W ostatnim roku oblatano w Chinach kilka największych na świecie bezpilotowych aparatów latających przeznaczonych do transportu towarów. Mają one służyć do obniżenia kosztów transportu ładunków i przesyłek na duże odległości.
W 2021 r. w Chinach powstała nowa firma Air White Whale, mająca swoje biura w Pekinie, ale która wynajęła hale fabryczne w mieście Changzhou. Jej zarząd składa się z byłych dyrektorów Comac (chińskiego producenta samolotów komercyjnych), Airbus China i GE Aviation. Prezesem jest weteran chińskiego przemysłu lotniczego, Hu Zhendong. Kierownikiem programu powstałego w tej firmie transportowego bezpilotowca WS5000 jest wiceprezes firmy ds. inżynieryjnych Kang Yanxiang.

W aparacie WS5000 o maksymalnej masie startowej 10,8 tony, który zabiera ładunek o masie do 5 ton, zastosowano duraluminiową strukturę nośną, z pokryciem w postaci lekkich wytrzymałych kompozytów węglowo-epoksydowych. Kadłub ma przekrój skrzynkowy, dostosowany do załadunku standardowych kontenerów lotniczych LD3 lub palet z ładunkiem, Ładownia ma pojemność użyteczną ponad 65 m3. W tym celu podłoga kabiny ładunkowej znajduje się relatywnie nisko. Kadłub ma długość całkowitą 22,9 m. Skrzydła proste o rozpiętości 22,7 m są montowane w układzie górnopłata, usterzenie natomiast ma klasyczną konfigurację. Podwozie trójkołowe, całkowicie chowane w locie do kadłuba, główne do bocznych sponsonów. Wysokość aparatu to 7,51 m. Napęd stanowią dwa chińskie silniki turbośmigłowe AEP-100 o mocy po 1220 KM każdy. Nadają one aparatowi prędkość maksymalną 525 km/h (obliczoną). WS5000 nawiguje dzięki układowi bezwładnościowemu wspomaganemu GPS oraz dodatkowo jest wyposażony w system lądowania ILS. Dzięki komputerowi wspomaganemu przez sztuczną inteligencję aparat ma wykonywać lot autonomicznie i nawet wykonywać polecenia kontrolerów ruchu lotniczego dzięki systemowi rozpoznania głosu. WS5000 został zaprezentowany w październiku 2024 r., ale do chwili obecnej przechodzi wciąż próby naziemne, a data jego pierwszego lotu przesunęła się z końca 2025 r. na początek 2026 r. W 2026 r. ma też być certyfikowany. Aparat ma mieć operatora na ziemi, ale jeden operator ma nadzorować lot do siedmiu aparatów WS5000 jednocześnie.

Kolejnym aparatem jest wojskowy Aviation Industry Corporation of China (AVIC) Jiu Tian. Bezpilotowiec Jiu Tian ma kadłub o przekroju prostokątnym z zaokrąglonymi rogami. Jest jeszcze większy, ma proste skrzydła o rozpiętości 25 m, a kadłub ma długość 16,35 m. Maksymalna masa startowa wynosi 16 ton, a nośność to 6 ton uzbrojenia lub ładunku, choć komora ładunkowa w kadłubie jest znacznie mniejsza. W przypadku uzbrojenia jest ono przenoszone na ośmiu zaczepach podskrzydłowych, po cztery pod każdym skrzydłem. Mogą to być kierowane pociski przeciwradiolokacyjne lub pociski manewrujące bądź przeciwokrętowe. W komorze kadłubowej natomiast można zabierać do 100 sztuk amunicji krążącej (dronów uderzeniowych). Aparat ma silnik odrzutowy dwuprzepływowy formy Aero Engine Corporation of China (AECC), ale nie podaje się jego typu. Zapewnia on lot z prędkością do 700 km/h na odległość do 7000 km (do przebazowania), pułap aparatu to 15 000 m. Pierwszy lot Jiu Tian wykonał 11 grudnia 2025 r. i jego próby wciąż trwają.
Ostatni z opisywanych aparatów, Lanying R6000, został opracowany przez Shenzhen United Aircraft Technology Co., Ltd. (United Aircraft Group) i wykonał swój pierwszy lot w Shenzhen 28 grudnia 2025 r. Aparat jest napędzany dwoma chińskimi silnikami turbośmigłowymi AES100 o mocy po 1400 KM, które napędzają duże śmigła-wirniki. Aparat jest pionowzlotem i ma układ zmiennowirnikowca, ale w przeciwieństwie do amerykańskiego V-22 Osprey nie są przestawiane całe gondole silnikowe, lecz mocowane na stożkowej przekładni wały napędowe śmigieł-wirników. Dzięki temu gondole pozostają nieruchome, a wylot gazów spalinowych jest skierowany do tyłu. Kadłub ma kształt wrzeciona, a usterzenie ma układ litery „H”, z podwójnym usterzeniem pionowym. Podwozie chowane w locie składa się z zespołów podwozia głównego z przodu kadłuba chowanego do bocznych sponsonów i pojedynczego zespołu z tyłu kadłuba.

Lanying R6000 ma docelowo transportować do 2 ton ładunku lub do 10 pasażerów w zastosowaniach tak wojskowych, jak i cywilnych.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Aparat ten ma układ samolotowy, ale do pionowego startu i lądowania służą elektryczne silniczki na wysięgnikach. Jednak nie jak to zwykle bywa cztery w układzie quadrocoptera, ale trzy, tworząc niepowtarzalny układ triocoptera.
Firma FlightWave Aerospace z Santa Monica w Kalifornii została założona przez dwóch byłych inżynierów pracujących dla Space X Elona Muska, doktorów inżynierów Michaela Colonno (prezes) i Trenta Lukaczyka (wiceprezes) w końcu 2014 r. We wrześniu 2024 r. weszła w skład grupy Red Cat Holdings z San Juan na Puerto Rico, w skład którego wchodzą też jeszcze dwie inne firmy działające na polu bezpilotowych aparatów latających, Teal Drones z Salt Lake City w Kansas oraz Blue Ops z West Palm Beach na Florydzie, gdzie zajmuje się opracowaniem i produkcją morskich, pływających pojazdów bezzałogowych.

Prace nad aparatem Edge 130 Blue zaczęły się w listopadzie 2019 r., a ich celem było zbudowanie aparatu typu samolotowego o dużej długotrwałości lotu przy niewielkim zużyciu energii, który miałby dodatkowe silniczki i śmigła używane do pionowego startu i lądowania oraz do zawisu w razie potrzeby.
Układ konstrukcyjny aparatu jest dość ciekawy. Ma relatywnie krótki kadłub o długości 77 cm, do którego mocowane są nieznacznie skośne skrzydła o rozpiętości 130 cm, zaś masa aparatu to zaledwie 1,2 kg. Aparat nie ma klasycznego usterzenia, dwa stateczniki pionowe znajdują się na końcach skrzydeł. Z tyłu kadłuba jest pojedynczy silnik do startu pionowego mocowany na stałe, w locie poziomym w trybie samolotowym silnik ten wyłącza się, a śmigło ustawia się wzdłuż linii lotu, dając minimalny opór aerodynamiczny. Dwa silniki ze śmigłami montowane są z przodu kadłuba na bocznych wysięgnikach i mogą się one obracać o 90o. Do startu pionowego ustawia się je w pionie, tak by śmigła dawały ciąg do uniesienia aparatu wraz z trzecim śmigłem z tyłu. Taki układ jest w zawisie niemal tak samo stateczny jak klasyczny quadrocopter, a jednocześnie daje mniejszy opór. Po przejściu do lotu poziomego, co osiąga się przez regulowany obrót przednich silników do poziomu, tylny silniczek jest wyłączany a jego śmigło ustawiane wzdłuż kadłuba. Napęd aparatu stanowią teraz ustawione poziomo silniczki przednie. Dzięki baterii litowo-jonowej o pojemności 6 Ah i napięciu 14,8 V aparat może osiągać zadziwiającą dużą długotrwałość lotu jak na swoje wymiary, która wynosi 120 minut w locie samolotywm lub 30 minut przy operowaniu wyłącznie w trybie śmigłowcowym. W tym czasie aparat może przelecieć 120 km przy prędkości 60 km/h, prędkość maksymalna wynosi 90 km/h, a wysokość lotu to 3650 m. Zasięg bezpośredniej łączności radiowej z widocznością radiową (line-of-sight) to 10 km. Łącze radiowe między operatorem a aparatem jest szyfrowane specjalnym protokołem. Aparat ma miniaturowy odbiornik nawigacyjny GPS, dzięki któremu można bardzo precyzyjnie określić położenie obserwowanego obiektu. Co prawda masa ładunku użytecznego Edge 130 Blue to tylko 0,375 kg, ale wystarczy to do zabrania kamery cyfrowej, przekazującej obraz o 10-krotnym powiększeniu i dość wysokiej rozdzielczości. Aparat jest przenoszony w walizce w stanie złożonym, jego rozłożenie i przygotowanie do startu zajmuje maksymalnie jedna minutę. Sterowanie odbywa się ze specjalnej konsoli typu laptop. W 2025 r. wprowadzono odmianę z retranslatorem łączności w sieci MESH Netowrk, co pozwala przy użyciu dwóch aparatów zwiększyć zasięg jednego z nich to 40-50 km, choć czas przebywania na tej odległości wynosi ok. 20-30 minut. Dodatkowo w najnowszej odmianie aparat wyposażono w precyzyjny układ nawigacyjny, pozwalający na nawigowanie i określanie współrzędnych obserwowanych obiektów także w przypadku silnych zakłóceń GPS.

