pozyskiwanie tych bezpilotowców. Po pierwsze zgromadził ich spore zapasy u siebie, co pozwoliło na wykonanie kontrataku z użyciem 294 dronów już pierwszego dnia amerykańskich i Izraelskich uderzeń lotniczo-rakietowych, 28 lutego 2026 r. W kolejne dni odnotowano wystrzelenie aż 541 dronów 1 marca i 200 dronów 2 marca, intensywność ataków spadła do 85 w dniu 3 marca, od tej pory utrzymując się na poziomie wypuszczania od 50 do 70-80 bezpilotowców Shahed dziennie. Ta sytuacja trwa do chwili obecnej i to tempo ataków jest utrzymywane. Najmniej, bo 34 drony, wypuszczono 24 marca, ale 29 marca było to już 64. Spośród ok. 5400 dronów Shahed jakie poleciały na kraje regionu do chwili obecnej, 550 było skierowanych na Izrael, zaś pozostałe na Jordanie (relatywnie niewiele), Kuwejt (który ogłosił dotąd zestrzelenie ponad 1900 co jest rekordową liczbą, ale policzono zapewne też pociski skrzydlate), Arabię Saudyjską i Katar.

Negatywny bohater wojny z Iranem – prymiywny ale skuteczny dron Shahed 136
Negatywny bohater wojny z Iranem – prymiywny ale skuteczny dron Shahed 136

Okazało się, że nie tylko zakłady HESA odpowiadały za produkcję Shahedów. Amerykanie uderzyli też na zakłady Khojir i Shahroud Military Complex (instalację wojskową), gdzie teoretycznie wytwarzano komponenty tych bezpilotowców, ale podejrzewa się, że trwała tu też produkcja gotowych aparatów. Okazuje się jednak, że od maja 2022 r. drony Shahed i taktyczne Ababil-2 są produkowane na licencji w Duszanbe w Tadżykistanie w zakładzie o nieujawnionej nazwie, ale obecnie drony te mogą trafiać wtórnie do Iranu. Istnieje też podejrzenie, że aparaty produkowane w Ałabuga w Tatarsanie, w dużo większej ilości niż produkcja irańśka, czyli rosyjskie Geranie, mogą także trafiać do Iranu. Nie jest też wykluczone, że komponenty do montażu dronów Shahed mogą przez pośredników trafiać do Iranu również z Chin. Chiny wynegocjowały przepuszczalnie przez cieśninę Ormuz własnych statków, więc nie odczuwają skutków irańskiej blokady, ale w zamian za to zapewne wspierają Iran nie tylko moralnie. Dla Chin poważne osłabienie głównego rywala jakim są Stany Zjednoczone to doskonały interes. Jednocześnie Chiny również rozwijają technologie bezpilotowę i robotykę, więc obserwują na ile Amerykanie są przygotowani na ich przeciwdziałanie.

Pożar po trafieniu dronów w KuwejciePożar po trafieniu dronów w Kuwejcie
Pożar po trafieniu dronów w Kuwejcie

Irańskie drony wielokrotnie atakowały międzynarodowy port lotniczy w Kuwait City, gdzie uszkodziły systemy radarowe, terminale pasażerskie oraz instalacje do przechowywania paliwa lotniczego. W Kuwejcie skutecznie zaatakowano też morski port Shuwaikh, gdzie uszkodzono wiele elementów ważnej infrastruktury. W Kuwejcie ponawiane ataki dronów uszkodziły krytyczne systemy zasilania w zakładach uzdatniania wody, powodując przerwy w dostawach. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich drony zaatakowały zakłady Aluminium Bahrain (Alba) i Emirates Global Aluminium (EGA). Uszkodzono linie produkcyjne i hale elektrolizy, co doprowadziło do czasowego wstrzymania produkcji aluminium. Drony precyzyjnie uderzały w węzły energetyczne, powodując blackouty w częściach Abu Zabi i Dubaju. Zaatakowano też port lotniczy Abu Zabi. W dodatku wykonano też uderzenia w rafinerie i terminale naftowe na wschodzie Arabii Saudyjskiejj (rejon Abqaiq i Khurais), co miało na celu destabilizację rynku ropy.

Nie bez przecenienia są też ataki przez drony morskie wykonane na statki przepływające przez Cieśninę Ormuz. Spowodowało to, że ubezpieczyciele wycofali polisę za statki żeglujące w tym rejonie, więc armatorzy nie ryzykują straty statku i ładunku. Powoduje to prawdziwy paraliż żeglugi do Zatoki Perskiej co może poważnie odbić się na światowej gospodarce.
 

Okazało się, że Amerykanie kompletnie nie docenili działań z użyciem tanich dronów, jakie są prowadzone w wojnie ukraińskiej, i to z obu stron. Okazuje się, że takie drony to naprawdę poważny problem. Dziwne, że amerykańscy specjaliści nie dostrzegli płynących z tego implikacji.
 
Symbolem wojny w Ukrainie stały się uderzeniowe bezpilotowce dalekiego zasięgu irańskiego typu Shahed, w odmianach Shahed 131 o zasięgu 800 km i Shahed 136 o zasięgu ok. 1500 km. Pierwszy waży 135 kg, a drugi około 140 kg. Oba są napędzane silnikami tłokowymi o dość prostej konstrukcji i przenoszą głowicę bojową o masie (odpowiednio) 10-20 kg oraz 50-70 kg. Oba te typy były produkowane w Iranie w zakładach HESA (Iran Aircraft Manufacturing Industrial Company) w Isfahan, ale też oba weszły do licencyjnej produkcji w Rosji jako Gerań 1 i Gerań 2 w zakładach w Ałabuga (w firmie utworzonej w Specjalnej Strefie Ekonomicznej w Tatarstanie).

Typowy dron przechwytujący, który okazuje się być optymalna bronią do zwalczania bezpilotowców uderzeniowych rodziny Shahed.
Typowy dron przechwytujący, który okazuje się być optymalna bronią do zwalczania bezpilotowców uderzeniowych rodziny Shahed.

Rosjanie de facto wyprodukowali dużo więcej dronów rodziny Shahed niż sami Persowie z Iranu. Poza podstawowymi odmianami powstała też tania pułapka z uproszczonym systemem nawigacyjnym i z mocno zredukowanym ładunkiem wybuchowym Gerbera, który w czasie lotu służy do ściągania na siebie ognia przeciwlotniczego, a na ziemi stanowi pułapkę na rozbrajających go saperów czy przypadkowych znalazców, chcących go sobie zabrać na pamiątkę (i tak bywa). Rosjanie poprawiali efektywność systemów nawigacyjnych podstawowej odmiany Gerań 2, w której wprowadzono kamerę do naprowadzania na cel przez operatora lub układ porównania obrazu terenu pod dronem z zapamiętaną mapą, tak by udokładnić położenie aparatu przed atakiem na wybrany cel.

Irański dron Shahed 136, przypuszczalnie Iran nie używa wyłącznie własnych aparatów, ale także rosyjskich Gerani dostarczonych przez sojusznika.
Irański dron Shahed 136, przypuszczalnie Iran nie używa wyłącznie własnych aparatów, ale także rosyjskich Gerani dostarczonych przez sojusznika.

