Duże chińskie bezpilotowce transportowe WS5000, Jiu Tian i Lanying R6000

×
Ułatwienia dostępu
Rozmiar czcionki +-RESET
Kontrast / Kolory CiemnyJasnyMonoKontrastRESET

W ostatnim roku oblatano w Chinach kilka największych na świecie bezpilotowych aparatów latających przeznaczonych do transportu towarów. Mają one służyć do obniżenia kosztów transportu ładunków i przesyłek na duże odległości.

W 2021 r. w Chinach powstała nowa firma Air White Whale, mająca swoje biura w Pekinie, ale która wynajęła hale fabryczne w mieście Changzhou. Jej zarząd składa się z byłych dyrektorów Comac (chińskiego producenta samolotów komercyjnych), Airbus China i GE Aviation. Prezesem jest weteran chińskiego przemysłu lotniczego, Hu Zhendong. Kierownikiem programu powstałego w tej firmie transportowego bezpilotowca WS5000 jest wiceprezes firmy ds. inżynieryjnych Kang Yanxiang.

Aparat Air White Whale WS5000 pokazany w październiku 2024 r.
Aparat Air White Whale WS5000 pokazany w październiku 2024 r.

W aparacie WS5000 o maksymalnej masie startowej 10,8 tony, który zabiera ładunek o masie do 5 ton, zastosowano duraluminiową strukturę nośną, z pokryciem w postaci lekkich wytrzymałych kompozytów węglowo-epoksydowych. Kadłub ma przekrój skrzynkowy, dostosowany do załadunku standardowych kontenerów lotniczych LD3 lub palet z ładunkiem, Ładownia ma pojemność użyteczną ponad 65 m3. W tym celu podłoga kabiny ładunkowej znajduje się relatywnie nisko. Kadłub ma długość całkowitą 22,9 m. Skrzydła proste o rozpiętości 22,7 m są montowane w układzie górnopłata, usterzenie natomiast ma klasyczną konfigurację. Podwozie trójkołowe, całkowicie chowane w locie do kadłuba, główne do bocznych sponsonów. Wysokość aparatu to 7,51 m. Napęd stanowią dwa chińskie silniki turbośmigłowe AEP-100 o mocy po 1220 KM każdy. Nadają one aparatowi prędkość maksymalną 525 km/h (obliczoną). WS5000 nawiguje dzięki układowi bezwładnościowemu wspomaganemu GPS oraz dodatkowo jest wyposażony w system lądowania ILS. Dzięki komputerowi wspomaganemu przez sztuczną inteligencję aparat ma wykonywać lot autonomicznie i nawet wykonywać polecenia kontrolerów ruchu lotniczego dzięki systemowi rozpoznania głosu. WS5000 został zaprezentowany w październiku 2024 r., ale do chwili obecnej przechodzi wciąż próby naziemne, a data jego pierwszego lotu przesunęła się z końca 2025 r. na początek 2026 r. W 2026 r. ma też być certyfikowany. Aparat ma mieć operatora na ziemi, ale jeden operator ma nadzorować lot do siedmiu aparatów WS5000 jednocześnie.

Aparat Aviation Industry Corporation of China (AVIC) Jiu Tian prezentowany na Airshow w Pekinie jako „nosiciel roju dronów – amunicji krążącej
Aparat Aviation Industry Corporation of China (AVIC) Jiu Tian prezentowany na Airshow w Pekinie jako „nosiciel roju dronów – amunicji krążącej

Kolejnym aparatem jest wojskowy Aviation Industry Corporation of China (AVIC) Jiu Tian. Bezpilotowiec Jiu Tian ma kadłub o przekroju prostokątnym z zaokrąglonymi rogami. Jest jeszcze większy, ma proste skrzydła o rozpiętości 25 m, a kadłub ma długość 16,35 m. Maksymalna masa startowa wynosi 16 ton, a nośność to 6 ton uzbrojenia lub ładunku, choć komora ładunkowa w kadłubie jest znacznie mniejsza. W przypadku uzbrojenia jest ono przenoszone na ośmiu zaczepach podskrzydłowych, po cztery pod każdym skrzydłem. Mogą to być kierowane pociski przeciwradiolokacyjne lub pociski manewrujące bądź przeciwokrętowe. W komorze kadłubowej natomiast można zabierać do 100 sztuk amunicji krążącej (dronów uderzeniowych). Aparat ma silnik odrzutowy dwuprzepływowy formy Aero Engine Corporation of China (AECC), ale nie podaje się jego typu. Zapewnia on lot z prędkością do 700 km/h na odległość do 7000 km (do przebazowania), pułap aparatu to 15 000 m. Pierwszy lot Jiu Tian wykonał 11 grudnia 2025 r. i jego próby wciąż trwają.