24 takie systemy zakupiły Wojska Lądowe USA, dla dowództwa U.S. Army Communications-Electronics Command (CECOM). Używa ich między innymi kompania bezpilotowych aparatów latających 10. Dywizji Piechoty Górskiej. Kolejne 12 systemów zakupiła Gwardia Narodowa (używa ich m.in. Gwardia Narodowa stanu Oregon), a kolejne 12 – Marynarka Wojenna Australii, do użycia na patrolowcach typu Evolved Cape o wyporności ok. 400 ton. Wszystkie te systemy dostarczono w toku 2025 r. Używa ich też amerykańska straż graniczna U.S. Customs & Border Protection (CBP) do patrolowania granicy południowej USA.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
„Firma Technologii Obronnych i Radioelektronicznych” sp. z o.o. została założona w 2015 r. w Kijowie. To właśnie w niej produkowany był słynny aparat bezpilotowy Leleka-100 szeroko stosowany w Ukrainie do obserwacji pola walki oraz do korygowania ognia artylerii. Nowa rodzina aparatów RAM to przede wszystkim amunicja krążąca, ale nie tylko.
Sam aparat Leleka-100 został opracowany w Firmie Produkcyjnej i Innowacyjnej „DEVIRO” sp. z o.o., mającą swoje oddziały w Kijowie, ale także w Republice Czeskiej, by zabezpieczyć produkcję ważnych aparatów rozpoznania taktycznego Leleka-100. Jest to aparat typu samolotowego w układzie klasycznym, o rozpiętości skrzydeł ok. 2 m, masie 5.5 kg i z napędem w postaci silnika elektrycznego. Ma długotrwałość lotu ok. 2 godzin, w czasie których może przelecieć 120-140 km ze średnią prędkością 60-70 km/h, z możliwością rozwinięcia maksymalnej prędkości 120 km/h w razie potrzeby. Startuje z niewielkiej katapulty lub za pomocą lin gumowych (alternatywna metoda), a ląduje na spadochronie lub w razie konieczności w trawie na brzuchu w locie z małą prędkością. Leleka-100 jest wyposażona w cyfrową kamerę dzienną, z zoomem pozwalającym na transmitowanie obrazu do operatora na odległość do 50 km (z wysokości ok. 2000-3000 m), a kamera ma powiększenie od 10-krotnego do 25-krotnego. W 2025 r. opracowano wersję Leleka-100M2R, będącą translatorem komunikacji radiowej z innym aparatem tego typu wykonującym misję w odległości do 50 km od operatora. Leleka-100 ma bezwładnościowy układ nawigacyjny i w razie zakłóceń odbiornika GPS jest w stanie wykonać lot po zaprogramowanej trasie i automatycznie wrócić w wyznaczone do lądowania miejsce. Leleka-100 była i jest produkowana przez obie wymienione firmy, bowiem zamówienia na ten aparat są duże, zwykle używana jest w brygadach wojsk lądowych Ukrainy do obserwacji pola walki, rozpoznania taktycznego i korygowania ognia artylerii z wyszukiwaniem dla niej celów włącznie. W 2024 r. weszła do użycia odmiana Leleka-100L o promieniu działania do 90 km od operatora, z długotrwałością lotu zwiększoną do 4 godzin.

Na bazie Leleki-100 obie firmy opracowały taktyczną amunicję krążącą, pozwalającą na atakowanie obiektów oddalonych o ok. 50-60 km od operatora, pod warunkiem wykorzystania retranslatora. DEVIRO produkuje aparaty Buława z głowicą bojową o masie 3,6 kg sterowaną przez operatora drogą radiową, zaś w drugiej firmie powstał bardzo podobny aparat RAM II. Ta ostatnia jest powiększoną odmianą Leleki, ma rozpiętość skrzydeł 2,58 m, masę startową 9,8 kg z czego 3,6 kg to głowica bojowa, taktyczny promień działania to 30 km, a długotrwałość lotu to 40-55 minut, przy prędkości 70 km/h.

Kiedy opracowano dwie kolejne wersje, odmianę podstawową dostosowaną do bardzo szybkiego użycia (uproszczone procedury przygotowania do startu i startu) nazwano RAM-2S. Z kolei na bazie tej wersji powstała odmiana z powiększonym zasięgiem (z retranslatorem) do 50 km i zwiększoną długotrwałością lotu do 60 minut, choć z nieco zredukowaną głowicą bojową o masie 3 kg. Tą wersję produkuje się pod oznaczeniem RAM-2L. Najciekawszą odmianą jest jednak RAM-2X. W niej z kolei poprawiono układ aerodynamiczny, wymieniając standardowe skrzydła na cztery płaty w układzie litery „X”, jak na rosyjskiej popularnej amunicji krążącej typu Lancet. Dzięki nowej konfiguracji aerodynamicznej i zwiększeniu pojemności baterii, przy tej samej 3 kg głowicy bojowej uzyskano zasięg 100 km przy trybie ręcznym, kiedy aparat jest naprowadzany przez operatora obserwującego obraz z kamery, a nawet do 150 km, kiedy wybrany jest tryb autonomiczny, z wykorzystaniem komputera poszukiwania celów i ich wyboru przy pomocy sztucznej inteligencji. Po zakwalifikowaniu celu aparat może sam przeprowadzić atak, nie mając łączności z operatorem. RAM-2x pokazał swoją przydatność, kiedy we wrześniu 2025 r. zniszczył na lotnisku w okupowanym Ługańsku samobieżny system przeciwlotniczy Pancyr S1, w odległości ponad 100 km od linii frontu. Okresowo aparaty te odnoszą podobne sukcesy, choć nie znamy dokładnej skali ich użycia. Zapewne poznamy po wojnie.


Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
To, co obserwujemy w Ukrainie to absolutna dominacja bezpilotowych aparatów latających, które są środkiem oddziaływania na poziomie taktycznym, ale także i strategicznym. Ale czy zawsze tak będzie?
Bezpilotowe aparaty latające obecnie przejęły niemal całkowicie obrazowe rozpoznanie taktyczne i taktyczno-operacyjne, obserwację pola walki, choć tutaj na poziomie wyższym są one uzupełniane przez rozpoznanie satelitarne. Ukraińskie doświadczenia pokazują, że przekazywanie obrazów satelitarnych nawet do dowództw brygad owocuje lepszą orientacją sytuacyjną i pozwalają łatwiej zbudować kompletny obraz rozmieszczenia wojsk w rejonie działań bojowych brygady. Bezpilotowce poszukują i wskazują cele do zniszczenia przez artylerię polową, ale również same są szeroko wykorzystywane do atakowania obiektów naziemnych. W tym celu stosuje się zarówno drony uderzeniowe klasy FPV (sterowane z użyciem zobrazowania First Person View), jak i aparaty zrzucające niewielkie ładunki bojowe, tzw. bombodrony. Szczególną ich odmianą są aparaty o dużych rozmiarach, tzw. baba jaga, operujące głównie w porze nocnej dzięki kamerze termowizyjnej. Są to najczęściej komercyjne aparaty służące do celów rolniczych, a nabywane na platformach zakupowych, głównie z Chin, które należą do największych producentów komercyjnych bezpilotowych aparatów latających na świecie. Są one oczywiście przerabiane, otrzymują kamery termowizyjne, odporne na zakłócenia szyfrowane linie łączności, no i oczywiście wyrzutniki dla różnych ładunków bojowych o masie nawet do 50 kg. Takie aparaty wykorzystuje się również do stawiania min w nocy.
Czy to wszystko oznacza, że drony są aż tak bardzo skuteczne? Ich zaletą są głównie małe rozmiary co powoduje że trudno je trafić z broni strzeleckiej, a niekiedy nawet trudno taki aparat dostrzec. Jest też wyjątkowo tani, więc można go używać w takiej masie, że tradycyjne kosztowne środki przeciwlotnicze stają się wobec dronów taktycznych całkowicie bezużyteczne. Ale na tym ich zalety się kończą.

Do wad należy głównie relatywnie mały zasięg, ograniczony mniej więcej do 20 km, a dla bardziej profesjonalnie wykonanej amunicji krążącej o wyższych kosztach (a zatem stosowanej w mniejszej liczbie) – do 50-70 km przy zastosowaniu drona-retranslatora, tzw. „pszczoły-matki”. Długotrwałość lotu typowych lekkich quadrokopterów to maksymalnie 40-60 minut, co często nie wystarcza dla dolotu w rejon działań, wyszukanie odpowiedniego celu i wykonanie ataku na niego. Takie drony są bardzo podatne na wilgoć, dlatego nie specjalnie są w stanie operować w deszczu, w czasie opadów śniegu, a nawet w gęstej mgle. Zresztą w gęstej mgle, a często też w czasie opadów, operator niewiele widzi za pomocą ich kamery pokładowej. Ręczne sterowanie jest trudne i nawet doświadczony operator drona nie zawsze jest w stanie wykonać skuteczny atak. Bardzo dużym ograniczeniem jest mały ładunek bojowy, powodujący niewielkie uszkodzenia zaatakowanych obiektów. Dlatego na bardziej odporne obiekty pola walki trzeba ponawiać ataki, by uzyskać wymagany efekt. Zwykle na zniszczenie jednego czołgu trzeba zużyć 10-15 dronów FPV, a czasem i 20. Niektóre obiekty, takie jak mosty, solidne budynki, ziemianki, bunkry – są w ogóle nie do ruszenia przez drony.

Mimo to drony są bardzo powszechnie używane i obecnie faktycznie odpowiadają za większość strat przeciwnika. Ale należy sobie od razu wyjaśnić: jest to spowodowane charakterem tej wojny. Rosjanom nie chodzi bowiem o zajęcie ukraińskiego terytorium, by potem latami zmagać się z ukraińskim oporem, jak Amerykanie w Iraku czy Afganistanie. Celem rosyjskich działań jest złamanie ducha i woli walki narodu ukraińskiego, po to by w atmosferze apatii i rezygnacji dokonać zmiany władzy w Kijowie na taką, która będzie sprzyjała Rosji. Później terrorem i indoktrynacją doprowadzi się państwo ukraińskie do pełnego posłuszeństwa, tworząc coś w rodzaju kolejnej Białorusi. A taki sposób prowadzenia wojny wymusza długotrwały konflikt na wymuszenie. Dlatego obie strony mocno oszczędzają drogie systemy uzbrojenia, takie jak czołgi, artylerie, samoloty bojowe, pociski kierowane różnych typów, rakiety balistyczne. Gdyby jednak wojna przeszła w fazę manewrową, wówczas priorytety ulegną zmianie. Na pierwszy plan wysuną się wtedy środki walki o znacznie większych możliwościach bojowych, o większej skuteczności, choć oczywiście także dużo droższych. Nadal bezpilotowce będą masowo stosowane, ale nie będą już wówczas tak bardzo dominować na polu walki. Trzeba więc przyjąć maksymalnie wiele ukraińskich doświadczeń, ale jednocześnie należy analizować jaką wojnę nam przyjdzie prowadzić, starając się przewidzieć, jakie w takiej wojnie będzie miejsce i rola dronów.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Od wielu już miesięcy Ukraina zmaga się coraz większym napływem uderzeniowych bezpilotowych aparatów latających Gerań 2, czyli licencyjnych irańskich Shahed 136. Ich zwalczanie stało się poważnym problemem.
Rosjanie od ponad dwóch lat do atakowania Ukrainy stosują drony uderzeniowe dalekiego zasięgu. Początkowo w Iranie zakupiono drony Shahed 131 i 136 o zasięgu (odpowiednio) 800 km i ponad 2000 km. Pierwsze użycie Shahedów przeciwko Ukrainie miało miejsce 13 września 2022 r. Po kilkudziesięciu atakach z użyciem niewielkiej ilości sprowadzonych z Iranu dronów Shahed, podjęto ich licencyjną produkcję w Rosji pod nazwą (odpowiednio) Gerań 1 i Gerań 2. Jesienią 2024 r. zaczęto używać odrzutowych Shahedów 238 produkowanych w Rosji na licencji jako Gerań 3. Jednakże odrzutowych dronów produkuje się niewiele i zdecydowanie najpopularniejsze pozostają Geranie 2, czyli rosyjska odmiana Shaheda 136, nieco mniej używa się Gerani 1. Produkcją Gerani zajmuje się firma Ałabuga-Politech w miejście Jełabuga w Tatarstanie. Gerań 2 waży 220 kg i ma głowicę bojową o masie 70 kg, czyli porównywalną z ładunkiem amerykańskiej bomby SDB (Small-Diameter Bomb) o masie 118 kg. Rozpiętość skrzydeł sięga 3,5 m, zaś długość kadłuba – 2,6 m. Start drona odbywa się ze specjalnej wyrzutni, dlatego nie ma on podwozia.
Najgorsze jest to, że produkowany w Rosji Gerań 2 kosztuje około 25 000 dolarów za sztukę. Jak na sprzęt wojskowy jest to śmiesznie tanio. Dzięki temu można odpalać je tysiącami. Celność Gerani 2 nie jest jakoś szczególnie wielka, ale wystarczająca do porażenia celów takich jak podstacja elektryczna. Były one używane do atakowania obiektów związanych z energetyką, ale są też wykorzystywane do terroryzowania ludności poprzez ataki na dzielnice mieszkalne.
Ich zwalczanie rakietami przeciwlotniczymi, za wyjątkiem relatywnie tanich przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych mija się z celem, bowiem koszt każdej rakiety przeciwlotniczej jest wielokrotnie większy. Co ważniejsze jednak możliwości Ukrainy w zakresie pozyskiwania tych rakiet są ograniczone i z pewnością nie dorównują możliwością Rosjan produkcji i użycia tych tanich bezpilotowców.

Dlatego używano do ich zwalczania mobilnych grup uzbrojonych w najcięższe karabiny maszynowe kal. 12,7 mm, zamontowane na półciężarówkach terenowych. Obrona przeciwlotnicza sygnalizowała trasę drona poruszającego się z prędkością 185 km/h, a grupa zwalczająca cel potrafiła się przemieścić tak, by dron przelatywał w zasięgu ich ognia i zestrzelić go czy to z karabinu maszynowego, czy z przenośnego przeciwlotniczego karabinu maszynowego. Jednakże od jesieni 2024 r. Rosjanie zmienili taktykę i zaczęli wysyłać drony Gerań nie na małej wysokości (100-300 m), ale na średniej wysokości 3000-3500 m. Było to poza zasięgiem ognia tak karabinów, jak i tych zestawów rakietowych, pozostających w uzbrojeniutych grup. Do ich zwalczania wprzęgnięto więc śmigłowce szturmowe i transportowe (ze strzelcem pokładowym w drzwiach i samoloty myśliwskie, które niszczą je głównie ogniem z działek.

