Szanowni Partnerzy Branży Dronowej!
Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia oraz nadchodzącego Nowego Roku, pragniemy Wam złożyć serdeczne życzenia pełne sukcesów i inspiracji w dynamicznie rozwijającej się dziedzinie UAV.
Niech te Święta będą dla Was okazją do zasłużonego wypoczynku oraz refleksji nad osiągnięciami minionego roku. Życzymy Wam nieustającego entuzjazmu w pracy nad innowacyjnymi rozwiązaniami oraz niezliczonych momentów satysfakcji z osiągniętych sukcesów.
W Nowym Roku niech Wasze produkty staną się jeszcze bardziej zaawansowane, dostosowane do rosnących oczekiwań rynku dronowego.
Szczęśliwego nowego roku!
Zespół UAV Connect
Śląśki Klaster Lotniczy
Korygowanie ognia artylerii oraz ocena skutków strzelania to bardzo ważne zadanie bezpilotowych aparatów latających, realizowanych przez niewielkie systemy bezpilotowe opracowane specjalnie w tym celu. W Polsce mamy .
Korygowanie ognia artylerii to wbrew pozorom niezwykle ważne zadanie, które przyczynia się do zwiększenia siły ognia wojsk lądowych i pozwala na uzyskanie przewagi na lądzie. Skuteczność artylerii zależy od tego, czy ona w coś trafia, czy ryje pociskami puste pole lub las.
Od czasu, kiedy artyleria zaczęła strzelać na odległość przekraczającą zasięg widzialności wzrokowej, potrzebne były sposoby na określenie położenia celów dla niej oraz na obserwowanie miejsc wybuchów, by podać artylerzystom odpowiednie poprawki, tak by kolejne salwy lokować już w celu. W czasie I wojny światowej użyto do tego głównie balonów obserwacyjnych na uwięzi z obserwatorami wyposażonymi w silne lornetki, bowiem w przypadku takiego balonu łatwo było przeciągnąć linię telefoniczną do komunikacji – jak byśmy to dziś określili – w czasie rzeczywistym. Można też było wykorzystywać samoloty, ale te z kolei nie były wyposażone w radiostacje ze względu na ciężar ówczesnych urządzeń tego typu. Sytuacja uległa zmianie w czasie II wojny światowej, kiedy to do korygowania ognia artylerii wykorzystano lekkie samoloty obserwacyjne.
W Polsce po II wojnie światowej bardzo krótko istniał 14. Samodzielny Pułk Lotnictwa Rozpoznania i Korygowania Ogniem Artylerii stacjonujący w Sannikach pod Sochaczewem, jeszcze w 1945 r. przekształcony w eskadrę, która później została rozformowana, używał on samolotów Ił-2. Później zadania te przejął 21. Pułk Lotnictwa Zwiadowczego sformowany w 1951 r. w Ławicy pod Poznaniem. W latach 60. pułk przekształcono w 21. Pułk Lotnictwa Rozpoznawczego i Artyleryjskiego i przeniesiono do Powidza, jednocześnie wyposażając go w SBLim-2Art (samoloty rozpoznania artyleryjskiego), powstał też 32. Pułk Lotnictwa Rozpoznawczego i Artyleryjskiego w Sochaczewie. W drugiej połowie lat 70. Zadania korygowania ognia artylerii przejęły śmigłowce z 49. i 56. Pułku Śmigłowców Bojowych, w Pruszczu Gdańskim i Inowrocławiu. Obecnie zaś te zadania na rzecz Wojsk Lądowych wykonuje 12. Baza Bezzałogowych Statków Powietrznych w Mirosławcu, wyposażona między innymi w przeznaczone do bliskiego rozpoznania i rozpoznania celów dla artylerii izraelskie bezzałogowce Orbiter, które dostarczyła firma Aeronautics Defense Systems z Jawne w centralnym Izraelu. Aparaty te w łącznej liczbie 15 sztuk zakupiono w latach 2005-2009, pierwsze już w 2005 r. dla jednostki specjalnej „Grom”. Wykorzystywano je w Polsce od 2006 r. Później kolejne trafiły właśnie do Mirosławca, gdzie używa się ich do obserwacji pola walki i korygowania ognia artylerii. Aparaty ten w latach 2014-2015 przeszły modernizacje, powiększono ich rozpiętość i przyustosowano system obserwacji do operowania w nocy. Obecnie długotrwałość lotu wynosi 95 minut, zaś w nocy tylko 60 minut, bowiem kamera termowizyjna zużywa więcej prądu, a napęd aparatu to silnik elektryczny. Głowica z kolorową, cyfrową kamerą dzienną D-STAMP/3G o masie 750 g, 10 krotnym powiększeniem zapewnia możliwość wykrycia pojazdu z odległości 2 km a człowieka z ok. 900 metrów. W wersji nocnej używa się izraelskiej kamery termowizyjnej Controp U-STAMP (Un-Cooled Stabilized Miniature Infra Red Camera) o masie 1,2 kg. Cały aparat ma rozpiętość 2,2 m i masę 6,5 kg.
Obecnie do korygowania ognia artylerii w Wojsku Polskim, ale także do rozpoznania na rzecz Wojsk Obrony Terytorialnej oraz Wojsk Specjalnych, używa się polskich bezpilotowych aparatów rozpoznawczych WB Electronics FlyEye. Łącznie do chwili obecnej zakupiono 52 zestawy po cztery aparaty każdy, czyli mamy 208 aparatów FlyEye w służbie, ale planuje się zakup łącznie ponad 1200. Najpierw trafiły one do sił specjalnych (jednostka specjalna „Nil” z Krakowa), a później do 1. Dywizjonu Rozpoznania Powietrznego z 1. Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych z Inowrocławia, a ostatecznie trafiają one do brygad i pułków artylerii Wojsk Lądowych. Te ostatnie przyjmują odmianę FlyEye 3, dostosowaną do współpracy z doskonałym systemem kierowania ogniem ZZKO Topaz, także firmy WB Electronics z Ożarowa. W 1. Mazurskiej Brygadzie Artylerii z Węgorzewa i w 5. Sulechowskim Pułku Artylerii z Sulechowa aparatów tych używa się w dywizjonach dowodzenia tych jednostek. Pozostałe jednostki artylerii polowej WP także je otrzymują.
Aparat FlyEye ma długotrwałość lotu 2-4 godziny i zasięg zależny od zasięgu bezpośredniej łączności radiowej, ale sięgający nawet 75 km przy wysokości lotu 4000-5000 m. Masa aparatu startującego z ręki to 12 kg. Tuż przed lądowaniem podkadłubowa sekcja z głowicą obserwacyjną odrzucana jest kilkanaście metrów nad ziemią i bezpiecznie opada ze spadochronem. Reszta bezzałogowca ląduje samodzielnie ślizgiem w zadanym miejscu. Napęd aparatu mogącego latać z prędkościami w zakresie od 60 km/h do 120 km/h stanowi silnik elektryczny, przez co FlyEye jest bardzo cichy i trudny do wykrycia, kiedy leci na większej wysokości.
Aparaty tego typu dostarczono Ukrainie, gdzie są one używane z wielkim powodzeniem właśnie do obserwacji pola walki i korygowania ogniem artylerii. Są one trudne do wykrycia i zestrzelenia dla strony rosyjskiej. Dzięki sprawdzeniu aparatów FlyEye w realnych walkach wiemy, że obecnie Wojsko Polskie dysponuje doskonałymi systemami do obserwacji pola walki i rozpoznania artyleryjskiego i kierunek na zakup kolejnych aparatów tego typu jest jak najbardziej słuszny.