Ostatni z opisywanych aparatów, Lanying R6000, został opracowany przez Shenzhen United Aircraft Technology Co., Ltd. (United Aircraft Group) i wykonał swój pierwszy lot w Shenzhen 28 grudnia 2025 r. Aparat jest napędzany dwoma chińskimi silnikami turbośmigłowymi AES100 o mocy po 1400 KM, które napędzają duże śmigła-wirniki. Aparat jest pionowzlotem i ma układ zmiennowirnikowca, ale w przeciwieństwie do amerykańskiego V-22 Osprey nie są przestawiane całe gondole silnikowe, lecz mocowane na stożkowej przekładni wały napędowe śmigieł-wirników. Dzięki temu gondole pozostają nieruchome, a wylot gazów spalinowych jest skierowany do tyłu. Kadłub ma kształt wrzeciona, a usterzenie ma układ litery „H”, z podwójnym usterzeniem pionowym. Podwozie chowane w locie składa się z zespołów podwozia głównego z przodu kadłuba chowanego do bocznych sponsonów i pojedynczego zespołu z tyłu kadłuba.

Zdjęcie z rzeczywistego oblotu Jiu Tian 11 grudnia 2025 r.
Zdjęcie z rzeczywistego oblotu Jiu Tian 11 grudnia 2025 r.

Lanying R6000 ma docelowo transportować do 2 ton ładunku lub do 10 pasażerów w zastosowaniach tak wojskowych, jak i cywilnych.

Dwa zdjęcia z oblotu Lanying R6000 przeprowadzonego 28 grudnia 2025 r. Aparat latał wyłącznie w trybie śmigłowcowym, z wypuszczonym podwoziem.
Dwa zdjęcia z oblotu Lanying R6000 przeprowadzonego 28 grudnia 2025 r. Aparat latał wyłącznie w trybie śmigłowcowym, z wypuszczonym podwoziem.
Dwa zdjęcia z oblotu Lanying R6000 przeprowadzonego 28 grudnia 2025 r. Aparat latał wyłącznie w trybie śmigłowcowym, z wypuszczonym podwoziem.
Dwa zdjęcia z oblotu Lanying R6000 przeprowadzonego 28 grudnia 2025 r. Aparat latał wyłącznie w trybie śmigłowcowym, z wypuszczonym podwoziem.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Aparat ten ma układ samolotowy, ale do pionowego startu i lądowania służą elektryczne silniczki na wysięgnikach. Jednak nie jak to zwykle bywa cztery w układzie quadrocoptera, ale trzy, tworząc niepowtarzalny układ triocoptera.

Firma FlightWave Aerospace z Santa Monica w Kalifornii została założona przez dwóch byłych inżynierów pracujących dla Space X Elona Muska, doktorów inżynierów Michaela Colonno (prezes) i Trenta Lukaczyka (wiceprezes) w końcu 2014 r. We wrześniu 2024 r. weszła w skład grupy Red Cat Holdings z San Juan na Puerto Rico, w skład którego wchodzą też jeszcze dwie inne firmy działające na polu bezpilotowych aparatów latających, Teal Drones z Salt Lake City w Kansas oraz Blue Ops z West Palm Beach na Florydzie, gdzie zajmuje się opracowaniem i produkcją morskich, pływających pojazdów bezzałogowych.

Zdjęcie pokazujące ukompletowanie systemu Edge 130 Blue Pro (zmodernizowanej wersji z 2025 r.).
Zdjęcie pokazujące ukompletowanie systemu Edge 130 Blue Pro (zmodernizowanej wersji z 2025 r.).

Prace nad aparatem Edge 130 Blue zaczęły się w listopadzie 2019 r., a ich celem było zbudowanie aparatu typu samolotowego o dużej długotrwałości lotu przy niewielkim zużyciu energii, który miałby dodatkowe silniczki i śmigła używane do pionowego startu i lądowania oraz do zawisu w razie potrzeby.