Ale znaleziono inne rozwiązanie. Ukraińcy zaczęli z powodzeniem stosować swoje drony przechwytujące do niszczenia nadlatujących rosyjskich dronów uderzeniowych typu Gerań. Jest to taka imitacja rakiety przeciwlotniczej, ma układ samonaprowadzania się na cel, ale jest dronem a nie rakietą, zbudowanym niemal tak jak prawdziwy pocisk przeciwlotniczy z własnym układem naprowadzania radiokomendowego. Ukraina używa dwóch bardzo podobnych dronów, Strila i Buriewij produkowane przez nową firmę WIY Drones, której lokalizacja jest utrzymywana w tajemnicy. Naprowadzanie dronów na cel wymaga pewnej wprawy operatora, mającego do dyspozycji kamerę na dronie oraz monitor, na podstawie którego kieruje elektrycznym pociskiem. Oba typy są niemal identyczne i mogą się wspiąć na wysokość do 5000 m, a czas lotu wynosi 15-20 minut, na tyle starcza bateria do silniczków elektrycznych. Podobno za pomocą dronów Strila i podobnych Buriewij zestrzelono już ponad sto dronów uderzeniowych Gerań 2. Najważniejsze jest jednak to, że podczas gdy pocisk do systemu Patriot kosztuje w zależności od wersji 2-3 miliony dolarów, to Strila nie kosztuje więcej niż 10 tysięcy dolarów, a może mniej. A przeciwko Geraniom jest również skuteczna, choć czasem na zestrzelenie jednego Gerania trzeba zużyć dwa trzy drony przechwytujące w kolejnych punktach obrony antydronowej. To bardzo ważne, bo Rosja śle na Ukrainę olbrzymie ilości owych tanich bezpilotowców uderzeniowych dalekiego zasięgu, nawet do 400 i więcej dziennie.
Co ciekawe, oba typy dronów nadają się też do zwalczania aparatów rozpoznawczych Orłan lub podobnych, a także amunicji krążącej Zala.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Opisaliśmy już dwa małe rosyjskie taktyczne aparaty rozpoznawcze o masie do 15 kg i promieniu działania do 50 km, Zala T-16 i SKAT 350M. Uzupełnia je nieco większy aparat Granat-4 o masie startowej 30 kg i promieniu działania do 100 km. Od roku jest on pomyślnie używany na wojnie w Ukrainie.
Wojna w Ukrainie pokazała, że duże bezpilotowe aparaty latające nie mają szans na przetrwanie nad polem walki. Trzeba szukać rozwiązań o ograniczonej do ok. 50 kg masie, które byłyby w stanie prowadzić rozpoznanie i poszukiwanie celów w promieniu100-120 km od miejsca znajdowania się operatora czyli na głębokość ok. 90-100 km w ugrupowaniu nieprzyjaciela. Takie aparaty są zwykle związane z jednostkami artylerii o odpowiednim zasięgu (do 30 km – artyleria lufowa, do 50-70 km – wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe średniego zasięgu i do 100 km – wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe typu BM-30 Smiercz o zasięgu ognia do 70-90 km), a także z dowództwami brygad i pułków wojsk lądowych (aparaty o zasięgu do 100 km) czy batalionów wojsk lądowych (aparaty o zasięgu do 50 km), by pomóc im planować działania bojowe.
Małe bezpilotowe aparaty taktyczne (STUAV) są wystarczająco trudne do wykrycia, by ich zwalczanie przez wojska wroga było utrudnione, a jednocześnie muszą być na tyle tanie, by ich strata nie była trudna do uzupełnienia kolejnymi podobnymi systemami kupowanymi za niewielkie pieniądze. Ich produkcja musi być jednak prowadzona na dużą skalę.
Odpowiedni zasięg transmisji danych w tego rodzaju systemach jest zwykle zapewniony przez retransmisję łączności za pomocą aparatu z odpowiednim systemem łączności wykonującym lot nad własnym terytorium. Ponieważ odbiorniki GPS są obecnie często skutecznie zakłócane, dlatego precyzyjną nawigację realizuje się na trzy sposoby. Po pierwsze, obraz z kamery jest porównywany z cyfrową mapą w pamięci komputera, przy czym może to być realizowane na stacji operatora, a położenie geograficzne może być transmitowane do aparatu w razie potrzeby. Po drugie, można określać położenie własnego aparatu za pomocą telemetrii, czyli namierzania kierunku odbieranego sygnału z dwóch miejsc (aparaty do retransmisji). Trzecia metoda to umieszczenie w aparacie karty SIM strony przeciwnej i wykorzystanie jego sieci komórkowej do pomiaru położenia za pomocą wbudowanej funkcji GPS. Ten ostatni sposób może też pracować jako awaryjny kanał łączności z wykorzystaniem portali społecznościowych. Wbrew pozorom odnalezienie w mediach społecznościowych wrogiej transmisji z drona graniczy z cudem, bo trzeba przekopać tony mało ważnych informacji jakie ludzie wymieniają między sobą.

Opisywany aparat Granat-4 został opracowany przez firmę OOO „Iżmasz – Systemy Bezpilotowe” z Iżewska, który pomału staje się rosyjskim centrum produkcji bezpilotowców. Sam aparat Granat-4 wchodzi w skład kompleksu rozpoznania Nawodczik-2 który obejmuje też stacje kierowania, sprzęt do przygotowania do startu, stację do programowania lotu oraz wyposażenie rozpoznawcze na samym aparacie, a także zestaw innych akcesoriów. Start aparatu Granat-4 odbywa się z krótkiej wyrzutni z tłokiem pneumatycznym, zaś lądowanie we wskazanym miejscu odbywa się z użyciem spadochronu. Napęd aparatu stanowi silnik spalinowy napędzający dwułopatowe śmigło pchające, a zapas paliwa początkowo wystarczał na 6 godzin lotu, co później zostało podwojone do 12 godzin. Sam bezpilotowiec został wykonany w układzie klasycznym z prostym skrzydłem w układzie górnopłata. Silnik umieszczono w tylnej części skrzydła, a pod jego pchającym śmigłem znajduje się belka ogonowa, do której mocowane jest klasyczne usterzenie z podwójnym statecznikiem pionowym i poziomym. Aparat nie ma podwozia, bo nie potrzebuje. Został wykonany z wytrzymałych ale niezbyt kosztownych materiałów. Prędkość lotu może być regulowana w zakresie 90-140 km/h, zaś maksymalny pułap operacyjny to 4000 m. Rozpiętość skrzydła to 3,2 m. Jak powiedzieliśmy, taktyczny promień działania wynosi 100 km z retransmisją łączności.