Całą istotą stosowania tych dronów nie jest to, że są one trudne do zestrzelenia. Wręcz przeciwnie, profesjonalny nowoczesny system przeciwlotniczy taki jak Patriot zestrzeliwuje Shaheda czy Gerania z niemal stuprocentową pewnością, w szerokim zakresie wysokości lotu, nawet na odległości 40-50 km od wyrzutni, w dzień czy w nocy, w każdych warunkach atmosferycznych. Cały problem polega jednak na tym, że pocisk tego zestawu kosztuje ok. 3 miliony dolarów, podczas gdy dron typu Shahed – jakieś 30 do 40 tys. dolarów. Te ostatnie mogą być więc produkowane masowo, na Ukrainę Rosjanie wystrzeliwują od 150 do nawet 500-700 dronów tego typu średnio 20 razy w miesiącu, a obecnie nawet częściej. Oznacza to liczbę jakichś 5000-7000 dronów miesięcznie, czyli 60-80 tys. rocznie. Do ich zwalczania trzeba użyć podobną, lub nawet odrobinę większą liczbę rakiet przeciwlotniczych, a to nie tylko kwestia horrendalnych, niewiarygodnie wysokich kosztów takich działań, ale także możliwości produkcyjne zakładów jakie wytwarzają pociski Patriot oraz ich kooperantów, wykonujących odpowiednie komponenty dla nich. Istnieją doniesienia, że Amerykanie oraz ich sojusznicy w Zatoce Perskiej potrafili odpalać nawet trzy, a czasem i więcej pocisków Patriot do nadlatującego z Iranu Shaheda, co było kompletnie kuriozalne i nie mogło być prowadzone na dłuższą metę. Pokazało to, że Amerykanie całkowicie nie docenili fakt, że tanie drony z łatwo dostępnych materiałów i na bazie komercyjnie osiągalnych komponentów mogą być nie tylko wytwarzane masowo, ale można je produkować dosłownie wszędzie, bez stosowania skomplikowanego oprzyrządowania produkcyjnego i drogich maszyn.
Skończyło się to tym, że wiele dronów trafiło w bardzo ważne obiekty czyniąc poważne szkody w infrastrukturze, a także spowodowało paraliż portów w tym ważnym rejonie świata. Dlatego dla ochrony swojej infrastruktury krytycznej poproszono o pomoc Ukrainę, które ma wielkie doświadczenie z radzeniem sobie z atakami takich tanich dronów. Łącznie ukraińscy specjaliści z tanimi dronami przechwytującymi trafiły do pięciu państw: Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Jordanii i Kataru.

Prezydent Wołodymir Zełenski z oficjalną wizytą w Katarze przed podpisaniem porozumienia w sprawie współpracy w obronie przed irańskimi dronami.
Prezydent Wołodymir Zełenski z oficjalną wizytą w Katarze przed podpisaniem porozumienia w sprawie współpracy w obronie przed irańskimi dronami.

Jest to ponad 220 specjalistów wojskowych (w tym ekspertów obrony powietrznej oraz funkcjonariuszy SBU) którzy doradzają jak zorganizować system obrony przed dronami oraz przywieźli ze sobą własne systemy do przechwytywania lecących dronów. Są to specjalne bezpilotowce przechwytujące, które są w stanie skutecznie niszczyć drony typu Shahed, a jednocześnie są niezwykle tanie, więc nadają się do masowej produkcji i zastosowania, w przeciwieństwie do klasycznych rakiet przeciwlotniczych.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

W coraz większym stopniu na pole walki w Ukrainie wkracza robotyzacja, pozwalająca tanim kosztem zrekompensować niedobory siły żywej, oczywiście tylko do pewnego stopnia, ale tendencja jest wyraźnie wzrostowa. W coraz większej liczby ról operator jest zastępowany automatycznie i wręcz autonomicznie działającymi systemami uzbrojenia. Jednym z takich przykładów jest ukraińska platforma do zwalczania dronów dalekiego zasięgu znana jako SkySentinel.

SkySentinel to wieża z najcięższym karabinem maszynowym Browning M2 kal. 12,7 mm. To doskonała amerykańska broń produkowana już od… stu lat! Pierwszy taki karabin maszynowy wszedł do produkcji w 1932 r. (projekt z 1921 r.), a od tamtej pory ulepszenia były relatywnie niewielkie, głównie dotyczyły materiałów z jakich broń wykonano  co przekładało się na zwiększoną żywotność, oraz precyzję wykonania poszczególnych części. Ma on szybkostrzelność rzędu 450–600 strz./min, a donośność skuteczna do drona to 1500 m w pionie i do 2000-2200 m w poziomie, broń ta nadaje się więc do bezpośredniej obrony obiektu, ale jest też wykorzystywana w Ukrainie, przy ręcznym celowaniu, do walki z przelatującymi dronami po skierowaniu mobilnego zespołu z półciężarówką na trasę nadlatującego z daleka bezpilotowca (częściej grup dronów) obserwowanego przez radary obrony powietrznej.

Wieżyczka systemu SkySentinel, który ma być używany do walki z tanimi dronami. Do obrony miasta, w zależności od jego wielkości, potrzeba od 10 do 30 takich systemów, w przypadku bardzo dużych miast nawet do 50
Wieżyczka systemu SkySentinel, który ma być używany do walki z tanimi dronami. Do obrony miasta, w zależności od jego wielkości, potrzeba od 10 do 30 takich systemów, w przypadku bardzo dużych miast nawet do 50

W odmianie SkySentinel karabin umieszczono na mechanicznie sterowanej wieżyczce, która jest naprowadzana na cel przez skomputeryzowany system automatyczny. Cel jest obserwowany przez głowicę elektrooptyczną zmontowaną z importowanych podzespołów i zintegrowaną przez ukraińską firmę  UADynamics z Kijowa. Składa się ona z kamery telewizyjnej wysokiej rozdzielczości, nocnej kamery termowizyjnej oraz z dalmierza laserowego. Kto jest dostawcą tych kamer to dokładnie nie wiadomo, ale znając kooperantów firmy  UADynamics może to być turecka firma Aselsan, producent elektroniki wysokiej klasy na światowym poziomie i technologiczny partner Ukrainy, może to być francuski Thales lub amerykański FLIR, ale mogą to być też firmy chińskie, których produkty kupuje się na otwartym rynku, a które w Ukrainie są już używane, w tym takich firm jak Hikvision z Hangzho, Dahua Technology także z Hangzhou i InfiRay (IRay Technology) z Yantai. Głowica działa w ten sposób, że jest ona nakierowywana na nadlatujący cel przez współpracujący z systemem radar. Taki radar nie należy do systemu, ale jest włączany jako element zewnętrzny, obsługując kilka czy kilkanaście wież SkySentinel. Kiedy skierowane na nadlatujący obiekt kamery zobaczą go i zidentyfikują dzięki układowi automatycznej klasyfikacji celów według jego bryły (z użyciem technologii sztucznej inteligencji i uczenia się maszynowego AI/ML), system przechodzi na śledzenie celu. Po określonym czasie śledzenia możliwe jest przestrzenne ustalenie toru lotu wrogiego drona, co wspomagane jest precyzyjnymi pomiarami odległości do niego z użyciem stacji laserowej (także importowanej).