Układ konstrukcyjny aparatu jest dość ciekawy. Ma relatywnie krótki kadłub o długości 77 cm, do którego mocowane są nieznacznie skośne skrzydła o rozpiętości 130 cm, zaś masa aparatu to zaledwie 1,2 kg. Aparat nie ma klasycznego usterzenia, dwa stateczniki pionowe znajdują się na końcach skrzydeł. Z tyłu kadłuba jest pojedynczy silnik do startu pionowego mocowany na stałe, w locie poziomym w trybie samolotowym silnik ten wyłącza się, a śmigło ustawia się wzdłuż linii lotu, dając minimalny opór aerodynamiczny. Dwa silniki ze śmigłami montowane są z przodu kadłuba na bocznych wysięgnikach i mogą się one obracać o 90o. Do startu pionowego ustawia się je w pionie, tak by śmigła dawały ciąg do uniesienia aparatu wraz z trzecim śmigłem z tyłu. Taki układ jest w zawisie niemal tak samo stateczny jak klasyczny quadrocopter, a jednocześnie daje mniejszy opór. Po przejściu do lotu poziomego, co osiąga się przez regulowany obrót przednich silników do poziomu, tylny silniczek jest wyłączany a jego śmigło ustawiane wzdłuż kadłuba. Napęd aparatu stanowią teraz ustawione poziomo silniczki przednie. Dzięki baterii litowo-jonowej o pojemności 6 Ah i napięciu 14,8 V aparat może osiągać zadziwiającą dużą długotrwałość lotu jak na swoje wymiary, która wynosi 120 minut w locie samolotywm lub 30 minut przy operowaniu wyłącznie w trybie śmigłowcowym. W tym czasie aparat może przelecieć 120 km przy prędkości 60 km/h, prędkość maksymalna wynosi 90 km/h, a wysokość lotu to 3650 m. Zasięg bezpośredniej łączności radiowej z widocznością radiową (line-of-sight) to 10 km. Łącze radiowe między operatorem a aparatem jest szyfrowane specjalnym protokołem. Aparat ma miniaturowy odbiornik nawigacyjny GPS, dzięki któremu można bardzo precyzyjnie określić położenie obserwowanego obiektu. Co prawda masa ładunku użytecznego Edge 130 Blue to tylko 0,375 kg, ale wystarczy to do zabrania kamery cyfrowej, przekazującej obraz o 10-krotnym powiększeniu i dość wysokiej rozdzielczości. Aparat jest przenoszony w walizce w stanie złożonym, jego rozłożenie i przygotowanie do startu zajmuje maksymalnie jedna minutę. Sterowanie odbywa się ze specjalnej konsoli typu laptop. W 2025 r. wprowadzono odmianę z retranslatorem łączności w sieci MESH Netowrk, co pozwala przy użyciu dwóch aparatów zwiększyć zasięg jednego z nich to 40-50 km, choć czas przebywania na tej odległości wynosi ok. 20-30 minut. Dodatkowo w najnowszej odmianie aparat wyposażono w precyzyjny układ nawigacyjny, pozwalający na nawigowanie i określanie współrzędnych obserwowanych obiektów także w przypadku silnych zakłóceń GPS.

Żołnierz amerykańskich Sił Specjalnych wypuszczający aparat Edge 130 Blue do lotu.
Żołnierz amerykańskich Sił Specjalnych wypuszczający aparat Edge 130 Blue do lotu.

24 takie systemy zakupiły Wojska Lądowe USA, dla dowództwa U.S. Army Communications-Electronics Command (CECOM). Używa ich między innymi kompania bezpilotowych aparatów latających 10. Dywizji Piechoty Górskiej. Kolejne 12 systemów zakupiła Gwardia Narodowa (używa ich m.in. Gwardia Narodowa stanu Oregon), a kolejne 12 – Marynarka Wojenna Australii, do użycia na patrolowcach typu Evolved Cape o wyporności ok. 400 ton. Wszystkie te systemy dostarczono w toku 2025 r. Używa ich też amerykańska straż graniczna U.S. Customs & Border Protection (CBP) do patrolowania granicy południowej USA.

Aparat w czasie lotu samolotowego. Widać na zdjęciu, że śmigło ogonowe ma większą średnicę niż dwa napędowe.
Aparat w czasie lotu samolotowego. Widać na zdjęciu, że śmigło ogonowe ma większą średnicę niż dwa napędowe.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

W zestrzelonym rosyjskim bezpilotowcu uderzeniowym Gerań 2, czyli licencyjnym irańskim Shahed 136, znaleziono termowizyjną kamerę cyfrową do naprowadzania aparatu przez operatora. Podejmuje się też próby ulepszania bezpilotowców przez stosowanie czegoś w rodzaju systemu DSMAC, znanego w profesjonalnych pociskach manewrujących.

Rosyjskie drony typu Shahed 136 produkowane w Specjalnej Strefie Ekonomicznej w mieście Jełabuga w Tatarstanie, są podstawowym środkiem napadu powietrznego na Ukrainę. Produkuje się go dosłownie dziesiątkami tysięcy miesięcznie w odmianie podstawowej Gerań 2 i oparty na nim pomniejszony i wielokrotnie tańszy aparat z małym czasowym ładunkiem wybuchowym Gerbera, służący przede wszystkim jako wabik na przeciwlotnicze systemy rakietowe Ukrainy. W mniejszych ilościach produkuje się nieco mniejsze bojowe Gerań 1 (Shahed 131) i odrzutowe Gerań 3 (Shahed 236). Dziennie tych aparatów wysyła się na Ukrainę od 100 do 500 (średnio, licząc wraz „wabikami” Gerbera, stanowiącymi zwykle ok. 40 % sił użytych w nalocie).