Aparaty Granat-4 są używane w Ukrainie i rosyjskie wojska są z nich zadowolone. Mają one kamerę telewizyjną lub nocną termowizyjną, co zapewnia dobrą jakość obrazu.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Rosyjska firma ZALA Aero Group z Iżewska, która podobnie jak kilka innych firm z Iżewska produkujące bezpilotowe aparaty latające należy do koncernu „Kałasznikow”, zaoferowała duet złożony z aparatu rozpoznawczego Zala Z-16 i amunicji krążącej Zala Lancet, przeznaczonego dla jednostek dronowych w piechocie oraz samodzielnych.
Wojna w Ukrainie pokazuje, że istnieje wiele obiektów pola walki, jakie dość często zmieniają swoje położenie. Takie obiekty trzeba zwalczać natychmiast po wykryciu, dlatego współpraca latającego aparatu rozpoznawczego z bezpilotowcem uderzeniowym. Jednym z głównych ograniczeń jest to, że większość bezpilotowych aparatów uderzeniowych (amunicja krążąa) ma ograniczoną długotrwałość lotu, więc ich start musi następować dopiero wtedy, kiedy zostanie wykryty cel. W tym przypadku wykorzystuje się fakt, że amunicja krążąca typu Lancet ma relatywnie dużą prędkość lotu, czyli odległość 30 km jest w stanie pokonać w czasie około 10 minut. W tym czasie aparat rozpoznawczy obserwuje cel nawet jeśli się on przemieszcza i wskazuje go do ataku.
Ktoś mógłby zapytać, a po co w ogóle stosować aparat rozpoznawczy, skoro sam Lancet dysponuje kamerą pozwalającą mu na poszukiwanie obiektów do zaatakowania. Problem polega jednak na tym, że Lancet jak już wystartuje, to już nie może wrócić, musi zaatakować jakikolwiek cel. Natomiast aparat Zala Z-16 (421-16) służy do wielokrotnego użytku, przynajmniej do czasu aż nie zostanie zestrzelony. Może więc latać i poszukiwać celów, a jak znajdzie coś godnego zaatakowania, dopiero wtedy wysyła się amunicję krążącą typu Lancet dyżurującą na ziemi, bowiem ta jest jednorazowego użytku.
Wspomniany duet jest już używany w wojnie w Ukrainie i Rosjanie chwalą się, że odnosi on większe sukcesy, niż oba systemy stosowane oddzielnie. Niestety nie ma wiarygodnych informacji o ich realnej skuteczności, ale Rosjanie są raczej zadowoleni z osiągniętych rezultatów.
Obecnie używaną wersją Zala Z-16 jest Zala T-16, mająca rozpiętość skrzydła 1,68 m i masę 12 kg. Podobnie jak kilka podobnych aparatów tej klasy, został zbudowany w układzie latającego skrzydła, by maksymalnie zmniejszyć masę. Napęd w postaci silnika spalinowego ze śmigłem pchającym zapewnia uzyskanie długotrwałości lotu ponad 4 godziny, a w wersji ZALA T-16-5G ma napęd hybrydowy spalinowo-elektryczny, dzięki czemu długotrwałość lotu wzrasta do 8 godzin (wg producenta nawet do 12 godzin). Kamerę telewizyjną lub termowizyjną sterowaną w pewnym zakresie przedniej półsfery umieszczono w miniaturowej głowicy z przodu skrzydła. Może ona przyjmować położenie skośne do przodu lub pionowe. Szerokopasmowe łącze pozwala na przesył danych z aparatu na odległość ok. 70 km z wykorzystaniem retransmisji łączności za pomocą aparatu latającego nad własnym terytorium. Maksymalna wysokość lotu aparatu to 3000 m, a zakres prędkości lotu to 130-200 km/h. Start bezpilotowca Zala T-16 następuje z lin gumowych, a lądowanie na spadochronie. W pierwotnej postaci Z-16 podstawą układu nawigacyjnego był odbiornik GPS lub Glonass, ale system ten jest w Ukrainie skutecznie zakłócany. Dlatego w najnowszych wersjach T-16 i T-16-5G podstawą nawigacji jest metoda telemetryczna (namiar na sygnał transmitowany z aparatu z dwóch różnych dronów do retransmisji).

Drugim elementem systemu jest amunicja krążąca Zala Lancet. Z kolei ten system uderzeniowy występuje w dwóch wersjach. Izdielie 51 i Izdielie 52 (wyrób 51 i 52). Pierwszy z aparatów waży ok. 5 kg, ma krzyżowe skrzydła i usterzenie w układzie litery „X”. Napęd w postaci silnika elektrycznego znajduje się z tyłu, zaś w przedniej części kadłuba umieszczono kamerę do obserwacji i do naprowadzania aparatu na cel. Aparat ma długotrwałość lotu 40 minut, co zapewnia lot na odległość do 50 km z prędkością około 90 km/h . Warunkiem skutecznego użycia Izdielie 51 jest poprawne funkcjonowanie łączności, tak by obraz z aparatu mógł być transmitowany do operatora, realizującego sam atak. Druga wersja Izdielie 52 jest nieco mniejsza, ma masę ok. 3 kg i długotrwałość lotu 30 minut, przy zasięgu do 30 km. Wersję tą opracowano ze względu na potrzeby pola walki na którym wiele obiektów zwalcza się na mniejszej odległości, a tych mniejszych i lżejszych aparatów można zabrać więcej, całość systemu transportowana jest lekkim samochodem półciężarowym.

Użycie duetów rozpoznawczo-uderzeniowych pozwala Rosjanom efektywniej korzystać z droższej, ale efektywniejszej amunicji krążącej takiej jak Lancet. Z kolei w Ukrainie dość skutecznie używa się podobnych duetów, na przykład produkowanych w Polsce w firmie WB Electronics aparatów FlyEye (rozpoznawczych) i Warmate (amunicji krążącej). Warto i w Polsce pomyśleć o takiej taktyce.
Michał Fiszer, współpraca Jacek Fiszer
Od pewnego czasu Huti bardzo skutecznie atakują amerykańskie jednostki morskie, a nawet cele w odległym o 1200 km Izraelu używając do tego uderzeniowych bezpilotowych aparatów latających. Do ataków na duży zasięg używają aparatów rodziny Sammad.
Huti w Jemenie to jedno z nielicznych w okolicy duże zgrupowanie ludności wyznające Islam odłamu szyickiego. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, dwa najsilniejsze państwa na Półwyspie Arabskim to państwa sunickie. Konflikt między oboma odłamami ma podłoże religijne, ale tak naprawdę chodzi o pewną dominację. Arabia Saudyjska, gdzie znajdują się dwa najświętsze miejsca Islamu, meczety w Mecce i Medynie, jest w świecie sunickim traktowana jako państwo przywódcze, z którego zdaniem się wszyscy liczą. Arabia Saudyjski i jego sojusznik Zjednoczone Emiraty Arabskie wspierają rząd w Adenie w Jemenie (oficjalna stolica Sana jest opanowana przez Huti). Lotnictwo saudyjskie atakuje obiekty wojskowe należące do Huti w ramach wsparcia jemeńskich władz centralnych, co oczywiście wywołuje chęć odwetu.
Atakowanie Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Izraela, a niekiedy też okrętów amerykańskich wspólnie ze skrzydlatymi pociskami przeciwokrętowymi dostarczonymi przez Iran o dość profesjonalnej konstrukcji typu Quds-2 na przykład. W tym ostatnim przypadku są one głównie używane do zwiększenia ilości celów do zwalczania. Kiedy amerykańskie okręty wystrzelą już sporą część zapasu swoich rakiet przeciwlotniczych, wtedy następuje atak za pomocą pocisków przeciwokrętowych. W ten sposób ostatnio doszło do kuriozalnego zdarzenia. Na lotniskowcu USS Harry S. Truman (CVN 75), na którymholowano specjalnym ciągnikiem samolot myśliwski F/A-18E Super Hornet z dywizjonu VFA-136 w hangarze, doszło do kuriozalnego zdarzenia. W trakcie wykonywania ostrego zwrotu w ramach uniku przed trafieniem pociskiem Huti obsługa traktora holującego samolot straciła nad nim panowanie i samolot wraz z ciągnikiem wypadł za burtę przez wrota podnośnika samolotów. W ten sposób doszło do utraty samolotu i ciągnika na skutek ataku Hutti.
Do atakowania celów na dużą odległość służą aparaty rodziny Sammad (zapisywane też Samad w uproszczeniu), nazwana na cześć zabitego przywódcy Huti. Cała grupa aparatów Sammad ma identyczny układ aerodynamiczny z długimi prostymi skrzydłami o dobrych własnościach szybowania, a zatem o dużej doskonałości aerodynamicznej co z kolei zapewnia bardzo dobry zasięg. Z tyłu znajduje się usterzenie motylkowe czyli w kształcie litery „V” zapewniające dobrą stateczność i sterowność przy zmniejszonym oporze aerodynamicznym. Za usterzeniem umieszczono tłokowy silnik pchający o mocy 13 KM. Stosowane są dwa typy, zapewne w zależności od ich dostępności, jako że są one pozyskiwane „na czarnym rynku”. Oba są oszczędnymi dwucylindrowymi silnikami dwusuwowymi, jeden to niemiecki 3W110i B2, a drugi to chiński DLE 170 o nieco większej mocy 17 KM. Ponieważ oba silniki mają relatywnie słabą moc, do startu jest stosowany dodatkowy prochowy przyśpieszacz startowy. Za to w locie poziomym te silniki mają bardzo niewielkie zużycie paliwa. Silniki te zapewniają prędkość 200-250 km/h, przy czym przelotowa do uzyskania maksymalnego zasięgu do ok. 1200 km. Aparat nie ma podwozia, bowiem w wersji rozpoznawczej opada on na spadochronie, zaś w pozostałych – nie wraca.