To z kolei pozwala na obliczenie danych do wycelowania karabinu z odpowiednią poprawką na prędkość celu i na balistykę wystrzelonych pocisków oraz na automatyczne otwarcie ognia z odległości w zasięgu ognia skutecznego z Browninga. Warto dodać, że cała wieża działa autonomicznie, bezzałogowo, sama przechwytuje cel swoją elektrooptyką, klasyfikuje cel, śledzi go, celuje i otwiera ogień na odpowiedniej odległości w pełni automatycznie.

Wieżyczka systemu SkySentinel, który ma być używany do walki z tanimi dronami. Do obrony miasta, w zależności od jego wielkości, potrzeba od 10 do 30 takich systemów, w przypadku bardzo dużych miast nawet do 50
Wieżyczka systemu SkySentinel, który ma być używany do walki z tanimi dronami. Do obrony miasta, w zależności od jego wielkości, potrzeba od 10 do 30 takich systemów, w przypadku bardzo dużych miast nawet do 50

System niedawno przeszedł próby operacyjne w Ukrainie i pomyślnie zestrzelił cztery (według innych źródeł sześć) dronów klasy Shahed, czyli rosyjskich Gerań 2. Konstruktorzy z różnych ukraińskich firm zaangażowanych w projekt twierdzą, że system może także zwalczać cele lecącą z prędkością do 800-850 km/h, a zatem również pociski manewrujące takie jak 3M14 Kalibr czy Ch-101, które są również używane do atakowania obiektów w Ukrainie.
Taka wieża kosztuje ok. 150 000 dolarów, co jak na broń jest bardzo tanio. Samo jej użycie jest jeszcze tańsze, bowiem zużywa ona tanią amunicję do nkm kal. 12,7 mm oraz nieco prądu z sieci lub z generatora.
Co ciekawe polski moduł systemu „San” w którym wykorzystuje się WLKM z zakładów ZM „Tarnów” (tzw. potwór z Tarnowa) działa bardzo podobnie. Nie wiadomo tylko jaki jest poziom autonomiczności w polskim projekcie i czy porównywalny z ukraińskim.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Wyjątkowo znaczące siły siedmiu bombowców strategicznych B-2A Spirit oraz blisko 70 trudnowykrywalnych samolotów F-35A i F-35C Lightning oraz F-35I Adir w osłonie kilkunastu F-22A Raptor wykonały uderzenie na obiekty w Iranie. Inne typy samolotów, takie jak F-16 i F-15 odpalały pociski manewrujące z daleka nie wchodząc w przestrzeń powietrzną Iranu, ale EF-18G Growler atakowały radary systemów obrony powietrznej. W ataku używano też bezpilotowych aparatów latających, choć znaczna część z nich zostałą użyta do prowadzenia rozpoznania z daleka.

Uderzenie było poprzedzone bardzo starannym rozpoznaniem irańskiego systemu obrony powietrznej, które przede wszystkim prowadziły wielkie bezpilotowe aparaty latające MQ-4C Triton (wersja aparatów Global Hawk dla US Navy ale do działań zarówno morskich jak i lądowych). Należały one do dywizjonu Unmanned Patrol Squadron 19 (VUP-19), znany jako „Big Red” Drony te startowały z bazy Al Dhafra Air Base w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i wykonywały lot na wysokościach ponad 20 000 m wzdłuż wybrzeży Iranu, ale nad wodami międzynarodowymi, tak by prowadzić rozpoznanie radioelektroniczne pracujących stacji radarowych oraz radarów kierowania ogniem przeciwlotniczych zestawów rakietowych, które to dane zbierano wraz z danymi ze zdjęć satelitarnych. Podobną rolę rozpoznania strategicznego wykonywały izraelskie drony Heron TP (Eitan) z 210. Dywizjonu Sił Powietrznych Izraela, które jednak prowadziły loty rozpoznawcze z macierzystej bazy Tel Nof w Izraelu, przelatując nad Syrią i Irakiem, przypuszczalnie bez zgody władz tych państw.
Uderzenie zostało rozpoczęte od ataków na stacje radiolokacyjne oraz znane pozycje przeciwlotniczych zestawów rakietowych. I tutaj też użyto aparatów bezpilotowych. W kluczowym momencie niezwykle pomocne okazały się amerykańskie kopie irańskich aparatów bezpilotowych Shahed, czyli LUCAS (Low-cost Uncrewed Combat Attack System), atakujące głównie posterunki radiolokacyjne, uderzając na systemy antenowe. Inne pozycje oraz stanowiska dowodzenia przeciwlotniczych systemów rakietowych zostały zniszczone z użyciem pocisków skrzydlatych BGM-109 Tomahawk.

Sekretarz Wojny Pete Hegseth ogląda amerykańską kopię irańskiego dronu Shahed produkowaną w Arizonie pod nazwą LUCAS.
Sekretarz Wojny Pete Hegseth ogląda amerykańską kopię irańskiego dronu Shahed produkowaną w Arizonie pod nazwą LUCAS.

Ciekawostką jest to, że izraelskie myśliwce F-35I Air latając w przestrzeni powietrznej Iranu, używały amunicji krążącej Delilah o masie 185 kg i zasięgu do 250 km. Są to pociski manewrujące, ale o cechach typowej amunicji krążącej czyli aparatu bezpilotowego. Może on bowiem krążyć w wyznaczonym rejonie w poszukiwaniu celu. Jeśli operator na pokładzie samolotu dostrzeże godny ataku cel i wskaże go pociskowi, ten wykonuje atak na wskazany obiekt z dokładnością do 1 m.
W czasie samego ataku, według niepotwierdzonych na razie doniesień, wraz z dużą falą uderzeniową samolotów wleciały aparaty latające MQ-9 Reaper, które poszukiwały mobilnych wyrzutni rakiet balistycznych oraz mobilnych systemów przeciwlotniczych, które były na bieżąco niszczone przenoszonym uzbrojeniem oraz wskazywane do ataku myśliwcom F-35A przenoszącym bomby SDB kierowane GPS i pokładowym F-35C przenoszącym cięższe bomby rodziny JDAM.
Poza wymienionymi, w ataku użyto też unikalnych izraelskich aparatów IAI Harop. Służą one do poszukiwania i atakowania pracujących stacji radiolokacyjnych systemów obrony przeciwlotniczej na tej samej zasadzie jak pociski przeciwradiolokacyjne. Kierują się na źródło promieniowania. Jednak ich zasięg wynosi tylko 200 km, więc musiały zostać użyte z pokładów amerykańskich okrętów, jeśli ich użycie w ogóle się potwierdzi.