Korygowanie ognia artylerii oraz ocena skutków strzelania to bardzo ważne zadanie bezpilotowych aparatów latających, realizowanych przez niewielkie systemy bezpilotowe opracowane specjalnie w tym celu. W USA pierwszym takim aparatem był RQ-2 Pioneer i najpierw trafił na pokłady okrętów wojennych.
Historia tego aparatu zaczęła się na początku lat 80. U schyłku użytkowania amerykańskich okrętów liniowych typu Iowa (cztery jednostki: USS Iowa BB-61, USS New Jersey BB-62, USS Missouri BB-63 – na pokładzie którego Japonia podpisała apitulację 2 września 1945 r. i USS Wisconsin BB-64) postawiono problem zastąpienia ich śmigłowców pokładowych bezpilotowymi aparatami latającymi, mającymi korygować ogień artylerii tych jednostek. Głównym uzbrojeniem tych jednostek było dziewięć dział kal. 406 mm, które miały donośność normalną 38 km, a maksymalną 42 km. Strzelały one pociskami o masie 1225 kg o sile rażenia porównywalnej z ciężką bombą lotniczą. Dlatego używano tych okrętów aż do początków lat 90., wykorzystując ich możliwość efektywnego ostrzeliwania obiektów lądowych. Kiedy je zbudowano, każdy z owych okrętów liniowych zabierał dwa samoloty Vought OS2U Kingfisher, które ustawiano na rufie, na dwóch przeznaczonych dla nich katapultach. Już w latach 50. katapulty i dźwig dla samolotów usunięto, organizując w zwolnionym miejscu lądowisko dla śmigłowców. Mogły tu stacjonować trzy śmigłowce Sikorsky S-51 (HO3S-1) Dragonfly, ale nie miały one hangaru, dlatego były trzymane bezpośrednio na pokładzie. W latach 60. zastąpiono je bezzałogowymi śmigłowcami Gyrodyne QH-50 DASH (Drone Anti-Submarine Helicopter), które swoją drogą też wymagają oddzielnego opisania. Tyle tylko, że ich głównym zadaniem w trudnych latach Zimnej Wojny było prowadzenie poszukiwania i zwalczania okrętów podwodnych, a nie korygowanie ognia artylerii. Wycofano je w 1973 r., a na pancerniki nie wróciło na razie lotnictwo, ponieważ czasowo odstawiono je do rezerwy.
Już na początku lat 80., kiedy wybuchł konflikt w Libanie, okręty te stopniowo znów przywrócono do służby i wówczas stanęła kwestia korygowania ognia ich artylerii. Wcześniej zakładano, że artyleria ta ma być używana do walki z okrętami przeciwnika, więc głównym systemem jej naprowadzania był radar obserwacji celów morskich. W latach 60. używano ich w wojnie w Wietnamie do wsparcia Piechoty Morskiej walczącej na terenach przybrzeżnych i korygowanie ognia artylerii należało do wspieranych wojsk. Teraz jednak postanowiono zaopatrzyć te jednostki we
własne środki obserwacji pola walki, wskazywania celów i korygowania ognia artylerii. Rozwiązaniem miały być niewielkie bezpilotowe aparaty latające, o zasięgu łączności do ok. 50 km i z możliwością kilkugodzinnego przebywania w strefie rozpoznania.
W odpowiedzi niewielka firma z Maryland zajmująca się różnymi modernizacjami uzbrojenia, znana od 1950 r. jako Aircraft Armaments, Inc, a później po prostu jako AAI Corporation podjęła wyzwanie, przez dostosowanie izraelskiego bezpilotowego aparatu latającego IAI Scout, jednego z pierwszych izraelskich bezpilotowców. Prace adaptacyjne i testy rozpoczęły się już w 1982 r. W amerykańskiej wersji nazwanej RQ-2 Pioneer zastąpiono oryginalny dwusuwowy, dwucylindrowy silnik Limbach podobnym amerykańskim Fichtel & Sachs napędzającym śmigło o nieznacznie większej średnicy (74 cm zamiast 71 cm), silnik miał moc 26 KM. Aparat zbudowano w układzie dwukadłubowum, z belkami ogonowymi na których mocowano usterzenie, a środkowy kadłub mieścił silnik ze
śmigłem pchającym z tyłu, zbiorniki paliwa w środku i głowicę obserwacyjną w przedniej części. Była to głowica dostarczona przez firmę Stark Aerospace typu POP200 lub nieco nowszą POP300 i składała się z kamery termowizyjnej pracującej na zakresie 3-5 μm o rozdzielczości 640-480 pikseli, z kolorowej kamery telewizyjnej
i z dalmierza laserowego. Całość miała masę poniżej 20 kg. Aparat, który w USA oznaczono RQ-2 Pioneer, ma zasięg 185 km i łączność jest utrzymywana bezpośrednim łączem na zakresie 4-8 GHz, masa aparatu to 205 kg, a rozpiętość skrzydeł to nieco ponad 5 m. Maksymalny zasięg aparatu to 185 km, a czas lotu to 3-4 godziny, pułap maksymalny – 4600 m. Start z katapulty, a odzyskanie aparatu przez specjalną rozpiętą sieć. Aparaty RQ-2 Pioneer wyprodukowano w liczbie 175 sztuk i wprowadzono go do użycia w 1986 r. w dywizjonie US Navy VC-6 Firebees. To właśnie z tą jednostką okręty liniowe, mając pięć aparatów na pokładzie dwóch okrętów liniowych, USS Iowa (BB-61) i USS Wisconsin (BB-64). Aparaty z tego ostatniego obserwowały ogień artylerii na wyspie Failaka, na której irackie wojska poddały się, machając białą flagą przed kamerami jednego z Pioneerów. Był to pierwszy przypadek poddania się wojsk bezpilotowemu aparatowi latającemu. Później aparaty te wprowadzono do dwóch dywizjonów Piechoty Morskiej VMU-1 Watchdogs z Kalifornii i VMU-2 Night Owls z Północnej Karoliny. Używano ich z powodzeniem w czasie misji NATO w Bośni i Hercegowinie oraz w Kosowie, a następnie przez amerykańskie wojska w Iraku. W 2007 r. ten pierwszy prosty system wycofano z uzbrojenia. Przetarł on jednak szlaki dla bezpilotowców w zakresie korygowania ognia artylerii.
W latach 2004-2018 amerykańskie bezpilotowe aparaty latające, początkowo typu MQ-1 Predator, a później w większości MQ-9 Reaper przeprowadziły w północno zachodnim Pakistanie łącznie 429 uderzeń na obiekty związane z terrorystami islamskimi, w których zginęło od 2500 do 4000 ludzi.
Gdyby nie użycie bezpilotowych aparatów latających, takie ataki w ogóle nie byłyby możliwe. Po pierwsze i co najważniejsze, zestrzelenie samolotu przez Siły Zbrojne Pakistanu i ewentualna śmierć amerykańskiego pilota musiałaby się spotkać z ostrą odpowiedzią, która zdecydowanie popsułaby bardzo trudne stosunki amerykańsko-pakistańskie. Państwa te formalnie ze sobą współpracowały, ale nie brakowało między nimi nieufności i wzajemnego sabotowania swoich działań. Jeszcze trudniejsza byłaby sytuacja, w której siły pakistańskie wzięłyby do niewoli amerykańską załogę zestrzelonego samolotu bezprawnie naruszającego przestrzeń powietrzną tego państwa i na przykład postawiłyby amerykańskich lotników przed sądem. Możliwość wykonania podobnych zadań przez znacznie tańsze bezpilotowe aparaty latające, praktycznie w ogóle umożliwiły przeprowadzenie tych operacji, bez ryzyka, że nastąpią jakieś dyplomatyczne komplikacje.