Wersja rozpoznawcza to nieco mniejszy Sammad 1 o rozpiętości skrzydeł ok. 3,5 m. Maksymalny zasięg autonomicznego rozpoznania to 500 km. Zdjęcia są wykonywane komercyjnym aparatem cyfrowym Nikkon D810. Przypuszczalnie istnieje możliwość przesyłania zdjęć w czasie lotu. Teoretycznie aparat bezpilotowy Sammad jest wytwarzany przez Huti w Jemenie, ale zidentyfikowane jego komponenty pochodzą z Iranu. Druga wersja to odmiana uderzeniowa dostosowana do ataków na cele naziemne nazywana Sammad 2 o zasięgu 1200 km przy rozpiętości skrzydeł ok. 4,5 m. Ładunek bojowy wynosi 18 kg materiału wybuchowego. Elektronika aparatu nie jest dokładnie znana. Trzecia wersja Sammad 3 ma na grzbiecie dodatkowy zbiornik paliwa pozwalający na uzyskanie zasięgu 1800 km. Z użyciem tej rodziny aparatów dokonano kilkunastu udanych ataków na cele w Arabii Saudyjskiej, w ZEA, Izraelu, a nawet w Iraku.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Od pewnego czasu Huti bardzo skutecznie atakują amerykańskie jednostki morskie, a nawet cele w odległym o 1200 km Izraelu używając do tego uderzeniowych bezpilotowych aparatów latających.
Huti to szyicki ruch polityczno-militarny walczący w Jemenie z sunickimi władzami centralnymi o swoje prawa, ale ostatecznie też o przejęcie władzy. Trwająca od pewnego czasu wojna domowa w Jemenie nie pozostaje bez udziału zainteresowanych państw na Półwyspie Arabskim. Stany Zjednoczone uznały Huti za organizację terrorystyczną, zresztą nie tylko Amerykanie. Zrobiła to też Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Oba te sunickie państwa wspierają w Jemenie władze centralne, a Arabia Saudyjska wykonuje nawet uderzenia na obiekty militarne związane z Huti. Tyle, że siła militarna Arabii Saudyjskiej nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych jest nieporównywalna z tym, co dysponują Huti. Aby zniwelować tę przewagę i nawiązać jakąś walkę z nimi trzeba było znaleźć jakiś nowy sposób prowadzenia boju środkami, na które ci wysokotechniczni przeciwnicy nie są przygotowani. Takimi środkami okazały się być tanie bezpilotowce. Chodzi o to, że ich cena jest tak niewielka, że można wysyłać je masowo. Na lotniskowcu i towarzyszącym mu okrętach zapas rakiet przeciwlotniczych zamyka się określoną liczbą. Szczególnie ograniczona jest możliwość jednoczesnego czy szybkiego sekwencyjnego zwalczania rakietami celów powietrznych. Jeśli atak jest naprawdę zmasowany i obejmuję falę ponad setki bezpilotowców (co nie stanowi zbyt wysoki koszt) to szansa na trafienie w jakiś okręt systemem samonaprowadzania się w podczerwieni jest znaczna.
Właśnie tanie, ale relatywnie technologiczne zaawansowane bezpilotowce były właściwą odpowiedzią. Ich ilość przekracza czasem możliwości jednoczesnej obrony i powoduje zużywanie bardzo drogich rakiet przeciwlotniczych.
Pierwszy z takich pocisków to Qasef-1, bazujący na konstrukcji irańskiego Arbil 2. Iran nie chciał się przyznać, że aparat pochodzi z jego wytwórni dlatego zmieniono jego nazwę. W rzeczywistości jest to Arbil 2 znany też jako Arbil T (odmiany różnią się minimalnie). Ma on ten sam układ konstrukcyjny z usterzeniem przednim, znany też jako układ „kaczka”. Skrzydło umieszczone z tyłu jest proste, podobnie jak usterzenie. Arabil 2 ma konstrukcję całkowicie metalową, zaś Arbil T – kompozytową, z laminatów węglowych. Qasef 1 też jest kompozytowy, a zatem jego konstrukcja bardziej bazuje na Arbil T. Stateczniki pionowe umieszczono w połowie rozpiętości skrzydeł, w przeciwieństwie do oryginalnego aparatu Arabil mającego pojedynczy statecznik pionowy. Aerodynamicznie nie ma wielkiej różnicy, być może chodziło, by aparaty wyraźnie się od siebie różniły. Długość kadłuba wynosi 2,88 m, zaś rozpiętość skrzydeł – 3,25 m. Powierzchnia nośna skrzydeł to 1,76 m2, masa własna – 30 kg, a masa startowa – 86 kg. W ramach różnicy mas jest 30 kg udźwigu i 16 litrów paliwa. Napęd aparatu stanowi dwucylindrowy silnik tłokowy produkcji niemieckie firmy WAE Motoren typu WAE-342 o mocy 25 KM. Ma on relatywnie niskie zużycie paliwa co pozwala na uzyskanie dość dużego zasięgu z niewielkiej ilości paliwa. W przypadku odmiany uderzeniowej Qasef 1 jest to 200 km z ładunkiem wybuchowym 30 kg. Kierowanie aparatu na cel jest prowadzone z wykorzystaniem lekkiego układu bezwładnościowego i odbiornika GPS. Łącznie systemy te dostępne komercyjnie nie są aż tak drogie.