Rosyjski bezpilotowiec uderzeniowy dalekiego zasięgu Gerań 2 (Shahed 136) – najpopularniejszy rosyjski środek napadu powietrznego w Ukrainie
Rosyjski bezpilotowiec uderzeniowy dalekiego zasięgu Gerań 2 (Shahed 136) – najpopularniejszy rosyjski środek napadu powietrznego w Ukrainie

Ostatnio jednak dokładna inspekcja zestrzelonych lub rozbitych aparatów ujawniła, że w aparatach tych cały czas wprowadza się określone modyfikacje. Jednym z kierunków jest montaż kamery termowizyjnej oraz amerykańskiego (tak, Rosjanie systematycznie omijają sankcje przez pośredników) procesora dostosowanego do obsługi trybów sztucznej inteligencji AI typu Nvidia Jetson Orin, które produkuje firma Nvida z Santa Clara w Kalifornii. Kamera termowizyjna przekazuje obraz widoczny przed dronem, zaś algorytm AI dopasowuje widoczny obraz w podczerwieni do obrazu wprowadzonego do pamięci, a następnie wydaje komendy do sterowania dronem by umożliwić bardzo precyzyjny atak na wybrany cel. Przeważnie są to obiekty związane z systemem energetycznym, stacje transformatorowe, podstacje rozdzielcze czy nawet elementy elektrowni.

Zdjęcie zestrzelonego drona Gerań 2 z widoczną kamerą w głowicy pod przednią częścią kadłuba.
Zdjęcie zestrzelonego drona Gerań 2 z widoczną kamerą w głowicy pod przednią częścią kadłuba.

Ale na podstawie innych zestrzelonych szczątków stwierdzono, że jest też inna odmiana dronów Gerań 2 bardziej precyzyjnego rażenia. Stwierdzono w nich również obecność kamery termowizyjnej, ale nie połączonej z komputerem zasilanym odpowiednią aplikacją AI do samodzielnego ataku, lecz połączoną z siecią typu MESH, która ma zdolność do tworzenia lokalnych sieci przesyłania informacji. Pierwsza grupa lecących dronów jest wyposażona w kamery, zaś te lecące dalej za nimi mają jedynie terminale sieci MESH. Mają one zdolność do odpowiedniego konfigurowania się tak, że obraz z kamer tych pierwszych aparatów jest przez kolejne lecące za nimi Geranie czy Gerbery transmitowany na naziemne stanowisko dowodzenia i kierowania, gdzie operator drogą zwrotną, przez tę samą sieć MESH, wysyła do aparatów przeznaczonych do dokładnego atakowania celów, które są niekiedy wybierane dopiero w czasie lotu. Na przykład w ostatnich miesiącach stwierdzono wykonywanie tę metodą ataków na pociągi pozostające w ruchu za pomocą dronów dalekiego zasięgu rodziny Shahed.

Kolejną nowością jest zastosowanie w dronach różnych typów (dalekiego i średniego zasięgu, klasy tzw. amunicji krążącej) układu nawigacji DSMAC (Digital Scene Matching System, czytane dismak). Polega to na wykonaniu zdjęcia terenu dokładnie pod aparatem i nałożenie go na cyfrową mapę zapamiętaną w komputerze, z odpowiednim dopasowaniem. Taki system wprowadzono w pociskach manewrujących na przełomie lat 80./90., ale wówczas był to tzw. rocket science, czyli przełomowa, skomplikowana technologia. Okazało się, że w ten sposób można udokładnić położenie aparatu latającego bez możliwości zakłócenia systemu, przy locie na małej wysokości (pod chmurami). W tym czasie była to dość droga technologia, ale dziś jest to bardzo łatwe do zrobienia z logarytmami AI. A co najważniejsze, nie jest to wcale kosztowne i można je stosować w relatywnie niedrogich bezpilowcach.

Zdjęcie zdemontowanej z bezpilotowca Gerań 2 kamery termowizyjnej w specjalnej głowicy.
Zdjęcie zdemontowanej z bezpilotowca Gerań 2 kamery termowizyjnej w specjalnej głowicy.

I wreszcie ostatnia z technologii optoelektronicznych, dostrzeżonych w ostatnim okresie na rosyjskich dronach rodziny Shahed. To kamera obserwacji tylnej górnej półsfery, połączona z algorytmem AI. Kiedy pojawia się ukraiński dron przechwytujący, zbliżając się do dokonania ataku, algorytm oprogramowania daje komendę na gwałtowny zwrot, powodując, że atakujący dron przechwytujący mija atakowanego Gerania i nie strąca go.

Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer

To, co obserwujemy w Ukrainie to absolutna dominacja bezpilotowych aparatów latających, które są środkiem oddziaływania na poziomie taktycznym, ale także i strategicznym. Ale czy zawsze tak będzie?
 
Bezpilotowe aparaty latające obecnie przejęły niemal całkowicie obrazowe rozpoznanie taktyczne i taktyczno-operacyjne, obserwację pola walki, choć tutaj na poziomie wyższym są one uzupełniane przez rozpoznanie satelitarne. Ukraińskie doświadczenia pokazują, że przekazywanie obrazów satelitarnych nawet do dowództw brygad owocuje lepszą orientacją sytuacyjną i pozwalają łatwiej zbudować kompletny obraz rozmieszczenia wojsk w rejonie działań bojowych brygady. Bezpilotowce poszukują i wskazują cele do zniszczenia przez artylerię polową, ale również same są szeroko wykorzystywane do atakowania obiektów naziemnych. W tym celu stosuje się zarówno drony uderzeniowe klasy FPV (sterowane z użyciem zobrazowania First Person View), jak i aparaty zrzucające niewielkie ładunki bojowe, tzw. bombodrony. Szczególną ich odmianą są aparaty o dużych rozmiarach, tzw. baba jaga, operujące głównie w porze nocnej dzięki kamerze termowizyjnej. Są to najczęściej komercyjne aparaty służące do celów rolniczych, a nabywane na platformach zakupowych, głównie z Chin, które należą do największych producentów komercyjnych bezpilotowych aparatów latających na świecie. Są one oczywiście przerabiane, otrzymują kamery termowizyjne, odporne na zakłócenia szyfrowane linie łączności, no i oczywiście wyrzutniki dla różnych ładunków bojowych o masie nawet do 50 kg. Takie aparaty wykorzystuje się również do stawiania min w nocy.

Czy to wszystko oznacza, że drony są aż tak bardzo skuteczne? Ich zaletą są głównie małe rozmiary co powoduje że trudno je trafić z broni strzeleckiej, a niekiedy nawet trudno taki aparat dostrzec. Jest też wyjątkowo tani, więc można go używać w takiej masie, że tradycyjne kosztowne środki przeciwlotnicze stają się wobec dronów taktycznych całkowicie bezużyteczne. Ale na tym ich zalety się kończą.

Ładunki bojowe małych bezpilotowych aparatów latających są wciąż zwiększane, ale nadal mają one siłę pocisku moździerzowego średniego kalibru.
Ładunki bojowe małych bezpilotowych aparatów latających są wciąż zwiększane, ale nadal mają one siłę pocisku moździerzowego średniego kalibru.

Do wad należy głównie relatywnie mały zasięg, ograniczony mniej więcej do 20 km, a dla bardziej profesjonalnie wykonanej amunicji krążącej o wyższych kosztach (a zatem stosowanej w mniejszej liczbie) – do 50-70 km przy zastosowaniu drona-retranslatora, tzw. „pszczoły-matki”. Długotrwałość lotu  typowych lekkich quadrokopterów to maksymalnie 40-60 minut, co często nie wystarcza dla dolotu w rejon działań, wyszukanie odpowiedniego celu i wykonanie ataku na niego. Takie drony są bardzo podatne na wilgoć, dlatego nie specjalnie są w stanie operować w deszczu, w czasie opadów śniegu, a nawet w gęstej mgle. Zresztą w gęstej mgle, a często też w czasie opadów, operator niewiele widzi za pomocą ich kamery pokładowej. Ręczne sterowanie jest trudne i nawet doświadczony operator drona nie zawsze jest w stanie wykonać skuteczny atak. Bardzo dużym ograniczeniem jest mały ładunek bojowy, powodujący niewielkie uszkodzenia zaatakowanych obiektów. Dlatego na bardziej odporne obiekty pola walki trzeba ponawiać ataki, by uzyskać wymagany efekt. Zwykle na zniszczenie jednego czołgu trzeba zużyć 10-15 dronów FPV, a czasem i 20. Niektóre obiekty, takie jak mosty, solidne budynki, ziemianki, bunkry – są w ogóle nie do ruszenia przez drony.

Najważniejszą zaletą bezpilotowców pola walki jest ich śmiesznie mała cena, przez co można stosować je na skalę niezwykle masową, pomnażając efekty ich działania przez efekt skali.
Najważniejszą zaletą bezpilotowców pola walki jest ich śmiesznie mała cena, przez co można stosować je na skalę niezwykle masową, pomnażając efekty ich działania przez efekt skali.