Wszystkie te operacje były prowadzone na terenie prowincji Terytoria Plemienne Administrowane Federalnie, która nie do końca była kontrolowana przez pakistańskie siły rządowe, co były dla USA pretekstem do prowadzenia własnych operacji. Było to sanktuarium dla różnych grup terrorystycznych, przede wszystkim związanych z afgańskimi i pakistańskimi Talibami. Tu były obozy szkoleniowe, centra rekrutacyjne, a także miejsca chwilowego ukrycia się przywódców terrorystycznych. Jak się okazuje, tereny te były całkiem dobrze spenetrowane przez Centralną Agencję Wywiadowczą, która czerpała informacje z czterech źródeł: od własnej siatki agentów działających w klasyczny sposób jako wywiad osobowy, z nasłuchu radioelektronicznego zarówno korespondencji radiowej jak i telefonów komórkowych i satelitarnych, przy czym korzystano tu też ze środków walki radioelektronicznej US Army ale także od specjalistów z Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (NSA), ze zdjęć satelitarnych dostarczanych z amerykańskiej Agencji Geospatialnej zajmującej się interpretacją zdjęć oraz z przesłuchań jeńców zatrzymanych przez amerykańskie i sojusznicze wojska na terenie Afganistanu, w tym zakresie współpracując z DIA – wojskową agencją wywiadowczą. Całość koordynowało centrum Central Intelligence Agency Special Activities Division (od 2015 r. Special Activities Center), które koordynuje te działania pod egidą CIA, przy których USA nie chce być z nimi kojarzona. Stąd też wybór bezpilotowych aparatów latających jako elementów wykonawczych tych misji, choć w przypadku znalezienia ich zestrzelonych szczątków łatwo byłoby określić ich przynależność.
Wykonawcami tych ataków były ekspedycyjne dywizjony aparatów MQ-1B Predator (w odmianie uzbrojonej), a następnie misje te przejęły MQ-9 Reaper, dysponujące silniejszym ładunkiem bojowym. W latach 2004-2007 wykonywano dość nieśmiało pojedyncze ataki, odpowiednio w kolejnych latach 1, 3, 2 i 4. Działania w 2006 r. były dość nieudane, bowiem w dwóch atakach przypadkowo zabito 93 cywili i tylko jednego potwierdzonego terrorystę, ale wynik ten poprawiono w kolejnym roku, kiedy zginęło już 51 terrorystów. Takie liczby niechcianych strat w cywilnej ludności już nie odnotowano nigdy później, niemniej jednak w atakach amerykańskich bezpilotowców zginęło łącznie co najmniej 288 cywili i dodatkowo jeszcze 255 ludzi, co do których przynależność do organizacji terrorystycznych jest kwestionowana. Jednocześnie jednak w kolejnych atakach, których liczba od 2008 r. zdecydowanie wzrosła, zabito 2533 terrorystów. Najwięcej ataków wykonano w 2010 r. – aż 122. Wśród zabitych było wielu znanych terrorystów, którzy zginęli trafieni uzbrojeniem kierowanym odpalonym (w większości) z Reaperów. Byli wśród nich Abu Khabab al Masri (28 lipca 2008 r.) – specjalista Al Quaidy od broni masowego rażenia, Abu Wafa al Saudi (4 września 2008 r.) – logistyk Al Quaidy, Baitullah Mehsud (5 sierpnia 2009 r.) szef ruchu Talibów w Pakistanie, Saleh al Somali (8 grudnia 2009 r.) szef sekcji zagranicznej Al Quaidy, Szejk Mansoor (17 lutego 2010 r.) szef Al Quaidy we wschodnim Afganistanie, Szejk Fateh al Masri (25 września 2010 r.) szef Al Quaidy w Afganistanie i Pakistanie, Abu Zaid al Iraqi (20 lutego 2011 r.) skarbnik Al Quaidy w Pakistanie, Atiyah Abd al Rahman (22 sierpnia 2011 r.) szef sztabu Osamy Bihn Ladena, Abu Usman Adil (29 kwietnia 2012 r.) lider ruchu muzułmańskiego z Uzbekistanu, Abu Saif al Jaziri (28 lipca 2013 r.) szef szkolenia Al Quaidy, i wielu innych. Między innymi dzięki tym atakom udało się stłumić najgroźniejszy ruch terrorystyczny zagrażający Zachodowi.
Ostatnich 8 ataków w Pakistanie dokonano w 2017 r. i 20 ataków w 2018 r., od 2019 r. dalszych akcji nie prowadzono. Z jednej strony nie było już takiej potrzeby, a z drugiej była to reakcja na coraz silniejszy sprzeciw Pakistanu. Zakończenie tych działań po kilku zatwierdzonych atakach nastąpiło już za prezydentury Donalda Trumpa.
Serdecznie zapraszamy do udziału w organizowanym przez Śląski Klaster Lotniczy wydarzeniu pt. „Konferencja dedykowana dla przedstawicieli branż lotniczej, dronowej i kosmicznej.”, które odbędzie się w dniu 8 grudnia 2023r. w Kaniowie.
8 grudnia 2023r.
Miejsce: Stefana Kóski 43, 43-512 Kaniów
Organizowana w ramach projektu pod nazwą: „Rozwój potencjału Śląskiego Klastra Lotniczego poprzez rozszerzenie jego oferty w zakresie innowacyjnych produktów i usług oferowanych członkom klastra.” w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój. Oś priorytetowa 2 Wsparcie otoczenia i potencjału przedsiębiorstw do prowadzenia działalności B+R+I działanie 2.3 Proinnowacyjne usługi dla przedsiębiorstw poddziałanie 2.3.7. Rozwój potencjału koordynatorów Krajowych Klastrów Kluczowych.
Jednym z głównych zagadnień omawianych podczas wydarzenia będzie przemysł dronowy, a w szczególności korzyści i możliwości jakie niesie za sobą zastosowania dronów w przyszłości.
Przemysł lotniczy, a w szczególności konstrukcja i produkcja bezzałogowych statków powietrznych ma ogromny potencjał gospodarczy, który warto rozwijać, gdyż w tej dziedzinie istnieją duże szanse na odniesienie globalnego sukcesu. Daje to możliwość wspólnego działania i łączenia sił w celu uzyskania przewagi konkurencyjnej na rynku krajowym, jak i międzynarodowym. Zaangażowanie w rozwój bezzałogowych statków powietrznych niesie za sobą głównie duże szanse rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw. Tegorocznej edycja wydarzenia ma na celu nawiązanie i zacieśnienie współpracy, pomiędzy przedstawicielami firm oraz podmiotów działających w jednej najbardziej innowacyjnych gałęzi światowej gospodarki, branży lotniczej i dronowej.
Podczas konferencji omówimy, jak nasza platforma wspiera rozwój polskiego sektora dronowego, integrując przedsiębiorstwa, jednostki naukowe i instytucje publiczne.
https://app.evenea.pl/event/886506-4
Po rewolucji islamskiej w 1979 r. Iran został odcięty od źródeł zaopatrzenia w postaci części zamiennych, w tym do samolotów i śmigłowców. Niedługo potem doszło do wojny z Irakiem i problem prowadzenia rozpoznania powietrznego stanął w całej rozciągłości, podczas gdy wiele do tego przeznaczonych samolotów RF-4C Phantom stało niesprawnych. Trzeba było znaleźć jakieś rozwiązanie problemu.