Należące do Huti systemy Qasef 1 były wielokrotnie wykorzystywane do ataków na obiekty w Arabii Saudyjskiej, w tym głównie wojskowe. Jednym z sukcesów było trafienie nieokreślonego elementu baterii Patriot. Ale były też inne ważne trafienia. Nie wiadomo, czy ten typ bezpilotowca był używany przeciwko flocie amerykańskiej (jeśli grupaokrętów znajdowała się w południowej części Morza Czerwonego). Do tego celu służą raczej inne typy o większym zasięgu i z systemem kierowania w końcowej fazie lotu.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Morska wymiana towarowa ma dla Ukrainy kapitalne znaczenie. Ukraina jest eksporterem znacznej ilości płodów rolnych, w tym głównie zbóż, ale nie tylko, także innych produktów przemysłu spożywczego. Możliwość korzystania z transportu morskiego ma kluczowe znaczenie dla gospodarki Ukrainy.
Głównym portem handlowym jest Odessa, olbrzymi port morski z doskonałym zapleczem magazynowym i wyładowczym, z licznymi bocznicami kolejowymi, no i oczywiście z licznymi nadbrzeżami z urządzeniami przeładunkowymi. Dzięki temu miliony ton produktów rolnych mogą być co roku wywożone z Ukrainy, głównie w sezonie letnim, kiedy są one dostarczane przez rolnictwo. Ma to też znaczenie dla odbiorców w Afryce i w innych państwach, bowiem w tych najbiedniejszych brak taniego ukraińskiego zboża i innych produktów może wywołać klęskę głodu.
Po wybuchu wojny 24 lutego 2022 r. wszelki ruch statków do portów ukraińskich zniknął. Nikt nie odważył się pływać do strefy działań wojennych. Zbliżał się jednak sezon letni i trzeba było otworzyć żeglugę do portów ukraińskich. Pod patronatem Turcji odbyły się rozmowy, które ostatecznie doprowadziły do zgody Rosji na wywóz płodów rolnych z Ukrainy, głównie pod naciskiem wielu państw świata. Rosja w oczach świata też nie chciała odpowiadać za głód w krajach słabiej rozwiniętych. Statki ruszyły i były one okresowo, choć niezbyt często przeszukiwane przez rosyjskich marynarzy, wysadzanych na pokład ze śmigłowców Ka-29, startujących z pokładów rosyjskich fregat. Porozumienie to trwało do lipca 2023 r., po czym Rosja się z niego wycofała, grożąc niszczeniem statków płynących do Odessy.
Co ciekawe jednak, Rosjanie nie byli zdolni do realnego wymuszenia blokady morskiej. Ich okręty nie zbliżały się do ukraińskiego wybrzeża z powodu pocisków przeciwokrętowych, zarówno ukraińskich R-360 Neptun, jak i dostarczonych amerykańskich RGM-84 Harpoon, które skutecznie je odstraszały. Ponadto seria ataków na rosyjskie okręty w porcie Sewastopol i w innych wykonana z użyciem zachodnich pocisków Storm Shadow, również uszczupliła stan posiadania Floty Czarnomorskiej, stawiając też pod znakiem zapytania możliwość wykorzystania bazy Sewastopol na Krymie. Najciekawsze w tym okresie są jednak sukcesy ukraińskich bezzałogowych pojazdów morskich, w tym głównie łodzi Magura V5. Są to niewielkie łodzie motorowe wypełnione materiałami wybuchowymi, częściowo autonomiczne, ale w końcowej fazie ataku sterowane zdalnie, wyposażone w głowicę elektrooptyczną do naprowadzania na cel, co pozwala na dokonywanie nocnych ataków. Wbrew pozorom okazały się one dość skuteczne. 24 maja 2023 r. rosyjski okręt rozpoznawczy Iwan Churs został uszkodzony przez drony morskie, a kiedy okręt zawinął do Sewastopola, został ponownie uszkodzony w ukraińskim ataku rakietowym. 4 sierpnia 2023 r. średni okręt desantowy Olenegorski Gorniak został w ataku dronów morskich Magura V5 bardzo poważnie uszkodzony w ataku dronów w pobliżu Noworosyjska. Został do tego portu odholowany i nadal tam stoi bez naprawy, nie wiadomo, czy takowa kiedykolwiek zostanie przeprowadzona.

W kolejnym ataku 1 lutego 2024 r. drony morskie Magura V5 zaatakowały i zatopiły małą korwetę rakietową Iwanowiec typu Mołnia-1 u wybrzeży Krymu,14 lutego 2024 r. zaś drony Magura V5 zaatakowały i zatopiły średni okręt desantowy Cezary Kunikow, płynący wzdłuż wybrzeża Krymu. Okręty desantowe są przez Rosjan wykorzystywane do zaopatrywania wojsk.
Jednym z największym sukcesów było jednak zatopienie dużego okrętu patrolowego (w istocie dużej, choć niedozbrojonej korwety) Siergiej Kotow o wyporności 1300 ton. Okręt był atakowany przez morskie drony i uszkodzony 14 września 2023 r., ale w ataku 5 marca 2024 r. pod Kerczem w ataku dronów Magura V5 został trafiony i zatonął.
Po tych sukcesach żegluga do Odessy zaczęła być prowadzona normalnie, a Rosjanie nie byli w stanie jej przeciwdziałać. Dlatego musieli coś zrobić, żeby ją przerwać. Od lata 2024 r. uporczywie atakowali port w Odessie za pomocą pocisków manewrujących, a nawet rakiet balistycznych Iskander. Jednak jak powiedzieliśmy, port w Odessie jest olbrzymim kompleksem i mimo ataków nadal pracował on w sposób niezakłócony.

Z pomocą Rosjanom przyszły drony. Postanowiono użyć dronów Shahed 136 i 131, produkowanych w Rosji na licencji jako Gerań 2 i Gerań1. W przeciwieństwie do bardzo kosztownych pocisków manewrujących, są one niezwykle tanie, dzięki czemu można je wysyłać w sposób zmasowany na cele. Od jesieni 2024 r. ataki dronowe na Odessę zaczęły się coraz bardziej nasilać, aż rzeczywiście stały się poważnym problemem. Port w Odessie mocno ucierpiał, bowiem choć ładunki wybuchowe dronów są mniejsze, to jednak ich ilość wielokrotnie przekracza ilość pocisków manewrujących, jakie dotąd można było wysyłać na port. Zagraniczne statki w obawie przed trafieniem coraz rzadziej zawijały do Odessy, a wymiana towarowa zaczęła niebezpiecznie spadać. I w ten sposób nie Flota Czarnomorska, lecz tanie drony wymusiły faktyczną blokadę morską portu w Odessie.
Na szczęście dla Ukrainy przekierowano żeglugę na ukraińskie porty na Dunaju, takie jak Wilkowo i Izmaił. O wiele trudniej je atakować dronami Gerań, bowiem w przypadku nietrafienia drony mogą wlecieć na teren należącej do NATO Rumunii, i gdyby dokonały tam znaczących szkód, to jest jednak bezpośredni atak na państwo należące do sojuszu. Oczywiście ataki na te porty nada są prowadzone, ale nie w sposób zmasowany, co oczywiście nie wywołuje efektu paraliżu żeglugi. Co ciekawe, żegluga wróciła też częściowo do Odessy, która nadal jest atakowana, ale już nie z taką intensywnością. W każdym razie niezależnie od wszystkiego drony Gerań zmniejszają jednak przepływ towarów do ukraińskich portów i to w sposób wyraźny.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Turcja ma jedne z najsilniejszych sił bezpilotowych w Europie i stanowi pod tym względem potęgę. Początkowo w Turcji rozwijano aparaty klasy MALE i czyli latające na średnich wysokościach o dużej długotrwałości lotu, a także duże aparaty taktyczne. Dziś rozwój biegnie w kierunku mniejszych aparatów.
Firma Havelsan została utworzona przez Siły Powietrzne Turcji jako firma państwowa działająca na rzecz Sił Zbrojnych w dziedzinie elektroniki, automatyki, oprogramowania i rozwiązań teleinformatycznych. Wejście w obszar bezpilotowców, gdzie kwestia układów ich sterowania wychodzi na pierwszy plan, było sprawą dość naturalną.
Firma podjęła pracę nad aparatem bezpilotowym przeznaczonym do rozpoznania i wskazywania celów, by był on używany przez tureckie wojska lądowe w rejonach silniej bronionych. Idea aparatu była taka, że w rejonach silnie bronionych większą przeżywalnością na polu walki, a nawet ma taki aparat możliwość penetrowania obszaru przeciwnika na optymalnej wysokości. A taką jest wysokość około 3000 m, bowiem jest to poza zasięgiem wszelkiej broni strzeleckiej, a nawet lekkich działek przeciwlotniczych kal. 20-23 mm. Mało tego, cichy aparat ma możliwość wykonywania na tej wysokości lotu w ogóle bez wykrycia przez nieprzyjaciela. Może on więc prowadzić swoje rozpoznanie skrycie, a obserwowany nieprzyjaciel nie zdaje sobie z tego sprawę. Kolejna sprawa to przejście od drogich, skomplikowanych systemów uzbrojenia do tanich relatywnie prostych, których strata nie była by boleśnie odczuwana, bowiem tanich aparatów można zbudować wiele i łatwo je uzupełniać. Ale w tym celu trzeba uzyskać maksimum możliwości z nieskomplikowanej konstrukcji. Sposobem na to jest maksymalne wykorzystanie elementów gotowych, tzw. off the shelf.