Nie wiadomo na pewno czy rzeczywiście użyto dronów do niszczenia stacji radiolokacyjnych IAI Harop, ale jeśli tak to jedyna możliwość że startowały one z pokładów amerykańskich okrętów wojennych.
Nie wiadomo na pewno czy rzeczywiście użyto dronów do niszczenia stacji radiolokacyjnych IAI Harop, ale jeśli tak to jedyna możliwość że startowały one z pokładów amerykańskich okrętów wojennych.

W przeciwną stronę Iran zdołał wystrzelić kilka rakiet balistycznych oraz pewną liczbę dronów Shahed. Co ciekawe, jeden z tych ostatnich bezpilotowców zdołał trafić obiekt w Naval Support Activity (NSA) Bahrain czyli zaplecze logistyczne 5. Floty US Navy. Dron nie został zestrzelony na czas i uderzył w cel czyniąc określone szkody. Wybuchy były też obserwowane w Mina Salman Port w Bahrajnie gdzie stacjonują amerykańskie okręty i gdzie również został skierowany atak irańskich Shahedów. Ale bliższych danych nie znamy.

Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer

Ironią losu jest to, że przeciwko Iranowi mogą być użyte kopie irańskich dronów Shahed 136, które zrobiły wielką karierę w czasie wojny w Ukrainie, gdzie dzięki swojej niskiej cenie stały się bronią masowo stosowaną i wyrządzającą wymierne szkody w ukraińskiej infrastrukturze energetycznej. Tym razem Amerykanie docenili coś, co jest tanie na tyle, że może być produkowane na bardzo dużą skalę.

Amerykanie dysponują dość skutecznym środkiem rażenia do wykonywania ataków na dużą odległość w postaci pocisków manewrujących BGM-109 Tomahawk. Pocisk manewrujący BGM-109 Tomahawk jest obecnie produkowany przez amerykański koncern zbrojeniowy Raytheon (część grupy RTX Corporation), a jego cena jednostkowa wynosi zazwyczaj od 1,3 mln do 2,5 mln dolarów, w zależności od wariantu i wielkości zamówienia. Dla porównania, jeden dron LUCAS kosztuje ok. 35 000 dolarów. Czyli w zamian za Tomahawka można mieć 70-71 dronów LUCAS. Nawet jeśli do celu dotrze tylko 20 % z nich (Tomahawk ma skuteczność rzędu 90 %), to i tak jest to jakieś 13 aparatów trafiających w cele zamiast pojedynczego. Oczywiście masa głowicy bojowej jest nieporównywalna, bo Tomahawk ma głowicę o masie ok. 450 kg, przy czym może to być głowica odłamkowo-burząca WDU-36/B lub penetrująca. Natomiast w obecnej postaci LUCAS, który bardziej przypomina Shaheda 131 ma głowicę o masie 18 kg. Jak widać siła rażenia jest nieporównywalna. Jednakże większe irańskie Shahedy 136 mają głowicę o masie 50 kg, a rosyjskie kopie po modernizacji czyli Gerań 2 przenoszą głowice o masie po 70 kg. Z czego większość stanowi materiał wybuchowy, czyli siła rażenia i tak nie może być lekceważona.

Amerykański LUCAS w locie. Wygląda bardzo podobnie do popularnego Shaheda
Amerykański LUCAS w locie. Wygląda bardzo podobnie do popularnego Shaheda

Amerykańskie kopie irańskich dronów są wykonywane przez amerykańską firmę SpektreWorks. SpektreWorks to amerykańska firma inżynieryjna z siedzibą w Phoenix/Scottsdale w Arizonie, która specjalizuje się w projektowaniu i produkcji zaawansowanych systemów bezzałogowych (UAS). To właśnie w tej firmie zbudowano kopie irańskich Shahedów jako cele latające do ćwiczeń własnej obrony przeciwlotniczej, które oznaczono w firmie FLM-131 i FLIM-136, co niemal wprot odpowiada irańskim dronom Shahed 131 i 136. Tyle tylko, że amerykańskie cele są nieco mniejsze. Kiedy pojawiły się owe skopiowane drony jako cele do ćwiczeń, i kiedy okazało się że są one relatywnie trudne do zwalczania ze względu na możliwą skalę ich użycia (wypadkowa niskiej ceny), wówczas Amerykanie wpadli na pomysł, by stworzyć na bazie tych celów po prostu aparaty bojowe, które również mogłyby być używane masowo w razie potrzeby. Tak właśnie powstał aparat LUCAS, czyli niskokosztowy, bezpilotowy system uderzeniowy (Low-cost Uncrewed Combat Attack System).
LUCAS, czyli wersja uzbrojona wersja latającego celu, przypuszczalnie odmiany FLM-136, ma zasięg 820 km co w przybliżeniu odpowiada Shahedowi 131, choć jest oznaczony tak jak większy aparat. Wynika to z faktu, że cele symulujące aparaty irańskie zostały wykonane jako nieco mniejsze od swoich irańskich odpowiedników, choć cały układ konstrukcyjny i charakterystyczny kształt bez usterzenia poziomego zostały zachowane bez zmian. LUCAS (w wersji produkcyjnej opartej na platformie FLM-136) ma konstrukcję typu latające skrzydło (delta), o długości około 3 metrów i rozpiętości skrzydeł 2,5 metra. Jego maksymalna masa startowa wynosi około 81,5 kg. LUCAS napędzany jest przez prosty, dwusuwowy silnik spalinowy o mocy 15 KM, który napędza dwułopatowe śmigło pchające (zamontowane z tyłu kadłuba). Prędkość przelotowa to 130-150 km/h, maksymalna to 185 km/h, wysokość lotu od 30 do 4 500 metrów.

Drony LUCAS jednostki Task Force Scorpion Strike (TFSS), czekamy na doniesienia czy zostały użyte przeciwko Iranowi.
Drony LUCAS jednostki Task Force Scorpion Strike (TFSS), czekamy na doniesienia czy zostały użyte przeciwko Iranowi.

Amerykanie powołali do życia połączoną jednostkę Task Force Scorpion Strike (TFSS), która operacyjnie jest podporządkowana pod siły specjalne US Navy, ale służą w niej specjaliści z różnych sił zbrojnych. Ma ona siłę wzmocnionej kompanii, dysponując wyrzutniami pozwalającymi na start dronów LUCAS. Obecnie jednostka ta stacjonuje na pokładzie okrętu patrolowego (Littoral Combat Ship) typu Independence – USS Santa Barbara (LCS 32). USS Santa Barbara wraz z bliźniaczą jednostką USS Tulsa opuściły Zatokę Perską i operują obecnie na wodach północnej części Morza Arabskiego, gdzie znajdują się w trakcie amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Do zwalczania dronów różnych typów w najnowszym polskim systemie antydronowym „San” wykorzystuje się różne systemy przeznaczone do zwalczania bezpilotowych aparatów latających różnych typów. Zróżnicowanie tych środków zwalczania pozwala na użycie systemu przeciwko najróżniejszym klasom bezpilotowców, tak w strefie przyfrontowej, jak i w obronie obiektów na zapleczu.