Do czasu rewolucji islamskiej w 1979 r. w Iranie nie używano bezpilotowych aparatów latających poza zdalnie sterowanymi celami powietrznymi do ćwiczeń ze strzelań przeciwlotniczych. Odpowiednie prace zostały podjęte dopiero w 1983 r., kiedy brak części zamiennych do pilotowanych samolotów amerykańskich zaczął stanowić bardzo poważny problem. W dodatku Amerykanie podjęli operację Staunch, w ramach której prowadzili ścisłe monitorowanie sprzedaży części zamiennych do sprzętu wojskowego, ale też amunicji i innego wyposażenia, karano też ludzi i firmy, którzy pośredniczyli w sprzedaży na czarnym rynku zabronionych materiałów i wyposażenia do Iranu, co jeszcze bardziej utrudniło pozyskanie części do samolotów pilotowanych. W tej sytuacji w Centrum Rozpoznania Irańskiej Islamskiej Gwardii Republikańskiej w Khatam al-Anbiya podjęto opracowanie założeń budowy bezpilotowego rozpoznawczego aparatu latającego.
Już wcześniej pewne podwaliny pod teoretyczne podstawy położył minister obrony Iranu w latach 1979-1980, Martyr Mostafa Chamran (zginął w czerwcu 1981 r. walcząc na froncie z Irakiem), z wykształcenia inżynier elektromechanik, który skończył studia w Teksasie, a następnie obronił tam doktorat. Prace teoretyczne jeszcze na jego zlecenie po śmierci Chamrana kontynuowały dwie politechniki, Isfahan University of Technology i Sharif University of Technology. Pierwszy aparat opracowała politechnika Isfahan i w 1982 r. przeprowadzono próby samego aparatu w rejonie wyspy Mahi nad Zatoką Perską. Był to właściwie model latający sterowany radiem podobny do polskiego modelu latającego Wicherek, który charakteryzował się wysokim poziomem naturalnej stateczności. Był on napędzany dużym spalinowym silnikiem modelarskim, z elementami dostępnymi komercyjnie. Jego aparatura rozpoznawcza działała na zasadzie telewizji przemysłowej z transmisją danych na naziemne stanowisko dowodzenia. Wkrótce, w 1983 r., w Irańskiej Islamskiej Gwardii Republikańskiej sformowano Batalion Ra’ad wyposażony w te aparaty, który stacjonował w garnizonie Ahvaz, choć dość szybko po przeszkoleniu trafił na front. Jednostka prowadziła rozpoznanie w pasie taktycznym, na bliskie odległości, ale bardzo pozytywnie wpłynęła na efektywność działań wojsk irańskich, poprawiając celność artylerii, pozwalając na podejmowanie bardziej optymalnych decyzji. Wykorzystano je też do uaktualnienia map wojskowych.
Na bazie tych pierwszych doświadczalnych modeli, w 1985 r. we właśnie zorganizowanych zakładach Qods Aviation Industry Company z Teheranu, które do dziś produkują różne typy bezpilotowych aparatów latających. Pierwszy typ aparatu Talash 1 o prędkości 120 km/h i nieco poprawiony model Talash 2 o prędkości zwiększonej do 140 km/h był pierwszym, który został wprowadzony do użycia w stosunkowo dużej liczbie w jednostkach rozpoznawczych tak w Irańskiej Islamskiej Gwardii Republikańskiej, jak i w regularnych wojskach irańskich. Czas lotu aparatów Talash był ograniczony do 45 minut, a zasięg wynosił do 2-3 km, pułap zaś to 2700 m. Aparat nie miał żadnego systemu nawigacji, był po prostu sterowany przez operatora który go widział, lub polegał na obserwowanym przez kamerę aparatu obrazie przesyłanym do drugiego operatora. W odmianie bez systemu rozpoznania aparaty Talash są do dziś używane w Iranie do szkolenia operatorów bezpilotowców.
Takie były skromne początki irańskich bezpilotowych aparatów latających. Dziś państwo to produkuje bardzo wiele typów różnych aparatów o różnym przeznaczeniu. Oczywiście najbardziej znane są pociski manewrujące (amunicja krążąca) typu Shahed 131 i Shahed 136, których Rosja używa do zmasowanych ataków na obiekty w Ukrainie, pod własną nazwą Geran 1 i Geran 2, udając że zostały wyprodukowane w Rosji. Iran dziś ma jednak do zaoferowania bardzo wiele różnych typów bezpilotowych aparatów latających i pod tym względem można to państwo zaliczyć do pierwszej ósemki państw na świecie, gdzie powstają bezpilotowce różnych typów: USA, Rosja, Chiny, Izrael, Iran, Francja, Niemcy i Indie. Są to państwa, w których osiągnięcia na tym polu są stosunkowo największe.
Informujemy, że ruszyła rejestracja na prestiżową V edycję konferencji „Śląskie Dni Lotnictwa i Dronów”, planowaną na 24 listopada 2023 r. Tegoroczne wydarzenie skupi się na tematyce „Rozwój gospodarczy Województwa Śląskiego dzięki branży dronowej” i będzie kontynuacją dyskusji rozpoczętych podczas poprzednich edycji.
Przemysł lotniczy, ze szczególnym naciskiem na konstrukcję i produkcję bezzałogowych statków powietrznych, reprezentuje ogromny potencjał gospodarczy, wart zacieśniania współpracy. Zaangażowanie w obszarze bezzałogopwych statków powietrznych otwiera przed małymi i średnimi przedsiębiorstwami (MŚP) nowe perspektywy wzrostu, przyczyniając się jednocześnie do dynamicznego rozwoju gospodarczego Województwa Śląskiego.
Zachęcamy do wzięcia udziału w tej ważnej branżowej dyskusji, rejestracja jest już dostępna!
Zapisz się teraz, klikając w link https://app.evenea.pl/event/886506-3/
Niech tegoroczna konferencja stanie się areną inspirujących debat i prezentacji innowacyjnych pomysłów, przyczyniając się do dynamicznego rozwoju sektora lotniczego i branży dronowej w regionie.
Wydarzenie dofinansowane z budżetu Samorządu Województwa Śląskiego. Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego
Bezpilotowy aparat latający RQ-170 Sentinel przeznaczony do prowadzenia rozpoznania obszarów silnie bronionych, a mogący tam relatywnie swobodnie operować dzięki swoim cechom utrudnionej wykrywalności, jest tak tajny, że nawet trudno znaleźć jego jakiekolwiek zdjęcie.
Prace nad tym aparatem prowadzono w słynnym ośrodku zaawansowanych projektów firmy Lockheed Martin w Burbank w Kalifornii, znanym półoficjalnie jako „Skunk Works” od początku XXI wieku. Opracowanie takiego aparatu było możliwe dzięki dojrzałym już bardzo technologiom aktywnych układów sterowania, bowiem jest to jeden z nielicznych bezpilotowców, jaki jest aerodynamicznie niestateczny. Aparat został bowiem zaprojektowany w układzie latającego skrzydła bez usterzenia pionowego i poziomego, dzięki czemu skuteczna powierzchnia odbicia radiolokacyjnego jest naprawdę bardzo mała. Oczywiście podwozie jest chowane w locie, a ponadto jest przykrywane pokrywami o „ząbkowanym” kształcie, co powoduje tłumienie odbić radiolokacyjnych na szczelinach między pokrywami a wnęką podwozia. Napęd aparatu stanowi pojedynczy silnik odrzutowy, turbowentylatorowy bez dopalania General Electric TF34 o ciągu 41 kN. Chwyt powietrza do tego silnika znajduje się ponad skrzydłem w jego osi symetrii, przez co chwyt ten jest zasłonięty przez skrzydło, co dodatkowo ogranicza odbicie radiolokacyjne. Także wylot został zaprojektowany w taki sposób, by nie było bezpośredniego widoku na wirujące łopatki turbiny, co normalnie daje wyraźne echo radiolokacyjne. Silnik ten oraz układ aerodynamiczny aparatu pozwala na wykonywanie lotów na wysokości ok. 15 000 m z wysoką prędkością poddźwiękową, ok. 800-900 km/h. Rozpiętość skrzydeł aparatu przekracza 20 m, sięgając nawet (wg. różnych źródeł) 26 m, a jego masa startowa nie jest niestety znana, podobnie jak wiele innych parametrów. Długotrwałość lotu określa się na 5-6 godzin.