Mimo to drony są bardzo powszechnie używane i obecnie faktycznie odpowiadają za większość strat przeciwnika. Ale należy sobie od razu wyjaśnić: jest to spowodowane charakterem tej wojny. Rosjanom nie chodzi bowiem o zajęcie ukraińskiego terytorium, by potem latami zmagać się z ukraińskim oporem, jak Amerykanie w Iraku czy Afganistanie. Celem rosyjskich działań jest złamanie ducha i woli walki narodu ukraińskiego, po to by w atmosferze apatii i rezygnacji dokonać zmiany władzy w Kijowie na taką, która będzie sprzyjała Rosji. Później terrorem i indoktrynacją doprowadzi się państwo ukraińskie do pełnego posłuszeństwa, tworząc coś w rodzaju kolejnej Białorusi. A taki sposób prowadzenia wojny wymusza długotrwały konflikt na wymuszenie. Dlatego obie strony mocno oszczędzają drogie systemy uzbrojenia, takie jak czołgi, artylerie, samoloty bojowe, pociski kierowane różnych typów, rakiety balistyczne. Gdyby jednak wojna przeszła w fazę manewrową, wówczas priorytety ulegną zmianie. Na pierwszy plan wysuną się wtedy środki walki o znacznie większych możliwościach bojowych, o większej skuteczności, choć oczywiście także dużo droższych. Nadal bezpilotowce będą masowo stosowane, ale nie będą już wówczas tak bardzo dominować na polu walki. Trzeba więc przyjąć maksymalnie wiele ukraińskich doświadczeń, ale jednocześnie należy analizować jaką wojnę nam przyjdzie prowadzić, starając się przewidzieć, jakie w takiej wojnie będzie miejsce i rola dronów.

Popularne rosyjskie Orłany to przykład prostego, ale skutecznego aparatu taktycznego do obserwacji pola walki.
Popularne rosyjskie Orłany to przykład prostego, ale skutecznego aparatu taktycznego do obserwacji pola walki.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

1 czerwca 2025 r. Ukraina dokonała ataku na rosyjskie bombowce strategiczne z wykorzystaniem kombinacji bezpilotowych aparatów latających i technik dywersyjnych. Oficjalnie operację znaną jako „Pawutina” czyli sieć pająka przeprowadziło ukraińskie SB (Służba Bezpieczeństwa), ale nie jest wykluczone że to jednak robota wywiadu wojskowego GUR.

Operację tą przygotowywano podobno 18 miesięcy. Cel był nie byle jaki, bo kosztujące setki milionów dolarów bombowce strategiczne, której floty Rosja nie jest w stanie uzupełnić, bo samoloty te nie są produkowane od wielu lat. Wznowienie ich produkcji obecnie to niesamowicie kosztowne i trudne przedsięwzięcie. Poza rolą odstraszania jądrowego rosyjskie bombowce są używane do systematycznych ataków pociskami manewrującymi Ch-101 na Ukrainę. Część samolotów pozostaje przez określony czas, zwykle trzy tygodnie, w dyżurze z bronią jądrową w ramach gotowości bojowej sił strategicznych. Po zluzowaniu ich przez kolejną grupę bombowców, kilka z nich jest uzbrajanych w pociski skrzydlate z głowicami konwencjonalnymi Ch-101 i po otrzymaniu sygnału do ataku lecą odpalać podwieszone pociski nad Morzem Kaspijskim. Pociski po zrzucie rozkładają skrzydła, uruchamiają swoje silniki i samodzielnie lecą do celu w Ukrainie. Łącznie Rosja posiada 58 samolotów Tu-95MS i 16 nowszych Tu-160, A także 62 Tu-22M3, przeznaczone głównie do ataków jądrowych na Europę na wypadek wojny na poziomie strategicznym.

Ukraińska operacja specjalna była skierowana na cztery bazy lotnictwa strategicznego i na lotnisko z zakładami remontowymi zabezpieczającymi logistycznie samoloty strategiczne. Były to lotniska strategiczne: Olenia koło Murmańska, Diagiliewo po Riazaniem,  Biełaja pod Irkuckiem i leżąca przy granicy chińskiej baza Ukrainka. Piątym lotniskiem było Iwanowo, gdzie mieszczą się zakłady remontowe. Do Rosji przemycono części z których zmontowano pod Czelabińskiem około 120 dronów (Ukraina podaje dokładną liczbę jako 117). Były to popularne aparaty „Osa” firmy First Contact z Czernihowa o masie nieco ponad 5 kg, przenoszące ładunek użyteczny nieco ponad 3 kg. Ponieważ w jego skład wchodzi kamera, to na ładunek bojowy pozostaje ok. 2,5 kg. Zasięg tego drona to 8 km, ale mówimy o zasięgu łączności do sterowania metodą FPV, do czego ten aparat jest najczęściej stosowany. W przypadku lotu autonomicznego ten zasięg sięga 15 km.