Polski system „San” jest pierwszym polskim systemem dedykowanym wprost do obrony przeciwko bezpilotowym aparatom latającym różnych klas. Istotą elementów, które służą do niszczenia wykrywanych i wskazywanych bezpilotowych aparatów latających jest to, że są one bardzo tanie w użyciu. Pozwala to na bardzo ekonomiczne zwalczanie masowo używanych dronów, tak by państwo było stać na prowadzenie wojny, przy zachowania odpowiedniego poziomu skuteczności. Dlatego w skład systemu wchodzą aż cztery różne typy tzw. „efektorów”, czyli elementów niszczących.

Zacznijmy od tych efektorów najniższego piętra. Tzw. bronią ostatniej szansy stojącej bezpośrednio przy bronionym obiekcie są wielkokalibrowe karabiny maszynowe WLKM kal. 12,7 mm produkowane przez ZM Tarnów. WLKM 12,7 mm to czterolufowy wielkokalibrowy karabin maszynowy (WKM) z napędem elektrycznym, pracujący w układzie Gatlinga, jego szybkostrzelność jest regulowana elektronicznie w zakresie od 400 do 3600 strz./min, przy maksymalnej szybkostrzelności jest to dosłownie 60 pocisków na sekundę. w systemie „San” karabin WLKM 12,7 mm jest montowany w bezzałogowej, zdalnie sterowanej wieżyczce (ZSMU) i jest w pełni zintegrowany z zewnętrznymi sensorami (radar, głowica elektrooptyczna – na innym pojeździe), ale za celowanie odpowiada własna głowica elektrooptyczna na pojeździe. Jest w pełni stabilizowany (można celnie strzelać w ruchu). Całość umieszczono na pojeździe Legwan (polski wariant koreańskiego modelu KIA KLTV) produkowanego przez Rosomak S.A. w Siemianowicach Śląskich.
Kolejnym efektorem jest umieszczony na podwoziu Jelcz 662.D43 i ma on wieżyczkę z armatą AG-35 kal. 35 mm, również sterowaną zdalnie z zewnętrznych sensorów. Działo z wieżyczką jest produkowane przez HSW w Stalowej Woli, ale jest integrowane z układem celowniczym przez firmę PIT-Radwar z Warszawy. Jest to działo kal. 35 mm produkowane na licencji firmy Oerlikon, o szybkostrzelności 550 strz./min, zasięgu poziomym do 5-6 km i wysokości zwalczania celów do 3500-4000 m. Najważniejszy element systemu to amunicja programowalna ABM. Armata posiada programator wylotowy, który „mówi” pociskowi, w którym ułamku sekundy ma wybuchnąć przed dronem, tworząc chmurę wolframowych odłamków. Wieża armaty ma własną elektrooptyczną głowicę śledzącą i komputer balistyczny, więc po otrzymaniu informacji o położeniu celu od źródeł zewnętrznych już samodzielnie celuje działem.
Kolejnym efektorem jest wyrzutnia elektrycznych dronów przechwytujących które powstają w firmie Advanced Protection Systems. Są to bardzo tanie drony naprowadzane elektrooptycznie o wysokiej celności. Są one kierowane przez operatora. Ich wyrzutnia zostanie również umieszczono na produkowanym w Polsce pojeździe Legwan. O tym elemencie na razie wiadomo stosunkowo nie wiele, ewidentnie szczegóły nie zostały jeszcze ostatecznie określone.

Wielkokalibrowy karabin maszynowy WLKM znany jako „potwór z Tarnowa” na podwoziu pojazdu typu Legwan.
Wielkokalibrowy karabin maszynowy WLKM znany jako „potwór z Tarnowa” na podwoziu pojazdu typu Legwan.

I wreszcie czwartym efektorem ma być wyrzutnia kierowanych pocisków rakietowych AGR-20 APKWS (Advanced Precision Kill Weapon System) opracowane w USA, moduły do tworzenia tych pocisków są budowane w amerykańskim oddziale brytyjskiej firmy BAE Systems. Pociski te powstają przez modyfikację rakiet niekierowanych HVAR kal. 70 mm (Hydra), na których dokręca się moduł zapalnika z modułem naprowadzania i sterowania WGU-59/B z głowicą wyposażoną w zapalnik zbliżeniowy, co pozwala na niszczenie dronów bez konieczności bezpośredniego trafienia. Kierowanie jest realizowane półaktywnie laserowo, czyli cel jest podświetlany przez znajdujący się na pojeździe elektrooptyczny układ kierowania ogniem. Same rakiety dzięki temu rozwiązaniu są wyjątkowo tanie, cena to ok. 20 000 dolarów. Zasięg pocisku sięga 6 km w poziomie i do 5000 m w pionie.

Taki zestaw jest proponowany dla pełnej baterii zestawu z czterema plutonami po cztery efektory w każdym.

Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer

Ukraińskie doświadczenia pokazały, że zwalczanie dronów, tak tych dalekiego zasięgu jak i tych pola walki, stanowi poważny problem. Są one bowiem tak tanie, że można je stosować na masową skalę, a zwalczanie ich tradycyjnymi kosztownymi rakietami przeciwlotniczymi kompletnie mija się z celem.

Polski system „San” jest pierwszym polskim systemem dedykowanym wprost do obrony przeciwko bezpilotowym aparatom latającym różnych klas. Oczywiście najważniejsza jest obrona terytorium kraju przed dronami dalekiego zasięgu. Ich symbolem jest irański Shahed 131 i 136, które są w Rosji produkowane na licencji z wieloma ulepszeniami jako Gerań 1 i Gerań 2, a na ich bazie powstała wersja „pułapka” z minimalnym ładunkiem wybuchowym Gerbera, służąca do rozpraszania wysiłków obrony przeciwlotniczej. Ostatnio nawet Amerykanie skopiowali irańskiego Shaheda pod nazwą LUCAS (Low-cost Uncrewed Combat Attack System) i co jest pewną ironią losu, może wykorzystają je do ataku na Iran.
Istotą zastosowania tego rodzaju aparatów jest to, że mogą one być produkowane i stosowane masowo ze względu na relatywnie prymitywną konstrukcje i niesamowicie niską cenę. Z tego powodu ciężko je zwalczać tradycyjnymi rakietami przeciwlotniczymi. Oczywiście takie systemy jak Narew z rakietami CAMM-ER z łatwością sobie z nimi radzą. Mogą je zestrzeliwać w każdym warunkach, z odległości do kilkudziesięciu kilometrów, w dzień i w nocy, na dowolnej wysokości typowego lotu Shaheda. Tyle tylko, że taka rakieta kosztuje z reguły 2-4 miliony złotych, podczas gdy Rosjanie są w stanie atakować Ukrainę dronami Gerań w ilościach od 150 do 500 dziennie. I to już trwa mniej więcej dwa lata. Obecnie ataki są prowadzone jakieś 20 dni w miesiącu i więcej, czyli niemal każdego dnia, tak po około 5000 dronów miesięcznie, co daje 60 tys. rocznie. Czy stać nas na zużycie rakiet przeciwlotniczych kosztujących jakieś 180-200 miliardów złotych rocznie? Przecież to absolutnie bez sensu… Tymczasem jeden Gerań 2 kosztuje jakieś 20-30 tys. dolarów.
Dlatego do wykrywania i zwalczania tych aparatów potrzebny jest specjalny system, używający tanich tzw. efektorów czyli elementów niszczących, których użycie jest dostatecznie tanie, by można było masowo niszczyć nimi nadlatujące aparaty-pociski.
Głównym integratorem systemu „San” jest nowa polska firma, tzw. start-up APS (Advanced Protection Systems) z Gdyni, założona w 2015 r. przez dwóch naukowców dr. Macieja Klemma oraz dr. Radosława Piesiewicza. Ich system dowodzenia proponowany do systemu „San” to aplikacja CyView C2, która automatycznie łączy dane z różnych sensorów (radarów, systemów elektrooptycznych, źródeł zewnętrznych) tworząc jednolity obraz sytuacji powietrznej z wydaniem zobrazowania położenia wszystkich wykrytych obiektów powietrznych w czasie rzeczywistym. Opracowana aplikacja wykorzystuje zaawansowane algorytmy sieci neuronowych i uczenia maszynowego do precyzyjnego odróżniania dronów od innych obiektów, np. ptaków, co minimalizuje liczbę fałszywych alarmów.