Oczywiście najciekawsze jest wyposażenie rozpoznawcze aparatu RQ-170 Sentinel, który jest systemem wyłącznie rozpoznawczym i obserwacyjnym, nie przenosząc żadnego uzbrojenia. Aparat jest wyposażony w elektrooptyczny system obserwacji, ale nie jest on umieszczony w obrotowej głowicy na zewnątrz kadłuba, lecz schowany pod przeźroczystą osłoną na dolnej części skrzydła. W ten sposób możliwe sektory obserwacji są ograniczone, choć z dużej wysokości obejmują znaczne połacie terenu, ale za to nie ma na zewnątrz wystających elementów mogących dać szkodliwe odbicie radarowe.
W skład wyposażenia aparatu wchodzi też radar obserwacji bocznej, pracujący na zakresie zwiększonej rozdzielczości metodą syntetycznej apertury (SAR), co pozwala na wykonywanie niemal fotograficznych obrazów wykrytych obiektów lądowych. Jest to radar o specjalnej konstrukcji, tzw. szepczący, co pozwala na ograniczenie mocy emisji w taki sposób, że wykrycie pracy tego radaru jest niezwykle trudne, nie mówiąc już o namierzeniu miejsca jego pracy. Ponadto aparat ma też pasywny system rozpoznania radioelektronicznego.
Start i lądowanie odbywa się automatycznie. Trzech operatorów na ziemi zajmuje się monitorowaniem całego lotu, jeden z nich prowadzi korespondencję radiową z służbami ruchu lotniczego. Lot może zostać wykonany autonomicznie, w myśl wprowadzonego programu lub może być korygowany z ziemi przez operatora, w trybie półautomatycznym – operator zadaje parametry lotu wskazując trasę lub w wprowadzając na bieżąco kurs oraz wysokość lotu, zaś autopilot realizuje wysłane z ziemi komendy.
Do chwili obecnej zbudowano 20-30 aparatów tego typu, które weszły do wyposażenia dwóch dywizjonów rozpoznawczych, 44th Reconnaissance Squadrons od 2015 r. i 30th Reconnaissance Squadrons od 2016 r. Oba należą do 432nd Operations Group z bazy Creech w Newadzie, która to grupa stanowi część dużego 432. Skrzydła, głównej jednostki Air Combat Command USAF operującej aparatami bezpilotowymi, RQ-170 Sentinel, ale głównie szturmowymi MQ-9 Reaper. Zanim oba dywizjony przezbrojono w owe aparaty, już od 2007 r. specjalny ekspedycyjny pododdział po raz pierwszy użył ich w Afganistanie, zaś od 2009 r. wykonują one loty z bazy Osan w Korei Południowej. Oczywiście czynniki oficjalne tego nie potwierdzają, ale wg nieoficjalnych źródeł regularnie wykonują one loty nad Koreą Północną, zbierając informacje rozpoznawcze. Wiemy też, że aparaty Sentinel były używane do rozpoznania Iranu, ponieważ jeden taki system uległ rozbiciu na terenie tego kraju 4 grudnia 2011 r., przypuszczalnie porażony silną wiązką zakłóceń elektronicznych. Podobno nawet Iran wykonał kopię Sentinela, ale jest sprawą oczywistą, że nie są oni w stanie skopiować kluczowych systemów, takich jak elektronika, oprogramowanie, a także materiały z których wykonano aparat oraz specjalne pokrycie absorbujące promieniowanie radarowe RAM.
Co prawda Sentinel jest wyłącznie aparatem rozpoznawczym, ale z wykorzystaniem tych technologii w przyszłości mogą powstać podobne systemy do prowadzenia ataków na cele naziemne, które mogą w zdecydowany sposób pomóc w przełamywaniu systemów obrony powietrznej państwa, torując drogę samolotom i bezpilotowcom o konwencjonalnej budowie.
Aparat bezpilotowy General Atomics MQ-9 Reaper wszedł do uzbrojenia dywizjonów lotnictwa szturmowego w ramach USAF, stopniowo przejmując zadania pilotowanych samolotów A-10 Thunderbolt II w zakresie misji CAS – Close Air Support, czyli bezpośredniego wsparcia wojsk. Aparaty są też oczywiście używane do ataków na obiekty w głębi obrony przeciwnika.
Do października 2007 r. amerykańskie Siły Powietrzne wprowadziły do uzbrojenia pierwszych dziewięć seryjnych aparatów MQ-9A Reaper. Do chwili obecnej liczba dostarczonych aparatów tego typu zbliża się do 366 z 433 łącznie planowanych do wprowadzenia do uzbrojenia USAF. Oczywiście nie ma ich tyle w służbie, część się bowiem rozbiła lub została zestrzelona w działaniach bojowych.
Sam aparat doskonale spełniał wymagania użytkowników. Z odległości nieco ponad 3 km, przy dobrej pogodzie, z lecącego na średniej wysokości Reapera można było odczytać tablicę rejestracyjną samochodu. Przy działaniach na dużej wysokości oczywiście rozdzielczość obrazu była mniejsza, ale wciąż wystarczająca dla identyfikacji wielu obiektów. Najważniejsze jednak było to, że Reaper ma naprawdę niesamowity udźwig uzbrojenia. Łącznie pod skrzydłami ma sześć zaczepów do podwieszania uzbrojenia. Dwa wewnętrzne mają największy udźwig – na każdym z nich można podwiesić uzbrojenie o masie do 680 kg, w tym również dodatkowe zbiorniki paliwa o masie do 450 kg. Dwa środkowe pylony mają udźwig po 270 kg każdy, zaś dwa zewnętrzne – jedynie po 91 kg. Z dwoma dodatkowymi zbiornikami i z dwoma bombami kierowanymi z ładunkiem o wagomiarze 227 kg aparat ma 42 godziny długotrwałości lotu, co jest imponujące. Z pełnym uzbrojeniem długotrwałość lotu spada do 14 godzin, ale za to siła uderzenia była porównywalna z pilotowanym myśliwcem, co dla bezpilotowego aparatu latającego jest rzeczą rzadko spotykaną.
Wśród uzbrojenia kierowanego stosowanego przez Reapera mamy bomby kierowane laserowo Paveway II i bomby kierowane odbiornikiem GPS rodziny JDAM, przy czym najczęściej stosuje się bomby o wagomiarze 227kg, czyli (odpowiednio) GBU-12 i GBU-38. Ponadto bardzo często stosowano też kierowane pociski przeciwpancerne AGM-114 Hellfire. Istnieje możliwość przenoszenia na zaczepach zewnętrznych kierowanych rakiet „powietrze-powietrze” AIM-9 Sidewinder, ale w warunkach, w jakich dotąd działały Reapery, nie było potrzeby ich użycia. We wszystkich przypadkach wskazanie celu do ataku oraz jego podświetlenie laserowe może być realizowane z własnej głowicy elektrooptycznej aparatu Raytheon AN/AAS-52, w której umieszczono dzienną kolorową kamerę telewizyjną, nocną kamerę termowizyjną oraz stację laserową z funkcją pomiaru odległości, podświetlania celu dla uzbrojenia kierowanego laserowo oraz wskazywania celu dla odbiorników laserowych.