Zdjęcie satelitarne pokazujące zniszczenia na lotnisku Biełaja  pod Irkuckiem.
Zdjęcie satelitarne pokazujące zniszczenia na lotnisku Biełaja pod Irkuckiem.

W dronie zastosowano popularnego autopilota ArduPilot (jest to komercyjna aplikacja kontrolująca systemy bezzałogowe) sprzężonego ze sztuczną inteligencją. W muzeum broni strategicznych w Potławie ćwiczono układ sztucznej inteligencji w wyszukiwaniu i atakowaniu bombowca Tu-22M3 i Tu-95. Kiedy wypracowany został odpowiedni algorytm, został on skopiowany do wszystkich użytych dronów. Ukraiński agent założył firmę transportową w Czelabińsku, gdzie na przedmieściach zmontowano specjalne domki kontenerowe, których dach był zdalnie otwierany. Pod dachem umieszczono 20-36 dronów w każdej ciężarówce. Kierowców wynajęto przez media społecznościowe płacąc im zaliczki na konto, co jest w Rosji normą w branży transportowej. Każdy z nich otrzymał zlecenie na transport ładunku do określonego miejsca po zadanej trasie. W pobliżu lotnisk każdy z kierowców otrzymał telefoniczne polecenie zatrzymania się na parkingu, wówczas dach się otwierał i startowały drony. Kierowcy, których Rosjanie oczywiście aresztowali, nie mieli pojęcia w czym uczestniczą, ani nie znali swojego zleceniodawcy. Właściwi organizatorzy nie zostali schwytani.
Podobno aparaty nie korzystały z GPS, ze wskazanego miejsca zatrzymania się (parking, stacja benzynowa) aparaty leciały według kursu i czasu oraz zliczenia drogi, a następnie po włączeniu kamery same poszukiwały sobie celów. Osy naprowadzały się na cele same i robiły to dość skutecznie.

Tak ułożono drony Osa pod dachem przewożonych kontenerów mieszkalnych.
Tak ułożono drony Osa pod dachem przewożonych kontenerów mieszkalnych.

Spośród czterech lotnisk operacyjnych, nie powiódł się atak na Ukrainkę i to z bardzo prozaicznej przyczyny – przed dojechaniem w pobliże bazy zapaliła się ciężarówka, a w wyniku pożaru doszło do wybuchów ładunków dronów. Za to pozostałe ataki powiodły się. Najmniej wiadomo o ataku na Iwanono, gdzie poważnie uszkodzono dwa samoloty dozoru radiolokacyjnego A-50. Zniszczono też na pewno 9 Tu-95MS i 4 Tu-22M3, a uszkodzono 6 Tu-95MS oraz 8 Tu-22M3. Ponadto zniszczeniu uległ samolot transportowy An-12 (w bazie Olenia). Trzeba przyjąć, że spośród maszyn uszkodzonych są takie, których nie da się lub nie będzie się opłacało naprawiać. Mowa o danych potwierdzonych ze zdjęć satelitarnych, bowiem Ukraina ogłosiła oficjalnie zniszczenie 41 dużych samolotów.
Strata 9 do 15 Tu-95MS spośród 58 maszyn, w tym zapewne ok. 40 w pełni sprawnych to uszczuplenie rosyjskiej floty bombowców strategicznych o jedną czwartą. Jest to poważny cios, który na Zachodzie wywołał obawy o możliwość użycia broni jądrowej przez Rosję, co oczywiście nie nastąpiło.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Powstała w 2004 r. firma ZALA AERO GROUP znana też pod rosyjską nazwą ZALA AERO GROUP Беспилотные системы (systemy bezpilotowe), od 2015 r. wchodząca w skład koncernu OA Koncern „Kałasznikow”, jest jednym z głównych dostawców różnych bezpilotowych aparatów latających dla Sił Zbrojnych Rosji.