Radar Xenta-M firmy Weibel Scientific. Radar wykrywa małe drony (klasa mikro/mini, np. DJI Mavic) ok. 5–10 km, większe drony taktyczne do 20–30 km, a cele o większym przekroju (samoloty, śmigłowce) do 50–60 km.
Fot. Weibel Scientific
Radar Xenta-M firmy Weibel Scientific. Radar wykrywa małe drony (klasa mikro/mini, np. DJI Mavic) ok. 5–10 km, większe drony taktyczne do 20–30 km, a cele o większym przekroju (samoloty, śmigłowce) do 50–60 km.
Fot. Weibel Scientific

Sercem systemu „San” ma być duński radar Xenta-M firmy Weibel Scientific z Allerød. Jest to radar pracujący w technologii fali ciągłej z modulacją częstotliwości (FMCW). W przeciwieństwie do tradycyjnych radarów, mierzy on przesunięcie Dopplera z ogromną rozdzielczością, co pozwala mu odróżnić drona od machającego skrzydłami ptaka czy liści poruszanych wiatrem. Radar pracuje na tradycyjnym paśmie centymetrowym, bowiem radary milimetrowe wykrywające małe obiekty mają ograniczenia związane z pogodą, gorzej pracują przy deszczu czy śniegu. Mimo to ma możliwość wykrywania bardzo małych i wolno poruszających się celów, tzw. obiektów LSS (Low, Slow, Small), czyli małych które poruszają się nisko i wolno. Radary takie jak Xenta-M firmy Weibel lub systemy FIELDctrl od APS radzą sobie z tym dzięki technologii micro-Doppler, która potrafi wykryć mikro-ruch, np. obracające się śmigła drona, nawet jeśli sam obiekt stoi w miejscu.

Z kolei jako elektrooptyczny czujnik w systemie „San” zostanie wykorzystana głowica GOS-1 opracowana przez Przemysłowe Centrum Optyki (PCO) w Warszawie. Kamera termowizyjna systemu ma matrycę chłodzoną (FPA) wykonana w technologii MCT (Tellurek kadmowo-rtęciowy) o rozdzielczości HD 1280 x 720 pikseli (lub 1280 x 1024 w standardzie SXGA). Kamera telewizyjna głowicy ma rozdzielczość full HD 1920 x 1080 pikseli. Dalmierz laserowy bezpieczny dla oczu mierzy odległość w zakresie od ok. 100 m do ponad 10 km z dokładnością do +/- 5 metrów. Głowica GOS-1 jest używana do kierowania ogniem niektórych efektorów.
O tych ostatnich w kolejnej części.

Gerań 2 produkcji rosyjskiej, główny przeciwnik systemu antydronowego „San”.
Fot. MO Rosji
Gerań 2 produkcji rosyjskiej, główny przeciwnik systemu antydronowego „San”.
Fot. MO Rosji

Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer

Bezpłatny webinar Śląskiego Klastra Lotniczego o programie European Cluster for Drone Innovation (ECDI).

Sektor bezzałogowych systemów powietrznych (UAV) znajduje się obecnie w punkcie zwrotnym. Rosnące znaczenie technologii o podwójnym zastosowaniu (dual-use) otwiera przed polskimi firmami produkcyjnymi z sektora MŚP bezprecedensowe możliwości rozwoju i internacjonalizacji.

Co oferuje program ECDI?
Wybrane w ramach naborów firmy mogą liczyć na kompleksowe wsparcie, którego wartość merytoryczna i finansowa stanowi realny impuls rozwojowy:

Wsparcie finansowe: Granty w wysokości 200 000 PLN na realizację projektów innowacyjnych.
Mentoring i doradztwo: Indywidualna opieka ekspertów oraz wsparcie w tworzeniu planów innowacji.
Usługi techniczne: Dostęp do specjalistycznej wiedzy.
Networking: Możliwość nawiązania współpracy z czołowymi europejskimi partnerami.

Aby przybliżyć Państwu zasady uczestnictwa w projekcie oraz pomóc w skutecznym przygotowaniu wniosków, Śląski Klaster Lotniczy organizuje otwarte spotkanie organizacyjne w formie webinaru.

Celem spotkania jest dostarczenie Państwu praktycznych informacji, które pozwolą precyzyjnie dopasować aplikację do kryteriów oceny i zmaksymalizować szanse na otrzymanie finansowania.

Informacje o wydarzeniu:
Data: 2 marca 2026 r.
Godzina: 10:00 – 11:00.
Miejsce: Platforma Google Meet (online).
Koszt: Udział w webinarze jest całkowicie bezpłatny.

Odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania znajdziecie Państwo na oficjalnej stronie: https://ecdi-euroclusters.eu

Rejestracja:

Zgłoszenia chęci udziału w spotkaniu prosimy przesyłać za pośrednictwem poniższego formularza: FORMULARZ REJESTRACYJNY
W razie dalszych pytań, prosimy o kontakt: joanna.wagner@aerosilesia.eu

Serdecznie zapraszamy.

Komercyjne małe bezpilotowe aparaty latające są niezwykle tanie. Dziś niemal każdy, kto się nieco tym interesuje może sobie pozwolić na zakup własnego drona. Najbardziej rozpowszechnione są aparaty produkcji chińskiej, które można zakupić na popularnych platformach zakupowych.

W Polsce najbardziej rozpowszechnione są typy DJI Mini 4 Pro oraz DJI Neo, ale też dużo jest DJI Mini 3 (oraz starsze wersje, np. Mini 2 SE), a także bardzo lekkich (zaledwie 125 g) HOVERAir X1 Combo Plus. Wszystkie należą do klasy C0, czyli tej najmniej wymagającej.