Obecnie główną jednostką USAF wyposażoną w MQ-9 Reaper jest dość wielkie 432. Skrzydło z bazy Creech w Newadzie. W macierzystej bazie operuje 432. Grupa Operacyjna, mająca 11. i 489. Dywizjony Szturmowe na MQ-9 Reaper (dwa pozostałe, 30. i 44. są wyposażone w bezpilotowce RQ-170 Sentinel) oraz 732. Grupa Operacyjna, z 15., 17., 22. i 867. Dywizjonem Szturmowym, wszystkie na MQ-9 Reaper. W skład skrzydła wchodzi też 25. Grupa Operacyjna w bazie Shaw w Południowej Karolinie, gdzie znajdują się też 50., 89. i 482. Dywizjony Szturmowe, wszystkie na MQ-9. Czwarty, 20. Dywizjon Szturmowy z tej grupy stacjonuje w bazie Whiteman w Missouri. Drugim skrzydłem USAF wyposażonym w te aparaty jest 49. Skrzydło z bazy Holloman w Nowym Meksyku, mające tu na MQ-9 Reaper trzy dywizjony szturmowe: 6., 9. i 29. W Europie są tzw. jednostki ekspedycyjne, czyli złożone z dowództw, do których siły rotacyjnie wydzielają istniejące jednostki (aparaty pozostają te same, ale personel jest rotowany). Jest to dywizjon w Baza 71 Aeriană „General Emanoil Ionescu” w Câmpia Turzii w Rumunii i mniejszy pododdział 12. Bazie Bezpilotowych Statków Powietrznych w Mirosławcu w Polsce.
MQ-9 Reaper latają też w siłach specjalnych USAF, gdzie wyposażone są w nie dwa dywizjony: 33. Dywizjon Specjalny w 27. Skrzydle Sił Specjalnych w bazie Cannon w Nowym Meksyku i 551. Dywizjon Specjalny w 58. Skrzydle Sił Specjalnych w bazie Kirtland w Nowym Meksyku, a także 2. Dywizjon Specjalny z rezerwowej 919. Grupy Sił Specjalnych w bazie Duke Field na Florydzie. Ponadto na MQ-9 Reaper lata też 11 dywizjonów w dziesięciu skrzydłach Powietrznej Gwardii Narodowej USA.
Jak widać są to naprawdę pokaźne siły zdolne do wykonywania różnorodnych zadań: prowadzenia rozpoznania, obserwacji określonego obszaru, poszukiwanie i zwalczanie obiektów naziemnych, wykonywanie uderzeń na obiekty naziemne na terenie nieprzyjaciela oraz do bezpośredniego wsparcia lotniczego.
W tych rolach doskonale sprawdzały się w konfliktach w Iraku (w misji stabilizacyjnej), w Afganistanie, w Libii i w Syrii, ale we wszystkich tych przypadkach działały przeciwko przeciwnikowi „niskotechnologicznemu”. Pozostaje pytanie, jak sprawdziłyby się te dość pokaźne siły w warunkach konfliktu z przeciwnikiem „wysokotechnologicznym”, czyli w takich realiach, jakie obserwujemy w Ukrainie. Wydaje się jednak, że Stany Zjednoczone będą zdolne do wywalczenia powietrznej przewagi w dostatecznym stopniu, by w warunkach tej przewagi aparaty tego typu będą zdolne do w miarę bezpiecznego operowania na dużych wysokościach, powyżej zasięgu przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych oraz powyżej zasięgu przeciwlotniczych zestawów bliskiego zasięgu. Pozostałe systemy przeciwlotnicze muszą być do momentu wprowadzenia do działania Reaperów zniszczone, obezwładnione lub przynajmniej (te, co jeszcze pozostały) efektywnie zakłócone.
Dlatego choć wielka amerykańska flota Reaperów w ich systemie prowadzenia działań powietrznych ma szansę zaistnieć i odegrać ważną rolę w działaniach powietrznych, ale konieczne jest też uzupełnienie ich flotą trudnowykrywalnych aparatów zaawansowanych technologicznie, które będą operowały w pierwszej fazie konfliktu, czyli w fazie walki o powietrzną przewagę. I takie aparaty są wprowadzane, w postaci Lockheed Martin RQ-170 Sentinel. O tych aparatach napiszę oddzielnie.
Ciekawe, że dziś Rosja nie jest specjalną potęgą w dziedzinie bezpilotowych aparatów latających, a była jednym z pierwszych państw świata, obok USA, w którym wprowadzono do użycia bezpilotowe rozpoznawcze aparaty latające.
W latach 50. w głównych mocarstwach rozwijano systemy do atakowania zaplecza wroga, pod wpływem inspiracji niemieckich konstrukcji V-1 i V-2. Pierwsza z nich była pociskiem skrzydlatym, a druga rakietą balistyczną, w obu przypadkach był to pierwszy na świecie tego rodzaju system uzbrojenia. W tym okresie jeszcze nie zdecydowano, który z tych systemów, pocisk skrzydlaty czy rakieta balistyczna, mają być używane do przenoszenia ładunków jądrowych na cele o znaczeniu strategicznym. Rakiety balistyczne w sposób oczywisty miały większe szanse na dotarcie do celu, ale pociski skrzydlate mogły być celniejsze, ponieważ łatwiej dawało się na nich samontować systemy zliczające przebytą drogę. Można było na przykład wykorzystać aerodynamiczne prędkościomierze, żyrokompasy i elektromechniaczne układy zliczające, co w latach 50. gwarantowało większą dokładność trafienia, niż w przypadku rakiety balistycznej.
Dlatego zarówno w ZSRR, jak i w USA podjęto prace nad międzykontynentalnymi pociskami skrzydlatymi do przenoszenia ładunków jądrowych, czy raczej (wówczas) termojądrowych. W USA na przykład podjęto prace nad pociskiem North American SM-64 Navaho o zasięgu 6500 km. Ostatecznie nie wszedł on do użytku, bowiem zdecydowano się postawić na pociski balistyczne z rodziny Atlas. Co ciekawe, w ZSRR też podjęto prace nad tego rodzaju pociskami o zasięgu ponad 8000 km, Ławoczkin Ła-350 Buria i Miasiszczew M-40 Buran (nie mylić z późniejszym rosyjskim promem kosmicznym). Były to olbrzymie konstrukcje lecące na dużej wysokości z wysoką prędkością naddźwiękową, napędzane silnikiem strumieniowym. Pracowano nad nimi od początku lat 50. aż do 1960 r., kiedy to oba programy zamknięto, bowiem dopracowano międzykontynentalne rakiety balistyczne, które miały znacznie większe szanse na przedarcie się przez nieprzyjacielską obronę powietrzną.
Co ciekawe, zarówno w USA jak i w ZSRR pracowano nad podobnym pociskiem ale poddźwiękowym. W USA na krótko wprowadzono nawet kierowany pocisk skrzydlaty SM-62 Snark, zaś w ZSRR podjęto prace nad pociskiem skrzydlatym Tu-121, tym razem naddźwiękowym o prędkości do 2700 km/h i o zasięgu do 3880 km. Dzięki temu mógł on atakować obiekty w Europie Zachodniej.