Firmę założył w 2003 r. konstruktor i biznesman z Iżewska Aleksandr Zacharow, a firma początkowo nazywała się OOO „CST”, przy czym owe trzy „O” oznaczają spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, zaś CST jest skrótem od Centr Sowriemiennoj Techołogii, czyli centrum współczesnych technologii. Proponowano wówczas różne rozwiązania z dziedziny technologii teleinformacyjnych, ale już w 2004 r. firma zajęła się opracowaniem i produkcją różnych systemów bezpilotowych, które z czasem znalazły drogę dla wojska. Od 2015 r. przyjęto nazwę ZALA, a wejście w skład OA Koncern „Kałasznikow”, co mimo wszystko nie oznacza utratę pewnej samodzielności firmy z Iżewska, dało możliwość prowadzenia sprzedaży produktów dla Sił Zbrojnych Rosji, jako że koncern był dopuszczony do tzw. obrotu specjalnego. Od 2011 r. do 2021 r. koncern uzyskał kontrakty od rosyjskich agencji rządowych wartości 3,3 miliardy Rubli. Po inwazji Rosji na Ukrainę, w samym 2022 r. uzyskano kontrakty, głównie od wojska, wartości 3,8 miliardów Rubli, co wpłynęło na ogromny rozwój tej firmy.

Założyciel i główny konstruktor firmy ZALA AERO Aleksandr Zacharow, obecnie posiadający 50,85% udziałów w firmie.
Założyciel i główny konstruktor firmy ZALA AERO Aleksandr Zacharow, obecnie posiadający 50,85% udziałów w firmie.

Obecnie w Rosji nastąpił prawdziwy wysyp różnych firm produkujących różne systemy bezpilotowe. To, że większość z nich jest przeznaczone na rynek cywilny nie znaczy, że nie trafiają one do wojska. W wyniku zbiórek społecznych, albo za fundusze jednostek wojskowych, kupowane są różne komercyjne aparaty, które na miejscu w warsztatach jednostek wojskowych są dostosowywane do zadań militarnych, poprzez modyfikację ich systemów łączności, poprzez ich uzbrajanie, itp. Czasem wojsko kupuje też części z których samodzielnie składa sobie odpowiednie aparaty, choć w Rosji jest to o wiele mniej rozwinięte, niż w Ukrainie. Ukraina cieszy się szerokim poparciem i w związku z tym zbiórki na zakup dronów mają duży odzew także za granicą, więc jednostki otrzymują ich znacznie więcej.

Nowa rodzina amunicji krążącej firmy ZALA AERO, czyli aparat typu Kub.
Nowa rodzina amunicji krążącej firmy ZALA AERO, czyli aparat typu Kub.

Firma ZALA AERO GROUP dostarcza swoje aparaty w normalnym systemie dostaw wojskowych, przy czym używane są trzy różne grupy aparatów różnych typów. Jedne to aparaty rozpoznawcze i obserwacji pola walki produkowane w klasie małych TUAV (Tactical Unmanned Aerial Vehicle) o masie od 5 do 20 kg. Są one powszechnie używane na froncie w Ukrainie w coraz większej ilości. Drugą grupą wytwarzanych aparatów to tzw. amunicja krążąca, zwana czasem przez dziennikarzy „dronami kamikaze”. Tutaj firma ZALA AERO GROUP jest liderem wśród firm, jakie można zaliczyć do branży zbrojeniowej, w dostawach profesjonalnej amunicji krążącej, a najbardziej znany typ to ZALA Lancet, który ma zasięg nawet do 70 km w odmianie Lancet-3 i do 40 km w wersji Lancet-1. Jednakże Lancet nie jest jedynym typem aparatu produkowanym w tej klasie.
Kolejna grupa używana przez wojska w najmniejszej liczbie to aparaty pionowego startu i lądowania typu śmigłowcowego. Są one również używane do rozpoznania i obserwacji, ale na niewielką odległość, ale wojsko ma ich niewiele. Najwięcej aparatów „śmigłowcowych” typu Zala 421-02, Zala 421-02M i Zala 421-02X sprzedano Ministerstwu Nadzwyczajnych Sytuacji, czyli rosyjskiemu ministerstwu odpowiedzialnemu za służby ratownicze, straż pożarną, itp.

Aparaty firmy ZALA AERO GROUP w dwóch pierwszych klasach są natomiast stosowane na froncie dość masowo. Inne profesjonalne firmy produkujące bezpilotowe aparaty latające to na przykład OOO STC czyli Specjalnyj Technołogiczeskij Centr z Sankt Petersburga, który jest producentem słynnych apoaratów Orłan, z najpopularniejszym Orłan-10 używanym bardzo powszechnie do rozpoznania taktycznego w Ukrainie, Roboavia z Symferopola dostarczająca małe rozpoznawcze aparaty Feniks-3, Grupa Konsztadt również z Sank Petersburga produkująca aparaty Orion i Forposst, które jednak po początkowych stratach obecnie są używane na froncie w niewielkiej ilości oraz AO „Eniks” z Republiki Tatarstanu, która produkuje małe aparaty rozpoznawcze rodziny Eleron oraz obserwacyjny quadrocopter Wjejer.

 

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman

Już teraz zapisz się
do naszego newslettera

Bądź na bieżąco z nowościami