Pierwsza i najpopularniejsza to llasa C0 (Masa < 250 g). Te aparaty nie wymagają żadnych uprawnień, ale operator musi się zarejestrować, a na dronie trzeba umieścić naklejkę z numerem identyfikacyjnym przydzielonym w czasie tej rejestracji. w Polsce każdy lot dronem z kamerą, niezależnie od jego klasy (nawet C0 < 250 g), musi zostać zgłoszony przed startem. Istnieje tzw. „obowiązek Check-in”, czyli każdy lot wykonany w polskiej przestrzeni powietrznej należy zarejestrować w systemie Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej (PAŻP). Do zgłaszania lotów służy oficjalna aplikacja DroneTower. Musisz w niej wskazać miejsce lotu, maksymalną wysokość oraz czas operacji. Aplikacja od razu poinformuje użytkownika, czy w danym miejscu nie ma strefy zakazanej (np. nad jednostką wojskową) lub ograniczeń (np. blisko lotniska). Loty można wykonywać do wysokości 120 m, choć istnieje zasada by cały czas widzieć aparat którym latamy. Loty można wykonywać tylko w zasięgu widzialności wzrokowej drona, czyli w praktyce nie wolno oddalać się aparatem na więcej niż na jakieś 1,5 km. Z reguły aparaty są wyposażone w system nawigacji satelitarnej GPS oraz autopilota, który sprawia że po utracie łączności z operatorem dron automatycznie wraca na miejsce startu i ląduje lub zatrzymuje się w zawisie. Można wlatywać dronem typu C0 nad przypadkowymi pojedynczymi osobami postronnymi (choć zaleca się to ograniczyć do minimum)., ale nie wolno pod żadnym pozorem wlatywać nad zgromadzenia ludzkie: nad demonstracje, zgromadzenia, koncerty, nad plaże, itp. Drony C0 są ciche, ale wciąż operator podlega przepisom o ochronie prywatności. Należy unikać zaglądania w okna i latania blisko cudzych posesji, jeśli nie chce się mieć problemów z policją na tle naruszenia dóbr osobistych. Trzeba też latać zgodnie z tym, co napisał producent w instrukcji (np. nie lataj przy wietrze powyżej 10 m/s lub w gęstej mgle). Każdy operator musi dokładnie zapoznać się z instrukcją producenta drona i ma obowiązek się do niej stosować. Mimo że dla C0 nie jest ustawowo wymagane w Polsce ubezpieczenie OC, to w razie różnych incydentów, ubezpieczenie OC (np. Finax oferujący opcje ubezpieczeń lub dedykowane polisy dronowe) uratuje portfel użytkownika.

Latanie dronem klasy C1 (masa od 250 g do 900 g, np. DJI Air 3) wiąże się z większą odpowiedzialnością niż w przypadku mniejszych modeli. Oprócz ogólnych zasad bezpieczeństwa, trzeba spełnić konkretne wymogi formalne i techniczne. Trzeba ukończyć darmowe szkolenie i zdać egzamin online na podkategorię A1/A3. Certyfikat jest ważny przez 5 lat w całej UE. Trzeba też zarejestrować się na portalu drony.gov.pl i umieścić swój numer operatora na dronie w widocznym miejscu. W przeciwieństwie do klasy C0, dla drona klasy C1 w Polsce posiadanie ubezpieczenia OC jest obowiązkowe. Trzeba mieć polisę chroniącą przed szkodami wyrządzonymi osobom trzecim. Brak ubezpieczenia podczas kontroli może skutkować mandatem do 4000 zł. Drony klasy C1 muszą mieć fabrycznie aktywny system Remote ID. Dron musi mieć ustawiony limit wysokości (120 m) w oprogramowaniu, podobnie jak w przypadku aparatów C0 przelatywanie nad postronnymi osobami jest dozwolone, choć należy je ograniczyć do minimum, latanie nad zgromadzeniami jest zabronione. Jeśli aparat nie ma systemu automatycznego powrotu do miejsca znajdowania się operatora, można na nim latać w odległości do 50 m od operatora.

Rzadziej wykonuje się loty klasy C2 (Masa < 4 kg), na przykład DJI Mavic 3 Pro (z certyfikatem C2). Wymagana jest rejestracja, dodatkowy egzamin teoretyczny w ośrodku (A2). Można nim latać w odległości 30 m od osób (lub 5 m w trybie niskiej prędkości). Pozostałe zasady – jak wyżej. We wszystkich przypadkach mówimy o lotach niekomercyjnych. Michał Fiszer, współpraca Maciek Fiszer

Niekomercyjne latanie dronami jest w Polsce coraz bardziej rozwinięte. Dostępne aparaty za umiarkowaną cenę oferują coraz ciekawsze rozwiązania techniczne, które zwiększają bezpieczeństwo użytkowania dronów i mogą poszerzyć ich zastosowanie.

Rynek dronów komercyjnych w Polsce wchodzi w fazę dojrzałości, gdzie proste filmowanie z powietrza ustępuje miejsca zaawansowanej analityce i pełnej automatyzacji. Rok 2025 i początek 2026 r. przynoszą fundamentalne zmiany zarówno w technologii, jak i w przepisach prawnych, które determinują sposób wykorzystania bezzałogowców w polskim przemyśle, rolnictwie i służbach ratunkowych.

Inteligencja na krawędzi: Era autonomii AI
Największym przełomem technologicznym jest przejście od dronów sterowanych manualnie do platform autonomicznych wykorzystujących sztuczną inteligencję (AI). Nowoczesne drony, takie jak te oferowane przez liderów rynku (m.in. DJI), nie są już tylko latającymi kamerami, ale mobilnymi centrami danych.
Dostępne jest obecnie tzw. przetwarzanie brzegowe (Edge Computing), głównie zebranych danych, ale czasem i parametrów lotu. Dzięki wbudowanym procesorom AI, drony potrafią analizować obraz w czasie rzeczywistym. W polskim sektorze energetycznym pozwala to na automatyczne wykrywanie defektów linii wysokiego napięcia bez konieczności przesyłania gigabajtów danych do chmury. Kolejną nowinką jest autonomia lotu: Systemy oparte na wizji komputerowej umożliwiają dronom bezpieczne poruszanie się w trudnych warunkach, np. wewnątrz hal przemysłowych czy kopalni, co rewolucjonizuje inspekcje i sprawdzanie różnych instalacji.

Nowości sprzętowe na polskim niebie
Rok 2025 przyniósł premiery modeli, które stały się standardem w profesjonalnych zastosowaniach:
DJI Mavic 4 i Inspire 3 to jedne z nich. Te modele wyznaczają nowe standardy w fotogrametrii i produkcji filmowej dzięki matrycom o wysokiej rozdzielczości i lepszemu zakresowi dynamicznemu. DJI Matrice 4 to następca popularnej serii Enterprise, oferujący jeszcze większą odporność na warunki atmosferyczne i modułowość.
W sektorze bezpieczeństwa wzrasta znaczenie dronów takich jak Parrot ANAFI UKR, które dzięki współpracy polsko-ukraińskiej są optymalizowane pod kątem zadań taktycznych i szkoleniowych dla służb mundurowych.