Ostatecznie program przerwano, także z powodu dominacji rakiet strategicznych. Ale osiągnięte rezultaty, takie jak cały aparat, jego układ kierowania, nawigacji, autopilota, napęd, itp. postanowiono wykorzystać w zupełnie innej roli.
Prace nad rozpoznawczym aparatem Tu-123 wykorzystującym wiele elementów pocisku skrzydlatego Tu-121, nie przez przypadek rozpoczęto właśnie w 1960 r., kiedy pozamykano programy pocisków skrzydlatych ziemia-ziemia dalekiego zasięgu. Cały system miał się nazywać DBR-1 Jastreb (DBR – Dalnyj Bezpilotnyj Razwiedczik – bezpilotowy aparat rozpoznawczy dalekiego zasięgu), pierwszy system tego rodzaju w ZSRR. Próby zakładowe systemu zakończono już we wrześniu 1961 r., wobec doświadczeń zebranych z systemem Tu-121. Próby państwowe trwały do grudnia 1963 r. i system został oficjalnie przyjęty do uzbrojenia 23 maja 1964 r. Od razu rozpoczęła się jego produkcja seryjna zakończona w 1972 r., a w jej toku zbudowano zaledwie 54 aparaty tego typu, które przekazano wojskom.
Cały aparat okazał się jednak mało praktyczny i wycofano go z użycia już w 1979 r. Z założenia, po wystrzeleniu ze specjalnej wyrzutni na samochodzie MAZ-543 aparat leciał po zaprogramowanej trasie z prędkością ok. 2700 km/h na wysokości 19 000 – 22 000 na odległość 1700-1800 km, po czym następował powrót. Napęd stanowił silnik odrzutowy R-15K-300 o ciągu z dopalaniem ok. 100 kN (taki sam jak na MiG-25). Po powrocie aparat zrzucał na spadochronie całą sekcję z aparaturą rozpoznawczą, złożoną z trzech aparatów fotograficznych AFA-54 fotografujących trzy pasy terenu (pionowy aparat i dwa skośne na boki, zdjęcia się nakładały), aparatu panoramicznego AFA-41/20M oraz pasywnego systemu rozpoznania radioelektronicznego SRS-6M Romb. Cały przedział rozpoznawczy z opisaną aparaturą był wielokrotnego użytku, ale sam aparat z silnikiem po wykonaniu lotu rozpoznawczego ulegał zniszczeniu, bo nie przewidywano jego odzyskiwania. Dlatego nie był on praktyczny i stąd krótki okres eksploatacji w wojskach. Niedługo potem zastąpiono go wielorazowym aparatem rozpoznawczym Tu-141.
Jeszcze w latach 90. przypuszczano, że w przyszłych działaniach bojowych klasyczne bezpilotowe aparaty latające o prostej konstrukcji, umiarkowanych osiągach i napędzane silnikami spalinowymi mogą mieć problem z przetrwaniem na polu walki, gdyby działania bojowe były prowadzone przeciwko przeciwnikowi wysokotechnologicznemu. Dlatego podjęto też prace koncepcyjne nad aparatami trudnowykrywalnymi, o wysokich osiągach.
Zadziałał tu pewien efekt psychologiczny, bowiem wciąż jeszcze wojskowi, politycy i naukowcy pracujący dla przemysłu obronnego mieli w pamięci atmosferę i zmagania Zimnej Wojny, z czego oczywiście wynikała potrzeba posiadania uzbrojenia zdolnego do pokonania systemów obronnych przeciwnika. Bezpilotowe aparaty latające o prostej konstrukcji, które można by nazwać dużymi latającymi modelami, raczej nie wzbudzały zaufania, choć kusiły swoim niskim kosztem, pozwalającym na masowe wprowadzanie je do użycia.
Później, już u progu XXI wieku wydawało się, że świat cywilizowany będzie przez wiele kolejnych dekad współistniał pokojowo, zaś największym zagrożeniem będzie terroryzm o podłożu radykalizmu religijnego. Automatycznie ustawiało to przeciwników w postaci państw tzw. trzeciego świata, które dysponowały słabszymi i nie najnowocześniejszymi siłami zbrojnymi. W warunkach takiego pola walki, jakie występowało w Afganistanie czy nawet w Iraku, proste bezpilotowe aparaty latające doskonale się sprawdzały. Także aparaty typu Predator i Reaper, które, co prawda, były już o wiele bardziej zaawansowane, mogąc wykonywać loty na wysokościach 12 000 – 15 000 m wciąż zapewniając całkowite bezpieczeństwo operowania powyżej zasięgu ognia przeciwlotniczego z dział, z przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych, a nawet z systemów przeciwlotniczych bliskiego zasięgu, to jednak miały dość niewielkie osiągi w porównaniu do bojowych myśliwców pilotowanych. Innych środków przeciwlotniczych w tych obszarach po prostu nie było (po pokonaniu Iraku w 2003 r.), ale były wątpliwości jak te aparaty spiszą się w walce z dobrze uzbrojonym i wyposażonym przeciwnikiem, dysponującym nowoczesnym systemem obrony powietrznej.
Dlatego prace nad wysokotechnologicznymi aparatami klasy stealth o osiągach zbliżonych do pilotowanych samolotów bojowych, zapoczątkowane w latach 90. nie przebiegały w wysokim tempie, nie miały one priorytetów, bowiem wojsko było całkowicie usatysfakcjonowane doświadczeniami z użycia posiadanych prostszych aparatów o stosunkowo niewielkich kosztach pozyskania i eksploatacji, nie widząc potrzeby wprowadzania systemów o wysokich osiągach i o własnościach utrudnionego wykrycia (stealth).
Niemniej jednak prace nad demonstratorem takich technologii podjęła agencja DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency), kontraktując wykonanie prototypów rozpoznawczego aparatu bezpilotowego klasy stealth (trudnowykrywalnego) o wysokich osiągach (duża prędkość poddźwiękowa, wysoki pułap lotu). Opracowanie takiego aparatu podjęły wspólnie firmy Lockheed Martin i Boeing, które porozumiały się chcąc poznać i posiąść odpowiednie technologie przydatne w przyszłości, mając okazję wykorzystania funduszy Departamentu Obrony. Aparaty otrzymały oficjalne oznaczenie RQ-3 i nazwę DarkStar.
Zdecydowano, że aparat powstanie w układzie latającego skrzydła, z płaskim nośnym szczątkowym kadłubem, by wygospodarować przestrzeń dla odpowiedniej aparatury misji i układów sterowania. Aparat miał 21,3 m rozpiętości skrzydeł, 4,6 m długości szczątkowych skrzydeł, nie miał usterzenia pionowego bowiem ustatecznienie kierunkowe realizowano za pomocą wychylanych lekko hamulców aerodynamicznych na końcach skrzydeł, a całość sterowano aktywnym układem sterowania. Masa własna aparatu wynosiła 1980 kg, zaś z ładunkiem użytecznym i paliwem – 3860 kg. DarkStar miał chowane podwozie, tak by całkowicie wyeliminować elementy mogące odbijać fale radiolokacyjne, no i oczywiście poprawiające osiągi. Napęd w postaci odrzutowego silnika dwuprzepływowego Williams-Rolls-Royce FJ44-1A o ciągu 8,5 kN, który wydawał się być mimo wszystko zbyt słaby. Prędkość maksymalna wynosiła 465 km/h, czyli mniej więcej tyle ile tłokowego Predatora, a pułap sięgał 13 500 m. Nie zachwycał też zasięg ok. 925 km.