Pierwszym opracowanym aparatem był Havelsan Baha, czyli „Bulut Altı İnsansız Hava Aracı” – mały bezpilotowy autonomiczny aparat. Miał on posłużyć do zebrania doświadczeń, i stać się swego rodzaju demonstratorem technologii dla aparatu docelowego. Aparat zbudowano w ciekawym układzie, na pierwszy rzut oka w dość klasycznej formie, z krótkim kadłubem mocowanym do prostego skrzydła, który to kadłub kończył się silnikiem tłokowym ze śmigłem pchającym, stanowiącym jego napęd. Usterzenie mocuje się do dwóch cienkich belek ogonowych z rurek duraluminiowych (później w aparacie Bulut zastąpione kompozytem węglowym), które to belki wystają przed skrzydło. A to dlatego, że z ich przodu oraz z tyłu, pod owymi belkami zamocowano śmigła do pionowego startu i lądowania, które są dla odmiany napędzane silniczkami elektrycznymi. Pionowy start i lądowanie to jedyny sposób w jaki aparat może znaleźć się w powietrzu lub na ziemi. Cała sekwencja startu aż do przejścia do lotu postępowego oraz cała sekwencja lądowania od wyhamowania do pionowego przyziemienia we wskazanym miejscu jest wykonywana automatycznie. W obecnych czasach nie stanowi to większego problemu technicznego. Samo usterzenie ma formę odwróconego usterzenia motylkowego (litera „V”, ale odwrotnie. Aparat ma niewielkie stałe podwozie w postaci podpór, bowiem w czasie operacji lotniczych się nie toczy. W skład wyposażenia wchodzi doczepiany wózek do ciągnięcia go po ziemi, bowiem przy masie ok. 30 kg i rozpiętości skrzydła 3,70 m ciężko go nosić.


To był tylko demonstrator, ale aparatem ze względu na jego użyteczność, a zarazem prostotę eksploatacji i niską cenę zainteresowała się Nigeria, która kupiła kilka sztuk po wyposażeniu go w nieskomplikowany zestaw elektrooptyczny. Są one używane z powodzeniem przez nigeryjską armię. Aparat został też dostarczony w grudniu 2023 r. do Wojsk Lądowych Turcji, celem wsparcia wdrożenia docelowej wersji Bulut.
Bulut niewiele się różni od poprzednika. Przede wszystkim został wyposażony w lekką, 5 kilogramową głowicę elektrooptyczną oraz w system transmisji danych. Transmisja jest możliwa na odległość do 80 km z wysokości lotu aparatu 2800 m. W razie konieczności aparat może się zniżyć na 500 m celem dokładnej obserwacji wskazanych obiektów. Długotrwałość lotu wystarcza na dolot na 80 km i powrót, w pełni autonomicznie. Obecnie aparaty Bulut wchodzą do uzbrojenia Wojsk Lądowych Turcji i Sił Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Rosyjska firma ZALA AERO GROUP jest głównym dostawcą tzw. dronów kamikaze, czyli mówiąc profesjonalnie – amunicji krążącej przeznaczonej do atakowania obiektów pola walki. Są to systemy klasy „military grade”, w odróżnieniu od tysięcy dronów komercyjnych dostosowanych do tych samych zadań, powszechnie używanych przez obie strony konfliktu.
Wiadomo, że obie strony konfliktu w Ukrainie na dużą skalę używają komercyjnych bezpilotowców, które dostosowano do zadań uderzeniowych. Główną wadą tych komercyjnych czy na wpół komercyjnych aparatów, takich składanych samodzielnie z zakupionych części według własnych już projektów z odpowiednimi modyfikacjami uodporniającymi je na zakłócenia, jest ich relatywnie mały zasięg rażenia. To z kolei nie tylko ogranicza ich taktyczne zastosowanie do najbliższej strefy przyfrontowej, ale także zmusza operatorów do działania bardzo blisko linii frontu. A tu łatwo jest ich wypatrzeć i skierować na nich silny ogień. Straty wśród doświadczonych operatorów dronów są znaczne, a ich szkolenie nie jest wcale takie krótkie. Zasięg tych komercyjnych czy półkomercyjnych aparatów można zwiększyć poprzez retranslacje sygnałów za pomocą tzw. pszczoły-matki, czyli bezpilotowca który wznosi się nad własnym terytorium na większą wysokość i retransmituje sygnały radiowe w relacji dron-operator. Nadal jest to jednak nie więcej niż 10-12 km.

Podstawowym uderzeniowym aparatem bezpilotowym rodziny Zala jest Lancet. Jest on produkowany w dwóch głównych odmianach od 2019 r., przyjęto go do uzbrojenia w 2020 r., ale w większych ilościach zaczął być stosowany dopiero po rozpoczęciu wojny. Pojawił się on na większą skalę dopiero w czasie wojny rosyjsko-ukraińskiej po 2022 r.
Produkowane i dostarczane są dwie wersje: mniejszy i lżejszy Lancet 1 (w firmie nazywany Izdielie 52 czyli wyrób 52) oraz cięższy Lancet 3 (Izdielie 51). Oba mają bardzo charakterystyczne krzyżowe skrzydła i podobne stateczniki, ale te ostatnie na Lancet 3 są dużo mniejsze od skrzydeł, zaś na Lancet 1 mają podobną wielkość. W obu przypadkach napęd stanowi silnik elektryczny w tylnej części kadłuba napędzający śmigło pchające. Lancet w obu wersjach jest stosunkowo cichy. W przedniej części kadłuba znajduje się ruchoma głowica optyczna z kamerą telewizyjną o rozdzielczości wystarczającej do dobrej identyfikacji celu. Według producenta głowica elektrooptyczna współpracuje z modułem wykorzystującym sztuczną inteligencję znajdującym się w stacji kierowania systemu, który potrafi automatycznie zidentyfikować i wskazać proponowane do zwalczania cele.
Lancet 1 (Izdielie 52) ma masę startową około 5 kg, masa głowicy bojowej (z czego większość o ładunek wybuchowy) to ok. 1 kg, a prędkość maksymalna to 80 km/h. Maksymalny czas lotu to około 30 minut, zaś zasięg działania z wykorzystaniem szyfrowanego łącza radiowego to ok. 30 km, choć niektóre źródła podają 40 km. Biorąc pod uwagę prędkość lotu, po przebyciu 30 km pozostaje maksymalnie 15 minut na poszukiwanie celu i atak na niego, co wymaga wysokiej wprawy od operatora. W tym znaczeniu zasięg 40 km jest czysto teoretyczny, bowiem na tej odległości nie ma praktycznie czasu na znalezienie celu. Jedyna możliwość to wysłanie aparatu do ataku na cel uprzednio rozpoznany i obserwowany przez rozpoznawczy bezpilotowy aparat latający.
Drugi typ, Lancet 3 (Izdielie 51) ma większą masę startową sięgającą 12 kg, a masa głowicy bojowej to 3 kg. Długotrwałość lotu to 40 minut, ale prędkość maksymalna to 110 km/h. Zasięg podaje się nawet na 70 km, ale w praktyce jeśli chce się celu poszukiwać to nie przekracza on 50 km. Ta wersja jest jednak najczęściej wykorzystywana do ataku na cel uprzednio rozpoznany, bowiem na większej odległości od linii frontu zagęszczenie celów nie jest takie duże, jednak w odległości do ok. 15 km od linii frontu o wiele łatwiej znaleźć godny ataku cel.

Lancety obu wersji były niestety pomyślnie używane w Ukrainie i niszczyły całkiem sporo ważnych celów, choć ukraińskie wojska walczą z nimi na różne sposoby, od zakłóceń, poprzez ostrzeliwanie z przeciwlotniczej broni strzeleckiej aż po przechwytywanie własnymi dronami FPV.

Nowym typem amunicji krążącej firmy ZALA AERO to aparat Kub-BŁA (Izdielie 54) o masie startowej ok. 15 kg, który zbudowany jest w układzie latającego skrzydła z silnikiem z tyłu i śmigłem pchającym. Ma on podobne parametry czasowo-zasięgowe jak Lancet 3, ale jego prędkość przelotowa to 130 km/h, a w reżimie ataku z nurkowania do 200 km/h. Kub-BŁA jest używany od końca 2023 r. i chwilowo jest mniej popularny od Lancetów, ale jego produkcja rozwija się.
Michał Fiszer, współpraca Maciej Herman
Bądź na bieżąco z nowościami