Rewolucja w przepisach: Ubezpieczenie OC i koniec NSTS
Polscy operatorzy muszą dostosować się do kluczowych zmian w prawie lotniczym, które mają na celu profesjonalizację branży. Jednym z tych nowych regulacji jest obowiązkowe ubezpieczenie OC. Od 13 listopada 2025 r. każdy operator drona o masie od 250 g do 20 kg musi posiadać polisę OC, niezależnie od celu lotu. Brak ubezpieczenia grozi karą do 4000 zł.
Przejście na standardy unijne (STS): z dniem 31 grudnia 2025 r. wygasają krajowe scenariusze standardowe (NSTS). Od 2026 roku piloci wykonujący loty w kategorii szczególnej będą musieli korzystać z europejskich scenariuszy STS-01 (VLOS) oraz STS-02 (BVLOS).
Klasyfikacja sprzętu: nowe drony muszą posiadać nadaną klasę (np. C0-C6), co ułatwia ich identyfikację i określa dopuszczalne strefy operacji, zgodnie z uprawnieniami A1, A2, A3.

Integracja 5G i IoT: Drony w inteligentnym mieście
Przyszłość polskiego rynku to U-Space – zintegrowana przestrzeń powietrzna, w której drony komunikują się ze sobą i infrastrukturą miejską. Na przykład sieci 5G pozwalają na loty poza zasięgiem wzroku (BVLOS) z minimalnym opóźnieniem w transmisji wideo, co jest kluczowe dla monitoringu miast i szybkich dostaw medycznych.
Technologia roju (Swarm) umożliwia z kolei koordynację wielu aparatów jednocześnie, co znajduje zastosowanie w rolnictwie precyzyjnym (opryski wielkopowierzchniowe) oraz zaawansowanych akcjach poszukiwawczych.

Podsumowanie
Polski rynek dronów komercyjnych w 2026 r. to przestrzeń dla profesjonalistów korzystających z narzędzi wspieranych przez AI. Wzrost wymogów prawnych, takich jak obowiązkowe OC na drony według Urzędu Lotnictwa Cywilnego, idzie w parze z gigantycznym skokiem technologicznym, czyniąc drony nieodzownym elementem nowoczesnej gospodarki.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman


Na całe szczęście w krajach Unii Europejskiej obowiązują ujednolicone zasady wykonywania lotów dronami, co bardzo ułatwia posługiwanie się nimi. Są jednak specyficzne dodatkowe przepisy, z którymi warto się zapoznać przed wyjazdem, na który zamierzamy wyjechać z dronem.

Dla dronów klasy C0, czyli o masie do 250 g nie jest wymagane posiadanie certyfikatu pilota dronowego (wystarczy znajomość instrukcji). Mimo to warto ukończyć kilkugodzinny darmowy kurs online A1/A3 w dostępnych ośrodkach (na przykład Akademia UAV) lub uzyskać materiały z Urzędu Lotnictwa Cywilnego (ULC) by samodzielnie przygotować się egzaminu online na kategorię A1/A3 w ULC. Podkategorie A1, A2 i A3 dotyczą miejsc latania: A1 latanie nad ludźmi dronami klasy C0 i C1, czyli o masie do 250 g lub do 0,9 kg, choć należy to ograniczyć, no i oczywiście pozostaje zakaz latania nad zgromadzeniami. Potkategoria A2 pozwala na latanie w pobliżu ludzi (do 30 m lub w trybie niskiej prędkości do 5 m) dronami klasy do C2 (masa do 4 kg). I wreszcie podkategoria A3 czyli latanie z dala od ludzi, czyli w odległości co najmniej 150 m dronami do kategorii C3 (mada do 25 kg). Trzeba też pamiętać, że w Polsce dla dronów od 250 g wzwyż trzeba mieć polisę OC. Dla dronów C1 i C2 wystarczy egzamin A1/A3 online (bezpłatny), natomiast dla dronów C3 należy zdać dodatkowo egzamin A2 w certyfikowanym ośrodku i jest to egzamin płatny (ok. 50-100 zł). Warto tu jeszcze wyjaśnić, że tryb niskiej prędkości (często nazywany Cine lub Tripod) to funkcja ograniczająca prędkość poziomą drona do maksymalnie 3 m/s (ok. 11 km/h), jest to potrzebne w kategorii A2 latania w pobliżu ludzi. We wszystkich przypadkach obowiązuje maksymalna wysokość lotu do 120 m, obowiązek rejestracji drona w dowolnym kraju Unii Europejskiej co jest honorowane we wszystkich pozostałych, no i umieszczenie uzyskanego numeru identyfikacyjnego w widocznym miejscu drona, a także obowiązkowe zgłaszanie lotu dronem online w odpowiedniej aplikacji. Należy przy tym przestrzegać zasad niewykonywania lotu w strefach zakazanych lub ograniczonych w danym kraju, co uzyskamy w odpowiedniej aplikacji.

Poza wymienionymi, w poszczególnych krajach obowiązują pewne dodatkowe regulacje. Przykładowo: w Niemczech ubezpieczenie OC jest obowiązkowe dla każdego drona, nawet poniżej 250 g. Niemcy traktują drony jako statki powietrzne podlegające ustawie o ruchu lotniczym (LuftVG). Do sprawdzania stref używaj aplikacji Droniq. W Austrii również wymaga ubezpieczenia OC dla każdego drona. Bardzo restrykcyjnie podchodzi do ochrony prywatności i lotów nad parkami narodowymi. W Czechach jest identycznie jak w Polsce, rejestracja polska jest uznawana. Mapy i zgłaszanie: DronView. We Francji od 2026 r. zaostrzono przepisy dla lotów profesjonalnych, ale dla C0 rekreacyjnego wystarczy rejestracja. Zakaz lotów nocnych (chyba że dron ma zielone światło błyskowe). Mapy stref: Géoportail. W Danii wymagana rejestracja (uznawana polska rejestracja) i przestrzeganie stref (mapy na Droneluftrum). Warto w tym miejscu pamiętać, że nie wolno rejestrować się jako operator w więcej niż jednym kraju UE jednocześnie, w Danii jest to traktowane bardzo restrykcyjnie. Podczas lotów nocnych w Danii dron musi emitować zielone światło błyskowe, aby był odróżnialny od statków załogowych. We Włoszech wymagane jest ubezpieczenie OC zgodne z wymogami ENAC. Obowiązuje zakaz lotów nad miastami i plażami bez specjalnych zgód. Mapy stref znajdują się na portalu D-Flight.
W tym miejscu należy pamiętać, że Wielka Brytania nie należy do UE i latanie w Wielkiej Brytanii wymaga stosowania odrębnych przepisów. Obowiązkowa rejestracja dla dronów z kamerą (koszt ok. £12/rok). Trzeba też mieć niezależny identyfikator operatora drona, tzw. Flyer ID, obowiązkowy dla każdego drona o masie 100 g i więcej (również dla klasy C0/UK0). Trzeba zdać darmowy brytyjski test online. Ubezpieczenie nie jest wymagane prawnie dla lotów rekreacyjnych, ale jest silnie zalecane. Do sprawdzania stref używa się Drone Assist.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Już teraz zapisz się
do naszego newslettera

Bądź na bieżąco z nowościami