Pierwszy lot wykonano 29 marca 1996 r., ale już w drugim locie próbnym 22 kwietnia 1996 r. prototyp uległ rozbiciu na skutek niestateczności podłużnej po starcie, nad którą nie zapanował aktywny układ sterowania. Drugi poprawiony prototyp RQ-3A oblatano 29 czerwca 1998 r. i z jego użyciem prowadzono próby przez kilka kolejnych miesięcy. Jednak wciąż występowały problemy ze statecznością, układem sterowania, a cały aparat miał zbyt słabe osiągi, w stosunku do wymagań dla systemu bojowego. Dlatego 29 stycznia 1999 r. cały program zamknięto.
Czy DarkStar to całkowita klapa? Mimo wszystko nie. Pokazał on bowiem konstruktorom, na co należy zwrócić uwagę, jakie rozwiązania się sprawdzają, a które są chybione, dały im cenne wskazówki na przyszłość. I choć pierwsza dekada XXI wieku nie sprzyjała rozwojowi tego typu systemów, bo wojna z silnym przeciwnikiem wydawała się nieprawdopodobna, a proste aparaty o umiarkowanych osiągach doskonale sprawdzały się w prowadzonych wówczas konfliktach o małej intensywności. Niemniej jednak rozwój aparatów trudnowykrywalnych o wysokich osiągach w ostatnim okresie przyśpieszył i warto pamiętać, że DarkStar przetarł dla nich drogę.
Bezpilotowy aparat latający MQ-9 Reaper to obecnie podstawowy system bezpilotowy amerykańskich Sił Powietrznych, używany zarówno do atakowania celów naziemnych, jak i do prowadzenia rozpoznania. Dziś można się zastanawiać, czy takie aparaty mają zastosowanie na polu walki, gdyby przeciwnikiem było państwo wysokotechnologiczne, takie jak Rosja. Ale w USA nadal stanowi on liczną rodzinę i uważa się, że w określonych warunkach Reapery mogą walczyć także z wojskami rosyjskimi czy chińskimi. Takie były początki systemu.
Dziś wszyscy dobrze znamy aparaty Predator i Reaper i aż trudno uwierzyć że pierwszy został już praktycznie wycofany z uzbrojenia amerykańskiego, a Reaper ma już 22 lata.
Ówczesny udziałowiec oddziału bezpilotowców firmy General Atomics i jej główny konstruktor, Abraham Karem, podjął w 1998 r. studia nad możliwością zbudowania większego, cięższego i mającego większy udźwig uzbrojenia aparatu bezpilotowego niż istniejący Predator. Przede wszystkim oryginalny MQ-1A i MQ-1B były napędzane silnikiem tłokowym Rotax 914F o mocy 115 km, teraz zaś miał to być wielokrotnie mocniejszy silnik turbośmigłowy lub nawet odrzutowy. Dzięki temu można było zwiększyć rozpiętość skrzydeł z 14,8 m w MQ-1A Predator (16.84 m w wersji MQ-1B) do 20 m. Długość kadłuba, który stał się teraz pojemniejszy została zwiększona z 8.23 m do 11 m. Oczywiście wiązał się z tym też wzrost masy, własnej z 513 kg do aż 2223 kg, a startowej z 1020 kg do 4760 kg, co jak widać najlepiej odzwierciedlało znaczny skok gabarytowy. Przekładało się to przede wszystkim na ilość wyposażenia i zabieranego uzbrojenia, ale było też związane z takim efektem, że dla większego aparatu potrzebny był silnik większej mocy, czyli cięższy, a ponadto musiał też zabierać więcej paliwa, co też miało swoje masowe konsekwencje. Dlatego trzeba było dokonać jakościowego skoku i zrezygnować z silnika tłokowego na rzecz turbinowego. Poza wielkością, to jest właśnie główna różnica między Predatorem a Reaperem.
Na początku nie było wiadomo, jaka jednostka napędowa sprawdzi się lepiej, turbośmigłowa czy turboodrzutowa, dlatego powstały ostatecznie dwa prototypy, nazwane Predator B-001 i Predator B-002. Pierwszy z nich dostał napęd turbośmigłowy w postaci silnika Honeywell TPE331-10 o mocy 900 KM napędzający trójłopatowe śmigło samonastawne, zaś drugi wyposażono w silnik odrzutowy dwuprzepływowy Williams FJ44-2A o ciągu 10,2 kN. Pierwszy z nich został oblatany 2 lutego 2001 r., a drugi niedługo później. Program był możliwy, bowiem w finansowanie włączyła się NASA, chcąca zakupić aparat do celów badań powierzchni ziemi z dużej wysokości w ramach programu Environmental Research Aircraft and Sensor Technology (ERAST). NASA już od kilku lat do celów badawczych cywilnych używała odmian Predatora pod nazwą Altus. Teraz zakupiła trzeci z prototypów Predator B-003, napędzany silnikiem turbośmigłowym, nadając mu nazwę Altair.
Bardzo szybko nowym kierunkiem rozwoju zainteresowały się Siły Powietrzne USA. Tak się bowiem złożyło, że w trakcie prób w locie obu aparatów wciąż noszących oznaczenie Predator B, nastąpił atak na Stany Zjednoczone, 11 września 2001 r., który szybko wywołał silną reakcję, w postaci zaangażowania się w wojnę antyterrorystyczną. Początkowo była ona prowadzona w Afganistanie, ale półtora roku później, wiosną 2003 r., dokonano też ataku na Irak. Zapotrzebowanie na takie aparaty zdecydowanie wzrosło, w obu tych krajach. Dlatego już w październiku 2001 r. USAF podpisała kontrakt na dostarczenie obu pozostałych prototypów pod oznaczeniem YMQ-9. Litera „Y” oznaczała próbny charakter obu systemów, a poza tym oznaczenie zawiera kod „M” (Multirole, czyli wielozadaniowy) i „Q”, który tradycyjnie w USAF przyznawano aparatom bezpilotowym. Oba prototypy dostarczono w 2002 r. w oryginalnej postaci. W toku prób prowadzonych przez kolejny rok okazało się, że co prawda wersja odrzutowa ma większy pułap operacyjny, 18 000 m zamiast 15 000 m i jest nieco szybszy (ponad 520 km/h wobec 480 km/h), ale jego długotrwałość lotu to tylko 18 godzin, wobec 30 godzin w wersji turbośmigłowej. Dlatego zdecydowano, że lepiej spełni wymagania lotnictwa wojskowego USA odmiana z silnikiem turbośmigłowym. Wersja ta przenosiła uzbrojenie o masie do 340 kg, co było dość imponującą wartością, jak na aparat bezpilotowy.
W tej sytuacji zdecydowano się zamówić seryjne aparaty z odpowiednimi ulepszeniami oraz z napędem w postaci silnika turbośmigłowego, których dostawy rozpoczęły się w 2007 r. Aparat otrzymał „seryjne” oznaczenie MQ-9 i nazwę Reaper. Z czasem całkowicie zastąpił on starsze Predatory w służbie, doskonale się sprawdzając, ale to będzie już oddzielny temat. Oba prototypy Reapera trafiły po okresie prób i wypracowania technik operowania do Muzeum Sił Powietrznych w bazie Wright-Patterson koło Dayton w Ohio, oba z silnikami turbośmigłowymi, bowiem przed ponownym dostarczeniem w 2007 r. drugi egzemplarz także przebudowano na turbośmigłowy.
Bądź na bieżąco z nowościami